Inwestycje infrastrukturalne 7
Porty lotnicze są elementem zintegrowanego systemu transportowego. Porty lotnicze zlokalizowane są czesto poza granicami dużych aglomeracji miejskich a to dlatego ze samoloty bardzo hałasują a porty zajmują dużą powierzchnie. Porty lotnicze dzielą się na krajowe obsługujące pasażerów na liniach wewnątrzkrajowych, międzynarodowe i międzykontynentalne,
W 2015 roku Port lotniczy Atlanta – Hartsfield-Jackson obsłużył ponad 100 milionów pasazerów bijąc rekord wszechczasów.
Port posiada pięć asfaltowych pasów startowych w róznych kierunkach. Jednoczesnie mogą startować i lądować 3 samoloty.
Port zatrudnia łącznie około 56 000 osób a więc jest sporym przedsiębiorstwem. Powierzchnia portu wynosi 1528 hektarów.
Największe w Europie porty lotnicze w Paryzu i Frankfurcie ( odpowiednio 7 i 8 miejsce w świecie ) obsługuja troche ponad 50 mln pasażerów.
Na decyzje o budowie portu lotniczego ma wplyw obecny i przewidywany ruch lotniczy oraz PKB per capita i jego trend a to dlatego ze podróze lotnicze są statystycznie dla narodów bogatych.
W Europie a w tym w Polsce pobudowano sporo zupełnie zbędnych portów lotniczych. Jak widać "infrastrukture" buduje się po to aby budować i brać dotacje z Uni Europejskiej ! Etap budowania powiększa PKB. Pożniej gdy inwestycja jest nietrafiona nie można spłacić długów i jest kryzys.
Na liście nietrafionych inwestycji sporządzonej przez Gazete Finansową dużo jest infrastruktury. Kompozycja listy jest dyskusyjna.
http://gf24.pl/twoje-pieniadze/finanse/item/427-10-najbardziej-chybionych-inwestycji-ostatnich-lat
"10 najbardziej chybionych inwestycji ostatnich lat
Dworzec kolejowy Łódź Fabryczna – zbudowany za 1,75 mld zł stał się największym dworcem kolejowym w Polsce. Na otwarciu obecne były tłumy łodzian, którzy chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że za utrzymanie obiektu (szacunki mówią nawet o 600-700 tys. zł miesięcznie) zapłacą sami w podatkach.
Oddany do użytku dworzec kolejowy Łódź Fabryczna wpisuje się w długą tradycję bardzo kosztownych, lecz niestety mocno chybionych polskich projektów infrastrukturalnych. Oto lista najbardziej rażących przykładów:
1. Dworzec kolejowy Łódź Fabryczna – zbudowany za 1,75 mld zł stał się największym dworcem kolejowym w Polsce. Na otwarciu obecne były tłumy łodzian, którzy chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że za utrzymanie obiektu (szacunki mówią nawet o 600-700 tys. zł miesięcznie) zapłacą sami w podatkach. Nowy dworzec, choć budowany przez 5 lat i kreowany na nowe centrum przesiadkowe dla całej Polski, może jednak obsłużyć zaledwie ⅔ liczby pociągów, które wcześniej obsługiwała jego stara wersja.
Na dodatek ta niezwykle kosztowna inwestycja została przeprowadzona z myślą o nowych liniach kolei dużej prędkości Y, które miały połączyć Warszawę z Poznaniem i Wrocławiem. Ich realizacja wydaje się jednak mocno zagrożona, a najbardziej optymistyczne prognozy przewidują, że mogłyby powstać dopiero w 2029 roku, co pokazuje, że nowiutki dworzec w Łodzi powstał co najmniej o 13 lat za wcześnie. Decyzję o budowie łatwo było podjąć, gdyż inwestycję finansowała w ¾ Unia Europejska. Niestety, koszty obsługi dworca będą już pokrywane z pieniędzy lokalnych władz.
2. Lotnisko w Radomiu – choć na stołeczne Okęcie mieszkańcy Radomia mogą dojechać przy sprzyjających warunkach drogowych nawet w godzinę, lokalni politycy zamarzyli o własnym lotnisku. Wykorzystując miejscowe lotnisko wojskowe w 2014 roku oddano do użytku pasażerski port lotniczy z terminalem mogącym obsłużyć nawet pół miliona osób rocznie. Najwyraźniej sądzono, że Radom będzie w stanie przejąć od Warszawy niektóre połączenia i sprytnie zarabiać na wielkim ruchu lotniczym generowanym przez stolicę.
Po ponad dwóch latach istnienia lotniska Radom-Sadków wiadomo jednak, że warta ok. 120 mln zł inwestycja była niezwykle chybiona. Przez wiele miesięcy z lotniska nie korzystała żadna linia lotnicza, a obecnie zaledwie jedna, choć i ta zdecydowała się niedawno na ograniczenie liczby połączeń.
3. Lotnisko w Łodzi – bardzo skrzywdzona przez polityków szczebla centralnego okazała się także Łódź, która pragnąc zachować status metropolii, również zdecydowała się na własne lotnisko. Ruch na Porcie Lotniczym Łódź-Lublinek jest znacznie większy niż w Radomiu (sięga do 300 tys. pasażerów rocznie), lecz wobec istnienia aż dwóch warszawskich lotnisk w odległości ok. 150 km od łódzkiego portu jego rozwój jest właściwie skazany na porażkę. Świadomość tego faktu wśród polityków doskonale oddała uwaga nagranego w restauracji Sowa i Przyjaciele byłego prezesa Narodowego Banku Polski i łodzianina, Marka Belki. Polityk miał się wyrazić, że to „malutkie lotnisko” jest zupełnie niepotrzebne, jego rozmówca Bartłomiej Sienkiewicz uzupełnił zaś tę uwagę stwierdzeniem, że tani przewoźnicy są dotowani przez państwo, aby generowali ruch na małych lotniskach i tym samym usprawiedliwiali sens ich istnienia.
4. Lotnisko w Gdyni – poruszając temat nierentownych lotnisk, warto także przypomnieć przypadek Portu Lotniczego w Gdyni-Kosakowie. Był on o tyle rażący, iż w sąsiednim Gdańsku od lat funkcjonuje już bardzo duży port lotniczy, który nie wykorzystuje jeszcze w pełni swojego potencjału. Nieoczekiwanym bohaterem, który powstrzymał miejscowe władze przed ogromnym marnotrawstwem środków, stała się Komisja Europejska, która wskazała na absurdalność projektu i nakazała władzom Gdyni zwrócenie wartej 100 mln zł pomocy publicznej.
5. Stadion Śląski w Chorzowie – w 1957 roku Polska pokonała na nim Związek Radziecki w obecności 100 tys. widzów, dzięki czemu arena ta właściwie od samego początku stała się żywą legendą polskiej piłki. Dni chwały należą jednak do przeszłości, a obecnie od 2009 roku trwa zdający się nie mieć końca remont generalny. Najnowsze szacunki mówią o kwocie 650 mln zł, choć suma ta zapewne wzrośnie, gdyż jeszcze rok temu mówiono o 510 mln zł.
Przeprowadzający modernizację nie przemyśleli jednak tego, kto tak naprawdę będzie korzystał ze śląskiego giganta. Piłkarska reprezentacja Polski zadomowiła się już w Warszawie i innych miastach Polski, a miejscowy Ruch Chorzów jest klubem znajdującym się na skraju bankructwa i z pewnością nie będzie go stać na wynajęcie tak dużego obiektu. Deficytowy jest m.in. Stadion Miejski we Wrocławiu (46,4 mln zł strat w minionym roku), który jest miastem nieporównywalnie zamożniejszym od Chorzowa, co skłania do wniosku, że w 2017 roku oddany zostanie do użytku kolejny nieprzemyślany i bardzo kosztowny obiekt.
6. Pociągi Pendolino – kupione w czasie rządów Donalda Tuska składy szybkich pociągów miały być symbolem modernizacji kraju, wkraczania na zupełnie inny poziom rozwoju. Na przebudowę infrastruktury kolejowej wydano aż 13 mld zł, a 20 składów kosztowało podatników ok. 1,4 mld zł. Ostatecznie Pendolino okazały się pociągami o podwyższonym standardzie, które na dodatek nie mogą rozwijać spodziewanych prędkości i przez to tracą swój główny atut. Wobec kiepskich wyników finansowych władze PKP Intercity coraz wyraźniej przyznają, że decyzja o zakupie włoskich składów nie przełożyła się na lepszą sytuację finansową spółki. W ostatnich miesiącach Pendolino służy coraz częściej do obsługi mniejszych miast i nie traktuje się go już jako pociągu mającego obsługiwać główne polskie metropolie.
7. Dreamlinery – zakupione przez wiecznie deficytowy PLL LOT samoloty miały poprawić kondycję państwowego przewoźnika. Zakup ośmiu maszyn, z których każda kosztuje ok. 200 mln dol., był przedstawiany przez media jako wydarzenie bez precedensu, a media relacjonowały pojawienie się pierwszego Dreamlinera w Polsce niczym lądowanie na Księżycu. Cudo techniki okazało się jednak niezwykle wadliwe i wymagające nieustannych napraw, co w połączeniu z nieudolnością zarządu sprawiło, że zakup nowoczesnych samolotów od Airbusa okazał się wielkim niewypałem.
8. Korweta Gawron – nieco słabiej pamiętaną nieudaną inwestycją ostatnich lat, była budowana na potrzeby polskiej marynarki wojennej korweta Gawron. Konstruowano ją od 2001 roku, a łączny koszt oszacowano na 400 mln zł. Co ciekawe, gdy w 2012 roku ówczesny minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak decydował o wstrzymaniu produkcji, koszty ukończenia przyszłego ORP „Ślązak” szacowano na ponad miliard złotych. Po nieudanych próbach sprzedaży korwetę zamieniono ostatecznie w patrolowiec, który pozbawiony rakiet nie posiada praktycznie żadnych funkcji bojowych.
9. Sieć dróg ekspresowych i autostrad – po 1989 roku główne arterie komunikacyjne budowano tak, aby zapewnić wygodny tranzyt dla obcokrajowców przemieszczających się z zachodu na wschód i w przeciwnym kierunku. Polskie porty uzyskały dostęp do autostrad dopiero niedawno, choć w większości krajów świata tego typu inwestycje uzyskują absolutny priorytet. W rezultacie licząca dziś nieco ponad 3 tys. km długości sieć autostrad i dróg ekspresowych nie odpowiada potrzebom polskich kierowców, którzy wciąż tłoczą się na wąskich drogach krajowych, podczas gdy na niektórych odcinkach zbudowanych za ogromne pieniądze dróg ekspresowych ruch jest znikomy. Kilometr budowanych w Polsce autostrad należy zresztą do najdroższych w Europie (ok. 9,6 mln euro, podczas gdy w Niemczech to ok. 8,2 mln).
10. Projekty informatyczne Ministerstwa Cyfryzacji – od wielu lat trwają prace przy tworzeniu nowoczesnego systemu informatycznego dla obywateli i urzędów. Rozmaite projekty o tajemniczo brzmiących nazwach (pl.ID, eWUŚ, czy też P1) kosztowały znacznie więcej, niż pierwotnie przewidywano, a kilku z nich nie udało się nigdy ukończyć. Szacuje się, że w czasach rządów PO zmarnowano w ten sposób blisko 900 mln zł, a z projektem dowodów z warstwą biometryczną związana była nawet głośna swego czasu afera korupcyjna. Najbardziej chybionym spośród wszystkich projektów wydaje się bez wątpienia system ewidencji ubezpieczeń społecznych (eWUŚ), który wobec prowadzonej przez PiS polityki zapewniania opieki społecznej bezwzględnie wszystkim obywatelom staje się powoli bezużyteczny, choć jego funkcjonowanie kosztuje podatników ok. 130 mln zł rocznie."
poniedziałek, 13 lutego 2017
niedziela, 12 lutego 2017
Inwestycje infrastrukturalne 6
Inwestycje infrastrukturalne 6
Zadłuzona i pogrążona w kryzysie Hiszpania ma najdłuższą w Europie sieć super szybkiej kolei AVE czyli technicznie francuskiej TGV. Większą sieć mają tylko Chiny. Hiszpańska kolej jest mocno nierentowna i wozi mało pasażerów. Mimo tego otwierano kolejne odcinki AVE. Rentowne są tylko dwie linie AVE: z Madrytu do Sewilli i z Madrytu do Barcelony. Na każdy kilometr tych linii przypada tam osiem tysięcy pasażerów rocznie. Jest to aż 30 razy mniej niż na najbardziej uczęszczanych liniach w Japonii i o siedem razy mniej niż w Niemczech i we Francji. Na pozostalych liniach AVE sytuacja jest beznadziejna.
Zamknieto linie w Castylii la Manchy, której budowa kosztowała 400 milionów, a z której dziennie korzystało 16 osób.
Ponad połowę linii wybudowano niepotrzebnie. Biegną po mało zaludnionych obszarach, bilety są drogie, a przystanki wyznaczono w niewłaściwych miejscach. Przykladowo przystanek jest w niewielkiej wiosce Tardienta pod Saragossą, która nie ma żadnych atrakcji. Na stacjach w Andaluzji z pociągu wysiada najwyżej 5 pasażerów.
Budownictwo latami pompowało w Hiszpanii koniunkture. Gdy pękła bańka budownictwo padło i zostały niepotrzebne domy i niepotrzebna infrastruktura oraz monstrualne, zagraniczne długi do spłacenia. Oczywiście długi są niemozliwe do spłacenia
Udoskonalenie maszyny parowej umozliwiło jej zastosowanie w lokomotywie parowej. Wciąz jednak miała ona bardzo duzy ciezar jednostkowy ( na jednostke mocy) i strasznie małą sprawność. Potrzebne bylo torowisko o bardzo malym wspolczynniku tarcia i wykorzystanie efektu skali.
W państwach Europy Zachodniej i w USA poszczególne linie kolejowe budowały firmy prywatne. Często okazało sie że zamiast spodziewanych zyskow są spore straty a spółki bankrutowały. Poszczególne linie spólek nie tworzyły sieci ogólnokrajowej. Rzady uwazajac ze ogólnokrajowa kolej służy wzrostowi gospodarczemu wspierały budowe kolejnych linii. Rzady udzielały spółkom dotacji lub dawały gwarancje kredytowe. W końcu państwa same wzięly sie za budowe kolei będąc pożniej jej operatorem. Państwa przejmowały tez prywatne linie kolejowe włączajac je do sieci.
Samochody osobowe i ciężarowe okazały sie śmiertelnie grożnym konkurentem kolei. Ciezarowka wygodnie przewozila towar z fabryki do samego sklepu. Samochodem osobowym podróżowało sie od drzwi do drzwi. Samochody odbierały kolei klientow. Prywatne koleje zamykały nierentowne linie. Aby proces upadku kolei zatrzymać upaństwawiano koleje. Rzad USA widząc bezsens walki z wiatrakami zachował prywatne koleje godzac sie na redukcje roli kolei w gospodarce. Ale nawet rzad USA dotował remonty i budowe nowych linii kolejowych. Przed upadkiem amerykańskiej kolei pasazerskiej uratowało ją przejęcie przez rząd i utworzenie w 1971 roku państwowej firmy Amtrack, która pochłania dotacji do dziś dnia.
W miare jak w Europie Zachodniej spadały przewozy osobowe rosły dotacje dla kolei. Spadek przewozów częściowo zatrzymały dopiero szybkie koleje, bardzo drogie w budowie i często nierentowne. Jedynym argumentem na rzecz kolei jest lepsze bezpieczeństwo pasazerow. Argument środowiskowy jest dyskusyjny jako że elektrownie węglowe generujące prąd dla lokomotyw elektrycznych są niezwykle uciążliwe dla środowiska.
Ponieważ potęzne dotacje dla kolei obciążają gospodarke i szkodzą jej, to Wielka Brytania postanowiła koleje całkowicie sprywatyzować i zaprzestać udzielania dotacji. Prywatna firma oszczędzając, strasznie zaniedbała infrastrukture linii kolejowych doprowadzając do serii katastrof i zagrożenia dla życia i zdrowia pasazerów. Brytyjską infrastrukturę kolejową rząd z powrotem znacjonalizował ! Po raz drugi zresztą.
Generalnie tylko uczęszczane linie pasażerskie nie sa deficytowe. Rządy prowadzą róźne eksperymenty z prywatyzacją i regionalizacją przez samorządy ale oczywiscie nie dają one pozytywnego rezultatu.
Natomiast kolejowe przewozy towarowe są rentowne i chętnych do prywatyzacji jest aż za dużo.
Problem lokalnego transportu publicznego dotyczy także autobusów. Linie lokalne są silnie dotowane. Bez dotacji są zamykane a Europa uważa że jest obszarem cywilizowanym z regularnym publicznym transportem a nie trzecioświatową dziczą z "jitney bus".
Tak więc Polska jako kraj związkowy Unii Europejskiej musi lokalny transport kolejowy dotować. Bywa i tak ze sprzedane lokalne bilety kolejowe pokrywają mniej niż 20% kosztów kolei.
Uczęszczane europejskie linie kolejowe są zelektryfikowane. W bardziej zaawansowanych technologicznie USA dość szybko rzetelnie, negatywnie oceniono efekty prowadzonej elektryfikacji linii kolejowych, wycofując się z niej i demontując elektryfikacje. Dominują tam lokomotywy z silnikami Diesela. Brak sieci elektrycznej i wynikowego limitu wysokości ładunków umozliwia choćby piętrowy przewóz niezbyt cięzkich kontenerów.
Kolej odegrala wielką role w narodzinach i scalaniu gospodarek całych państw i umozliwiła wykorzystywanie efektu skali. Samochody okazały sie bardzo groźnym konkurentem dla kolei.
Bez udziału rządów nie byłoby jednak ani sieci kolejowych ani sieci dróg i autostrad.
Dotacje burzą logike rynkową i z ich stosowaniem nie należy przesadzać jako ze przeciez ostatecznym efektem jest przenoszenie pieniędzy z jednych kieszeni do drugich. Dotacje prowadzą do bezsensownego i marnotrawnego zużywania zasobów - to jest ich największa wada. Zasoby są zaś zawsze ograniczone.
Lokalne problemy komunikacyjne może pomóc pokonac Internet. Osoby podrózujące samochodami do pracy czy szkoły mogą odpłatnie ( a nawet z dotacją dla zachęty ) zabierać pasazerów niczym taksówki sieci Uber.
Zadłuzona i pogrążona w kryzysie Hiszpania ma najdłuższą w Europie sieć super szybkiej kolei AVE czyli technicznie francuskiej TGV. Większą sieć mają tylko Chiny. Hiszpańska kolej jest mocno nierentowna i wozi mało pasażerów. Mimo tego otwierano kolejne odcinki AVE. Rentowne są tylko dwie linie AVE: z Madrytu do Sewilli i z Madrytu do Barcelony. Na każdy kilometr tych linii przypada tam osiem tysięcy pasażerów rocznie. Jest to aż 30 razy mniej niż na najbardziej uczęszczanych liniach w Japonii i o siedem razy mniej niż w Niemczech i we Francji. Na pozostalych liniach AVE sytuacja jest beznadziejna.
Zamknieto linie w Castylii la Manchy, której budowa kosztowała 400 milionów, a z której dziennie korzystało 16 osób.
Ponad połowę linii wybudowano niepotrzebnie. Biegną po mało zaludnionych obszarach, bilety są drogie, a przystanki wyznaczono w niewłaściwych miejscach. Przykladowo przystanek jest w niewielkiej wiosce Tardienta pod Saragossą, która nie ma żadnych atrakcji. Na stacjach w Andaluzji z pociągu wysiada najwyżej 5 pasażerów.
Budownictwo latami pompowało w Hiszpanii koniunkture. Gdy pękła bańka budownictwo padło i zostały niepotrzebne domy i niepotrzebna infrastruktura oraz monstrualne, zagraniczne długi do spłacenia. Oczywiście długi są niemozliwe do spłacenia
Udoskonalenie maszyny parowej umozliwiło jej zastosowanie w lokomotywie parowej. Wciąz jednak miała ona bardzo duzy ciezar jednostkowy ( na jednostke mocy) i strasznie małą sprawność. Potrzebne bylo torowisko o bardzo malym wspolczynniku tarcia i wykorzystanie efektu skali.
W państwach Europy Zachodniej i w USA poszczególne linie kolejowe budowały firmy prywatne. Często okazało sie że zamiast spodziewanych zyskow są spore straty a spółki bankrutowały. Poszczególne linie spólek nie tworzyły sieci ogólnokrajowej. Rzady uwazajac ze ogólnokrajowa kolej służy wzrostowi gospodarczemu wspierały budowe kolejnych linii. Rzady udzielały spółkom dotacji lub dawały gwarancje kredytowe. W końcu państwa same wzięly sie za budowe kolei będąc pożniej jej operatorem. Państwa przejmowały tez prywatne linie kolejowe włączajac je do sieci.
Samochody osobowe i ciężarowe okazały sie śmiertelnie grożnym konkurentem kolei. Ciezarowka wygodnie przewozila towar z fabryki do samego sklepu. Samochodem osobowym podróżowało sie od drzwi do drzwi. Samochody odbierały kolei klientow. Prywatne koleje zamykały nierentowne linie. Aby proces upadku kolei zatrzymać upaństwawiano koleje. Rzad USA widząc bezsens walki z wiatrakami zachował prywatne koleje godzac sie na redukcje roli kolei w gospodarce. Ale nawet rzad USA dotował remonty i budowe nowych linii kolejowych. Przed upadkiem amerykańskiej kolei pasazerskiej uratowało ją przejęcie przez rząd i utworzenie w 1971 roku państwowej firmy Amtrack, która pochłania dotacji do dziś dnia.
W miare jak w Europie Zachodniej spadały przewozy osobowe rosły dotacje dla kolei. Spadek przewozów częściowo zatrzymały dopiero szybkie koleje, bardzo drogie w budowie i często nierentowne. Jedynym argumentem na rzecz kolei jest lepsze bezpieczeństwo pasazerow. Argument środowiskowy jest dyskusyjny jako że elektrownie węglowe generujące prąd dla lokomotyw elektrycznych są niezwykle uciążliwe dla środowiska.
Ponieważ potęzne dotacje dla kolei obciążają gospodarke i szkodzą jej, to Wielka Brytania postanowiła koleje całkowicie sprywatyzować i zaprzestać udzielania dotacji. Prywatna firma oszczędzając, strasznie zaniedbała infrastrukture linii kolejowych doprowadzając do serii katastrof i zagrożenia dla życia i zdrowia pasazerów. Brytyjską infrastrukturę kolejową rząd z powrotem znacjonalizował ! Po raz drugi zresztą.
Generalnie tylko uczęszczane linie pasażerskie nie sa deficytowe. Rządy prowadzą róźne eksperymenty z prywatyzacją i regionalizacją przez samorządy ale oczywiscie nie dają one pozytywnego rezultatu.
Natomiast kolejowe przewozy towarowe są rentowne i chętnych do prywatyzacji jest aż za dużo.
Problem lokalnego transportu publicznego dotyczy także autobusów. Linie lokalne są silnie dotowane. Bez dotacji są zamykane a Europa uważa że jest obszarem cywilizowanym z regularnym publicznym transportem a nie trzecioświatową dziczą z "jitney bus".
Tak więc Polska jako kraj związkowy Unii Europejskiej musi lokalny transport kolejowy dotować. Bywa i tak ze sprzedane lokalne bilety kolejowe pokrywają mniej niż 20% kosztów kolei.
Uczęszczane europejskie linie kolejowe są zelektryfikowane. W bardziej zaawansowanych technologicznie USA dość szybko rzetelnie, negatywnie oceniono efekty prowadzonej elektryfikacji linii kolejowych, wycofując się z niej i demontując elektryfikacje. Dominują tam lokomotywy z silnikami Diesela. Brak sieci elektrycznej i wynikowego limitu wysokości ładunków umozliwia choćby piętrowy przewóz niezbyt cięzkich kontenerów.
Kolej odegrala wielką role w narodzinach i scalaniu gospodarek całych państw i umozliwiła wykorzystywanie efektu skali. Samochody okazały sie bardzo groźnym konkurentem dla kolei.
Bez udziału rządów nie byłoby jednak ani sieci kolejowych ani sieci dróg i autostrad.
Dotacje burzą logike rynkową i z ich stosowaniem nie należy przesadzać jako ze przeciez ostatecznym efektem jest przenoszenie pieniędzy z jednych kieszeni do drugich. Dotacje prowadzą do bezsensownego i marnotrawnego zużywania zasobów - to jest ich największa wada. Zasoby są zaś zawsze ograniczone.
Lokalne problemy komunikacyjne może pomóc pokonac Internet. Osoby podrózujące samochodami do pracy czy szkoły mogą odpłatnie ( a nawet z dotacją dla zachęty ) zabierać pasazerów niczym taksówki sieci Uber.
sobota, 11 lutego 2017
Inwestycje infrastrukturalne 5
Inwestycje infrastrukturalne 5
Do budowy Zapory Trzech Przełomów w Chinach uzyto 27.3 mln m3 betonu oraz 463 tysiące ton stali. Przemieszczono aż 103 mln ton "ziemi". Zapora, która jest najwiekszym obiektem budowlanym świata, ma długość 2335 metrow i wysokośc 181 m ponad skalne posadowienie.
Szacowany na 22.5 mld dolarow koszt budowy przekroczono do 27.6 mld dolarów. Hydroelektrownia spłacila sie już w 2013 roku czyli znacznie wcześniej niż przewidywano. Jak widać nie zawsze wielkie inwestycje infrastrukturalne musza sie wolno rentować.
Zapora ma 32 hydrogeneratory o mocy ciągłej 700MW każdy. Chinskie firmy były zbyt słabe technologicznie aby zaprojektowac i wykonac hydrogeneratory. W tym celu utworzono joint venture z udzialem firm chinskich oraz koncernow Alstom, ABB Group, Kvaerner, Voith, General Electric i Siemens.
Przykład Zapory Trzech Przelomów pokazuje nam czego masowo potrzeba do każdej budowy infrastrukturalnej
- Zdolności przemieszczania ogromnych ilości "ziemi". Obecnie praca ludzka jest niekonkurencyjna nawet w biednych krajach wobec pracy maszyn. Im wieksze ilości ziemi trzeba przesunać tym cięższe maszyny uzywane sa do tego celu. Na typowych budowach uzywa się typowych spychczy i koparek oraz cięzarówek - wywrotek. Ich zaletą jest niewygórowana cena a także możliwosć taniego nabycia sprzetu uzywanego. Na wielkich budowach trzeba droższego sprzętu ciezkiego ( wywrotki do 450 ton ładowności) kontraktowanego indywidulanie. Tam gdzie podłoze do przemieszczenia jest skalne trzeba uzyc wielkich ilości materiału wybuchowego do jego skruszenia. Bezkonkurencyjne w drązeniu tuneli śa dedykowane do tego celu wyspecjalizowane potęzne maszyny.
- Cementu do produkcji betonu z uzyciem lokalnego kruszywa. Cement jest towarem handlowalnym miedzynarodowo ale kraj majacy duże ambicje rozwojowe musi uruchomić własne cementowanie. Chiny w 2016 roku wyprodukowały 2,2 mld ton cementu. USA przez cały XX i XXI wiek wyprodukowały zas 4,5 mld ton cementu. Pokazuje to gigantyczna, wrecz monstrualna skale chinskiego budownictwa. Skala inwestycji jest bezprecedensowa w histori swiata ale pod uwage wziąć trzeba że Chiny są bardzo ludne i mają ambitne programy infrastrukturalne ( mrzonki ?) obejmujące cała Azje .
- Stali. Chiny w 2016 roku wyprodukowały 804 mln ton stali czyli o 8 mln ton wiecej niż cała reszta swiata. Obecnie Chiny deklarują obniżenie produkcji stali o około 100 mln ton oraz obniżenie produkcji węgla. Gdy Chiny zbuduja infrastrukture i mieszkania i w uzywanych przedmiotach beda mieli zakumulowane duzo stali do powtornego przetopienia to gigantyczna produkcja nowej stali stanie się zbedna.
W okresach nadprodukcji i niskich cen stali na rynku światowym można myslec o jej zaimportowaniu.
Czy Nowy Jedwabny Szlak stwarza bajeczne perspektywy przed Polską?
Na wypadek przyszłego poważnego konfliktu z USA i blokady morskiej USA, Chiny planuja budowę potężnego altenatywnego kolejowego systemu transportowego. System ten ma też wciągnąc w orbite gospodarczą Chin wielkie, półmartwe dotychczas obszary przez ktore będzie przebiegał. Dotychczas wszelkie eksportowane towary ( oczywiscie poza ładunkami masowymi ) pakowane sa w Chinach w kontenery i transportowane nastepnie droga morska do pólnocnej Europy i USA. Dalej transport kontenerow do punktow docelowych odbywa się głównie ciezarówkami i koleja. System ten jest bardzo wydajny. Gigantyczne składowiska kontenerow są zautomatyzwane a dzwigi kontenerowe w portach bardzo wydajne. Budowany dekadami światowy system transportowy jest znakomicie zorganizowany, wygodny, dojrzały, wydajny i tani. Od 2015 roku pływa największy obecnie kontenerowiec swiata, Barzan o nośności 18 800 TEU ( twenty-foot equivalent unit ). Ceny transportu morskiego kontenerow wachają sie wraz z koniuniunktura w swiatowej gospodarce.
http://www.rp.pl/Transport-morski/301109966-Trudno-zarabiac-na-transporcie-kontenerow.html#ap-1
"Trudno zarabiać na transporcie kontenerów
Stawki za transport morzem kontenerów z portów Azji do północnej Europy zmalały od początku 2016 r. o 24,4 proc. do 932 dolarów za typową jednostkę 20-stopową TEU — poinformował londyński makler mający dostęp do danych giełdy żeglugowej w Szanghaju SSE
Stawki w transporcie kontenerów, którymi można przewozić wszystko, od płaskich telewizorów po odzież sportową z Azji do Europy, były kilka razy w 2015 r. poniżej poziomu rentowności. Armatorzy nie widzą szans poprawy w bieżącym roku. Handelsbanken Markets przewiduje spadek średnich stawek o ok. 10 proc. w tym roku.
„Niedostateczne działania mające ograniczyć moce przewozowe spowodują przyspieszenie tempa obniżek tych stawek i straty całego sektora w 2016 r. " — stwierdziła w nocie firma doradcza w zakresie transportu morskiego Drewry. Jej zdaniem, w ubiegłym roku stawki te zmalały o 9 proc., a tym roku jednostkowe przewozy armatorów zmaleją też, choć nieco wolniej.
Poza 2009 r., w ostatnich 12 miesiącach obowiązywały najniższe stawki spot na większości szlaków handlowych, wszystkie w tym samym czasie. Pod koniec 2015 r. stawki spot z Azji do zachodniego wybrzeża USA wynosiły około 815 dolarów, a do wschodniego wybrzeża 1520 dolarów za kontenery 40-stopowe. Były najniższe od 2009 r. „Pogorszenie się stawek wskazuje, że armatorzy walczyli o udział w rynku i w dalszym ciągu nastawiają się na przestawienie się z transportowania kontenerów nie na zachodnie a na wschodnie wybrzeże Stanów po rozszerzeniu Kanału Panamskiego" — uważa Drewry.
Największy na świecie armator w transporcie kontenerowym, duńska firma Maersk Line dysponująca ponad 600 statkami, podała w listopadzie, że jej zysk netto zmalał w III kwartale o 61 proc. Przypada na nią jedna piąta kontenerów przewożonych z Azji do Europy. Handelsbanken Markets zakłada, że zysk Maersk Line w 2015 r. wyniesie 1,4 mld dolarów, a w bieżącym roku zmaleje do 303 mln."
Założmy dla prostoty rozważań że morski transport 40 stopowego kontenera z Chin do Europy kosztuje 1500 dolarow. Alternatywny kolejowy Jedwabny Szlak do Europy ma długosc około 12 000 kilometrow z czego 600 km przebiega przez Polske. Uzywane sa zarowno platformy kolejowe na jeden kontener 40 stopowy jak i duze ciezkie platformy 80 stopowe na dwa ( lub wiecej mniejszych kontenerow ) kontenery. Te ostanie nie sa zbyt popularne i raczej powinny byc uzywane na dobrych torowiskach.
Zalożmy ze jeden wagon-platforma transportuje jeden kontener 40 stopowy ważący do 40 ton.
Morski transport kontenera 40 stopowego na odleglosc 600 km kosztuje ( 600/12000 ) * 1500 = 75 dolarow. Koleje europejskie oferuje wielokrotnie wieksze stawki za taki transport !
Niech pociag transportujacy przez Polske platformy z kontenerami ma 40 wagonów. Za nasz transport pociągu towarowego przez cała Polske mielibysmy dostać 3000 dolarów. Czy to jest głupi żart ?
Ceny transportu morskiego mogą wzrosnąc. Mozna po remontach lini kolejowych użyć platform 80 stopowych. Ale transport kolejowy nigdy nie jest konkurencyjny dla morskiego ! Jest wielokrotnie droższy.
Mamy w "Wieloletni Program Inwestycji Kolejowych" wpakować circa 30 miliardow złotych po to aby potem wziąc 3000 tysiace dolarów czyli 12 000 zlotych za przetransportowanie przez cała Polske pociągu towarowego ?
W latach siedemdziesiatych i osiemdziesiatych sprzedawalismy czasem wegiel kamienny ponizej kosztów transportu co dobijało całą naszą gospodarke i trzymało nas w nędzy :
https://drive.google.com/open?id=0Bw8bcw1a74-nMUpHaVp1YXd1N1U
Dobrze bedzie powiedziec Chinczykom ze owszem chetnie wezmiemy udzial w ich programach ale nie za darmo !
Od USA jesteśmy zalezni politycznie i militarnie. Nie powinniśmy zatem nielojalnie stawać po drugiej stronie. Nieprawdaż ?
Według "Taryfa kolejowa PKP Cargo" za 2013 rok koszt przewozu 1 tony ładunku na odległosc 600 km wynosi 201.68 złotego. Obecnie koszt jest jeszcze wyższy. Koszt przewozu przez PKP 40 tonowego kontenera na dystansie 600 km wynosi 8067,2 złotego czyli 2017 dolarow. Koszt ten jest 26,9 raza wyższy niż koszt transportu morskiego na tym dystansie !
PKP nalicza tez koszt postoju wagonu towarowego za czas załadunku a przeciez trzeba wagony Jedwabnego Szlaku przeładowac z pociągu szerokiego toru ZSRR na tor europejski.
Jedwabny Szlak jest wiec dla nas ekonomicznym absurdem.
Do budowy Zapory Trzech Przełomów w Chinach uzyto 27.3 mln m3 betonu oraz 463 tysiące ton stali. Przemieszczono aż 103 mln ton "ziemi". Zapora, która jest najwiekszym obiektem budowlanym świata, ma długość 2335 metrow i wysokośc 181 m ponad skalne posadowienie.
Szacowany na 22.5 mld dolarow koszt budowy przekroczono do 27.6 mld dolarów. Hydroelektrownia spłacila sie już w 2013 roku czyli znacznie wcześniej niż przewidywano. Jak widać nie zawsze wielkie inwestycje infrastrukturalne musza sie wolno rentować.
Zapora ma 32 hydrogeneratory o mocy ciągłej 700MW każdy. Chinskie firmy były zbyt słabe technologicznie aby zaprojektowac i wykonac hydrogeneratory. W tym celu utworzono joint venture z udzialem firm chinskich oraz koncernow Alstom, ABB Group, Kvaerner, Voith, General Electric i Siemens.
Przykład Zapory Trzech Przelomów pokazuje nam czego masowo potrzeba do każdej budowy infrastrukturalnej
- Zdolności przemieszczania ogromnych ilości "ziemi". Obecnie praca ludzka jest niekonkurencyjna nawet w biednych krajach wobec pracy maszyn. Im wieksze ilości ziemi trzeba przesunać tym cięższe maszyny uzywane sa do tego celu. Na typowych budowach uzywa się typowych spychczy i koparek oraz cięzarówek - wywrotek. Ich zaletą jest niewygórowana cena a także możliwosć taniego nabycia sprzetu uzywanego. Na wielkich budowach trzeba droższego sprzętu ciezkiego ( wywrotki do 450 ton ładowności) kontraktowanego indywidulanie. Tam gdzie podłoze do przemieszczenia jest skalne trzeba uzyc wielkich ilości materiału wybuchowego do jego skruszenia. Bezkonkurencyjne w drązeniu tuneli śa dedykowane do tego celu wyspecjalizowane potęzne maszyny.
- Cementu do produkcji betonu z uzyciem lokalnego kruszywa. Cement jest towarem handlowalnym miedzynarodowo ale kraj majacy duże ambicje rozwojowe musi uruchomić własne cementowanie. Chiny w 2016 roku wyprodukowały 2,2 mld ton cementu. USA przez cały XX i XXI wiek wyprodukowały zas 4,5 mld ton cementu. Pokazuje to gigantyczna, wrecz monstrualna skale chinskiego budownictwa. Skala inwestycji jest bezprecedensowa w histori swiata ale pod uwage wziąć trzeba że Chiny są bardzo ludne i mają ambitne programy infrastrukturalne ( mrzonki ?) obejmujące cała Azje .
- Stali. Chiny w 2016 roku wyprodukowały 804 mln ton stali czyli o 8 mln ton wiecej niż cała reszta swiata. Obecnie Chiny deklarują obniżenie produkcji stali o około 100 mln ton oraz obniżenie produkcji węgla. Gdy Chiny zbuduja infrastrukture i mieszkania i w uzywanych przedmiotach beda mieli zakumulowane duzo stali do powtornego przetopienia to gigantyczna produkcja nowej stali stanie się zbedna.
W okresach nadprodukcji i niskich cen stali na rynku światowym można myslec o jej zaimportowaniu.
Czy Nowy Jedwabny Szlak stwarza bajeczne perspektywy przed Polską?
Na wypadek przyszłego poważnego konfliktu z USA i blokady morskiej USA, Chiny planuja budowę potężnego altenatywnego kolejowego systemu transportowego. System ten ma też wciągnąc w orbite gospodarczą Chin wielkie, półmartwe dotychczas obszary przez ktore będzie przebiegał. Dotychczas wszelkie eksportowane towary ( oczywiscie poza ładunkami masowymi ) pakowane sa w Chinach w kontenery i transportowane nastepnie droga morska do pólnocnej Europy i USA. Dalej transport kontenerow do punktow docelowych odbywa się głównie ciezarówkami i koleja. System ten jest bardzo wydajny. Gigantyczne składowiska kontenerow są zautomatyzwane a dzwigi kontenerowe w portach bardzo wydajne. Budowany dekadami światowy system transportowy jest znakomicie zorganizowany, wygodny, dojrzały, wydajny i tani. Od 2015 roku pływa największy obecnie kontenerowiec swiata, Barzan o nośności 18 800 TEU ( twenty-foot equivalent unit ). Ceny transportu morskiego kontenerow wachają sie wraz z koniuniunktura w swiatowej gospodarce.
http://www.rp.pl/Transport-morski/301109966-Trudno-zarabiac-na-transporcie-kontenerow.html#ap-1
"Trudno zarabiać na transporcie kontenerów
Stawki za transport morzem kontenerów z portów Azji do północnej Europy zmalały od początku 2016 r. o 24,4 proc. do 932 dolarów za typową jednostkę 20-stopową TEU — poinformował londyński makler mający dostęp do danych giełdy żeglugowej w Szanghaju SSE
Stawki w transporcie kontenerów, którymi można przewozić wszystko, od płaskich telewizorów po odzież sportową z Azji do Europy, były kilka razy w 2015 r. poniżej poziomu rentowności. Armatorzy nie widzą szans poprawy w bieżącym roku. Handelsbanken Markets przewiduje spadek średnich stawek o ok. 10 proc. w tym roku.
„Niedostateczne działania mające ograniczyć moce przewozowe spowodują przyspieszenie tempa obniżek tych stawek i straty całego sektora w 2016 r. " — stwierdziła w nocie firma doradcza w zakresie transportu morskiego Drewry. Jej zdaniem, w ubiegłym roku stawki te zmalały o 9 proc., a tym roku jednostkowe przewozy armatorów zmaleją też, choć nieco wolniej.
Poza 2009 r., w ostatnich 12 miesiącach obowiązywały najniższe stawki spot na większości szlaków handlowych, wszystkie w tym samym czasie. Pod koniec 2015 r. stawki spot z Azji do zachodniego wybrzeża USA wynosiły około 815 dolarów, a do wschodniego wybrzeża 1520 dolarów za kontenery 40-stopowe. Były najniższe od 2009 r. „Pogorszenie się stawek wskazuje, że armatorzy walczyli o udział w rynku i w dalszym ciągu nastawiają się na przestawienie się z transportowania kontenerów nie na zachodnie a na wschodnie wybrzeże Stanów po rozszerzeniu Kanału Panamskiego" — uważa Drewry.
Największy na świecie armator w transporcie kontenerowym, duńska firma Maersk Line dysponująca ponad 600 statkami, podała w listopadzie, że jej zysk netto zmalał w III kwartale o 61 proc. Przypada na nią jedna piąta kontenerów przewożonych z Azji do Europy. Handelsbanken Markets zakłada, że zysk Maersk Line w 2015 r. wyniesie 1,4 mld dolarów, a w bieżącym roku zmaleje do 303 mln."
Założmy dla prostoty rozważań że morski transport 40 stopowego kontenera z Chin do Europy kosztuje 1500 dolarow. Alternatywny kolejowy Jedwabny Szlak do Europy ma długosc około 12 000 kilometrow z czego 600 km przebiega przez Polske. Uzywane sa zarowno platformy kolejowe na jeden kontener 40 stopowy jak i duze ciezkie platformy 80 stopowe na dwa ( lub wiecej mniejszych kontenerow ) kontenery. Te ostanie nie sa zbyt popularne i raczej powinny byc uzywane na dobrych torowiskach.
Zalożmy ze jeden wagon-platforma transportuje jeden kontener 40 stopowy ważący do 40 ton.
Morski transport kontenera 40 stopowego na odleglosc 600 km kosztuje ( 600/12000 ) * 1500 = 75 dolarow. Koleje europejskie oferuje wielokrotnie wieksze stawki za taki transport !
Niech pociag transportujacy przez Polske platformy z kontenerami ma 40 wagonów. Za nasz transport pociągu towarowego przez cała Polske mielibysmy dostać 3000 dolarów. Czy to jest głupi żart ?
Ceny transportu morskiego mogą wzrosnąc. Mozna po remontach lini kolejowych użyć platform 80 stopowych. Ale transport kolejowy nigdy nie jest konkurencyjny dla morskiego ! Jest wielokrotnie droższy.
Mamy w "Wieloletni Program Inwestycji Kolejowych" wpakować circa 30 miliardow złotych po to aby potem wziąc 3000 tysiace dolarów czyli 12 000 zlotych za przetransportowanie przez cała Polske pociągu towarowego ?
W latach siedemdziesiatych i osiemdziesiatych sprzedawalismy czasem wegiel kamienny ponizej kosztów transportu co dobijało całą naszą gospodarke i trzymało nas w nędzy :
https://drive.google.com/open?id=0Bw8bcw1a74-nMUpHaVp1YXd1N1U
Dobrze bedzie powiedziec Chinczykom ze owszem chetnie wezmiemy udzial w ich programach ale nie za darmo !
Od USA jesteśmy zalezni politycznie i militarnie. Nie powinniśmy zatem nielojalnie stawać po drugiej stronie. Nieprawdaż ?
Według "Taryfa kolejowa PKP Cargo" za 2013 rok koszt przewozu 1 tony ładunku na odległosc 600 km wynosi 201.68 złotego. Obecnie koszt jest jeszcze wyższy. Koszt przewozu przez PKP 40 tonowego kontenera na dystansie 600 km wynosi 8067,2 złotego czyli 2017 dolarow. Koszt ten jest 26,9 raza wyższy niż koszt transportu morskiego na tym dystansie !
PKP nalicza tez koszt postoju wagonu towarowego za czas załadunku a przeciez trzeba wagony Jedwabnego Szlaku przeładowac z pociągu szerokiego toru ZSRR na tor europejski.
Jedwabny Szlak jest wiec dla nas ekonomicznym absurdem.
piątek, 10 lutego 2017
Inwestycje infrastrukturalne 4
Inwestycje infrastrukturalne 4
Brazylijski koncern budowlany Odebrecht okazał się największym w swojej branży łapówkarzem w dziejach Ameryki Południowej. Opłacał polityków i szefów rządów w 12 krajach. W zamian za przydzielanie Odebrechtowi koncesji na budowę politycy otrzymywali łapówki wynoszące łącznie co najmniej 800 mln dolarów. Pamiętać należy ze kraje Ameryki Południowej są dość biedne.
Zamiast racjonalności inwestycji była łapówka. Budowane obiekty były co najmniej dwukrotnie przepłacone. Zamiast podmiotów krajowych wybrano podmiot zagraniczny. Suma sumarum. Tam gdzie działają łapówkarze zamiast rozwoju jest stagnacja.
W Ameryce Południowej jest fizyczny dostatek wody a ludzie masowo cierpią na jej niedostatek. To własnie efekt działania łapówkarzy i panoszącej się korupcji. Jak mawiali Rzymianie - nie ma bramy przez którą nie przejdzie obładowany złotem osioł.
Tam gdzie tak zwane państwo to mafia i zwyczajna kleptokracja, dobrobytu napewno nie będzie.
W 2015 roku polskie CBA zdiagnozowało obszary najbardziej narażone na korupcję. Są to infrastruktura (w tym nie tylko drogi, ale także kolejnictwo), informatyzacja administracji publicznej, wykorzystywanie środków unijnych, służba zdrowia, sektor obronny, energetyka, ochrona środowiska, a także armia urzędnicza.
Nadrzędnym celem funkcjonowania systemu gospodarczego jest dobrobyt całego społeczeństwa. Nieskorumpowane państwa jednakowo dbają o interesy wszystkich obywateli i firm. Wszystkie cywilizowane kraje mają dobrą a nawet bardzo dobrą infrastrukturę.
Wzrost gospodarczy występuje jedynie w silnych i stabilnych państwach egzekwujących prawo. Nie ma rozwoju w plemiennej Afryce.
Sukcesy gospodarcze są wszędzie efektem pracy rządów.
Wspołczesne państwo jest organizacja swiadczącą różne usługi obywatelom i firmom. Panstwo ma monopol na stanowienie i egzekwowanie prawa ( także przemocą ) na swoim terytorium. Dba o bezpieczenstwo zewnetrzne i wewnetrze oraz o infrastrukture. Pilnuje własnosci i bezpieczeństwa wszelkich transakcji. Współczesne panstwo wypłaca emerytury, swiadczy usługi socjalne, edukacyjne i zdrowotne. Im większy zakres usług państwa tym większy udział budzetu w PKB. Generalnie panstwo ma robic to czego nie chce lub nie moze robic rynek. Państwo może i powinno rozsądnie wspierać innowacje i inwestowanie w nowe technologie.
Im bardziej skorumpowany jest rząd tym gorsze są jego efekty pracy w gospodarce. Zły rzad swoim interwencjonizmem wprowadza chaos i ryzyko. Zły interwencjonizm niewiele rożni się czasem od socjalizmu w gospodarce. Jest wrogiem przedsiębiorczości. Stan innowacji w przestarzałej polskiej gospodarce jest dramatycznie zły i jest to właśnie efekt pracy rządów.
Kraje zapóźnione cywilizacyjnie czerpią tak zwaną rente zapóźnienia. Mogą choćby korzystać z doświadczeń zachodu. Skoro wiadomo że budowa wodociągów i kanalizacji jest długookresowo korzystna bowiem radykalnie polepsza zdrowie populacji to nie ma sie nad czyn zastanawiać a decyzja inwestycyjna jest nieomal pozbawiona ryzyka.
Infrastruktury nie można zaimportować. Jest ona nieprzemieszczalna. Cechuje ją też niepodzielność techniczna i ekonomiczna. Z porzuconej budowy infrastrukturalnej praktycznie niczego nie da sie odzyskac. Za likwidacje niedokonczonych obiektów trzeba sporo zapłacic.
Infrastruktury, która nie bedzie w żaden sposób, nawet pośrednio, pracowała na rzecz eksportu nie nalezy budować za zagraniczne kredyty.
Koszt siły roboczej decyduje o poziomie technologi używanej na budowach infrastruktury. Na zdjęciach z XIX wieku ( NB Prawdopodobnie najstarsze istniejace zdjecie jest z 1835 roku ) widzimy tysiące ludzi wyposażonych w kilofy, łopaty, piły i siekiery oraz wagoniki wąskotorowe z torowiskiem służace do transportu. Takie samo prymitywne wyposażenie mieli wiezniowie - przymusowi robotnicy stalinowskich łagrów. Tam zycie ludzkie było bardzo tanie.
W biednych krajach angazowanie na budowach infrastruktury duzej ilości bezrobotnych, nawet prymitywnie unarzędziowionych, daje dobre rezultaty i inicjuje lokalny proces wzrostu gospodarczego. Rozwój jest zakodowany w każdym człowieku. Rozwój jest stanem normalnym. W XIX i w pierwszej połowie XX wieku prymitywnymi narzędziami tworzono rzeczy wielkie.
Tam gdzie siła robocza jest droga stosujemy najnowsze i najbardziej wydajne maszyny, ktore są czesto bardzo drogie.
Chiny swoim zwyczajem skopiowały zaimportowane maszyny i rozpoczęły produkcje własnych maszyn. Średnie wynagrodzenia w Państwie Środka sięgają 63 tysiecy juanów rocznie czyli 900 dolarów miesięcznie. Pracuje się tam obecnie maszynami a nie łopata i kilofem.
W każdej branży cena maszyny jest proporcjonalna do jej wydajności. Potężny kombajn do zbioru bawełny kosztuje 600-1000 tysięcy dolarów. Zastępuje prace do 100 ludzi. Potężna maszyna do drążenia tuneli kosztuje kilkanascie do kilkudziesięciu milionów dolarów.
Przewidywanie jest trudne i tym mniej mniej dokładne im odleglejszy jest horyzont. Jednak w gospodarce najwieksze korzyści dają własnie działania podejmowane z myslą o dlugiej perspektywie. Nieporozumieniem i fałszywą nobilitacja jest nazywanie spekulanta inwestorem.
Trafne i podjęte we właściwym czasie inwestycje infrastrukturalne dają gospodarce i społeczeństwu ogromne korzyści.
Inwestycje infrastrukturalne wolno się rentują i to jest ich wadą. Dlatego kapitał prywatny nieczęsto garnie się do tworzenia infrastruktury.
Nowojorską wyspę Manhattan w 1626 roku kupiono od tubylczych Indian za 60 guldenow o wartości obecnych 1050 dolarów.
W 2015 roku wartość wszystkich nieruchomości Manhattanu przekroczyła 914.8 mld dolarów.
Siatka prostopadłych alej i ulic nowojorskiej wyspy Manhattanu powstała w wyniku „Commissioners’ Plan” z 1811 roku.
Numeracja ulic na Manhattanie jest bardzo prosta: długie aleje ciągną się z północy na południe i są numerowane od wschodu na zachód. Ulice są krótsze, jest ich więcej i są prostopadłe do alej – numeracja rośnie z południa na północ. Jest prosty wzór matematyczny pozwalający wyliczyć najbliższą przecznicę, jeśli znamy adres miejsca. Wyspa ze stałym lądem połączona jest mostami i tunelami.
Pod kazdą ulicą wielkiego nowoczesnego miasta mamy wodociąg i kanalizacje, sieć elektryczną i telekomunikacyjną, rurociągi ciepłowniczo-chlodnicze i gazociagi. Na powierzchni mamy pasy ruchu i chodniki, wydzielone lub nie torowisko, pasy ruchu dla autobusow i rowerow, oswietlenie, system kierowania ruchem, miejsca parkingowe, skrzyzowania, aleje drzew, przejscia podziemne. Często duze miasto ma metro. Ogromne sa ceny atrakcyjnych gruntow miejskich.
Oplate adjacencką płacą właściciele lub użytkownicy wieczysci nieruchomości, których wartość wzrosła głównie na skutek
budowy urządzeń infrastruktury technicznej z udziałem środków Skarbu Państwa lub jednostek samorządu terytorialnego.
Stawka procentowa opłaty adiacenckiej nie może przekroczyć 50% dla wzrostu wartości nieruchomości spowodowanego budową urządzeń infrastruktury technicznej.
Nie wiadomo czy kierował sie ustawodawca ustalajac 50% próg. Mamy do czynienia z sytuacja gdy osoba prywatna zyskuje kosztem dzialan podjetych przez panstwo i samorzady.
Obowiązek zapłaty opłaty planistycznej powstaje, jeżeli wskutek uchwalenia lub zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego wzrosła wartość objętej nim działki, a właściciel zbywa tę nieruchomość lub jej część.
Wysokość renty planistycznej jest określana przez radę gminy w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Określa się ją procentowo w stosunku do wzrostu wartości nieruchomości (różnicy pomiędzy wartością nieruchomości przed wejściem w życie planu a wartością na dzień zbycia). Zgodnie z ustawą nie może być ona obecnie wyższa niż 30%
Kto ma inwestować w infrastrukture ?
Forma własnośc firm ma, jak sie okazuje, dość ograniczony wpływ na efekty jej działalności. Naprawde ważne jest otoczenie konkurencyjne i instytucjonalne firm czyli silne państwo. Duże firmy państwowe po narzuceniu im twardej logiki rynkowej ( tak zwana korporatyzacja polega m.in na rozliczaniu efektów pracy zarządu według reguł rynkowych ) radzą sobie tak samo jak firmy prywatne a w tym spólki giełdowe. Szkoda że polskie spólki skarbu panstwa nigdy nie zostały skorporatyzowane. Nieuczciwość i głupota zarzadów tych spólek z nadania politycznego jest wprost legendarna.
Dokładnie zbadane długookresowe wyniki ( zysk , inwestycje ) francuskich spółdzielni produkcyjnych nie wykazują żadnych różnic w stosunku do prywatnej konkurencji ! Skoro firmy działają w dokładnie tym samym otoczeniu, według tego samego systemu i pracuja w nich ludzie tej samej populacji to z jakiej racji miałyby miec rózne wyniki. Z racji róznych nazw ?
Pragmatyczny Deng Xiaoping, który zainicjował fantastyczny rozwój Chin, wierzył w normalność i Chinczyków: "Nieważne czy kot jest czarny, czy biały. Ważne, żeby łapał myszy."
Neoliberalizm promował mit o tym ze niskie opodatkowanie słuzy wzrostowi gospodarczemu. Mit został obalony przez wielu badaczy.
Kolejny neoliberalny mit mówi ze zadłuzenie publiczne jest złe. W rzeczywistości jest złe jak je pasożytniczo przejemy. Kiedy dobrze wychowamy za to nowe pokolenie i zbudujemy firmy i infrastrukture to zadłuzenie jest dobre i ma pełne zabezpieczenie.
Czy ma jakikolwiek znaczenie nazwa ( bialy - czarny ) firmy wykonujacej zadania w projektach publicznych i to czy to jest firma panstwowa, spolka publiczna lub firma prywatna. Wazne jest aby zleceniodawca uczciwie monitorował postępy prac i właściwie reagował widząc nieakceptowalne odstępstwa od umowy. W USA gdzie dominuje własność prywatna od pól wieku ustawowo (!) obowiązkowo stosowana jest w projektach publicznych analiza wartości wypracowanej. W wielkich zadaniach zawsze dokonywane sa modyfikacje wspólnie ze zleceniodawcą a to dlatego ze projektant nigdy wszystkiego nie przewidzi bo jest tylko człowiekiem. Zleceniodawca moze ocenić na półmetku "wartość wypracowaną" i ewentualnie zażadać wyjaśnien od wykonawcy. Nie chodzi tu o zadne czepianie się czy szukanie dziury w całym. Są ustawowe reguły oceny ! Jeśli wykonawca jest słaby i z wlasnej winy łamie umowe to rozwiązujemy z nim umowe i nic nie płacimy.
Brazylijski koncern budowlany Odebrecht okazał się największym w swojej branży łapówkarzem w dziejach Ameryki Południowej. Opłacał polityków i szefów rządów w 12 krajach. W zamian za przydzielanie Odebrechtowi koncesji na budowę politycy otrzymywali łapówki wynoszące łącznie co najmniej 800 mln dolarów. Pamiętać należy ze kraje Ameryki Południowej są dość biedne.
Zamiast racjonalności inwestycji była łapówka. Budowane obiekty były co najmniej dwukrotnie przepłacone. Zamiast podmiotów krajowych wybrano podmiot zagraniczny. Suma sumarum. Tam gdzie działają łapówkarze zamiast rozwoju jest stagnacja.
W Ameryce Południowej jest fizyczny dostatek wody a ludzie masowo cierpią na jej niedostatek. To własnie efekt działania łapówkarzy i panoszącej się korupcji. Jak mawiali Rzymianie - nie ma bramy przez którą nie przejdzie obładowany złotem osioł.
Tam gdzie tak zwane państwo to mafia i zwyczajna kleptokracja, dobrobytu napewno nie będzie.
W 2015 roku polskie CBA zdiagnozowało obszary najbardziej narażone na korupcję. Są to infrastruktura (w tym nie tylko drogi, ale także kolejnictwo), informatyzacja administracji publicznej, wykorzystywanie środków unijnych, służba zdrowia, sektor obronny, energetyka, ochrona środowiska, a także armia urzędnicza.
Nadrzędnym celem funkcjonowania systemu gospodarczego jest dobrobyt całego społeczeństwa. Nieskorumpowane państwa jednakowo dbają o interesy wszystkich obywateli i firm. Wszystkie cywilizowane kraje mają dobrą a nawet bardzo dobrą infrastrukturę.
Wzrost gospodarczy występuje jedynie w silnych i stabilnych państwach egzekwujących prawo. Nie ma rozwoju w plemiennej Afryce.
Sukcesy gospodarcze są wszędzie efektem pracy rządów.
Wspołczesne państwo jest organizacja swiadczącą różne usługi obywatelom i firmom. Panstwo ma monopol na stanowienie i egzekwowanie prawa ( także przemocą ) na swoim terytorium. Dba o bezpieczenstwo zewnetrzne i wewnetrze oraz o infrastrukture. Pilnuje własnosci i bezpieczeństwa wszelkich transakcji. Współczesne panstwo wypłaca emerytury, swiadczy usługi socjalne, edukacyjne i zdrowotne. Im większy zakres usług państwa tym większy udział budzetu w PKB. Generalnie panstwo ma robic to czego nie chce lub nie moze robic rynek. Państwo może i powinno rozsądnie wspierać innowacje i inwestowanie w nowe technologie.
Im bardziej skorumpowany jest rząd tym gorsze są jego efekty pracy w gospodarce. Zły rzad swoim interwencjonizmem wprowadza chaos i ryzyko. Zły interwencjonizm niewiele rożni się czasem od socjalizmu w gospodarce. Jest wrogiem przedsiębiorczości. Stan innowacji w przestarzałej polskiej gospodarce jest dramatycznie zły i jest to właśnie efekt pracy rządów.
Kraje zapóźnione cywilizacyjnie czerpią tak zwaną rente zapóźnienia. Mogą choćby korzystać z doświadczeń zachodu. Skoro wiadomo że budowa wodociągów i kanalizacji jest długookresowo korzystna bowiem radykalnie polepsza zdrowie populacji to nie ma sie nad czyn zastanawiać a decyzja inwestycyjna jest nieomal pozbawiona ryzyka.
Infrastruktury nie można zaimportować. Jest ona nieprzemieszczalna. Cechuje ją też niepodzielność techniczna i ekonomiczna. Z porzuconej budowy infrastrukturalnej praktycznie niczego nie da sie odzyskac. Za likwidacje niedokonczonych obiektów trzeba sporo zapłacic.
Infrastruktury, która nie bedzie w żaden sposób, nawet pośrednio, pracowała na rzecz eksportu nie nalezy budować za zagraniczne kredyty.
Koszt siły roboczej decyduje o poziomie technologi używanej na budowach infrastruktury. Na zdjęciach z XIX wieku ( NB Prawdopodobnie najstarsze istniejace zdjecie jest z 1835 roku ) widzimy tysiące ludzi wyposażonych w kilofy, łopaty, piły i siekiery oraz wagoniki wąskotorowe z torowiskiem służace do transportu. Takie samo prymitywne wyposażenie mieli wiezniowie - przymusowi robotnicy stalinowskich łagrów. Tam zycie ludzkie było bardzo tanie.
W biednych krajach angazowanie na budowach infrastruktury duzej ilości bezrobotnych, nawet prymitywnie unarzędziowionych, daje dobre rezultaty i inicjuje lokalny proces wzrostu gospodarczego. Rozwój jest zakodowany w każdym człowieku. Rozwój jest stanem normalnym. W XIX i w pierwszej połowie XX wieku prymitywnymi narzędziami tworzono rzeczy wielkie.
Tam gdzie siła robocza jest droga stosujemy najnowsze i najbardziej wydajne maszyny, ktore są czesto bardzo drogie.
Chiny swoim zwyczajem skopiowały zaimportowane maszyny i rozpoczęły produkcje własnych maszyn. Średnie wynagrodzenia w Państwie Środka sięgają 63 tysiecy juanów rocznie czyli 900 dolarów miesięcznie. Pracuje się tam obecnie maszynami a nie łopata i kilofem.
W każdej branży cena maszyny jest proporcjonalna do jej wydajności. Potężny kombajn do zbioru bawełny kosztuje 600-1000 tysięcy dolarów. Zastępuje prace do 100 ludzi. Potężna maszyna do drążenia tuneli kosztuje kilkanascie do kilkudziesięciu milionów dolarów.
Przewidywanie jest trudne i tym mniej mniej dokładne im odleglejszy jest horyzont. Jednak w gospodarce najwieksze korzyści dają własnie działania podejmowane z myslą o dlugiej perspektywie. Nieporozumieniem i fałszywą nobilitacja jest nazywanie spekulanta inwestorem.
Trafne i podjęte we właściwym czasie inwestycje infrastrukturalne dają gospodarce i społeczeństwu ogromne korzyści.
Inwestycje infrastrukturalne wolno się rentują i to jest ich wadą. Dlatego kapitał prywatny nieczęsto garnie się do tworzenia infrastruktury.
Nowojorską wyspę Manhattan w 1626 roku kupiono od tubylczych Indian za 60 guldenow o wartości obecnych 1050 dolarów.
W 2015 roku wartość wszystkich nieruchomości Manhattanu przekroczyła 914.8 mld dolarów.
Siatka prostopadłych alej i ulic nowojorskiej wyspy Manhattanu powstała w wyniku „Commissioners’ Plan” z 1811 roku.
Numeracja ulic na Manhattanie jest bardzo prosta: długie aleje ciągną się z północy na południe i są numerowane od wschodu na zachód. Ulice są krótsze, jest ich więcej i są prostopadłe do alej – numeracja rośnie z południa na północ. Jest prosty wzór matematyczny pozwalający wyliczyć najbliższą przecznicę, jeśli znamy adres miejsca. Wyspa ze stałym lądem połączona jest mostami i tunelami.
Pod kazdą ulicą wielkiego nowoczesnego miasta mamy wodociąg i kanalizacje, sieć elektryczną i telekomunikacyjną, rurociągi ciepłowniczo-chlodnicze i gazociagi. Na powierzchni mamy pasy ruchu i chodniki, wydzielone lub nie torowisko, pasy ruchu dla autobusow i rowerow, oswietlenie, system kierowania ruchem, miejsca parkingowe, skrzyzowania, aleje drzew, przejscia podziemne. Często duze miasto ma metro. Ogromne sa ceny atrakcyjnych gruntow miejskich.
Oplate adjacencką płacą właściciele lub użytkownicy wieczysci nieruchomości, których wartość wzrosła głównie na skutek
budowy urządzeń infrastruktury technicznej z udziałem środków Skarbu Państwa lub jednostek samorządu terytorialnego.
Stawka procentowa opłaty adiacenckiej nie może przekroczyć 50% dla wzrostu wartości nieruchomości spowodowanego budową urządzeń infrastruktury technicznej.
Nie wiadomo czy kierował sie ustawodawca ustalajac 50% próg. Mamy do czynienia z sytuacja gdy osoba prywatna zyskuje kosztem dzialan podjetych przez panstwo i samorzady.
Obowiązek zapłaty opłaty planistycznej powstaje, jeżeli wskutek uchwalenia lub zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego wzrosła wartość objętej nim działki, a właściciel zbywa tę nieruchomość lub jej część.
Wysokość renty planistycznej jest określana przez radę gminy w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Określa się ją procentowo w stosunku do wzrostu wartości nieruchomości (różnicy pomiędzy wartością nieruchomości przed wejściem w życie planu a wartością na dzień zbycia). Zgodnie z ustawą nie może być ona obecnie wyższa niż 30%
Kto ma inwestować w infrastrukture ?
Forma własnośc firm ma, jak sie okazuje, dość ograniczony wpływ na efekty jej działalności. Naprawde ważne jest otoczenie konkurencyjne i instytucjonalne firm czyli silne państwo. Duże firmy państwowe po narzuceniu im twardej logiki rynkowej ( tak zwana korporatyzacja polega m.in na rozliczaniu efektów pracy zarządu według reguł rynkowych ) radzą sobie tak samo jak firmy prywatne a w tym spólki giełdowe. Szkoda że polskie spólki skarbu panstwa nigdy nie zostały skorporatyzowane. Nieuczciwość i głupota zarzadów tych spólek z nadania politycznego jest wprost legendarna.
Dokładnie zbadane długookresowe wyniki ( zysk , inwestycje ) francuskich spółdzielni produkcyjnych nie wykazują żadnych różnic w stosunku do prywatnej konkurencji ! Skoro firmy działają w dokładnie tym samym otoczeniu, według tego samego systemu i pracuja w nich ludzie tej samej populacji to z jakiej racji miałyby miec rózne wyniki. Z racji róznych nazw ?
Pragmatyczny Deng Xiaoping, który zainicjował fantastyczny rozwój Chin, wierzył w normalność i Chinczyków: "Nieważne czy kot jest czarny, czy biały. Ważne, żeby łapał myszy."
Neoliberalizm promował mit o tym ze niskie opodatkowanie słuzy wzrostowi gospodarczemu. Mit został obalony przez wielu badaczy.
Kolejny neoliberalny mit mówi ze zadłuzenie publiczne jest złe. W rzeczywistości jest złe jak je pasożytniczo przejemy. Kiedy dobrze wychowamy za to nowe pokolenie i zbudujemy firmy i infrastrukture to zadłuzenie jest dobre i ma pełne zabezpieczenie.
Czy ma jakikolwiek znaczenie nazwa ( bialy - czarny ) firmy wykonujacej zadania w projektach publicznych i to czy to jest firma panstwowa, spolka publiczna lub firma prywatna. Wazne jest aby zleceniodawca uczciwie monitorował postępy prac i właściwie reagował widząc nieakceptowalne odstępstwa od umowy. W USA gdzie dominuje własność prywatna od pól wieku ustawowo (!) obowiązkowo stosowana jest w projektach publicznych analiza wartości wypracowanej. W wielkich zadaniach zawsze dokonywane sa modyfikacje wspólnie ze zleceniodawcą a to dlatego ze projektant nigdy wszystkiego nie przewidzi bo jest tylko człowiekiem. Zleceniodawca moze ocenić na półmetku "wartość wypracowaną" i ewentualnie zażadać wyjaśnien od wykonawcy. Nie chodzi tu o zadne czepianie się czy szukanie dziury w całym. Są ustawowe reguły oceny ! Jeśli wykonawca jest słaby i z wlasnej winy łamie umowe to rozwiązujemy z nim umowe i nic nie płacimy.
Inwestycje infrastrukturalne 3
Inwestycje infrastrukturalne 3
Każdy cywilizowany kraj ma wydajny, zintegrowany system transportowy. Kraje aspirujące do cywilizacji próbują taki system stworzyć. Na system taki składa się skoordynowany system dróg lądowych i kolei oraz portów morskich i lotniczych. System dróg z reguły jest dobrze połączony z duzymi miastami. Chiny mające największą w świecie sieć autostrad chcą aby wyjazd z kazdego punktu duzego miasta na autostrade trwal nie wiecej niz pół godziny. Uzytkownicy systemu drogowego wnoszą opłaty jawnie bądź w cenie kupowanego paliwa. Oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. Gdy włascicielem sieci dróg jest państwo to opłata w cenie paliwa jest sensowna ale nie do konca sprawiedliwa bowiem różni uzytkownicy korzystają z różnej jakosci dróg. Ci którzy jeżdza kiepskimi drogami czują się pokrzywdzeni. Biorąc jednak pod uwage zmiany miejsca zamieszkania i pracy rzecz sie w ciągu zycia człowieka uśrednia, choc nie zawsze.
Jesli duży udział w niszczeniu dróg ma ruch tranzytowy przez dane państwo to ekstra opłaty musza (?) być wnoszone jawnie aby obywatele nie dokladali do interesow podmiotów z obcych państw. Powstaje pytanie o definicje "panstwa" w tej mierze. Traktat z Maastricht wprowadzony w życie w roku 1993, stosuje formułe federacji, czyli państwa związkowego. NB. Panstwami federacyjnymi sa przykładowo USA, Rosja czy Niemcy. Dla pełni jasności Traktat Lizboński proklamował powstanie nowego podmiotu prawa międzynarodowego pod nazwą „Unia Europejska”. Biorąc to pod uwage "panstwa" związkowe Uni Europejskiej nie powinny żadac extra opłat za uzywanie dróg chyba że w symbolicznej postaci winiet. Pewnie dlatego Niemcy mający największą, najlepszą i najbardziej obciązoną ruchem sieć autostrad w Europie, będący politycznym i gospodarczym hegemonem, opierały sie przed wprowadzeniem opłat za autostrady i w końcu przyjęto propozycje symbolicznych opłat nijak mających się do rzeczywistych kosztów budowy i utrzymania autostrad.
Biorąc pod uwage że drogi i autostrady sa w Polsce budowane z udziałem srodkow UE, żądanie extra opłat za drogi jest legalnie co najmniej wątpliwe. Paliwo w Polsce jest tansze niż w Europie Zachodniej i jest margines dla pozyskania srodków na budowę nowych dróg. Pamiętać należy że tańsze paliwo zacheca do tankowania ( czyli płacenia podatku w paliwie ) kierowców samochodów ciezarowych.
O korzyściach płynących z posiadania wydajnego, zintegrowanego systemu transportowego napisano i powiedziano już chyba wszystko. Dobre drogi i koleje oszczędzają czas pasażerów i znacznie obniżają koszty leczenie ofiar wypadków. Dobre drogi oszczędzają zużywane przez samochody paliwo i obnizają zużycie mechanizmów samochodów. Znacznie obnizają koszty transportu towarowego i wpływaja nawet na konkurencyjność międzynarodową firm.
Transport osobowy i ciężarowy nie powiny być dotowane jako ze prowokowane jest marnotrawstwo. Dotowane, tanie koleje duzej szybkosci powoduja ze do pracy w Hiszpanii dojezdza sie nawet 200 km !
Przez przedkryzysowe lata sektor budowlany był główną siłą napędową hiszpańskiej gospodarki. Zbudowano zbedne dwa miliony mieszkan (podawana sa rozne, sprzeczne dane na ten temat) nie znajdujacych nabywcow. Pobudowano zbędne autostrady i linie szybkiej kolei z ktorych korzysta garstka ludzi, lotniska z ktorych nie wystartował ani jeden samolot, zbędne obiekty sportowe. I tak dalej.
Przedwojenna Polska do końca swojego marnego żywota praktycznie nie miała dróg dla samochodów. W następstwie lokalnych klęsk nieurodzaju w II RP z braku sieci dróg i ponadlokalnego rynku rolnego bywały niemal średniowieczne głody ( Kula W.: Historia zacofanie rozwój, Czytelnik 1983 ) nieznane na zachodzie Europy od stu lat. Brak w Polsce dróg niewiele opóznił pochód niemieckiej pancernej armi.
Wspołcześnie wytyczenie optymalnego przebiegu planowanej drogi miedzy punktami A i B jest dość łatwe poniewaz dysponujemy dokładnymi mapami, doskonalymi zdjęciami satelitarnymi i lotniczymi, skomputeryzowanymi odleglosciomierzami laserowymi i mikrofalowymi oraz wydajnymi komputerami i odpowiednimi programami komputerowymi.
Minimalizujemy ważona sume kosztu budowy drogi oraz jej długości, jako że ta długośc to przyszłe koszty paliwa i zużytych samochodów. Na koszt budowy składa sie przemieszczenie mas ziemi, koszt kruszywa, betonu i asfaltu także z kosztami ich transportu. Niebagatelne są koszty budowy mostów i tuneli. Oczywiście nikt nie przeprowadzi koniecznego wywłaszczenia gruntów sprawniej niż państwo. Wywłaszczenie w imie interesu ogólu nie powinno jednak nikogo rażąco krzywdzić. Tajne służby mogą skutecznie zapobiec pasożytniczym interesom i spekulacji gruntami pod przyszłą budowe.
Inwestycje infrastrukturalne są kapitałochłonne i materiałochłonne. Natomiast bieżące koszty eksploatacji są małe.
Obecnie największym placem budowy na świecie są Chiny. Budowa wielkiego mostu na bardzo trudnym podłożu trwa tam 2.5 roku. Tak wiec organizacja budowy jest całkiem niezła.
Urzadzenia infrastrukturalne mają nam służyć conajmniej dziesięcioleciami a nawet wiekami. Trwałość mostów stalowych jest funkcją zachodzących zjawisk zmęczeniowych i korozyjnych. Istotny jest więc wybor odpowiedniej stali i przeprowadzanie okresowej konserwacji. Programem stosującym metode elementow skonczonych można symulować zachodzace zjawiska zmęczeniowe.
Jeśli zle przewidzimy przyszłość i zbudujemy za słaby most w stosunku do ruchu to most ulegnie przedwczesnemu zużyciu.
Dz.U.2000.63.735 - Rozporządzenie Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej z dnia 30 maja 2000 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać drogowe obiekty inżynierskie i ich usytuowanie
§ 153. Okres użytkowania obiektów inżynierskich
1. Przyjęty okres użytkowania, o którym mowa w § 152, może odnosić się w szczególności do:
1) całego obiektu - jako średnia trwałość podstawowych elementów nie podlegających okresowej wymianie,
2) podstawowych elementów obiektu, tj. podpór, dźwigarów i pomostu,
3) elementów podlegających okresowej wymianie.
2. Dla elementów obiektu inżynierskiego przyjmuje się okresy użytkowania:
1) dla podpór mostów:
a) w nurtach rzek - nie mniejszy niż 150 lat,
b) w wodach stojących o ustabilizowanym poziomie - nie mniejszy niż 200 lat,
c) na terenach zalewowych - nie mniejszy niż 100 lat,
2) dla przyczółków masywnych i konstrukcji oporowych - nie mniejszy niż 100 lat,
3) dla podpór wiaduktów i lekkich przyczółków - nie mniejszy niż 60 lat,
4) dla masywnych konstrukcji łukowych i płytowych oraz tuneli - nie mniejszy niż 100 lat,
5) dla ustrojów nośnych przęseł belkowych i skrzynkowych z pomostami:
a) masywnymi - nie mniejszy niż 80 lat,
b) lekkimi i gęstożebrowymi - nie mniejszy niż 60 lat,
6) dla ustrojów nośnych przęseł sprężonych całym przekrojem - nie mniejszy niż 60 lat,
7) dla pomostów:
a) masywnych - nie mniejszy niż 40 lat,
b) lekkich i gęstożebrowych - nie mniejszy niż 30 lat,
8) dla izolacji wodoszczelnych pomostów:
a) masywnych - nie mniejszy niż 30 lat,
b) lekkich i gęstożebrowych - nie mniejszy niż 20 lat,
9) dla warstw ochronnych izolacji wodoszczelnych - nie mniejszy, niż przewidziano dla izolacji wodoszczelnych w pkt 8,
10) dla płyt chodnikowych i belek podporęczowych - nie mniejszy niż 20 lat,
11) dla nawierzchni jezdni - nie mniejszy niż 10 lat, pod warunkiem że nie są przewidziane jako warstwy ochronne izolacji wodoszczelnych,
12) dla urządzeń dylatacyjnych - nie mniejszy niż 20 lat,
13) dla urządzeń odwadniających - nie mniejszy niż 25 lat,
14) dla łożysk:
a) stycznych i wałkowych - nie mniejszy niż 50 lat,
b) elastomerowych i z wkładkami ślizgowymi - nie mniejszy niż 20 lat,
15) dla malarskich powłok ochronnych konstrukcji stalowych:
a) nowych - nie mniejszy niż 15 lat,
b) przemalowanych - nie mniejszy niż 5 lat,
16) dla osłon sieci trakcyjnej i barier - nie mniejszy niż 20 lat,
17) dla balustrad - nie mniejszy niż 30 lat,
18) dla przepustów - nie mniejszy niż 40 lat.
Każdy cywilizowany kraj ma wydajny, zintegrowany system transportowy. Kraje aspirujące do cywilizacji próbują taki system stworzyć. Na system taki składa się skoordynowany system dróg lądowych i kolei oraz portów morskich i lotniczych. System dróg z reguły jest dobrze połączony z duzymi miastami. Chiny mające największą w świecie sieć autostrad chcą aby wyjazd z kazdego punktu duzego miasta na autostrade trwal nie wiecej niz pół godziny. Uzytkownicy systemu drogowego wnoszą opłaty jawnie bądź w cenie kupowanego paliwa. Oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. Gdy włascicielem sieci dróg jest państwo to opłata w cenie paliwa jest sensowna ale nie do konca sprawiedliwa bowiem różni uzytkownicy korzystają z różnej jakosci dróg. Ci którzy jeżdza kiepskimi drogami czują się pokrzywdzeni. Biorąc jednak pod uwage zmiany miejsca zamieszkania i pracy rzecz sie w ciągu zycia człowieka uśrednia, choc nie zawsze.
Jesli duży udział w niszczeniu dróg ma ruch tranzytowy przez dane państwo to ekstra opłaty musza (?) być wnoszone jawnie aby obywatele nie dokladali do interesow podmiotów z obcych państw. Powstaje pytanie o definicje "panstwa" w tej mierze. Traktat z Maastricht wprowadzony w życie w roku 1993, stosuje formułe federacji, czyli państwa związkowego. NB. Panstwami federacyjnymi sa przykładowo USA, Rosja czy Niemcy. Dla pełni jasności Traktat Lizboński proklamował powstanie nowego podmiotu prawa międzynarodowego pod nazwą „Unia Europejska”. Biorąc to pod uwage "panstwa" związkowe Uni Europejskiej nie powinny żadac extra opłat za uzywanie dróg chyba że w symbolicznej postaci winiet. Pewnie dlatego Niemcy mający największą, najlepszą i najbardziej obciązoną ruchem sieć autostrad w Europie, będący politycznym i gospodarczym hegemonem, opierały sie przed wprowadzeniem opłat za autostrady i w końcu przyjęto propozycje symbolicznych opłat nijak mających się do rzeczywistych kosztów budowy i utrzymania autostrad.
Biorąc pod uwage że drogi i autostrady sa w Polsce budowane z udziałem srodkow UE, żądanie extra opłat za drogi jest legalnie co najmniej wątpliwe. Paliwo w Polsce jest tansze niż w Europie Zachodniej i jest margines dla pozyskania srodków na budowę nowych dróg. Pamiętać należy że tańsze paliwo zacheca do tankowania ( czyli płacenia podatku w paliwie ) kierowców samochodów ciezarowych.
O korzyściach płynących z posiadania wydajnego, zintegrowanego systemu transportowego napisano i powiedziano już chyba wszystko. Dobre drogi i koleje oszczędzają czas pasażerów i znacznie obniżają koszty leczenie ofiar wypadków. Dobre drogi oszczędzają zużywane przez samochody paliwo i obnizają zużycie mechanizmów samochodów. Znacznie obnizają koszty transportu towarowego i wpływaja nawet na konkurencyjność międzynarodową firm.
Transport osobowy i ciężarowy nie powiny być dotowane jako ze prowokowane jest marnotrawstwo. Dotowane, tanie koleje duzej szybkosci powoduja ze do pracy w Hiszpanii dojezdza sie nawet 200 km !
Przez przedkryzysowe lata sektor budowlany był główną siłą napędową hiszpańskiej gospodarki. Zbudowano zbedne dwa miliony mieszkan (podawana sa rozne, sprzeczne dane na ten temat) nie znajdujacych nabywcow. Pobudowano zbędne autostrady i linie szybkiej kolei z ktorych korzysta garstka ludzi, lotniska z ktorych nie wystartował ani jeden samolot, zbędne obiekty sportowe. I tak dalej.
Przedwojenna Polska do końca swojego marnego żywota praktycznie nie miała dróg dla samochodów. W następstwie lokalnych klęsk nieurodzaju w II RP z braku sieci dróg i ponadlokalnego rynku rolnego bywały niemal średniowieczne głody ( Kula W.: Historia zacofanie rozwój, Czytelnik 1983 ) nieznane na zachodzie Europy od stu lat. Brak w Polsce dróg niewiele opóznił pochód niemieckiej pancernej armi.
Wspołcześnie wytyczenie optymalnego przebiegu planowanej drogi miedzy punktami A i B jest dość łatwe poniewaz dysponujemy dokładnymi mapami, doskonalymi zdjęciami satelitarnymi i lotniczymi, skomputeryzowanymi odleglosciomierzami laserowymi i mikrofalowymi oraz wydajnymi komputerami i odpowiednimi programami komputerowymi.
Minimalizujemy ważona sume kosztu budowy drogi oraz jej długości, jako że ta długośc to przyszłe koszty paliwa i zużytych samochodów. Na koszt budowy składa sie przemieszczenie mas ziemi, koszt kruszywa, betonu i asfaltu także z kosztami ich transportu. Niebagatelne są koszty budowy mostów i tuneli. Oczywiście nikt nie przeprowadzi koniecznego wywłaszczenia gruntów sprawniej niż państwo. Wywłaszczenie w imie interesu ogólu nie powinno jednak nikogo rażąco krzywdzić. Tajne służby mogą skutecznie zapobiec pasożytniczym interesom i spekulacji gruntami pod przyszłą budowe.
Inwestycje infrastrukturalne są kapitałochłonne i materiałochłonne. Natomiast bieżące koszty eksploatacji są małe.
Obecnie największym placem budowy na świecie są Chiny. Budowa wielkiego mostu na bardzo trudnym podłożu trwa tam 2.5 roku. Tak wiec organizacja budowy jest całkiem niezła.
Urzadzenia infrastrukturalne mają nam służyć conajmniej dziesięcioleciami a nawet wiekami. Trwałość mostów stalowych jest funkcją zachodzących zjawisk zmęczeniowych i korozyjnych. Istotny jest więc wybor odpowiedniej stali i przeprowadzanie okresowej konserwacji. Programem stosującym metode elementow skonczonych można symulować zachodzace zjawiska zmęczeniowe.
Jeśli zle przewidzimy przyszłość i zbudujemy za słaby most w stosunku do ruchu to most ulegnie przedwczesnemu zużyciu.
Dz.U.2000.63.735 - Rozporządzenie Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej z dnia 30 maja 2000 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać drogowe obiekty inżynierskie i ich usytuowanie
§ 153. Okres użytkowania obiektów inżynierskich
1. Przyjęty okres użytkowania, o którym mowa w § 152, może odnosić się w szczególności do:
1) całego obiektu - jako średnia trwałość podstawowych elementów nie podlegających okresowej wymianie,
2) podstawowych elementów obiektu, tj. podpór, dźwigarów i pomostu,
3) elementów podlegających okresowej wymianie.
2. Dla elementów obiektu inżynierskiego przyjmuje się okresy użytkowania:
1) dla podpór mostów:
a) w nurtach rzek - nie mniejszy niż 150 lat,
b) w wodach stojących o ustabilizowanym poziomie - nie mniejszy niż 200 lat,
c) na terenach zalewowych - nie mniejszy niż 100 lat,
2) dla przyczółków masywnych i konstrukcji oporowych - nie mniejszy niż 100 lat,
3) dla podpór wiaduktów i lekkich przyczółków - nie mniejszy niż 60 lat,
4) dla masywnych konstrukcji łukowych i płytowych oraz tuneli - nie mniejszy niż 100 lat,
5) dla ustrojów nośnych przęseł belkowych i skrzynkowych z pomostami:
a) masywnymi - nie mniejszy niż 80 lat,
b) lekkimi i gęstożebrowymi - nie mniejszy niż 60 lat,
6) dla ustrojów nośnych przęseł sprężonych całym przekrojem - nie mniejszy niż 60 lat,
7) dla pomostów:
a) masywnych - nie mniejszy niż 40 lat,
b) lekkich i gęstożebrowych - nie mniejszy niż 30 lat,
8) dla izolacji wodoszczelnych pomostów:
a) masywnych - nie mniejszy niż 30 lat,
b) lekkich i gęstożebrowych - nie mniejszy niż 20 lat,
9) dla warstw ochronnych izolacji wodoszczelnych - nie mniejszy, niż przewidziano dla izolacji wodoszczelnych w pkt 8,
10) dla płyt chodnikowych i belek podporęczowych - nie mniejszy niż 20 lat,
11) dla nawierzchni jezdni - nie mniejszy niż 10 lat, pod warunkiem że nie są przewidziane jako warstwy ochronne izolacji wodoszczelnych,
12) dla urządzeń dylatacyjnych - nie mniejszy niż 20 lat,
13) dla urządzeń odwadniających - nie mniejszy niż 25 lat,
14) dla łożysk:
a) stycznych i wałkowych - nie mniejszy niż 50 lat,
b) elastomerowych i z wkładkami ślizgowymi - nie mniejszy niż 20 lat,
15) dla malarskich powłok ochronnych konstrukcji stalowych:
a) nowych - nie mniejszy niż 15 lat,
b) przemalowanych - nie mniejszy niż 5 lat,
16) dla osłon sieci trakcyjnej i barier - nie mniejszy niż 20 lat,
17) dla balustrad - nie mniejszy niż 30 lat,
18) dla przepustów - nie mniejszy niż 40 lat.
czwartek, 9 lutego 2017
Inwestycje infrastrukturalne 2
Inwestycje infrastrukturalne 2
W państwach III Swiata i oczywiscie w Polsce, wokół inwestycji infrastrukturalnych kwitnie wielka korupcja - Grand Corruption. Ta korupcja istotnie hamuje procesy wzrostu gospodarczego lub wręcz unicestwia rozwój. Bardzo często w wielkiej korupcji uczestniczą łapówkarskie trzecioswiatowe rządy i zagraniczni kontrachęci.
Często wielkość korzyści odnoszonych z inwestycji infrastrukturalnych jest trudna do oceny zarówno przed inwestycją jak i dekady po inwestycji.
Na zachodzie Europy ale też i w Polsce radykalny spadek zachowań na niebezpieczne choroby zakaźne i radykalny przyrost długości życia w miastach dała budowa sieci kanalizacyjnych i wodociągowych z czystą woda. W ciągu dziesięciolecia po zbudowaniu tych sieci wskaźniki zachorowalności spadały dziesięciokrotnie i więcej.
Warszawskie wodociągi uruchomione w 1886 roku są dziełem Anglika Williama Lindleya. Wybór Lindleya na projektanta i prowadzącego inżyniera nie był przypadkowy, bowiem dużo budował on w sąsiednich Niemczech i miał ogromne doświadczenie. Psiocząc na cara pamiętajmy jednak o konkretach. W tym czasie ani Moskwa ani Petersburg nie miały powszechnych wodociągów i kanalizacji.
Polskie miasta były bardzo zacofane. W XX wieku ulicami polskich miast płynęły obrzydliwie cuchnące ścieki.
Dziennikarz "Expresu Wieczornego Ilustrowanego" pisał w 1924 roku - Cuchnące wyziewy Łodzi to nasz wróg najśmiertelniejszy Zabójczy fetor wiejący z każdego rynsztoka i kanału do tego stopnia obrzydza człowiekowi życie i czyni go nieszczęśliwym, że każdy zaprzysięga sobie, iż natychmiast opuści to złe miasto i nigdy doń nie powróci...
Stan sanitarny miasta był straszny. Było to jedyne w Europie miasto tej wielkości bez wodociągu i kanalizacji. Brak kanalizacji w ludnym mieście powodował, że ciągle w mieście wybuchały epidemie cholery, czerwonki, duru brzusznego, szkarlatyny, błonicy, odry i krztuśca. Łódź należała do miast z największą śmiertelnością.
Dopiero w 1924 roku Rada Miasta Łodzi podjęła uchwałę o rozpoczęciu budowy kanalizacji. Krytycy twierdzili, że kanalizacja jest zupełnie zbędną.
Na potrzeby inwestycji rozpoczęto produkcję nienasiąkliwej cegły klinkierowej. Uruchomiono krótką linie wąskotorowa, własną betoniarnię i kopalnię piasku. Pierwszy budynek w Łodzi podłączono do kanalizacji miejskiej we wrześniu 1927 roku. Kamienicznicy musieli podłączyć swoje nieruchomości do kanału głównego po ogłoszeniu przez miasto oddania „kanału do użytku” pod groźba surowej kary. Oplaty za odprowadzanie scieków od umywalki i klozetu nie były wygórowane. Do wybuchu wojny w 1939 roku z kanalizacji miejskiej korzystało zaledwie 32% ludności.
Dopiero PRL przyniósl Polsce postęp cywilizacyjny choć i on nie wybudował koniecznych oczyszczalni ścieków.
Optymalna cena usługi wodno - kanalizacyjnej powinna byc taka aby mozliwosci wodociagu byly mocno wykorzystane aby jak najwiecej ludzi korzystalo z dobrodziejstwa przynoszącego poprawę zdrowotności i wydajności pracy pracowników. Z drugiej strony przedsiebiorstwo wodno-kanalizacyjne winno byc docelowo rentowne ponieważ wszelkie darmowe i półdarmowe towary i uslugi zuzywane sa nieracjonalnie i są marnowane.
Obecnie woda w Polsce nalezy do najdroższych ( uwzgledniając siłe nabywczą ludności ) w Europie. Nic dziwnego że latem w miejskich autobusach niemiłosiernie śmierdzi. Polacy nie mają pieniedzy na drogą wode i za rzadko sie myją. Za to w spółkach wodociągowych i kanalizacyjnych na ciepłych i wesołych synekurach zarządow pasą się wybrańcy.
Obecnie około 2,2 mln ludzi na świecie umiera co roku na choroby ( infekcyjne, pasożytnicze i zatrucia ) związane z piciem zanieczyszczonej wody.
W Polsce w 2016 roku duża grupa populacji żyła w złych warunkach mieszkaniowych, na co składaja sie także złe warunki sanitarne.
-zły stan instalacji elektrycznej lub jej brak 5,0%
-brak zainstalowanego ogrzewania 12,4%
-złe warunki sanitarne (brak wody bieżącej, łazienki, toalety) 11,4%
-mieszkanie ciemne, wilgotne 12,5%
-mieszkanie usytuowane w hałaśliwym otoczeniu, rejonie o skażonym środowisku naturalnym 16,4%
-mieszkanie zbyt małe lub nie każda osoba dorosła ma samodzielny pokój 24,7%
-brak możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w mieszkaniu 30,0%
Dla optymalizacji inwestycji infrastrukturalnych konieczna jest znajomość wartości ludzkiego życia i zdrowia. Agencje rządu USA wyliczają i podają wartość życia i zdrowia obywatela USA. Sprawą tą zajmiemy sie dalej. Im bogatszy kraj tym wyższa jest cena życia i zdrowia jego obywateli.
Rażącym nonsensem jest budowa w biednym kraju kolei dużych prędkosci. W tym kraju są bowiem tysiące innych alternatywnych, o wiele lepszych z punktu widzenia interesu populacji, zastosowań skromnego kapitału. Gdy biedny kraj stanie sie bogaty to wtedy może myślec o szybkiej kolei.
Na etapie realizacji każdej inwestycji zaangazowany kapitał jest zamrozony i nie przynosi zadnego pożytku czy zysku. Siłą rzeczy okres ten chcemy jak najbardziej skrócić ale wystepują pewne systemowe prawidła.
Koszt jednostkowy kilowata mocy bloku energetycznego spada wraz z mocą bloku a jednoczesnie odrobine rosnie jego sprawnosc. Jednak budowa bloku energetycznego jest tym dłuższa ( zależność nie jest silna ) im większa jest jego moc. Efekt skali jednak wystepuje bardzo mocno.
Wykres pokazuje wzgledne jednostkowe koszty dla blokow o mocy 1-200MW, 2-400MW, 3-600MW, 4-800MW. Dla wszystkich parametry pary wynoszą 17MPa, 538/538C. Chłodnie wentylatorowe, mokre odsiarczenie spalin (Economy od scale still holds, Electrical world, 1985, No. 1)
Czas budowy drogi ( czyli zamrożenia kapitału ) czy lini kolejowej zalezy od jej jakości. Im lepsza droga czy linia kolejowa tym lepsze czyli droższe materialy uzyte są do jej budowy i wieksza jest ich ilość.
Czas budowy wieżowca zalezy od jego wysokości czyli ilości pięter czyli powierzchni do wynajęcia czyli zbieranego w przyszlości czynszu za wynajem. Im wyższy budynek tym wyższej jakosci muszą byc uzyte materialy konstrukcyjne. Konieczne jest tez uzycie w duzej ilosci szybszych i drozszych wind. Istotny jest tez koszt dzialki budowlanej i jej ograniczona powierzchnia. Warto przypomnieć, ze w szczycie spekulacyjnej banki nieruchomościowej metr gruntu w Tokio kosztował ćwierć miliona ówczesnych dolarów.
William Clark i John Kingston w publikacji “The Skyscraper: A Study in the Economic Height of Modern Office Buildings” juz w 1930 roku podali, że optymalna wysokość wieżowca w ówczesnej Ameryce wynosi 63 piętra. Ponieważ obecnie są dostepne lepsze betony i stale to pewnie optymalna wysokość wieżowca jest jeszcze większa.
W państwach III Swiata i oczywiscie w Polsce, wokół inwestycji infrastrukturalnych kwitnie wielka korupcja - Grand Corruption. Ta korupcja istotnie hamuje procesy wzrostu gospodarczego lub wręcz unicestwia rozwój. Bardzo często w wielkiej korupcji uczestniczą łapówkarskie trzecioswiatowe rządy i zagraniczni kontrachęci.
Często wielkość korzyści odnoszonych z inwestycji infrastrukturalnych jest trudna do oceny zarówno przed inwestycją jak i dekady po inwestycji.
Na zachodzie Europy ale też i w Polsce radykalny spadek zachowań na niebezpieczne choroby zakaźne i radykalny przyrost długości życia w miastach dała budowa sieci kanalizacyjnych i wodociągowych z czystą woda. W ciągu dziesięciolecia po zbudowaniu tych sieci wskaźniki zachorowalności spadały dziesięciokrotnie i więcej.
Warszawskie wodociągi uruchomione w 1886 roku są dziełem Anglika Williama Lindleya. Wybór Lindleya na projektanta i prowadzącego inżyniera nie był przypadkowy, bowiem dużo budował on w sąsiednich Niemczech i miał ogromne doświadczenie. Psiocząc na cara pamiętajmy jednak o konkretach. W tym czasie ani Moskwa ani Petersburg nie miały powszechnych wodociągów i kanalizacji.
Polskie miasta były bardzo zacofane. W XX wieku ulicami polskich miast płynęły obrzydliwie cuchnące ścieki.
Dziennikarz "Expresu Wieczornego Ilustrowanego" pisał w 1924 roku - Cuchnące wyziewy Łodzi to nasz wróg najśmiertelniejszy Zabójczy fetor wiejący z każdego rynsztoka i kanału do tego stopnia obrzydza człowiekowi życie i czyni go nieszczęśliwym, że każdy zaprzysięga sobie, iż natychmiast opuści to złe miasto i nigdy doń nie powróci...
Stan sanitarny miasta był straszny. Było to jedyne w Europie miasto tej wielkości bez wodociągu i kanalizacji. Brak kanalizacji w ludnym mieście powodował, że ciągle w mieście wybuchały epidemie cholery, czerwonki, duru brzusznego, szkarlatyny, błonicy, odry i krztuśca. Łódź należała do miast z największą śmiertelnością.
Dopiero w 1924 roku Rada Miasta Łodzi podjęła uchwałę o rozpoczęciu budowy kanalizacji. Krytycy twierdzili, że kanalizacja jest zupełnie zbędną.
Na potrzeby inwestycji rozpoczęto produkcję nienasiąkliwej cegły klinkierowej. Uruchomiono krótką linie wąskotorowa, własną betoniarnię i kopalnię piasku. Pierwszy budynek w Łodzi podłączono do kanalizacji miejskiej we wrześniu 1927 roku. Kamienicznicy musieli podłączyć swoje nieruchomości do kanału głównego po ogłoszeniu przez miasto oddania „kanału do użytku” pod groźba surowej kary. Oplaty za odprowadzanie scieków od umywalki i klozetu nie były wygórowane. Do wybuchu wojny w 1939 roku z kanalizacji miejskiej korzystało zaledwie 32% ludności.
Dopiero PRL przyniósl Polsce postęp cywilizacyjny choć i on nie wybudował koniecznych oczyszczalni ścieków.
Optymalna cena usługi wodno - kanalizacyjnej powinna byc taka aby mozliwosci wodociagu byly mocno wykorzystane aby jak najwiecej ludzi korzystalo z dobrodziejstwa przynoszącego poprawę zdrowotności i wydajności pracy pracowników. Z drugiej strony przedsiebiorstwo wodno-kanalizacyjne winno byc docelowo rentowne ponieważ wszelkie darmowe i półdarmowe towary i uslugi zuzywane sa nieracjonalnie i są marnowane.
Obecnie woda w Polsce nalezy do najdroższych ( uwzgledniając siłe nabywczą ludności ) w Europie. Nic dziwnego że latem w miejskich autobusach niemiłosiernie śmierdzi. Polacy nie mają pieniedzy na drogą wode i za rzadko sie myją. Za to w spółkach wodociągowych i kanalizacyjnych na ciepłych i wesołych synekurach zarządow pasą się wybrańcy.
Obecnie około 2,2 mln ludzi na świecie umiera co roku na choroby ( infekcyjne, pasożytnicze i zatrucia ) związane z piciem zanieczyszczonej wody.
W Polsce w 2016 roku duża grupa populacji żyła w złych warunkach mieszkaniowych, na co składaja sie także złe warunki sanitarne.
-zły stan instalacji elektrycznej lub jej brak 5,0%
-brak zainstalowanego ogrzewania 12,4%
-złe warunki sanitarne (brak wody bieżącej, łazienki, toalety) 11,4%
-mieszkanie ciemne, wilgotne 12,5%
-mieszkanie usytuowane w hałaśliwym otoczeniu, rejonie o skażonym środowisku naturalnym 16,4%
-mieszkanie zbyt małe lub nie każda osoba dorosła ma samodzielny pokój 24,7%
-brak możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w mieszkaniu 30,0%
Dla optymalizacji inwestycji infrastrukturalnych konieczna jest znajomość wartości ludzkiego życia i zdrowia. Agencje rządu USA wyliczają i podają wartość życia i zdrowia obywatela USA. Sprawą tą zajmiemy sie dalej. Im bogatszy kraj tym wyższa jest cena życia i zdrowia jego obywateli.
Rażącym nonsensem jest budowa w biednym kraju kolei dużych prędkosci. W tym kraju są bowiem tysiące innych alternatywnych, o wiele lepszych z punktu widzenia interesu populacji, zastosowań skromnego kapitału. Gdy biedny kraj stanie sie bogaty to wtedy może myślec o szybkiej kolei.
Na etapie realizacji każdej inwestycji zaangazowany kapitał jest zamrozony i nie przynosi zadnego pożytku czy zysku. Siłą rzeczy okres ten chcemy jak najbardziej skrócić ale wystepują pewne systemowe prawidła.
Koszt jednostkowy kilowata mocy bloku energetycznego spada wraz z mocą bloku a jednoczesnie odrobine rosnie jego sprawnosc. Jednak budowa bloku energetycznego jest tym dłuższa ( zależność nie jest silna ) im większa jest jego moc. Efekt skali jednak wystepuje bardzo mocno.
Wykres pokazuje wzgledne jednostkowe koszty dla blokow o mocy 1-200MW, 2-400MW, 3-600MW, 4-800MW. Dla wszystkich parametry pary wynoszą 17MPa, 538/538C. Chłodnie wentylatorowe, mokre odsiarczenie spalin (Economy od scale still holds, Electrical world, 1985, No. 1)
Czas budowy drogi ( czyli zamrożenia kapitału ) czy lini kolejowej zalezy od jej jakości. Im lepsza droga czy linia kolejowa tym lepsze czyli droższe materialy uzyte są do jej budowy i wieksza jest ich ilość.
Czas budowy wieżowca zalezy od jego wysokości czyli ilości pięter czyli powierzchni do wynajęcia czyli zbieranego w przyszlości czynszu za wynajem. Im wyższy budynek tym wyższej jakosci muszą byc uzyte materialy konstrukcyjne. Konieczne jest tez uzycie w duzej ilosci szybszych i drozszych wind. Istotny jest tez koszt dzialki budowlanej i jej ograniczona powierzchnia. Warto przypomnieć, ze w szczycie spekulacyjnej banki nieruchomościowej metr gruntu w Tokio kosztował ćwierć miliona ówczesnych dolarów.
William Clark i John Kingston w publikacji “The Skyscraper: A Study in the Economic Height of Modern Office Buildings” juz w 1930 roku podali, że optymalna wysokość wieżowca w ówczesnej Ameryce wynosi 63 piętra. Ponieważ obecnie są dostepne lepsze betony i stale to pewnie optymalna wysokość wieżowca jest jeszcze większa.
środa, 8 lutego 2017
Inwestycje infrastrukturalne
Inwestycje infrastrukturalne
W latach trzydziestych, niezależnie od siebie, Roy F. Harrod i Evsey D. Domar, doszli do wniosku, że w gospodarce zamkniętej wzrost gospodarczy zależy od produktywności inwestycji i poziomu oszczędności. Produktywnością inwestycji nazywamy wzrost PKB dokonany dzięki tym inwestycjom. Oczywiscie błędne jest utożsamianie oszczednosci z inwestycjami bowiem nie każde oszczednosci są inwestowane w nowe moce produkcyjne. Przykladowo rentierzy ( firmy i osoby ) kupują obligacje skarbu panstwa. Panstwo zebrane pieniadze przeznacza od razu na wypłate rent i emerytur, ktore natychmiast sa przejadane a nie inwestowane.
Osoby fizyczne gromadza gotowke aby dokonać większego zakupu. I tak dalej.
Tam gdzie rzady drukuja pieniądze jest pokusa aby nadrukowac pieniędzy i złupić firmy i pracowników inflacją czyli narzuconą, przymusową pseudo-oszczędnością.
Alokacja kapitału we wszelkie inwestycje, a w tym inwestycje infrastrukturalne, jest szalenie ważna i chyba najważniejsza w całej gospodarce i państwie. Optymalna alokacja kapitału jest bardzo trudna. Dobra alokacja daje w rezultacie dobrobyt. Złe, nietrafione inwestycje skutkują bankructwami firm i państw.
Błędne decyzje podejmują nawet najlepsi. Kłopoty finansowe ma obecnie potężny japoński koncern Toshiba Corp. Planuje on ratunkowo obniżyć pensje swoim 190 tysiącom pracowników. Toshiba pierwszego laptopa wyprodukowała w 1985 roku szokując swoją technologią inne firmy.
Koncern wpadł w kłopoty finansowe w związku z inwestycjami w amerykański sektor nuklearny. Straty mogą sięgnąć 6,2 mld dol.
Potężne kłopoty finansowe firmy są wynikiem błędów w zarządzaniu. Postawienie na energetyke jadrowa jako podstawowy biznes było ciężkim błędem. Toshiba ma od lat kłopoty z pozyskaniem zamówień dla nowych elektrowni jądrowych zarówno w kraju, jak i za granicą. Kłopoty ujawniły się po katastrofie nuklearnej w Fukushimie w 2011 roku.
Dodatkowo banki chcą oskarżyć koncern za straty jakie poniosły na skutek gwałtownego spadku wartości jego akcji po skandalu księgowym, jaki wybuchł w 2015 roku, w związku z manipulacjami księgowymi prowadzącymi do zawyżania zysków Toshiby.
Wielokrotnie w trakcie kampanii prezydenckiej, a także w pierwszym przemówieniu po ogłoszeniu zwycięstwa wyborczego, prezydent Donald Trump zapowiadał rozpoczęcie wielkiego programu odbudowy amerykańskiej infrastruktury: dróg, kolei, mostów, lotnisk, sieci energetycznej, szkół...
Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów od lat bije na alarm. Podaje ono że zaniedbana infrastruktura potrzebuje pilnych inwestycji sięgających aż 3600 mld dolarów, bez których ucierpi długoterminowy wzrost gospodarczy w USA.
Inwestycje infrastrukturalne realizowano juz w starożytnosci. Przykładowo o akweduktach za Wikipedią.
"Akwedukt (łac. aquae ductus, ciąg wodny) – kanał wodociągowy, rurociąg podziemny lub nadziemny, doprowadzający wodę z odległych źródeł na ogół do miast przy wykorzystaniu siły ciążenia ziemskiego. Może być umieszczony na arkadach przeprowadzonych nad rzekami lub nierównościami terenu. Akweduktem nazywany jest również most kanału wodnego.
Jeden z najstarszych znanych akweduktów został zbudowany na polecenie asyryjskiego króla Sennacheryba. Doprowadzał on wodę do Niniwy z leżących 50 kilometrów od miasta gór.
W Grecji zachowały się akwedukty na Samos (tunel Eupalinosa) z VI wieku p.n.e. oraz – w Koryncie i Atenach z V wieku p.n.e.
Starożytny Rzym był zaopatrywany przez sieć akweduktów liczącą w II wieku n.e. 420 km, z czego 47 km przebiegało nad powierzchnią ziemi. Sieć ta dostarczała milion m³ wody źródlanej na dobę. Za czasów Konstantyna Wielkiego na początku IV stulecia n.e. długość wodociągów wynosiła już 575 kilometrów i dostarczały one do miasta około 1,5 miliona m³ na dobę m³. Spadek w rzymskich akweduktach wynosił kilkadziesiąt centymetrów na kilometr. Rzymianie niekiedy odwadniali teren w pobliżu akweduktu, aby zmniejszyć możliwość skażenia przez wody gruntowe. Przy wyborze źródeł prócz badania stanu wody obserwowali też stan zdrowia tubylców. Woda była dostarczana do licznych fontann, łaźni i szaletów publicznych, co bogatszych domów.
Z rzymskich wodociągów najbardziej znane są:
najstarsze, prowadzące wodę do Rzymu:
Aqua Appia (312 rok p.n.e.)
czynny do dziś Aqua Marcia (144 – 140 p.n.e.)
Aqua Virgo (20 p.n.e.)
Aqua Claudia (52 rok n.e.).
oraz leżące poza Italią:
Francja
Pont du Gard koło Nîmes we Francji (zbudowany około 19 roku p.n.e.),
akwedukt do Fréjus (Forum Iulii) przez Roche Taillée,
Hiszpania
El Pont del Diable w Tarragonie w Hiszpanii z I wieku p.n.e.,
akwedukt w Segowii z I-II wiek n.e.,
akwedukt Los Milagros w Meridzie - I wiek p.n.e,
Grecja
akwedukt w Nikopolis w Epirze z czasów Oktawiana Augusta,
akwedukt koło miejscowości Moria do Mityleny na Lesbos,
Izrael
akwedukt z góry Carmel do Caesarea Maritima budowany pomiędzy I wiekiem p.n.e. a II wiekiem n.e.
Przykłady akweduktów z czasów późniejszych:
Portugalia
Aguas Livres w Campolide w Lizbonie"
Sextus Iulius Frontinus to rzymski żołnierz, wódz, polityk i inżynier. Gdy w Rzymie zaczęło poważnie brakować wody dla pospólstwa i na cele publiczne, cesarz Nerva powołał go na funkcje zarządcy rzymskich akweduktów.
Frontinus ( Frontinus, O akweduktach miasta Rzymu, tłumaczenie C. Kunderewicz, Warszawa 1961. ) rozpoczął od dokładnego zapoznania się z gospodarką wodną Rzymu i akweduktami stwierdzając potężne sprzeniewieżenia, rażące niedbalstwo i marnotrawstwo. O dziwo wody wcale nie brakowało oligarchii.
W latach trzydziestych, niezależnie od siebie, Roy F. Harrod i Evsey D. Domar, doszli do wniosku, że w gospodarce zamkniętej wzrost gospodarczy zależy od produktywności inwestycji i poziomu oszczędności. Produktywnością inwestycji nazywamy wzrost PKB dokonany dzięki tym inwestycjom. Oczywiscie błędne jest utożsamianie oszczednosci z inwestycjami bowiem nie każde oszczednosci są inwestowane w nowe moce produkcyjne. Przykladowo rentierzy ( firmy i osoby ) kupują obligacje skarbu panstwa. Panstwo zebrane pieniadze przeznacza od razu na wypłate rent i emerytur, ktore natychmiast sa przejadane a nie inwestowane.
Osoby fizyczne gromadza gotowke aby dokonać większego zakupu. I tak dalej.
Tam gdzie rzady drukuja pieniądze jest pokusa aby nadrukowac pieniędzy i złupić firmy i pracowników inflacją czyli narzuconą, przymusową pseudo-oszczędnością.
Alokacja kapitału we wszelkie inwestycje, a w tym inwestycje infrastrukturalne, jest szalenie ważna i chyba najważniejsza w całej gospodarce i państwie. Optymalna alokacja kapitału jest bardzo trudna. Dobra alokacja daje w rezultacie dobrobyt. Złe, nietrafione inwestycje skutkują bankructwami firm i państw.
Błędne decyzje podejmują nawet najlepsi. Kłopoty finansowe ma obecnie potężny japoński koncern Toshiba Corp. Planuje on ratunkowo obniżyć pensje swoim 190 tysiącom pracowników. Toshiba pierwszego laptopa wyprodukowała w 1985 roku szokując swoją technologią inne firmy.
Koncern wpadł w kłopoty finansowe w związku z inwestycjami w amerykański sektor nuklearny. Straty mogą sięgnąć 6,2 mld dol.
Potężne kłopoty finansowe firmy są wynikiem błędów w zarządzaniu. Postawienie na energetyke jadrowa jako podstawowy biznes było ciężkim błędem. Toshiba ma od lat kłopoty z pozyskaniem zamówień dla nowych elektrowni jądrowych zarówno w kraju, jak i za granicą. Kłopoty ujawniły się po katastrofie nuklearnej w Fukushimie w 2011 roku.
Dodatkowo banki chcą oskarżyć koncern za straty jakie poniosły na skutek gwałtownego spadku wartości jego akcji po skandalu księgowym, jaki wybuchł w 2015 roku, w związku z manipulacjami księgowymi prowadzącymi do zawyżania zysków Toshiby.
Wielokrotnie w trakcie kampanii prezydenckiej, a także w pierwszym przemówieniu po ogłoszeniu zwycięstwa wyborczego, prezydent Donald Trump zapowiadał rozpoczęcie wielkiego programu odbudowy amerykańskiej infrastruktury: dróg, kolei, mostów, lotnisk, sieci energetycznej, szkół...
Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów od lat bije na alarm. Podaje ono że zaniedbana infrastruktura potrzebuje pilnych inwestycji sięgających aż 3600 mld dolarów, bez których ucierpi długoterminowy wzrost gospodarczy w USA.
Inwestycje infrastrukturalne realizowano juz w starożytnosci. Przykładowo o akweduktach za Wikipedią.
"Akwedukt (łac. aquae ductus, ciąg wodny) – kanał wodociągowy, rurociąg podziemny lub nadziemny, doprowadzający wodę z odległych źródeł na ogół do miast przy wykorzystaniu siły ciążenia ziemskiego. Może być umieszczony na arkadach przeprowadzonych nad rzekami lub nierównościami terenu. Akweduktem nazywany jest również most kanału wodnego.
Jeden z najstarszych znanych akweduktów został zbudowany na polecenie asyryjskiego króla Sennacheryba. Doprowadzał on wodę do Niniwy z leżących 50 kilometrów od miasta gór.
W Grecji zachowały się akwedukty na Samos (tunel Eupalinosa) z VI wieku p.n.e. oraz – w Koryncie i Atenach z V wieku p.n.e.
Starożytny Rzym był zaopatrywany przez sieć akweduktów liczącą w II wieku n.e. 420 km, z czego 47 km przebiegało nad powierzchnią ziemi. Sieć ta dostarczała milion m³ wody źródlanej na dobę. Za czasów Konstantyna Wielkiego na początku IV stulecia n.e. długość wodociągów wynosiła już 575 kilometrów i dostarczały one do miasta około 1,5 miliona m³ na dobę m³. Spadek w rzymskich akweduktach wynosił kilkadziesiąt centymetrów na kilometr. Rzymianie niekiedy odwadniali teren w pobliżu akweduktu, aby zmniejszyć możliwość skażenia przez wody gruntowe. Przy wyborze źródeł prócz badania stanu wody obserwowali też stan zdrowia tubylców. Woda była dostarczana do licznych fontann, łaźni i szaletów publicznych, co bogatszych domów.
Z rzymskich wodociągów najbardziej znane są:
najstarsze, prowadzące wodę do Rzymu:
Aqua Appia (312 rok p.n.e.)
czynny do dziś Aqua Marcia (144 – 140 p.n.e.)
Aqua Virgo (20 p.n.e.)
Aqua Claudia (52 rok n.e.).
oraz leżące poza Italią:
Francja
Pont du Gard koło Nîmes we Francji (zbudowany około 19 roku p.n.e.),
akwedukt do Fréjus (Forum Iulii) przez Roche Taillée,
Hiszpania
El Pont del Diable w Tarragonie w Hiszpanii z I wieku p.n.e.,
akwedukt w Segowii z I-II wiek n.e.,
akwedukt Los Milagros w Meridzie - I wiek p.n.e,
Grecja
akwedukt w Nikopolis w Epirze z czasów Oktawiana Augusta,
akwedukt koło miejscowości Moria do Mityleny na Lesbos,
Izrael
akwedukt z góry Carmel do Caesarea Maritima budowany pomiędzy I wiekiem p.n.e. a II wiekiem n.e.
Przykłady akweduktów z czasów późniejszych:
Portugalia
Aguas Livres w Campolide w Lizbonie"
Sextus Iulius Frontinus to rzymski żołnierz, wódz, polityk i inżynier. Gdy w Rzymie zaczęło poważnie brakować wody dla pospólstwa i na cele publiczne, cesarz Nerva powołał go na funkcje zarządcy rzymskich akweduktów.
Frontinus ( Frontinus, O akweduktach miasta Rzymu, tłumaczenie C. Kunderewicz, Warszawa 1961. ) rozpoczął od dokładnego zapoznania się z gospodarką wodną Rzymu i akweduktami stwierdzając potężne sprzeniewieżenia, rażące niedbalstwo i marnotrawstwo. O dziwo wody wcale nie brakowało oligarchii.
wtorek, 7 lutego 2017
Znany sedzia kradl w Media Markcie
Znany sedzia kradl w Media Markcie
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/wroclaw/sedzia-robert-wroblewski-kradl-w-media-markcie/4m9yt7e
"Tylko u nas! Znany sędzia kradł w Media Markcie
Takie historie zwykłemu człowiekowi nie mieszczą się w głowie! Wszystko wskazuje na to, że Robert Wróblewski (55 l.), sędzia Sądu Apelacyjnego, który co miesiąc zarabia grube tysiące, zniżył się do poziomu przestępców, których na co dzień sądzi. Jak ustaliliśmy, w sklepie z elektroniką wpadł na gorącym uczynku, jak zwykły złodziej!
Szanowany 55-letni sędzia, który orzekał m.in. w sprawie zabójstwa Kamilki z Kamiennej Góry w poniedziałek, wczesnym popołudniem wybrał się do wrocławskiego Media Marktu. Na jego dziwne zachowanie zwróciła uwagę ochrona sklepu. Ochroniarze postanowili zatrzymać wychodzącego ze sklepu mężczyznę. Wtedy ten wyciągnął legitymację sędziowską i oświadczył zdumionym ochroniarzom, że chroni go immunitet.
To jednak sędziemu nie pomogło. Na prośbę policji, która przyjechała na miejsce, prezes Sądu Apelacyjnego zgodził się na przeszukanie swojego podwładnego i należącego do niego samochodu. Wtedy potwierdziły się podejrzenia ochroniarzy. Policjanci znaleźli pendrivy warte 2000 zł, za które sędzia nie zapłacił. Robert Wróblewski trafił najpierw na komisariat, a stamtąd na przesłuchanie do Prokuratury Rejonowej Krzyki-Zachód we Wrocławiu. Jednak zarzuty prokurator będzie mógł postawić sędziemu dopiero wtedy, kiedy sąd dyscyplinarny uchyli mu immunitet. Dolnośląska policja potwierdza sam fakt zatrzymania złodzieja w markecie z elektroniką, ale nie podaje szczegółów."
"Nadzwyczajna kasta ludzi" uważa ze zarabia za mało. Bolszewicy biorą więc masowo łapowki za przekręciarskie wyroki, kradna po sklepach i okradają budzety sądow tak jak w krakowskim sądzie apelacyjnym.
Szansa ze złodziej - "sędzia" Robert Wróblewski zostanie szybko skazany jest niewielka. Czerwoni kolesie złodzieja wybronia go a sprawa sie najprawdopodobniej przedawni.
W III RP byl prokurator - kleptoman, ktory dokonał kilkudziesieciu kradziezy. No i Co ?
Z niepokojem czekamy na komunikat sedziego Zurka z KRS ( ten Zurek jest na ruskim zakwasie i smierdzi onucami ) ze to prymitywna i podla prowokacja ociekajacych krwia, stalinowskich PiS-owskich siepaczy majaca uderzyc w bastion demokracji i wolności. Ze PiS szerzy gebelsowska propagande w stosunku do umiłowanej przez lud "nadzwyczajnej kasty ludzi"
KOD-omici juz szykuja 2 milionowa demonstracje w obronie atakowanej "nadzwyczajnej kasty ludzi" i eSBeków. TW Bolek kierowany przez oficera prowadzacego dopilnuje aby ministrowie wyskakiwali z okien. Pierwszy ma jednak wyskoczyć z okna prezes IPN, ktory od razu zostanie zlikwidowany tak jak "przeklete" CBA.
http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/wroclaw/sedzia-robert-wroblewski-kradl-w-media-markcie/4m9yt7e
"Tylko u nas! Znany sędzia kradł w Media Markcie
Takie historie zwykłemu człowiekowi nie mieszczą się w głowie! Wszystko wskazuje na to, że Robert Wróblewski (55 l.), sędzia Sądu Apelacyjnego, który co miesiąc zarabia grube tysiące, zniżył się do poziomu przestępców, których na co dzień sądzi. Jak ustaliliśmy, w sklepie z elektroniką wpadł na gorącym uczynku, jak zwykły złodziej!
Szanowany 55-letni sędzia, który orzekał m.in. w sprawie zabójstwa Kamilki z Kamiennej Góry w poniedziałek, wczesnym popołudniem wybrał się do wrocławskiego Media Marktu. Na jego dziwne zachowanie zwróciła uwagę ochrona sklepu. Ochroniarze postanowili zatrzymać wychodzącego ze sklepu mężczyznę. Wtedy ten wyciągnął legitymację sędziowską i oświadczył zdumionym ochroniarzom, że chroni go immunitet.
To jednak sędziemu nie pomogło. Na prośbę policji, która przyjechała na miejsce, prezes Sądu Apelacyjnego zgodził się na przeszukanie swojego podwładnego i należącego do niego samochodu. Wtedy potwierdziły się podejrzenia ochroniarzy. Policjanci znaleźli pendrivy warte 2000 zł, za które sędzia nie zapłacił. Robert Wróblewski trafił najpierw na komisariat, a stamtąd na przesłuchanie do Prokuratury Rejonowej Krzyki-Zachód we Wrocławiu. Jednak zarzuty prokurator będzie mógł postawić sędziemu dopiero wtedy, kiedy sąd dyscyplinarny uchyli mu immunitet. Dolnośląska policja potwierdza sam fakt zatrzymania złodzieja w markecie z elektroniką, ale nie podaje szczegółów."
"Nadzwyczajna kasta ludzi" uważa ze zarabia za mało. Bolszewicy biorą więc masowo łapowki za przekręciarskie wyroki, kradna po sklepach i okradają budzety sądow tak jak w krakowskim sądzie apelacyjnym.
Szansa ze złodziej - "sędzia" Robert Wróblewski zostanie szybko skazany jest niewielka. Czerwoni kolesie złodzieja wybronia go a sprawa sie najprawdopodobniej przedawni.
W III RP byl prokurator - kleptoman, ktory dokonał kilkudziesieciu kradziezy. No i Co ?
Z niepokojem czekamy na komunikat sedziego Zurka z KRS ( ten Zurek jest na ruskim zakwasie i smierdzi onucami ) ze to prymitywna i podla prowokacja ociekajacych krwia, stalinowskich PiS-owskich siepaczy majaca uderzyc w bastion demokracji i wolności. Ze PiS szerzy gebelsowska propagande w stosunku do umiłowanej przez lud "nadzwyczajnej kasty ludzi"
KOD-omici juz szykuja 2 milionowa demonstracje w obronie atakowanej "nadzwyczajnej kasty ludzi" i eSBeków. TW Bolek kierowany przez oficera prowadzacego dopilnuje aby ministrowie wyskakiwali z okien. Pierwszy ma jednak wyskoczyć z okna prezes IPN, ktory od razu zostanie zlikwidowany tak jak "przeklete" CBA.
sobota, 4 lutego 2017
Deubekizacja - Protokół z konferencji aktywu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z listopada 1954
Deubekizacja - Protokol z konferencji aktywu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z listopada 1954
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zajmowało się tworzeniem dyktatury komunistycznej w Polsce od 1945 roku. Działało na polecenie i pod dyktando władz sowieckich. W MBP działali "doradcy-dyktatorzy" sowieccy. Zbrodnicza Informacja Wojskowa była oddziałem sowieckiego Smiersza.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ministerstwo_Bezpiecze%C5%84stwa_Publicznego
"Budżet MBP w początkowych latach
Na działalność MBP przeznaczono ogromne, jak na możliwości wyniszczonego wojną kraju, środki finansowe pozwalające na rozbudowę aparatu przemocy. Była to z reguły druga (po MON) pod względem wielkości pozycja budżetu państwa znacznie przewyższająca środki na odbudowę. W 1946 r. budżet MBP wyniósł 19 590 tys. zł. Przewyższał budżety Ministerstwa Oświaty (19 490 tys. zł), Ministerstwa Zdrowia (1 244 tys.) i Ministerstwa Pracy (1 113 tys. zł). Na odbudowę w 1946 r. przeznaczono ośmiokrotnie mniej niż wynosił budżet MBP. Na rok 1947 dla MBP przeznaczono 17 010 tys. zł co stanowiło kwotę większą niż razem wzięte budżety Ministerstwa Ziem Odzyskanych, Ministerstwa Komunikacji, Ministerstwa Przemysłu i Handlu i Ministerstwa Administracji Publicznej. W 1948 r. MBP otrzymało dziesięć razy więcej środków niż przeznaczono na odbudowę kraju."
Do 1956 roku MBP-UB stosując sowieckie schematy pracy zgromadziło materiały na blisko 4 mln obywateli. W ogromnej wiekszosci była to bezwartosciowa makulatura stworzona przez półanalfabetów i przygłupów, którą pożniej zlikwidowano.
Miesięcznik „Kultura” Paryż nr11/342 1992 – opublikował „Protokół z konferencji aktywu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z listopada 1954”.
„Głos zabiera tow. Minister Radkiewicz
„Biuro Polityczne, pomimo naszych dotychczasowych błędów i wypaczeń, oceniło pozytywnie dorobek organów bezpieczeństwa i ich walkę z bandami reakcyjnymi, dywersja i sabotażem w przemyśle i osiągnięcia w dziedzinie wywiadu wojskowego i politycznego. Poleciło wyrazić wam, tu obecnym, słowa uznania i podziękowania.
Przechodząc do spraw czysto operacyjnych, wydaje mi się, że należy zrewidować nasz system agenturalny, przebudować go na innych zasadach, wyeliminować niepotrzebną bierną sieć agentów, którzy liczą się w milionach. Ten dotychczasowy stan rzeczy może do reszty wypaczyć charakter kontrwywiadowczej pracy aparatu.”
„Głos zabiera ppłk. Winiawski – naczelnik Wydziału Departamentu VII (wywiad)
Następna sprawa, która chce poruszyć, to sieć agenturalna. Jest to taki labirynt, że trudno nawet pracownikowi operacyjnemu przeprowadzić właściwa klasyfikację i określić przeznaczenie poszczególnych kategorii.
Na podstawie ogólnych założeń, agentura jest „lekarstwem” na wszelkie choroby społeczne, ekonomiczne, młodzieżowe itd. Nasilenie werbunków wzrasta lub maleje w zależności od sytuacji ekonomicznej, politycznej jak np. wybory, referendum – lub nawet w zależności od wykonania lub niewykonania planu produkcyjnego. Całe nasze życie oplatane jest siecią agenturalną, która właściwie nic nie daje i całkowicie wypacza charakter kontrwywiadu. Werbunki przyjmują taki masowy charakter, że setki tysięcy trafia do naszych kartotek agenturalnych , nikt nie jest w stanie tej masy obsłużyć, powstaje powszechna demoralizacja, co z kolei powoduje masowe eliminacje sieci.
Nie zgadzam się z tezą, że masowe werbunki agentury w pewnych rejonach Kraju i w pewnych okresach są konieczną formą terroru dyktatury proletariatu przeciwko „wrogo nastawionemu społeczeństwu”. Ta teza jest politycznie niemoralna i nieetyczna.
Sieć ogólnoinformacyjna
Werbowana w ogóle przez wszystkie jednostki i piony dla dopływu informacji o wrogiej działalności. Jest ona masowa, budowana na szlakach działalności grup bandyckich, obiektach przemysłowych, kolejowych, państwowych, wiejskich, leśnych etc. Ta sieć jest co pewien czas eliminowana jako bezwartościowa, gdyż opiera się na błędnych koncepcjach werbunkowych tj. jak najwięcej ludzi w kartotekach agenturalnych i kolekcja zobowiązań o współpracy z MBP.
Sieć antydywersyjna
Budowana na liniach wysokiego napięcia, ważnych agregatach w przemysle górniczym, hutniczym, elektrotechnicznym i maszynowym. Jest ona w zasadzie bliźniaczo podobna do sieci ogólno-informacyjnej; ma tylko inna nazwę dla odróżnienia lokalizacji.
Agentura
Budowana w organizacjach społecznych, młodzieżowych, sojuszniczych partiach politycznych, organizacjach klerykalnych i innych – dla przeprowadzenia polityki inspiracji naszej Partii i Rządu PRL.
Dam konkretny przykład: na kopalni „Generał Zawadzki” od dwóch lat nie wykonano planu wydobycia. Rejestrowano miesięcznie około 90-100 awarii na trasie transportu. Przyczyna była prosta – zużyty transporter, który należało wymienić. Ponieważ nie było dewiz na import takowego, kierownictwo resortu górniczego wolało zrzucić odpowiedzialność za to na WUBP twierdząc, że awarie noszą charakter sabotażowo-dywersyjny i dlatego kopalnia nie wykonuje planu. Na trasie transportu pracowało 180 ludzi. Doradca Dunajew polecił werbować co piatego robotnika transportu sądząc, że w ten sposób wykryje się i zahamuje awarie zwłaszcza, że kopalnia dostarczała węgiel do ZSRR. Gdy to nie pomogło, polecono werbować co czwartego, a wreszcie po trzech miesiącach byli już zwerbowani wszyscy pracownicy na transporcie. Pas jednak zrywał się nadal i nadal miały miejsce przestoje./…/
Płk. Wolański, Główny Komendant MO
Podobnie jak w MBP tak samo w MO masowe werbunki agentury stały się „sztuka dla sztuki”. Jest rzeczą zrozumiałą, że żaden organ policyjny nie może walczyć z przestępczością kryminalną, jeżeli, jeśli nie posługuje się posługuje się tzw. siecią konfidencjonalną.
Koncepcja operacyjna, polegająca na organizacji sieci agenturalno-konfidencyjnej wg struktury administracyjnej: rezydent w ADM, informator blokowy (dozorca), konfident w podejrzanym środowisku przestępczym – jest niesłuszna i nie wytrzymuje krytyki.
Przejrzałem kilkadziesiąt rozpracowań, opartych na różnych doniesieniach. W zasadzie były one bezwartościowe. Przymusowe werbunki nie spełniają pokładanych w nim nadziei. W większości wypadków werbowani informatorzy wśród dozorców uprzedzali swoich lokatorów , że milicja interesuje się nimi. Z tego powodu do biura skarg i zażaleń Głównej Komendy wpłynęło setki skarg i zażaleń od ludzi nie mających nigdy nic wspólnego z przestępczością.”.
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zajmowało się tworzeniem dyktatury komunistycznej w Polsce od 1945 roku. Działało na polecenie i pod dyktando władz sowieckich. W MBP działali "doradcy-dyktatorzy" sowieccy. Zbrodnicza Informacja Wojskowa była oddziałem sowieckiego Smiersza.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ministerstwo_Bezpiecze%C5%84stwa_Publicznego
"Budżet MBP w początkowych latach
Na działalność MBP przeznaczono ogromne, jak na możliwości wyniszczonego wojną kraju, środki finansowe pozwalające na rozbudowę aparatu przemocy. Była to z reguły druga (po MON) pod względem wielkości pozycja budżetu państwa znacznie przewyższająca środki na odbudowę. W 1946 r. budżet MBP wyniósł 19 590 tys. zł. Przewyższał budżety Ministerstwa Oświaty (19 490 tys. zł), Ministerstwa Zdrowia (1 244 tys.) i Ministerstwa Pracy (1 113 tys. zł). Na odbudowę w 1946 r. przeznaczono ośmiokrotnie mniej niż wynosił budżet MBP. Na rok 1947 dla MBP przeznaczono 17 010 tys. zł co stanowiło kwotę większą niż razem wzięte budżety Ministerstwa Ziem Odzyskanych, Ministerstwa Komunikacji, Ministerstwa Przemysłu i Handlu i Ministerstwa Administracji Publicznej. W 1948 r. MBP otrzymało dziesięć razy więcej środków niż przeznaczono na odbudowę kraju."
Do 1956 roku MBP-UB stosując sowieckie schematy pracy zgromadziło materiały na blisko 4 mln obywateli. W ogromnej wiekszosci była to bezwartosciowa makulatura stworzona przez półanalfabetów i przygłupów, którą pożniej zlikwidowano.
Miesięcznik „Kultura” Paryż nr11/342 1992 – opublikował „Protokół z konferencji aktywu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z listopada 1954”.
„Głos zabiera tow. Minister Radkiewicz
„Biuro Polityczne, pomimo naszych dotychczasowych błędów i wypaczeń, oceniło pozytywnie dorobek organów bezpieczeństwa i ich walkę z bandami reakcyjnymi, dywersja i sabotażem w przemyśle i osiągnięcia w dziedzinie wywiadu wojskowego i politycznego. Poleciło wyrazić wam, tu obecnym, słowa uznania i podziękowania.
Przechodząc do spraw czysto operacyjnych, wydaje mi się, że należy zrewidować nasz system agenturalny, przebudować go na innych zasadach, wyeliminować niepotrzebną bierną sieć agentów, którzy liczą się w milionach. Ten dotychczasowy stan rzeczy może do reszty wypaczyć charakter kontrwywiadowczej pracy aparatu.”
„Głos zabiera ppłk. Winiawski – naczelnik Wydziału Departamentu VII (wywiad)
Następna sprawa, która chce poruszyć, to sieć agenturalna. Jest to taki labirynt, że trudno nawet pracownikowi operacyjnemu przeprowadzić właściwa klasyfikację i określić przeznaczenie poszczególnych kategorii.
Na podstawie ogólnych założeń, agentura jest „lekarstwem” na wszelkie choroby społeczne, ekonomiczne, młodzieżowe itd. Nasilenie werbunków wzrasta lub maleje w zależności od sytuacji ekonomicznej, politycznej jak np. wybory, referendum – lub nawet w zależności od wykonania lub niewykonania planu produkcyjnego. Całe nasze życie oplatane jest siecią agenturalną, która właściwie nic nie daje i całkowicie wypacza charakter kontrwywiadu. Werbunki przyjmują taki masowy charakter, że setki tysięcy trafia do naszych kartotek agenturalnych , nikt nie jest w stanie tej masy obsłużyć, powstaje powszechna demoralizacja, co z kolei powoduje masowe eliminacje sieci.
Nie zgadzam się z tezą, że masowe werbunki agentury w pewnych rejonach Kraju i w pewnych okresach są konieczną formą terroru dyktatury proletariatu przeciwko „wrogo nastawionemu społeczeństwu”. Ta teza jest politycznie niemoralna i nieetyczna.
Sieć ogólnoinformacyjna
Werbowana w ogóle przez wszystkie jednostki i piony dla dopływu informacji o wrogiej działalności. Jest ona masowa, budowana na szlakach działalności grup bandyckich, obiektach przemysłowych, kolejowych, państwowych, wiejskich, leśnych etc. Ta sieć jest co pewien czas eliminowana jako bezwartościowa, gdyż opiera się na błędnych koncepcjach werbunkowych tj. jak najwięcej ludzi w kartotekach agenturalnych i kolekcja zobowiązań o współpracy z MBP.
Sieć antydywersyjna
Budowana na liniach wysokiego napięcia, ważnych agregatach w przemysle górniczym, hutniczym, elektrotechnicznym i maszynowym. Jest ona w zasadzie bliźniaczo podobna do sieci ogólno-informacyjnej; ma tylko inna nazwę dla odróżnienia lokalizacji.
Agentura
Budowana w organizacjach społecznych, młodzieżowych, sojuszniczych partiach politycznych, organizacjach klerykalnych i innych – dla przeprowadzenia polityki inspiracji naszej Partii i Rządu PRL.
Dam konkretny przykład: na kopalni „Generał Zawadzki” od dwóch lat nie wykonano planu wydobycia. Rejestrowano miesięcznie około 90-100 awarii na trasie transportu. Przyczyna była prosta – zużyty transporter, który należało wymienić. Ponieważ nie było dewiz na import takowego, kierownictwo resortu górniczego wolało zrzucić odpowiedzialność za to na WUBP twierdząc, że awarie noszą charakter sabotażowo-dywersyjny i dlatego kopalnia nie wykonuje planu. Na trasie transportu pracowało 180 ludzi. Doradca Dunajew polecił werbować co piatego robotnika transportu sądząc, że w ten sposób wykryje się i zahamuje awarie zwłaszcza, że kopalnia dostarczała węgiel do ZSRR. Gdy to nie pomogło, polecono werbować co czwartego, a wreszcie po trzech miesiącach byli już zwerbowani wszyscy pracownicy na transporcie. Pas jednak zrywał się nadal i nadal miały miejsce przestoje./…/
Płk. Wolański, Główny Komendant MO
Podobnie jak w MBP tak samo w MO masowe werbunki agentury stały się „sztuka dla sztuki”. Jest rzeczą zrozumiałą, że żaden organ policyjny nie może walczyć z przestępczością kryminalną, jeżeli, jeśli nie posługuje się posługuje się tzw. siecią konfidencjonalną.
Koncepcja operacyjna, polegająca na organizacji sieci agenturalno-konfidencyjnej wg struktury administracyjnej: rezydent w ADM, informator blokowy (dozorca), konfident w podejrzanym środowisku przestępczym – jest niesłuszna i nie wytrzymuje krytyki.
Przejrzałem kilkadziesiąt rozpracowań, opartych na różnych doniesieniach. W zasadzie były one bezwartościowe. Przymusowe werbunki nie spełniają pokładanych w nim nadziei. W większości wypadków werbowani informatorzy wśród dozorców uprzedzali swoich lokatorów , że milicja interesuje się nimi. Z tego powodu do biura skarg i zażaleń Głównej Komendy wpłynęło setki skarg i zażaleń od ludzi nie mających nigdy nic wspólnego z przestępczością.”.
piątek, 3 lutego 2017
Polska nauka na krzesle elektrycznym. Zamiast uczelni mamy feudalne ksiestwa
Polska nauka na krześle elektrycznym. Zamiast uczelni mamy feudalne księstwa
http://forsal.pl/artykuly/936482,kryzys-polskiej-nauki-ciemna-strona-akademickiego-swiata-w-polsce.html
"Zamiast prawdziwych uczelni mamy feudalne księstwa, w których za pomocą kar i nagród walczy się z „aspołecznymi” i promuje swoich. O ciemnej stronie świata akademickiego opowiada matematyk dr Kamil Kulesza.
Doktor trzyma gębę na kłódkę, bo przecież trzeba się habilitować. Potem marzy się profesura i członkostwo w PAN. Zawsze należy grać w orkiestrze z kolegami, bo inaczej jest wiele sposobów, aby zrobić komuś krzywdę
Trzeba się wspinać po drabince, ścigać, uczestniczyć w koteriach i klikach. Jest takie powiedzenie: „Przed tobą jeszcze wiele tajnych głosowań do przejścia”. A niekoniecznie liczą się osiągnięcia, tylko to, kogo znasz, z kim trzymasz, czy się nie naraziłeś
Polska nauka tak się ma do światowej jak rower do mercedesa?
Ja słyszałem inne, bardziej dobitne porównanie: jak krzesło elektryczne do zwyczajnego krzesła. Proszę spojrzeć: według publicznie dostępnych danych profesorów zwyczajnych, czyli belwederskich, mamy kilkanaście tysięcy, podobną liczbę doktorów habilitowanych, osób z doktoratem jakieś 100 tys. Nie licząc studentów, przy nauce kręci się u nas pewnie ponad ćwierć miliona ludzi. Olbrzymi system, na który idą wielkie pieniądze, zależy jak liczyć, ale co najmniej 10 mld zł. Rocznie, i to nie licząc wydatków na szkolnictwo wyższe. Tyle tylko, że niewiele z tego wynika. Ten system jest zły i tylko degeneruje naszą kadrę naukową. Oczywiście, jak wszędzie można i tutaj spotkać przyzwoitych ludzi – choćby ja sam, robiąc doktorat w Polsce, miałem szczęście trafić na promotora, który jest dobrym naukowcem i porządnym człowiekiem. Ale dłuższe obserwacje pokazują, że takie połączenie cech to w Polsce rzadkość.
Mocne słowa – zdegenerowany system. Dlaczego tak pan uważa?
Bo tak został skonstruowany. Ale zacznijmy od początku. Ktoś obronił pracę magisterską i decyduje się na doktorat, dziś zwany studiami trzeciego stopnia. Chce się poświęcić nauce. W czasie doktoratu różnie bywa, zdarzają się patologie, ale często dopóki ktoś robi ten doktorat, sytuacja jest w miarę w porządku. Ale kiedy go już obroni, zaczynają się schody. Bo, że przytoczę tutaj słowa pewnego znanego profesora z dużej polskiej instytucji akademickiej: „doktorów mamy jak psów, służą nam głównie do przenoszenia krzeseł”. Chodzi o to, że doktorant w systemie jest potrzebny – często do zrobienia własnej kariery. Tak zresztą jest na całym świecie, tyle że w dobrych ośrodkach chodzi o robienie nauki, a u nas o spełnianie kryteriów formalnych. W Polsce zanim się dostanie tytuł profesora, trzeba wypromować swoich doktorów. A przecież uzyskanie tytułu profesorskiego to marzenie prawie każdego habilitowanego. Nie wspominając już o tym, że obowiązkiem każdego doktora, który pracuje w Nauce Polskiej, jest się habilitować. To zarówno wymóg formalny, bo bez habilitacji trzeba bodajże po 8 latach opuścić etat, jak i sposób na uzyskanie tzw. samodzielności. Tak zwanej, bo nie ma to zbyt wiele wspólnego z niezależnym i autonomicznym działaniem – de facto chodzi tylko o nabycie różnych formalnych uprawnień, np. do bycia promotorem doktorantów. Więc dla tych, którzy chcą mieć w Polsce etat w nauce, habilitacja jest często tzw. życiową sprawą, bo bez niej bardzo trudno się wspinać po drabince formalnych stopni. A wspinać się trzeba, bo inaczej zwolnią z pracy. W sumie chyba gorzej niż w carskiej Rosji, gdzie Piotr I wprowadził tabelę rang i zasług. Tam każdy urzędnik marzył, żeby z registratora awansować na sekretarza, potem radcę tytularnego, rzeczywistego radcę tytularnego i tak dalej. Stopni było kilkanaście, ale za to zdaje się, że nie było przymusu, aby koniecznie je zdobywać. Celowo nie mówię „piąć się w górę”, gdyż jest wielce dyskusyjne, czy mimo spełniania kryteriów formalnych to jest w ogóle jakiś rozwój w sensie naukowym czy intelektualnym. I właśnie na tym polega błąd wpisany w system: na selekcji negatywnej, promowaniu BMW – tj. biernych, miernych, ale wiernych.
Rozumiem, co chce pan powiedzieć, ale może taki system, gdzie się przechodzi drogę awansu zawodowego, nie jest całkiem zły. W wojsku też zaczyna się od szeregowca i od człowieka zależy, czy dochrapie się tej marszałkowskiej buławy, którą ponoć każdy nosi w plecaku.
Jak już mówiłem, w naszym kraju system się nam zdegenerował – niby wszyscy to wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi – bo łatwiej, wygodniej, a poza tym jak już się zajmie miejsce w systemie, to są frukta. A system stanowią ludzie, więc ryba psuje się od głowy.
I tak np. doktor nauk to najwyższy stopień naukowy, jaki z reguły można otrzymać w krajach anglosaskich. Tam profesor jest po prostu kontraktem, królowa brytyjska ani prezydent USA nie rozdają tytułów. Ale z jakiegoś powodu to placówki naukowe tych krajów znajdują się w czołówce światowych rankingów, a nie nasze.
Owszem, i w Polsce jest możliwość zostania profesorem uczelnianym. Ale to nie jest połączone z tak dużym prestiżem. Wie pani, jak na takich naukowców u nas mówią? Profesor zadni. A to z powodu zapisu. Profesor zwyczajny, belwederski, jest pisany w ten sposób: prof. dr hab. inż. Sławomir Wielki. A ten kontraktowy tak: dr hab. inż. Rysio Nieważny, prof. NazwaUczelni. Profesorski tytuł ląduje z tyłu, aby odróżnić taką osobę od PRAWDZIWYCH PROFESORÓW. Trzeba się więc wspinać po drabince, ścigać, uczestniczyć w koteriach i klikach. Jest takie powiedzenie „przed tobą jeszcze wiele tajnych głosowań do przejścia”. A niekoniecznie liczą się osiągnięcia, tylko to, kogo znasz, z kim trzymasz, czy się nie naraziłeś etc. Więc jeśli się jest doktorem, trzyma się gębę na kłódkę, bo przecież trzeba się habilitować. Potem marzy się profesura. Potem członkostwo w PAN. Zawsze należy grać w jednej orkiestrze z kolegami, bo inaczej jest wiele sposobów, aby zrobić komuś krzywdę – można z grantów utrudnić dostęp do pieniędzy, a jeśli dalej jest „aspołeczny”, to np. zacząć uwalać doktorantów. I tak nigdy nie ma dobrego momentu na własne zdanie w ważnych sprawach.
Niektórzy mówią, że wszystko jest g...m, oprócz moczu. Naprawdę w naszej nauce jest tak źle?
Jest fatalnie. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że w wielu dziedzinach tzw. Nauka Polska z perspektywy światowej nie istnieje i pojedyncze osoby czy wysepki, gdzie ktoś ma osiągnięcia, niczego istotnie nie zmieniają. I choć znajdzie się sporo przyzwoitych ludzi, ale tych drugich jest niestety więcej. I tak np. takie ciało jak rada naukowa czy rada wydziału po zapoznaniu się z dorobkiem jakiegoś delikwenta decyduje, czy jest on wystarczająco dobry, aby dostać np. habilitację. Niby wszystko wygląda w porządku: tajne głosowanie, wcześniej kilku recenzentów, także zewnętrznych, zapoznaje się z jego dorobkiem. Ale tak naprawdę wszyscy się znają i realizują swoje interesy. Nierzadko wyrządzając młodszym kolegom krzywdę. Opowiem o przykładowym zdarzeniu sprzed paru lat, dobrze znanym w środowisku. Pewien pan profesor ze znanej wrocławskiej uczelni miał przez lata licznych doktorantów i, jak wielu, trzymał ich na krótkiej smyczy. Pracowali na niego, eksploatował ich nieprzyzwoicie i taśma produkcyjna generująca publikacje dla pana profesora działała wydajnie, ale doktorów zbyt wielu nie promował. Przy czym nie chciałbym być źle zrozumiany – w nauce trzeba z reguły ciężko pracować na wyniki, a relacja mistrz – uczeń i praca dla mistrza są wpisane w ten zawód. Ale są też określone standardy etyczne, których należy przestrzegać, a w tym przypadku, jak mówią znający sprawę, dochowania tych zasad zdecydowanie zabrakło.
Wracając do naszego opisu sytuacji: w takim układzie potrzebni są także tacy bardziej zaufani podwładni, żeby pilnowali reszty. Tacy nadzorcy, którzy mając nadzieję na habilitację, będą poganiali resztę niewolników. I działający w takim charakterze współpracownik pana profesora, doktor, nazwijmy go Rudzik, tak jak ten ptaszek, pewnego dnia podpadł swojemu promotorowi. Dlatego ten postanowił go ukarać. Pogadał z kolegami, żeby uwalili jego złożoną w innym miejscu pracę habilitacyjną. Wcześniej go o tym lojalnie uprzedzał, ale doktor nie słuchał. Więc choć, jak potem mówili specjaliści, praca była na przyzwoitym poziomie, może nie na Nobla, ale absolutnie spełniająca wszystkie kryteria, to została uwalona. Tyle że Rudzik się zbiesił. Wiele lat znosił upokorzenia, ciężko pracował, a teraz został z niczym, a przecież chodziło o „życiową sprawę”. Postanowił się zemścić i poszedł do prokuratury.
Prokurator miał orzec, czy jego praca naukowa była na przyzwoitym poziomie? Albo nawet sąd? Słabo.
Nie, chodziło o pieniądze, bo w naszej nauce właśnie o pieniądze głównie chodzi. Jest w kraju parę tzw. agencji wykonawczych, które dzielą pieniądze przeznaczone na badania. Znów, na papierze wszystko jest piękne i transparentne, szacowni eksperci, w zdecydowanej większości polscy uczeni, po zapoznaniu się z wnioskami, znów w tajnym głosowaniu, decydują, kto z jakim projektem zasługuje na to, żeby zasponsorować z publicznych pieniędzy jego badania. Ale nasz Rudzik miał materiały, m.in. nagrania, z których wynikało, że kilku szacownych profesorów specjalnie wynajęło sobie w stolicy mieszkanie, w zaciszu którego spotykali się przed ważnymi głosowaniami i ustalali, kto pieniądze dostanie, a kto nie. W każdym razie to jedna z nielicznych historii, która skończyła się wyrokiem pozbawienia wolności dla profesora, choć z tego, co słyszałem, to nie za ustawianie grantów, a raczej nierzetelne wydatkowanie publicznych środków, które w ten sposób pozyskał. Bo pozostałym uczestnikom tego procederu włos z głowy nie spadł, a sprawę szybko wyciszono. Zresztą pan profesor chyba też odsiadki na razie uniknął.
A co z habilitantem?
Jeszcze się nie obronił, ale pewnie niedługo się doczeka, wzięli go na swojego rodzaju kwarantannę. Nie mówiąc już o tym, że chyba ostatecznie rada naukowa/rada wydziału, która sprawę prowadziła, pozbyła się tego gorącego kartofla. Dla mnie jednak jeszcze gorszą rzeczą jest reakcja środowiska na tę aferę. Nie było potępienia, nikt nie zerwał z panem profesorem stosunków towarzyskich. Nikt mu nie dał po buzi, nie uznał, że ten człowiek stracił zdolność honorową, nie przestał podawać mu ręki. Kiedy pytałem o niego starszych kolegów, odpowiadali, odwracając wzrok: „No cóż, pan profesor rzadko nas teraz odwiedza, a szkoda”. Zaś rada naukowa/wydziału, gdzie odbywała się ta cała szopka, przyciśnięta do muru przez władze zwierzchnie zrobiła wszystko, aby rozmyć odpowiedzialność. Obecnie to wygląda tak, że: „dr Rudzik w zasadzie jest sam sobie winien”, „habilitację nam zlecono”, „praca leżała nie do końca w kompetencji Rady”, „były przecież jednoznaczne recenzje negatywne, a reszta się na tym nie znała i głosowała w zgodzie z nimi”, „działaliśmy zgodnie z procedurami”, „w sumie to nic wielkiego się nie stało, przecież to tylko habilitacja” etc. Tak więc w tak ważnej sprawie okazuje się, że w zasadzie winny jest tylko sam zainteresowany, a stosowne ciało kolegialne nie widzi nawet potrzeby, aby w tak ewidentnej sprawie człowieka choćby przeprosić, o jakiejś propozycji zadośćuczynienia nie wspominając.
Pan profesor jest nic niewartym debilem?
Z tego, co mówią jego koledzy, jest inteligentny, a nawet pracowity. Pewnie kolejnego Google by nie wymyślił, ale podobno miał niezłe osiągnięcia – przynajmniej w skali Polski. Został zresztą wcześniej członkiem PAN, czyli był znany w polskim środowisku i pewnie miał sporo publikacji.
Pewnie mógł mieć to wszystko bez kombinowania i bez niszczenia współpracowników. On po prostu system zaadoptował do polskiego bagienka i nie jest w tym wyjątkowy. Jedyną różnicę stanowi to, że w przeciwieństwie do wielu innych wpadł i został skazany, a sprawa była opisywana w mediach, choć też nieprzesadnie nagłośniona.
Tylko według uważania? Przecież i u nas trzeba się wykazać jakimś dorobkiem naukowym.
Po co dorobkiem, kiedy wystarczy mieć publikacje? To kolejny przykład systemu, który się zdegenerował, również w skali światowej, ale w Polsce przekroczyło to wszelkie granice absurdu. Kiedyś publikacje były sposobem wymiany myśli naukowej i jako takie pełniły ważną rolę. Ale w którymś momencie, kiedy w nauce zaczęło być coraz więcej pieniędzy podatnika, biurokraci, którzy decydowali o ich wydawaniu, musieli mieć jakieś proste kryteria i tak zaczęła się tzw. cała scientometria. Czyli zabawa w coraz bardziej złożone miary oceny pracy naukowej bazujące na różnych zewnętrznych jej znamionach – przede wszystkim na publikacjach właśnie. W wiodących ośrodkach na świecie wielu krytykuje ten system i zmiana już następuje, ale należy też stwierdzić, że w Polsce zasada „publish or perish” (ang. publikuj albo zniknij) odegrała na pewnym etapie pozytywną rolę. Tyle że jak prawie każda rzecz używana bez głębszego zrozumienia z czasem zmieniła się we własną karykaturę. Najlepiej podsumowuje to pewien tekst, dość popularny w czasie mojego pobytu w Cambridge, który chyba jeszcze do świadomości naszych „naukawych” decydentów nie dotarł. Idzie to tak: „Kiedy naukowiec aplikuje do instytucji akademickiej o pracę, to zadają mu pytania, aby ocenić jego przydatność. Najlepsze pytają cię, co zrobiłeś i co dalej zamierzasz robić. Dobre pytają, gdzie publikujesz. Przeciętne – ile publikujesz. Ale są takie, które chcą wiedzieć, ile godzin spędzasz w pracy. Jednak istnieją i takie, gdzie najważniejsze jest podpisanie listy obecności. Ale zdarzają się i te, którym wystarcza, że mając osobę na etacie, liczy się im ona do uzyskania finansowania od władz”. Wiem, jestem złośliwy, ale w polskich warunkach kluczowe są dwa ostatnie pytania. Trzeba czasem się zjawić w pracy, ale przede wszystkim podpisać listę obecności – bez tego często nie ma wypłaty.
Wróćmy jeszcze do pana profesora – to się zdarzyło jakieś pięć lat temu. Powinien temu towarzyszyć jakiś wstrząs, samooczyszczenie środowiska naukowego.
A pani myśli, że w życiu jest jak w filmie? Był taki – „Dwunastu gniewnych ludzi”. Tam jeden sprawiedliwy jest w stanie poruszyć sumienia pozostałych. Ale nie tu. Pytała pani o reakcje środowiska. Były jeszcze takie: cholera, czemu się dobrali właśnie do informatyków, a nie biologów, przecież ci to dopiero kombinują z kasą, i to o ile większą, a my zawsze mamy za mało. I: co zrobić, żeby to zamieść pod dywan? Bo w tym środowisku wszystko się zamiata.
W naszej rozmowie często przewija się motyw pieniędzy. Jest ich mnóstwo i wszyscy tylko kombinują, jak by je zagarnąć dla siebie. A przecież w społecznej świadomości jest całkiem inny obraz: niedoinwestowanej nauki, spauperyzowanych naukowców, którzy robią na dziesięć etatów, żeby zarobić na masło do chleba. Pamiętam wywiad, jaki zrobił mój kolega dla DGP z profesorem z Instytutu Zachodniego: po cięciach, zwanych także optymalizacją, naukowiec ten zarabia 1500 zł. Nie mają nawet pieniędzy na zakup literatury naukowej. To skandal.
Znam te wszystkie lamenty, że ministerstwo złe, głodem naukowców bierze. Ale, po pierwsze, jakoś jesteśmy w stanie utrzymać z pieniędzy pozabudżetowych nasze centrum badawcze. I pracownicy jakoś nie narzekają, że nie mają co jeść. A proszę pamiętać, że zajmujemy się dziedziną podstawową i trudno sprzedawalną jak matematyka. Mało tego, co roku udaje mi się przekonać kilka firm do tego, żeby zasponsorować organizowane przez nas Letnie Praktyki Badawcze dla wyróżniających się studentów i doktorantów. Trzeba się przy tym napracować, nagadać, pobiegać z czapką, ale to możliwe. Zamiast narzekać, trzeba przynajmniej spróbować. Ja też pamiętam ten wywiad, profesor narzekał, że nie mają pieniędzy na bibliotekę, która przez to zmarnieje. A czy spróbowali ich poszukać gdzieś indziej poza wyciąganiem ręki po dotację od władz? Mówi też, że mają publikacje, a nie dają im pieniędzy. Tylko czy coś z tych publikacji wynika? Obawiam się, że z wielu niestety niewiele. Ja jestem przekonany, wiem, że jeśli ma się do zaoferowania coś, co ma wartość, to da się to zmonetaryzować – tak to działa np. w Cambridge. I proszę nie opowiadać mi o nierynkowości badań podstawowych czy ogólnie pewnych dziedzin. Znam nawet przypadki filozofów uniwersyteckich, w tym co najmniej jednego profesora, którzy potrafią być użyteczni i sprzedać swoją wiedzę, umiejętności i wyniki prac. W dodatku w dalszym ciągu zajmując się badaniami, tj. to, co produkują jako filozofowie, jest bezpośrednio monetyzowalne. Jeden np. robi biznes na stoicyzmie, czyli kierunku filozoficznym zapoczątkowanym jeszcze w starożytnej Grecji. Ale wracając do wspomnianego wywiadu: uwadze większości czytelników uszła zapewne informacja, że ten profesor zatrudniony jest pewnie na około jedną trzecią etatu. Czyli faktycznie jego pensja w pełnym wymiarze wynosiłaby 4,5 tys. zł. Poza tym, jak się poszuka, to wychodzi, że ma też etat w Akademii Marynarki Wojennej. I niewykluczone, że na tym nie koniec. Ci bardziej mobilni mają przynajmniej po trzy, cztery fuchy, bez problemu wyciągają po 10 tys. zł i więcej. Miesięcznie. Nie, żeby to było dużo, ale opowieści, że nie ma się za co butów dzieciom kupić, są po prostu nieuczciwe. No, chyba że są to bardzo drogie buty.
No, to dołożył pan do pieca. Zaczynam się obawiać o pana życie. Ale tak serio, to mam poważne wątpliwości, czy bieganie z czapką za pieniędzmi to najlepszy pomysł na rozwój nauki. Owszem, są nieprawidłowości w rozdziale pieniędzy, ale może wystarczy je wyeliminować i pozwolić ludziom spokojnie pracować. Dlaczego fizyk czy archeolog mają tracić czas na zabieganie o fundusze? Nie od tego są.
Odnosiłem się już kiedyś do tego w tekście pt. „Uniwersytet potiomkinowski obiecuje innowacje”, który wraz z prof. Jerzym Marcinkowskim napisaliśmy w 2008 r. do „Rzeczpospolitej”. Mówi pani, że wystarczy dawać pieniądze tym, którzy coś robią, i będzie OK. Ten system od lat próbuje się wdrożyć – oceny parametryczne, menedżerowie nauki – ale bez powodzenia. Tutaj decydujące jest prawo Goodharta, które mówi, że jeśli chce się wprowadzić ocenę systemu, to ten, kiedy pozna parametry, dostosuje się do nich. I znajdzie sposób, żeby je oszukać. Tak się właśnie dzieje. Mówi pani, że poniżej godności naukowców jest bieganie z czapką. Taki prawdziwy, godny, nic, tylko siedzi w wieży z kości słoniowej i wymyśla przełomowe rzeczy. Tylko dlaczego nasi niemal niczego nie wymyślają? Bo są zajęci kombinowaniem, jak tu dobrać się do miodu, czyli publicznej kasy.
Pana zdaniem naukowiec musi być głodny, żeby efektywnie pracować?
Musi mieć apetyt i motywację. Stefan Banach, wielki polski matematyk, choć miał niezłą pensję profesorską, a było to w II RP, z powodu swojego kawiarnianego trybu życia popadł w długi i aby się utrzymać na powierzchni, zaczął pisać podręczniki matematyczne dla szkół średnich. Świetne. Alfred Tarski, logik, nie dostał katedry, więc uczył dzieci w szkole średniej. Dlaczego Galileusz satelity Jowisza nazwał gwiazdami medycejskimi? Bo zabiegał u Medyceuszy o środki na badania.
To zamierzchła historia, przypominam, że mamy XXI wiek i ciut inaczej to działa.
Naprawdę? Ponad 40 lat temu kilku matematyków z Oxfordu, w tym mój mentor, prof. John Ockendon, zauważyło, że to, jak była zorganizowana praca matematyków i finansowanie badań, wpływało od pewnego czasu negatywnie na rozwój nauki. Opłacanie tylko z budżetowych pieniędzy powodowało, że brakowało symulacji intelektualnej i prawdziwych problemów do rozwiązywania. Kiedy zaczynali starać się o to, aby połączyć działania naukowców z przemysłem, ich koledzy wieszczyli, że to się źle skończy, bo nauka nie może iść na postronku biznesu. Niektórzy nawet posuwali się do sformułowań typu „prostytuowanie się za pieniądze” (ang. money whore) etc. Czas pokazał, że mieli rację: właśnie ten mariaż okazał się zbawieniem dla nudy uniwersyteckich sal. Obecnie co roku, w różnych europejskich ośrodkach naukowych, odbywają się warsztaty pod hasłem „European Study Group with Industry”, czyli spotkanie matematyki ze światem biznesu, na których naukowcy i studenci różnych dziedzin spotykają się ze światem biznesu. Dostają do rozwiązania konkretne problemy. Raz było to wykorzystanie korytarzy powietrznych, tak aby poprawić przepustowość i zwiększyć bezpieczeństwo lotów. Innym razem chodziło o to, aby tak skoordynować dostawy buraka cukrowego do ciasnych magazynów, żeby fabryka dała radę go przerobić na cukier, a bulwy nie popsuły się, czekając na proces produkcyjny. Z tego się biorą dobra nauka i lepsze życie ludzi. Firmy mają konkretne problemy, za rozwiązanie ich chcą płacić. Pracując nad nimi, mamy szanse wpaść na pomysły, które przełożą się nie tylko na przedsiębiorstwo A czy B, ale na dużo więcej. To mój świat. Może opowiem jeszcze taką historię: mój drugi mentor, prof. Andy Hopper, informatyk z Cambridge, założyciel wielu firm, milioner i kapitalista, ale przede wszystkim uczony, sprzedawał kiedyś jedno ze swoich przedsiębiorstw Larry’emu Ellisonowi – twórcy i szefowi Oracle, jednej z największych korporacji informatycznych na świecie. Aby zamknąć transakcję, Larry Ellison przyleciał swoim odrzutowcem do Cambridge i odwiedził ich na wydziale. Panowie pogadali, pouśmiechali się do siebie, ale jako że wszystko było już wcześniej spięte, po półgodzinie podpisali umowę. Larry Ellison miał do odlotu jeszcze pięć godzin, więc zadał pytanie, co jeszcze ciekawego mają. Hopper przeprosił, wciągnął swojego najbliższego współpracownika do pomieszczenia obok, a była to toaleta, i zaczęli się naradzać. „Larry chce kupować! Co jeszcze możemy mu pokazać, co jeszcze sprzedać?” – naciskał. I to jest uczciwe: mamy towar i go sprzedajemy. Rzetelnie rozwiązujemy problemy i za to bierzemy pieniądze, tworzymy wartość dodaną.
Panie doktorze, w toalecie?
Podobno tak właśnie było – zupełnie jak w polskim kinie, gdzie kluczowe sceny często dzieją się w toalecie, np. choćby w „Popiele i diamencie”. Poza tym historia ta dobrze pokazuje konieczną determinację w zdobywaniu zleceń i środków na badania. Ale oczywiście nauki, przynajmniej takiej, jaką ja znam, nie robi się w kiblu. Trzeba mieć do tego zarówno przestrzeń, jak i sprzęt. Znane mi kampusy zapewniają jedno i drugie, starają się stworzyć naukowcom takie środowisko, żeby chcieli w nim przebywać, aby dobrze było im w nim pracować. Jak to wygląda u nas? Cóż, niejednokrotnie zbudowano i wyposażono, często za unijne pieniądze, wspaniałe budynki. Tyle że nazbyt często szybko robi się tam pusto, bo nie ma w nich prawdziwego naukowego życia. Na świecie pracodawcy robią wiele, żeby zatrzymać mózgowców w miejscu ich pracy. Aby dobrze się w nim czuli i chcieli w nim przebywać. Jak będą zadowoleni, dadzą więcej z siebie.
Widziałam taki kampus w Chinach, należący do jednej z czołowych firm produkujących m.in. smartfony. Pracownicy mieli tam materace i sofy, żeby się zdrzemnąć, jak poczują się zmęczeni.
Bo mądry pracodawca będzie się starał, żeby jego załoga była najedzona, wyspana, zadowolona. Żeby chciała pracować i miała do tego warunki. U nas raczej przeciwnie, kto by tam siedział wieczorami? Zdaję sobie sprawę, że trudno w to uwierzyć, ale w większości placówek naukowych o godzinie 15 po korytarzach wiatr wieje. Ekipa poszła robić fuchy. No, chyba że to uczelnia i mają studentów wieczorowych. Mało tego, dziwacy, którzy chcą pracować, traktowani są jak wrzody na pośladkach. Żeby móc popracować dłużej, potrzebna jest specjalna zgoda odnośnych władz. Ale i tak różnie bywa, np. kolega z innego instytutu, kiedy zasiedział się w robocie, musiał uciekać przez płot, gdyż okazało się, że ochroniarze spuścili psy. Uszedł cało, bo jest sportowcem, bierze udział w biegu rzeźnika, więc sobie poradził.
Hmm, co mogę rzec? Może względy bezpieczeństwa? Dbałość o drogi sprzęt?
Proszę mnie nie rozśmieszać – w świetlicach wiejskich są lepsze komputery. Tutaj chodzi przede wszystkim o wygodę i święty spokój. Oxford czy Cambridge są tak dobre, bo mają sposób na zagospodarowanie ekscentryków. Naszym sposobem jest eliminacja każdego, kto odbiega od schematu. I trudno to zmienić, choć na naszą skromną skalę próbujemy. A stawka jest bardzo wysoka – świat dookoła zmienia się błyskawicznie. Tymczasem w Polsce mamy spetryfikowany system będący tylko nieco unowocześnioną odmianą feudalnego folwarku. Zaś faktem jest, że ludzie czerpiący korzyści z tego stanu rzeczy wmawiają nam, że podobno mamy jakąś naukę, a tymczasem wydając co roku bardzo dużo pieniędzy, zafundowaliśmy sobie krzesło elektryczne, na którym niszczymy talenty i tracimy kolejne szanse."
http://forsal.pl/artykuly/936482,kryzys-polskiej-nauki-ciemna-strona-akademickiego-swiata-w-polsce.html
"Zamiast prawdziwych uczelni mamy feudalne księstwa, w których za pomocą kar i nagród walczy się z „aspołecznymi” i promuje swoich. O ciemnej stronie świata akademickiego opowiada matematyk dr Kamil Kulesza.
Doktor trzyma gębę na kłódkę, bo przecież trzeba się habilitować. Potem marzy się profesura i członkostwo w PAN. Zawsze należy grać w orkiestrze z kolegami, bo inaczej jest wiele sposobów, aby zrobić komuś krzywdę
Trzeba się wspinać po drabince, ścigać, uczestniczyć w koteriach i klikach. Jest takie powiedzenie: „Przed tobą jeszcze wiele tajnych głosowań do przejścia”. A niekoniecznie liczą się osiągnięcia, tylko to, kogo znasz, z kim trzymasz, czy się nie naraziłeś
Polska nauka tak się ma do światowej jak rower do mercedesa?
Ja słyszałem inne, bardziej dobitne porównanie: jak krzesło elektryczne do zwyczajnego krzesła. Proszę spojrzeć: według publicznie dostępnych danych profesorów zwyczajnych, czyli belwederskich, mamy kilkanaście tysięcy, podobną liczbę doktorów habilitowanych, osób z doktoratem jakieś 100 tys. Nie licząc studentów, przy nauce kręci się u nas pewnie ponad ćwierć miliona ludzi. Olbrzymi system, na który idą wielkie pieniądze, zależy jak liczyć, ale co najmniej 10 mld zł. Rocznie, i to nie licząc wydatków na szkolnictwo wyższe. Tyle tylko, że niewiele z tego wynika. Ten system jest zły i tylko degeneruje naszą kadrę naukową. Oczywiście, jak wszędzie można i tutaj spotkać przyzwoitych ludzi – choćby ja sam, robiąc doktorat w Polsce, miałem szczęście trafić na promotora, który jest dobrym naukowcem i porządnym człowiekiem. Ale dłuższe obserwacje pokazują, że takie połączenie cech to w Polsce rzadkość.
Mocne słowa – zdegenerowany system. Dlaczego tak pan uważa?
Bo tak został skonstruowany. Ale zacznijmy od początku. Ktoś obronił pracę magisterską i decyduje się na doktorat, dziś zwany studiami trzeciego stopnia. Chce się poświęcić nauce. W czasie doktoratu różnie bywa, zdarzają się patologie, ale często dopóki ktoś robi ten doktorat, sytuacja jest w miarę w porządku. Ale kiedy go już obroni, zaczynają się schody. Bo, że przytoczę tutaj słowa pewnego znanego profesora z dużej polskiej instytucji akademickiej: „doktorów mamy jak psów, służą nam głównie do przenoszenia krzeseł”. Chodzi o to, że doktorant w systemie jest potrzebny – często do zrobienia własnej kariery. Tak zresztą jest na całym świecie, tyle że w dobrych ośrodkach chodzi o robienie nauki, a u nas o spełnianie kryteriów formalnych. W Polsce zanim się dostanie tytuł profesora, trzeba wypromować swoich doktorów. A przecież uzyskanie tytułu profesorskiego to marzenie prawie każdego habilitowanego. Nie wspominając już o tym, że obowiązkiem każdego doktora, który pracuje w Nauce Polskiej, jest się habilitować. To zarówno wymóg formalny, bo bez habilitacji trzeba bodajże po 8 latach opuścić etat, jak i sposób na uzyskanie tzw. samodzielności. Tak zwanej, bo nie ma to zbyt wiele wspólnego z niezależnym i autonomicznym działaniem – de facto chodzi tylko o nabycie różnych formalnych uprawnień, np. do bycia promotorem doktorantów. Więc dla tych, którzy chcą mieć w Polsce etat w nauce, habilitacja jest często tzw. życiową sprawą, bo bez niej bardzo trudno się wspinać po drabince formalnych stopni. A wspinać się trzeba, bo inaczej zwolnią z pracy. W sumie chyba gorzej niż w carskiej Rosji, gdzie Piotr I wprowadził tabelę rang i zasług. Tam każdy urzędnik marzył, żeby z registratora awansować na sekretarza, potem radcę tytularnego, rzeczywistego radcę tytularnego i tak dalej. Stopni było kilkanaście, ale za to zdaje się, że nie było przymusu, aby koniecznie je zdobywać. Celowo nie mówię „piąć się w górę”, gdyż jest wielce dyskusyjne, czy mimo spełniania kryteriów formalnych to jest w ogóle jakiś rozwój w sensie naukowym czy intelektualnym. I właśnie na tym polega błąd wpisany w system: na selekcji negatywnej, promowaniu BMW – tj. biernych, miernych, ale wiernych.
Rozumiem, co chce pan powiedzieć, ale może taki system, gdzie się przechodzi drogę awansu zawodowego, nie jest całkiem zły. W wojsku też zaczyna się od szeregowca i od człowieka zależy, czy dochrapie się tej marszałkowskiej buławy, którą ponoć każdy nosi w plecaku.
Jak już mówiłem, w naszym kraju system się nam zdegenerował – niby wszyscy to wiedzą, ale nikt z tym nic nie robi – bo łatwiej, wygodniej, a poza tym jak już się zajmie miejsce w systemie, to są frukta. A system stanowią ludzie, więc ryba psuje się od głowy.
I tak np. doktor nauk to najwyższy stopień naukowy, jaki z reguły można otrzymać w krajach anglosaskich. Tam profesor jest po prostu kontraktem, królowa brytyjska ani prezydent USA nie rozdają tytułów. Ale z jakiegoś powodu to placówki naukowe tych krajów znajdują się w czołówce światowych rankingów, a nie nasze.
Owszem, i w Polsce jest możliwość zostania profesorem uczelnianym. Ale to nie jest połączone z tak dużym prestiżem. Wie pani, jak na takich naukowców u nas mówią? Profesor zadni. A to z powodu zapisu. Profesor zwyczajny, belwederski, jest pisany w ten sposób: prof. dr hab. inż. Sławomir Wielki. A ten kontraktowy tak: dr hab. inż. Rysio Nieważny, prof. NazwaUczelni. Profesorski tytuł ląduje z tyłu, aby odróżnić taką osobę od PRAWDZIWYCH PROFESORÓW. Trzeba się więc wspinać po drabince, ścigać, uczestniczyć w koteriach i klikach. Jest takie powiedzenie „przed tobą jeszcze wiele tajnych głosowań do przejścia”. A niekoniecznie liczą się osiągnięcia, tylko to, kogo znasz, z kim trzymasz, czy się nie naraziłeś etc. Więc jeśli się jest doktorem, trzyma się gębę na kłódkę, bo przecież trzeba się habilitować. Potem marzy się profesura. Potem członkostwo w PAN. Zawsze należy grać w jednej orkiestrze z kolegami, bo inaczej jest wiele sposobów, aby zrobić komuś krzywdę – można z grantów utrudnić dostęp do pieniędzy, a jeśli dalej jest „aspołeczny”, to np. zacząć uwalać doktorantów. I tak nigdy nie ma dobrego momentu na własne zdanie w ważnych sprawach.
Niektórzy mówią, że wszystko jest g...m, oprócz moczu. Naprawdę w naszej nauce jest tak źle?
Jest fatalnie. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że w wielu dziedzinach tzw. Nauka Polska z perspektywy światowej nie istnieje i pojedyncze osoby czy wysepki, gdzie ktoś ma osiągnięcia, niczego istotnie nie zmieniają. I choć znajdzie się sporo przyzwoitych ludzi, ale tych drugich jest niestety więcej. I tak np. takie ciało jak rada naukowa czy rada wydziału po zapoznaniu się z dorobkiem jakiegoś delikwenta decyduje, czy jest on wystarczająco dobry, aby dostać np. habilitację. Niby wszystko wygląda w porządku: tajne głosowanie, wcześniej kilku recenzentów, także zewnętrznych, zapoznaje się z jego dorobkiem. Ale tak naprawdę wszyscy się znają i realizują swoje interesy. Nierzadko wyrządzając młodszym kolegom krzywdę. Opowiem o przykładowym zdarzeniu sprzed paru lat, dobrze znanym w środowisku. Pewien pan profesor ze znanej wrocławskiej uczelni miał przez lata licznych doktorantów i, jak wielu, trzymał ich na krótkiej smyczy. Pracowali na niego, eksploatował ich nieprzyzwoicie i taśma produkcyjna generująca publikacje dla pana profesora działała wydajnie, ale doktorów zbyt wielu nie promował. Przy czym nie chciałbym być źle zrozumiany – w nauce trzeba z reguły ciężko pracować na wyniki, a relacja mistrz – uczeń i praca dla mistrza są wpisane w ten zawód. Ale są też określone standardy etyczne, których należy przestrzegać, a w tym przypadku, jak mówią znający sprawę, dochowania tych zasad zdecydowanie zabrakło.
Wracając do naszego opisu sytuacji: w takim układzie potrzebni są także tacy bardziej zaufani podwładni, żeby pilnowali reszty. Tacy nadzorcy, którzy mając nadzieję na habilitację, będą poganiali resztę niewolników. I działający w takim charakterze współpracownik pana profesora, doktor, nazwijmy go Rudzik, tak jak ten ptaszek, pewnego dnia podpadł swojemu promotorowi. Dlatego ten postanowił go ukarać. Pogadał z kolegami, żeby uwalili jego złożoną w innym miejscu pracę habilitacyjną. Wcześniej go o tym lojalnie uprzedzał, ale doktor nie słuchał. Więc choć, jak potem mówili specjaliści, praca była na przyzwoitym poziomie, może nie na Nobla, ale absolutnie spełniająca wszystkie kryteria, to została uwalona. Tyle że Rudzik się zbiesił. Wiele lat znosił upokorzenia, ciężko pracował, a teraz został z niczym, a przecież chodziło o „życiową sprawę”. Postanowił się zemścić i poszedł do prokuratury.
Prokurator miał orzec, czy jego praca naukowa była na przyzwoitym poziomie? Albo nawet sąd? Słabo.
Nie, chodziło o pieniądze, bo w naszej nauce właśnie o pieniądze głównie chodzi. Jest w kraju parę tzw. agencji wykonawczych, które dzielą pieniądze przeznaczone na badania. Znów, na papierze wszystko jest piękne i transparentne, szacowni eksperci, w zdecydowanej większości polscy uczeni, po zapoznaniu się z wnioskami, znów w tajnym głosowaniu, decydują, kto z jakim projektem zasługuje na to, żeby zasponsorować z publicznych pieniędzy jego badania. Ale nasz Rudzik miał materiały, m.in. nagrania, z których wynikało, że kilku szacownych profesorów specjalnie wynajęło sobie w stolicy mieszkanie, w zaciszu którego spotykali się przed ważnymi głosowaniami i ustalali, kto pieniądze dostanie, a kto nie. W każdym razie to jedna z nielicznych historii, która skończyła się wyrokiem pozbawienia wolności dla profesora, choć z tego, co słyszałem, to nie za ustawianie grantów, a raczej nierzetelne wydatkowanie publicznych środków, które w ten sposób pozyskał. Bo pozostałym uczestnikom tego procederu włos z głowy nie spadł, a sprawę szybko wyciszono. Zresztą pan profesor chyba też odsiadki na razie uniknął.
A co z habilitantem?
Jeszcze się nie obronił, ale pewnie niedługo się doczeka, wzięli go na swojego rodzaju kwarantannę. Nie mówiąc już o tym, że chyba ostatecznie rada naukowa/rada wydziału, która sprawę prowadziła, pozbyła się tego gorącego kartofla. Dla mnie jednak jeszcze gorszą rzeczą jest reakcja środowiska na tę aferę. Nie było potępienia, nikt nie zerwał z panem profesorem stosunków towarzyskich. Nikt mu nie dał po buzi, nie uznał, że ten człowiek stracił zdolność honorową, nie przestał podawać mu ręki. Kiedy pytałem o niego starszych kolegów, odpowiadali, odwracając wzrok: „No cóż, pan profesor rzadko nas teraz odwiedza, a szkoda”. Zaś rada naukowa/wydziału, gdzie odbywała się ta cała szopka, przyciśnięta do muru przez władze zwierzchnie zrobiła wszystko, aby rozmyć odpowiedzialność. Obecnie to wygląda tak, że: „dr Rudzik w zasadzie jest sam sobie winien”, „habilitację nam zlecono”, „praca leżała nie do końca w kompetencji Rady”, „były przecież jednoznaczne recenzje negatywne, a reszta się na tym nie znała i głosowała w zgodzie z nimi”, „działaliśmy zgodnie z procedurami”, „w sumie to nic wielkiego się nie stało, przecież to tylko habilitacja” etc. Tak więc w tak ważnej sprawie okazuje się, że w zasadzie winny jest tylko sam zainteresowany, a stosowne ciało kolegialne nie widzi nawet potrzeby, aby w tak ewidentnej sprawie człowieka choćby przeprosić, o jakiejś propozycji zadośćuczynienia nie wspominając.
Pan profesor jest nic niewartym debilem?
Z tego, co mówią jego koledzy, jest inteligentny, a nawet pracowity. Pewnie kolejnego Google by nie wymyślił, ale podobno miał niezłe osiągnięcia – przynajmniej w skali Polski. Został zresztą wcześniej członkiem PAN, czyli był znany w polskim środowisku i pewnie miał sporo publikacji.
Pewnie mógł mieć to wszystko bez kombinowania i bez niszczenia współpracowników. On po prostu system zaadoptował do polskiego bagienka i nie jest w tym wyjątkowy. Jedyną różnicę stanowi to, że w przeciwieństwie do wielu innych wpadł i został skazany, a sprawa była opisywana w mediach, choć też nieprzesadnie nagłośniona.
Tylko według uważania? Przecież i u nas trzeba się wykazać jakimś dorobkiem naukowym.
Po co dorobkiem, kiedy wystarczy mieć publikacje? To kolejny przykład systemu, który się zdegenerował, również w skali światowej, ale w Polsce przekroczyło to wszelkie granice absurdu. Kiedyś publikacje były sposobem wymiany myśli naukowej i jako takie pełniły ważną rolę. Ale w którymś momencie, kiedy w nauce zaczęło być coraz więcej pieniędzy podatnika, biurokraci, którzy decydowali o ich wydawaniu, musieli mieć jakieś proste kryteria i tak zaczęła się tzw. cała scientometria. Czyli zabawa w coraz bardziej złożone miary oceny pracy naukowej bazujące na różnych zewnętrznych jej znamionach – przede wszystkim na publikacjach właśnie. W wiodących ośrodkach na świecie wielu krytykuje ten system i zmiana już następuje, ale należy też stwierdzić, że w Polsce zasada „publish or perish” (ang. publikuj albo zniknij) odegrała na pewnym etapie pozytywną rolę. Tyle że jak prawie każda rzecz używana bez głębszego zrozumienia z czasem zmieniła się we własną karykaturę. Najlepiej podsumowuje to pewien tekst, dość popularny w czasie mojego pobytu w Cambridge, który chyba jeszcze do świadomości naszych „naukawych” decydentów nie dotarł. Idzie to tak: „Kiedy naukowiec aplikuje do instytucji akademickiej o pracę, to zadają mu pytania, aby ocenić jego przydatność. Najlepsze pytają cię, co zrobiłeś i co dalej zamierzasz robić. Dobre pytają, gdzie publikujesz. Przeciętne – ile publikujesz. Ale są takie, które chcą wiedzieć, ile godzin spędzasz w pracy. Jednak istnieją i takie, gdzie najważniejsze jest podpisanie listy obecności. Ale zdarzają się i te, którym wystarcza, że mając osobę na etacie, liczy się im ona do uzyskania finansowania od władz”. Wiem, jestem złośliwy, ale w polskich warunkach kluczowe są dwa ostatnie pytania. Trzeba czasem się zjawić w pracy, ale przede wszystkim podpisać listę obecności – bez tego często nie ma wypłaty.
Wróćmy jeszcze do pana profesora – to się zdarzyło jakieś pięć lat temu. Powinien temu towarzyszyć jakiś wstrząs, samooczyszczenie środowiska naukowego.
A pani myśli, że w życiu jest jak w filmie? Był taki – „Dwunastu gniewnych ludzi”. Tam jeden sprawiedliwy jest w stanie poruszyć sumienia pozostałych. Ale nie tu. Pytała pani o reakcje środowiska. Były jeszcze takie: cholera, czemu się dobrali właśnie do informatyków, a nie biologów, przecież ci to dopiero kombinują z kasą, i to o ile większą, a my zawsze mamy za mało. I: co zrobić, żeby to zamieść pod dywan? Bo w tym środowisku wszystko się zamiata.
W naszej rozmowie często przewija się motyw pieniędzy. Jest ich mnóstwo i wszyscy tylko kombinują, jak by je zagarnąć dla siebie. A przecież w społecznej świadomości jest całkiem inny obraz: niedoinwestowanej nauki, spauperyzowanych naukowców, którzy robią na dziesięć etatów, żeby zarobić na masło do chleba. Pamiętam wywiad, jaki zrobił mój kolega dla DGP z profesorem z Instytutu Zachodniego: po cięciach, zwanych także optymalizacją, naukowiec ten zarabia 1500 zł. Nie mają nawet pieniędzy na zakup literatury naukowej. To skandal.
Znam te wszystkie lamenty, że ministerstwo złe, głodem naukowców bierze. Ale, po pierwsze, jakoś jesteśmy w stanie utrzymać z pieniędzy pozabudżetowych nasze centrum badawcze. I pracownicy jakoś nie narzekają, że nie mają co jeść. A proszę pamiętać, że zajmujemy się dziedziną podstawową i trudno sprzedawalną jak matematyka. Mało tego, co roku udaje mi się przekonać kilka firm do tego, żeby zasponsorować organizowane przez nas Letnie Praktyki Badawcze dla wyróżniających się studentów i doktorantów. Trzeba się przy tym napracować, nagadać, pobiegać z czapką, ale to możliwe. Zamiast narzekać, trzeba przynajmniej spróbować. Ja też pamiętam ten wywiad, profesor narzekał, że nie mają pieniędzy na bibliotekę, która przez to zmarnieje. A czy spróbowali ich poszukać gdzieś indziej poza wyciąganiem ręki po dotację od władz? Mówi też, że mają publikacje, a nie dają im pieniędzy. Tylko czy coś z tych publikacji wynika? Obawiam się, że z wielu niestety niewiele. Ja jestem przekonany, wiem, że jeśli ma się do zaoferowania coś, co ma wartość, to da się to zmonetaryzować – tak to działa np. w Cambridge. I proszę nie opowiadać mi o nierynkowości badań podstawowych czy ogólnie pewnych dziedzin. Znam nawet przypadki filozofów uniwersyteckich, w tym co najmniej jednego profesora, którzy potrafią być użyteczni i sprzedać swoją wiedzę, umiejętności i wyniki prac. W dodatku w dalszym ciągu zajmując się badaniami, tj. to, co produkują jako filozofowie, jest bezpośrednio monetyzowalne. Jeden np. robi biznes na stoicyzmie, czyli kierunku filozoficznym zapoczątkowanym jeszcze w starożytnej Grecji. Ale wracając do wspomnianego wywiadu: uwadze większości czytelników uszła zapewne informacja, że ten profesor zatrudniony jest pewnie na około jedną trzecią etatu. Czyli faktycznie jego pensja w pełnym wymiarze wynosiłaby 4,5 tys. zł. Poza tym, jak się poszuka, to wychodzi, że ma też etat w Akademii Marynarki Wojennej. I niewykluczone, że na tym nie koniec. Ci bardziej mobilni mają przynajmniej po trzy, cztery fuchy, bez problemu wyciągają po 10 tys. zł i więcej. Miesięcznie. Nie, żeby to było dużo, ale opowieści, że nie ma się za co butów dzieciom kupić, są po prostu nieuczciwe. No, chyba że są to bardzo drogie buty.
No, to dołożył pan do pieca. Zaczynam się obawiać o pana życie. Ale tak serio, to mam poważne wątpliwości, czy bieganie z czapką za pieniędzmi to najlepszy pomysł na rozwój nauki. Owszem, są nieprawidłowości w rozdziale pieniędzy, ale może wystarczy je wyeliminować i pozwolić ludziom spokojnie pracować. Dlaczego fizyk czy archeolog mają tracić czas na zabieganie o fundusze? Nie od tego są.
Odnosiłem się już kiedyś do tego w tekście pt. „Uniwersytet potiomkinowski obiecuje innowacje”, który wraz z prof. Jerzym Marcinkowskim napisaliśmy w 2008 r. do „Rzeczpospolitej”. Mówi pani, że wystarczy dawać pieniądze tym, którzy coś robią, i będzie OK. Ten system od lat próbuje się wdrożyć – oceny parametryczne, menedżerowie nauki – ale bez powodzenia. Tutaj decydujące jest prawo Goodharta, które mówi, że jeśli chce się wprowadzić ocenę systemu, to ten, kiedy pozna parametry, dostosuje się do nich. I znajdzie sposób, żeby je oszukać. Tak się właśnie dzieje. Mówi pani, że poniżej godności naukowców jest bieganie z czapką. Taki prawdziwy, godny, nic, tylko siedzi w wieży z kości słoniowej i wymyśla przełomowe rzeczy. Tylko dlaczego nasi niemal niczego nie wymyślają? Bo są zajęci kombinowaniem, jak tu dobrać się do miodu, czyli publicznej kasy.
Pana zdaniem naukowiec musi być głodny, żeby efektywnie pracować?
Musi mieć apetyt i motywację. Stefan Banach, wielki polski matematyk, choć miał niezłą pensję profesorską, a było to w II RP, z powodu swojego kawiarnianego trybu życia popadł w długi i aby się utrzymać na powierzchni, zaczął pisać podręczniki matematyczne dla szkół średnich. Świetne. Alfred Tarski, logik, nie dostał katedry, więc uczył dzieci w szkole średniej. Dlaczego Galileusz satelity Jowisza nazwał gwiazdami medycejskimi? Bo zabiegał u Medyceuszy o środki na badania.
To zamierzchła historia, przypominam, że mamy XXI wiek i ciut inaczej to działa.
Naprawdę? Ponad 40 lat temu kilku matematyków z Oxfordu, w tym mój mentor, prof. John Ockendon, zauważyło, że to, jak była zorganizowana praca matematyków i finansowanie badań, wpływało od pewnego czasu negatywnie na rozwój nauki. Opłacanie tylko z budżetowych pieniędzy powodowało, że brakowało symulacji intelektualnej i prawdziwych problemów do rozwiązywania. Kiedy zaczynali starać się o to, aby połączyć działania naukowców z przemysłem, ich koledzy wieszczyli, że to się źle skończy, bo nauka nie może iść na postronku biznesu. Niektórzy nawet posuwali się do sformułowań typu „prostytuowanie się za pieniądze” (ang. money whore) etc. Czas pokazał, że mieli rację: właśnie ten mariaż okazał się zbawieniem dla nudy uniwersyteckich sal. Obecnie co roku, w różnych europejskich ośrodkach naukowych, odbywają się warsztaty pod hasłem „European Study Group with Industry”, czyli spotkanie matematyki ze światem biznesu, na których naukowcy i studenci różnych dziedzin spotykają się ze światem biznesu. Dostają do rozwiązania konkretne problemy. Raz było to wykorzystanie korytarzy powietrznych, tak aby poprawić przepustowość i zwiększyć bezpieczeństwo lotów. Innym razem chodziło o to, aby tak skoordynować dostawy buraka cukrowego do ciasnych magazynów, żeby fabryka dała radę go przerobić na cukier, a bulwy nie popsuły się, czekając na proces produkcyjny. Z tego się biorą dobra nauka i lepsze życie ludzi. Firmy mają konkretne problemy, za rozwiązanie ich chcą płacić. Pracując nad nimi, mamy szanse wpaść na pomysły, które przełożą się nie tylko na przedsiębiorstwo A czy B, ale na dużo więcej. To mój świat. Może opowiem jeszcze taką historię: mój drugi mentor, prof. Andy Hopper, informatyk z Cambridge, założyciel wielu firm, milioner i kapitalista, ale przede wszystkim uczony, sprzedawał kiedyś jedno ze swoich przedsiębiorstw Larry’emu Ellisonowi – twórcy i szefowi Oracle, jednej z największych korporacji informatycznych na świecie. Aby zamknąć transakcję, Larry Ellison przyleciał swoim odrzutowcem do Cambridge i odwiedził ich na wydziale. Panowie pogadali, pouśmiechali się do siebie, ale jako że wszystko było już wcześniej spięte, po półgodzinie podpisali umowę. Larry Ellison miał do odlotu jeszcze pięć godzin, więc zadał pytanie, co jeszcze ciekawego mają. Hopper przeprosił, wciągnął swojego najbliższego współpracownika do pomieszczenia obok, a była to toaleta, i zaczęli się naradzać. „Larry chce kupować! Co jeszcze możemy mu pokazać, co jeszcze sprzedać?” – naciskał. I to jest uczciwe: mamy towar i go sprzedajemy. Rzetelnie rozwiązujemy problemy i za to bierzemy pieniądze, tworzymy wartość dodaną.
Panie doktorze, w toalecie?
Podobno tak właśnie było – zupełnie jak w polskim kinie, gdzie kluczowe sceny często dzieją się w toalecie, np. choćby w „Popiele i diamencie”. Poza tym historia ta dobrze pokazuje konieczną determinację w zdobywaniu zleceń i środków na badania. Ale oczywiście nauki, przynajmniej takiej, jaką ja znam, nie robi się w kiblu. Trzeba mieć do tego zarówno przestrzeń, jak i sprzęt. Znane mi kampusy zapewniają jedno i drugie, starają się stworzyć naukowcom takie środowisko, żeby chcieli w nim przebywać, aby dobrze było im w nim pracować. Jak to wygląda u nas? Cóż, niejednokrotnie zbudowano i wyposażono, często za unijne pieniądze, wspaniałe budynki. Tyle że nazbyt często szybko robi się tam pusto, bo nie ma w nich prawdziwego naukowego życia. Na świecie pracodawcy robią wiele, żeby zatrzymać mózgowców w miejscu ich pracy. Aby dobrze się w nim czuli i chcieli w nim przebywać. Jak będą zadowoleni, dadzą więcej z siebie.
Widziałam taki kampus w Chinach, należący do jednej z czołowych firm produkujących m.in. smartfony. Pracownicy mieli tam materace i sofy, żeby się zdrzemnąć, jak poczują się zmęczeni.
Bo mądry pracodawca będzie się starał, żeby jego załoga była najedzona, wyspana, zadowolona. Żeby chciała pracować i miała do tego warunki. U nas raczej przeciwnie, kto by tam siedział wieczorami? Zdaję sobie sprawę, że trudno w to uwierzyć, ale w większości placówek naukowych o godzinie 15 po korytarzach wiatr wieje. Ekipa poszła robić fuchy. No, chyba że to uczelnia i mają studentów wieczorowych. Mało tego, dziwacy, którzy chcą pracować, traktowani są jak wrzody na pośladkach. Żeby móc popracować dłużej, potrzebna jest specjalna zgoda odnośnych władz. Ale i tak różnie bywa, np. kolega z innego instytutu, kiedy zasiedział się w robocie, musiał uciekać przez płot, gdyż okazało się, że ochroniarze spuścili psy. Uszedł cało, bo jest sportowcem, bierze udział w biegu rzeźnika, więc sobie poradził.
Hmm, co mogę rzec? Może względy bezpieczeństwa? Dbałość o drogi sprzęt?
Proszę mnie nie rozśmieszać – w świetlicach wiejskich są lepsze komputery. Tutaj chodzi przede wszystkim o wygodę i święty spokój. Oxford czy Cambridge są tak dobre, bo mają sposób na zagospodarowanie ekscentryków. Naszym sposobem jest eliminacja każdego, kto odbiega od schematu. I trudno to zmienić, choć na naszą skromną skalę próbujemy. A stawka jest bardzo wysoka – świat dookoła zmienia się błyskawicznie. Tymczasem w Polsce mamy spetryfikowany system będący tylko nieco unowocześnioną odmianą feudalnego folwarku. Zaś faktem jest, że ludzie czerpiący korzyści z tego stanu rzeczy wmawiają nam, że podobno mamy jakąś naukę, a tymczasem wydając co roku bardzo dużo pieniędzy, zafundowaliśmy sobie krzesło elektryczne, na którym niszczymy talenty i tracimy kolejne szanse."
Subskrybuj:
Posty (Atom)

