Parę faktów o "polskich" sądach 111
http://www.kontrowersje.net/patologi_wymiaru_sprawiedliwo_ci_sprzedano_jako_pomy_ki_si_zdarzaj
"Patologię „wymiaru sprawiedliwości” sprzedano jako „pomyłki się zdarzają”
W sprawie nieszczęśnika, który przesiedział 18 lat w więzieniu ludziom wciśnięto bajkę o „pomyłce sądowej”, a była to klasyczna patologia i lokalny układ, czytelny na pierwszy rzut oka. Jest niedziela, prawie wszyscy mają wszystko pozamykane i tylko mnie przyszło robić, jak zwykle. Robić będę, ale na pół gwizdka, bo kolejne zadania dla mediów i przede wszystkich odpowiednich organów spada na pasjonatów z Internetu. Przywołam tylko podstawowe informacje, dalej niech robią inni. Wczoraj olśniony przeczuciem i intuicją przejrzałem kilkanaście stron internetowych, które opisują rzeczywistość, a nie medialne imaginacje. Na wszystkich znajdowałem to, czego nie słyszeliśmy w żadnej telewizji, chociaż większość przejrzanych przeze mnie materiałów pochodzi sprzed wielu lat.
O tym, że Tomasz Komenda jest ofiarą, nie zabójcą mówiło się od wielu lat, co więcej niemal od samego początku miejscowi wskazywali właściwych morderców. Jedna z mieszkanek Miłoszyc Anna Ł. twierdziła, ze widziała z zamordowaną dziewczynę z Michałem Ł., synem lokalnego biznesmena. Firmą lokalnego barona łatwo odnaleźć razem ze wspólnikiem, to PPHU Ł&K S.C. Łabentowicz & Kołodziejczyk. Na samym początku śledztwa do odbycia stosunku płciowego ze zgwałconą dziewczyną i pozostawienia jej innym mężczyznom przyznał się Krzysztof K., któremu nie postawiono żadnych zarzutów, bo dwa razy wycofał swoje zaznania, prawdopodobnie pod presją policji i prokuratury. Później słowa świadka Anny Ł. potwierdził ochroniarz z dyskoteki „Alcatraz”, skąd mordercy wyprowadzili swoją ofiarę. Oboje i Anna Ł. i ochroniarz zostali zastraszeni przez funkcjonariuszy Komendy Wojewódzkiej we Wrocławiu i swoje zeznania wycofali.
Sprawa została zawieszona na ponad 2 lata, pomimo licznych dowodów, w tym takich, które jednoznacznie stwierdzały, że sprawców musiał być co najmniej trzech. W końcu na jakichś imieninach jakaś tajemnicza pani opisała policjantowi portret rzekomego sprawcy, a ten policjant zrobił z tego notatkę służbową i portrety pamięciowe poszły w Polskę, między innymi do słynnego programu 997. Po tym programie zgłosiła się kobieta z Wrocławia i twierdziła, że poszukiwaną osobą jest właśnie Tomasz Komenda, tak zaczęło się jego piekło. Komenda miał nie tylko żelazne, ale żelbetowe alibi, chłopak spędził sylwestra we Wrocławiu, co potwierdziło 12 świadków, ale ich zeznania, jak poprzednie niewygodne, zostały pominięte. Z kolei biciem i nękaniem policja zmusiła do przyznawania się Tomasza Komendę. Wątek Komendy został włączony do śledztwa pod koniec 1999 roku, aresztowanie nastąpiło w kwietniu 2000 roku, to informacja dla wszystkich hien, które przypisują Lechowi Kaczyńskiemu presję w tej sprawie. Lech Kaczyński został ministrem 12 czerwca 2000 r., gdy Komenda miał postawione zarzuty. Prokurator, który podpisał się pod nakazem aresztowania Komendy to Stanisław O. skazany za łapówki w innych sprawach, między innymi wziął w łapę za wypuszczenie wrocławskiego gangstera.
Nieszczęsny Tomasz Komenda przeszedł przez wszystkie szczeble patologii, śledztwo i procesy sądowe trwały, aż do 2004 roku, kiedy zapadł wyrok prawomocny i tu znów informacja dla hieny Giertycha, Lech Kaczyński 5 lipca 2001 przestał być ministrem sprawiedliwości. Na końcu Sąd Najwyższy oddalił kasację w tej sprawie. Podsumowując. Lokalny baron, jego zwyrodniali synalkowie i jeszcze jeden sadysta, dosłownie zagryźli i zgwałcili piętnastoletnią dziewczynę. Tatuś wypłacając kasę policji, prokuratorom i prawdopodobnie sędziom załatwił swoim synom wolność i wsadził z zimną krwią do wiezienia niewinnego biedaka. Tak wygląda ta sprawa z grubsza, po lekturze starych gazet i w oczach amatora. Pytanie jak to możliwe, że na żadnym etapie śledztwa i procesu, żaden szczebel „wymiaru sprawiedliwości” nie zauważył tego, co było widać gołym okiem, pozostawiam bez odpowiedzi, bo w niedzielę klął nie będę."
poniedziałek, 19 marca 2018
niedziela, 18 marca 2018
Winy ojców nie przechodzą na dzieci ?
Winy ojców nie przechodzą na dzieci ?
Redaktor Michnik w Gadzinówce popularyzował głupi slogan - Wyroków [ komunistycznych ] sądów się nie komentuje.
W żadnym kraju nie ma zakazu komentowania wyroków sądowych. Zakaz taki byłby rażącym łamaniem prawa do wolności słowa i debaty publicznej. Komentowania nie zabrani także tradycja i dobry obyczaj. W całym świecie a nawet w Polsce znani prawnicy piszą masowo glosy czyli komentarze ( także bardzo krytyczne ) do wyroków sądów. W apelacji krytykuje się zaskarżany wyrok.
W stalinowskiej Polsce nie komentowano "wyroków" wydanych przez moskiewskie marionetki - bandytów stosujących gestapowskie metody. Zatem Michnik zwalczał wolność słowa i ochraniał korupcje.
Teraz pojawił się slogan że winy ojców nie przechodzą na winy dzieci i na przykład Monika Jaruzelska nie może odpowiadać za zbrodnie zdrajcy, ruskiego generała w Polskim mundurze, swojego tatusia. Temu sloganowi należy urwać łeb i go wyszydzić w zarodku. Ale nienależna Jaruzelskiej pozycja społeczna i finansowa którą osiągnęła dzięki tatusiowi, czerwonemu kacykowi, jej się należy. Zrabowany prawowitym właścicielom przez czerwonych bandytów dom darowany Jaruzelowi oczywiście Monice się należy bo objęła go w spadku a winy ojców nie przechodzą na dzieci. Spadek przechodzi ale winy nie przechodzą.
A czemu winne były dzieci torturowanych i mordowanych żołnierzy podziemia, którzy dochowywali swojej przysięgi wobec legalnego rządu. Dlaczego ich dzieci nie wolno było przyjmować na studia a nawet wyrzucano je ze szkół średnich ?
A kim byłby Włodzimierz Cimoszewicz gdy jego tatuś, bandyta płk Marian Cimoszewicz, nie był siepaczem w ociekającej krwią sowieckiej Informacji Wojskowej ? Parobkiem czy bezrolnym chłopem ? A może przeżartym syfilisem menelem ?
Dawni właściciele chcą odzyskać swoje nieruchomości. Ale krzywdy reżimu komunistycznego dotknęły większość Polaków. Rabunki wymianą pieniędzy. Obowiązkowe dostawy od chłopów to przecież rabunek w biały dzień. Miasta jadły kradziony chleb ! Chłopi byli największą represjonowaną grupą społeczną. Chłopów bydło moskiewskie biło i katowało. Bez wyroku aresztowano pół miliona ludzi !
Do dziś nikt nawet nie próbował naprawić krzywd !
Ale żydokomuna w tym czasie żyła sobie jak pączek w maśle. Mieszkanko w Alei Róż albo w Alei Przyjaciół albo w zrabowanej willi.
Sklepy za żółtymi firankami gdzie kupowano towary których Polak nie widział na oczy i o których nie mógł nawet marzyć.
Mieszkanko dla partyjnych kacyków, SB-ków i Milicjantów...
Trzeba się bardzo dokładnie przyjrzeć karierom takich osób jak Jaruzelska.
Spójne, dumne społeczeństwo Norwegów po wojnie odrzuciło w całości ustawodawstwo okupacyjne. Osądzono wszystkich kolaborantów. Stryczek i więzienia. Wymierzono rujnujące grzywny. Winnych zsyłano na daleką północ w charakterze parobków bez prawa zmiany miejsca zesłania. Prawie wszyscy Norwedzy pytani po latach czy tak ostro należało rozliczyć kolaborantów odpowiadają że należało tak zrobić bo zdrajcy zatruwaliby krew społeczeństwa i rany nigdy by się nie zagoiły.
Tak więc po degradacjach musi nastąpić ciąg dalszy rozliczeń zdrady i zbrodni.
Redaktor Michnik w Gadzinówce popularyzował głupi slogan - Wyroków [ komunistycznych ] sądów się nie komentuje.
W żadnym kraju nie ma zakazu komentowania wyroków sądowych. Zakaz taki byłby rażącym łamaniem prawa do wolności słowa i debaty publicznej. Komentowania nie zabrani także tradycja i dobry obyczaj. W całym świecie a nawet w Polsce znani prawnicy piszą masowo glosy czyli komentarze ( także bardzo krytyczne ) do wyroków sądów. W apelacji krytykuje się zaskarżany wyrok.
W stalinowskiej Polsce nie komentowano "wyroków" wydanych przez moskiewskie marionetki - bandytów stosujących gestapowskie metody. Zatem Michnik zwalczał wolność słowa i ochraniał korupcje.
Teraz pojawił się slogan że winy ojców nie przechodzą na winy dzieci i na przykład Monika Jaruzelska nie może odpowiadać za zbrodnie zdrajcy, ruskiego generała w Polskim mundurze, swojego tatusia. Temu sloganowi należy urwać łeb i go wyszydzić w zarodku. Ale nienależna Jaruzelskiej pozycja społeczna i finansowa którą osiągnęła dzięki tatusiowi, czerwonemu kacykowi, jej się należy. Zrabowany prawowitym właścicielom przez czerwonych bandytów dom darowany Jaruzelowi oczywiście Monice się należy bo objęła go w spadku a winy ojców nie przechodzą na dzieci. Spadek przechodzi ale winy nie przechodzą.
A czemu winne były dzieci torturowanych i mordowanych żołnierzy podziemia, którzy dochowywali swojej przysięgi wobec legalnego rządu. Dlaczego ich dzieci nie wolno było przyjmować na studia a nawet wyrzucano je ze szkół średnich ?
A kim byłby Włodzimierz Cimoszewicz gdy jego tatuś, bandyta płk Marian Cimoszewicz, nie był siepaczem w ociekającej krwią sowieckiej Informacji Wojskowej ? Parobkiem czy bezrolnym chłopem ? A może przeżartym syfilisem menelem ?
Dawni właściciele chcą odzyskać swoje nieruchomości. Ale krzywdy reżimu komunistycznego dotknęły większość Polaków. Rabunki wymianą pieniędzy. Obowiązkowe dostawy od chłopów to przecież rabunek w biały dzień. Miasta jadły kradziony chleb ! Chłopi byli największą represjonowaną grupą społeczną. Chłopów bydło moskiewskie biło i katowało. Bez wyroku aresztowano pół miliona ludzi !
Do dziś nikt nawet nie próbował naprawić krzywd !
Ale żydokomuna w tym czasie żyła sobie jak pączek w maśle. Mieszkanko w Alei Róż albo w Alei Przyjaciół albo w zrabowanej willi.
Sklepy za żółtymi firankami gdzie kupowano towary których Polak nie widział na oczy i o których nie mógł nawet marzyć.
Mieszkanko dla partyjnych kacyków, SB-ków i Milicjantów...
Trzeba się bardzo dokładnie przyjrzeć karierom takich osób jak Jaruzelska.
Spójne, dumne społeczeństwo Norwegów po wojnie odrzuciło w całości ustawodawstwo okupacyjne. Osądzono wszystkich kolaborantów. Stryczek i więzienia. Wymierzono rujnujące grzywny. Winnych zsyłano na daleką północ w charakterze parobków bez prawa zmiany miejsca zesłania. Prawie wszyscy Norwedzy pytani po latach czy tak ostro należało rozliczyć kolaborantów odpowiadają że należało tak zrobić bo zdrajcy zatruwaliby krew społeczeństwa i rany nigdy by się nie zagoiły.
Tak więc po degradacjach musi nastąpić ciąg dalszy rozliczeń zdrady i zbrodni.
Parę faktów o "polskich" sądach 110
Parę faktów o "polskich" sądach 110
https://www.salon24.pl/u/neosofista/852749,o-wymiarze-nie-sprawiedliwosci-raz-jeszcze-slow-kilka
"O wymiarze nie-sprawiedliwości raz jeszcze słów kilka...
Sprawa niesłusznie skazanego za gwałt i zabójstwo Pana Komendy, znów wywołała dyskusję n/t naszego systemu niesprawiedliwości: prokuratorów, sędziów ale także adwokatów, (a może i radców prawnych itd.) - o adwokatach wspomniał m.in. Pan red. Jachowicz, za co mu chwała! Mimo, że sprawa po raz kolejny jest na tapecie, znów wszyscy omijają punkt...
Lenin a za nim Stalin, zawsze twierdzili, że kluczem do wszystkiego są kadry. Dobór odpowiednich ludzi. Próbuję zrozumieć, dlaczego, aby dostać się do Policji, Służb Specjalnych itd. trzeba przejść testy psychologiczne. To za ich sprawą większość kandydatów żegna się z marzeniami o pracy w w/w instytucjach. Ale jakie kryteria musi spełnić przyszły prokurator lub sędzia? Oczywiście, poza posiadaniem w rodzinie sędziego lub prokuratora - jak było do niedawna? Skończyć prawo i dostać się na aplikację - zostać asesorem. A następnie rozpocząć, z marszu, samodzielną pracę prokuratora lub sędziego i decydować o życiu, zdrowiu i majątku obywateli. Czy tylko mi się wydaje, że coś jest nie na miejscu?
Wszelkie patologie - o których mógłbym długo i namiętnie rozprawiać, - naszego nieszczęsnego systemu niesprawiedliwości biorą swój początek z tej przyczyny, że jest zupełny brak selekcji do zawodów takich, jak w/w. Co do adwokatów, radców prawnych - a niech tam! Nich nimi będą ci wszyscy, co skończyli prawo i zdali egzamin państwowy (nie korporacyjny!). Każdy - bez cenzusów, ilu w danym roku dopuścić. Ale w przypadku sędziów i prokuratorów, powinno się jednak organizować złożone testy psychologiczne. Powinno się krzyżowo na przestrzeni całego okresu asesury, badać predyspozycje psychologiczne przyszłych prokuratorów (o sędziach jeszcze dopowiem później). Bardziej, niźli to się robi w przypadku Policji.
Przyszły kandydat na prokuratora powinien obowiązkowo przejść test osobowości Junga. Premiowani do zawodu powinny być typy INTP i INTJ - typy osobowości zdolne do chłodnego osądu sytuacji i wydawania opinii na podstawie tylko i wyłącznie przesłanek racjonalnych. Pozbawieni "empatycznego" zaburzenia wpływającego na ich osąd - czyli bez emocji, na zimno. Powinni ponadto przejść test zaburzeń osobowości. Nie wszystkie moim zdaniem dyskwalifikują. Schizoid i Schizotypal w tym zawodzie mogą sie przydać. Podobnie niski próg zależności. Dyskwalifikujące są zaś Borderline i wysoki próg Zależności. Ponadto obowiązkowe testy inteligencji i próg dopuszczenia do zawodu na poziomie minimum 130 punktów IQ. Gdyby wprowadzić takie kryterium, pewnie z 90 procent prokuratorów musiałaby się pożegnać z zawodem - nie wspominając o sędziach (a zwłaszcza sędzinach).
A propos sędziów. To jakieś horrendum, że sędzią może w Polsce zostać młody, niedoświadczony życiowo człowiek - płci dowolnej. Kończy taka dziunia, lub dziunio prawo, dostaje się na asesora sądowego (mniejsza o to, czy dlatego, ze tatuś lub mamusia już są sędziami) i co...? 4 lata i już może skazywać?! Na zachodzie zawód sędziego jest otwarty dla osób z określonym dorobkiem prawnym. Zwłaszcza w systemach anglosaskich. Sędzią zostaje ktoś, kto był już przez kilka lat adwokatem lub prokuratorem a najlepiej i jednym i drugim - aby mieć wyrobiony osąd na sprawę wymiaru sprawiedliwości z obu jego stron. A w Polsce, jak za Stalina - nominujemy ciebie sędzią i już! Wystarczy! To jest po prostu chore! Gdzie taka dziunia ma doświadczenie życiowe - o zawodowym nie wspominając?! I tylko potem mamy pasję wyroków z dupy, bo się coś pani sędzi uwidziało - począwszy od spraw rodzinnych, a skończywszy na ostatnim wyroku sądu dyscyplinarnego dla innego sędziego - złodzieja. I tylko wystarczy spojrzeć na japkę takiej sędzi i wymalowane nań emocje. I zawołać o pomstę do Nieba: Boże, widzisz to i nie grzmisz?!
Dlatego o ile prokuratorem mogłaby zostać osoba która by przeszła ścieżkę, jaką pow. opisałem, tak sędzią powinna być tylko osoba, która ma już staż 15 lat pracy w zawodach prawniczych, z czego minimum 5-letni jako prokurator i minimum 5-letni jako adwokat. W ten sposób załatwilibyśmy kryterium i psychologiczne (aby zostać prokuratorem, musieliby przejść testy) i doświadczenia zawodowego a także życiowego - sądzić przestaliby niedojrzali emocjonalnie (niektórzy mimo wieku nigdy nie dojrzewają), młodzi, pozbawieni doświadczeń realnego życia ludzie wyobcowani de facto ze społeczeństwa. Ludzie kierujący się emocjami i własnymi idiosynkrazjami. Tylko to może być i musi się stać, pierwszym krokiem do naprawy systemu wymiaru sprawiedliwości. Zeń wypływają wszystkie kolejne patologie, które nie raz już wymieniałem.
Jeśli pow. przeprowadzimy, to nawet może pozostać KPK i KPC w obecnym kształcie - zakładające pewne cechy i przymioty sędziów a priori. Bo bez nich, to człowiek przed sądem jest uje..ny na wstępie. Zwłaszcza, jeśli go nie stać na adwokata i tym bardziej, jeśli sprawa jest niekasacyjna. Jeśli nie stać cię na adwokata, ale jakimś cudem dostaniesz adwokata z urzędu (w sprawie cywilnej - w karnej z automatu, zwłaszcza przy cięższym kalibrze), to taki adwokat na ogół będzie miał Ciebie w dupie - marne pieniądze a kupa roboty. Na tobie nie zarobi. Formalnie będzie wszystko cacy, ale i tak dostaniesz po dupie - bo nikomu nie zależy. A jeśli i tego nie masz, to tym bardziej. Niezawisłość sędziowska i zasada swobodnej oceny materiału dowodowego sprawiają, że zwłaszcza w sprawach niekasacyjnych, zapadają wyroki dosłownie z dupy! A żaden sąd wyższej instancji nigdy ich nie uchyli - bo podważałby tym samym kompetencje sędziego, który wydał taki wyrok. Więc nawet jeśli wytkniesz w apelacji oczywiste błędy i uchybienia sądu rejonowego, to i tak, zdaniem sądu okręgowego (sprawy niekasacyjne - o zbyt niskiej kwocie wartości przedmiotu sporu), orzekną, jak orzekną. A ty się frajerze bujaj. Podobnie ze sprawami karnymi itp. itd.
Ale zamiast się babrać w Kodeksach Postępowania, czy to Karnego, czy Cywilnego i usiłować naprawiać podobne do pow. patologię, trzeba najpierw zmienić KADRY. Aby przestały być leninowskimi czy wręcz stalinowskimi - w swej naturze. Aby zatrudnieni weń ludzie mieli odpowiednie kwalifikacje, nie tylko formalne, ale też predyspozycje mentalne. A o ich postawie moralnej, aby świadczył dotychczasowy, minimum 15-letni, przebieg kariery prawniczej. Wtedy i TYLKO WTEDY, może (zaznaczam, że MOŻE!), coś się zmieni w Polsce na lepsze. Bez tego, będzie, jak jest - tak samo, tylko że inaczej. Bowiem wiele musi się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu...
To tyle tyt. moich refleksji o bezmiarze sprawiedliwości w Polsce."
https://www.salon24.pl/u/neosofista/852749,o-wymiarze-nie-sprawiedliwosci-raz-jeszcze-slow-kilka
"O wymiarze nie-sprawiedliwości raz jeszcze słów kilka...
Sprawa niesłusznie skazanego za gwałt i zabójstwo Pana Komendy, znów wywołała dyskusję n/t naszego systemu niesprawiedliwości: prokuratorów, sędziów ale także adwokatów, (a może i radców prawnych itd.) - o adwokatach wspomniał m.in. Pan red. Jachowicz, za co mu chwała! Mimo, że sprawa po raz kolejny jest na tapecie, znów wszyscy omijają punkt...
Lenin a za nim Stalin, zawsze twierdzili, że kluczem do wszystkiego są kadry. Dobór odpowiednich ludzi. Próbuję zrozumieć, dlaczego, aby dostać się do Policji, Służb Specjalnych itd. trzeba przejść testy psychologiczne. To za ich sprawą większość kandydatów żegna się z marzeniami o pracy w w/w instytucjach. Ale jakie kryteria musi spełnić przyszły prokurator lub sędzia? Oczywiście, poza posiadaniem w rodzinie sędziego lub prokuratora - jak było do niedawna? Skończyć prawo i dostać się na aplikację - zostać asesorem. A następnie rozpocząć, z marszu, samodzielną pracę prokuratora lub sędziego i decydować o życiu, zdrowiu i majątku obywateli. Czy tylko mi się wydaje, że coś jest nie na miejscu?
Wszelkie patologie - o których mógłbym długo i namiętnie rozprawiać, - naszego nieszczęsnego systemu niesprawiedliwości biorą swój początek z tej przyczyny, że jest zupełny brak selekcji do zawodów takich, jak w/w. Co do adwokatów, radców prawnych - a niech tam! Nich nimi będą ci wszyscy, co skończyli prawo i zdali egzamin państwowy (nie korporacyjny!). Każdy - bez cenzusów, ilu w danym roku dopuścić. Ale w przypadku sędziów i prokuratorów, powinno się jednak organizować złożone testy psychologiczne. Powinno się krzyżowo na przestrzeni całego okresu asesury, badać predyspozycje psychologiczne przyszłych prokuratorów (o sędziach jeszcze dopowiem później). Bardziej, niźli to się robi w przypadku Policji.
Przyszły kandydat na prokuratora powinien obowiązkowo przejść test osobowości Junga. Premiowani do zawodu powinny być typy INTP i INTJ - typy osobowości zdolne do chłodnego osądu sytuacji i wydawania opinii na podstawie tylko i wyłącznie przesłanek racjonalnych. Pozbawieni "empatycznego" zaburzenia wpływającego na ich osąd - czyli bez emocji, na zimno. Powinni ponadto przejść test zaburzeń osobowości. Nie wszystkie moim zdaniem dyskwalifikują. Schizoid i Schizotypal w tym zawodzie mogą sie przydać. Podobnie niski próg zależności. Dyskwalifikujące są zaś Borderline i wysoki próg Zależności. Ponadto obowiązkowe testy inteligencji i próg dopuszczenia do zawodu na poziomie minimum 130 punktów IQ. Gdyby wprowadzić takie kryterium, pewnie z 90 procent prokuratorów musiałaby się pożegnać z zawodem - nie wspominając o sędziach (a zwłaszcza sędzinach).
A propos sędziów. To jakieś horrendum, że sędzią może w Polsce zostać młody, niedoświadczony życiowo człowiek - płci dowolnej. Kończy taka dziunia, lub dziunio prawo, dostaje się na asesora sądowego (mniejsza o to, czy dlatego, ze tatuś lub mamusia już są sędziami) i co...? 4 lata i już może skazywać?! Na zachodzie zawód sędziego jest otwarty dla osób z określonym dorobkiem prawnym. Zwłaszcza w systemach anglosaskich. Sędzią zostaje ktoś, kto był już przez kilka lat adwokatem lub prokuratorem a najlepiej i jednym i drugim - aby mieć wyrobiony osąd na sprawę wymiaru sprawiedliwości z obu jego stron. A w Polsce, jak za Stalina - nominujemy ciebie sędzią i już! Wystarczy! To jest po prostu chore! Gdzie taka dziunia ma doświadczenie życiowe - o zawodowym nie wspominając?! I tylko potem mamy pasję wyroków z dupy, bo się coś pani sędzi uwidziało - począwszy od spraw rodzinnych, a skończywszy na ostatnim wyroku sądu dyscyplinarnego dla innego sędziego - złodzieja. I tylko wystarczy spojrzeć na japkę takiej sędzi i wymalowane nań emocje. I zawołać o pomstę do Nieba: Boże, widzisz to i nie grzmisz?!
Dlatego o ile prokuratorem mogłaby zostać osoba która by przeszła ścieżkę, jaką pow. opisałem, tak sędzią powinna być tylko osoba, która ma już staż 15 lat pracy w zawodach prawniczych, z czego minimum 5-letni jako prokurator i minimum 5-letni jako adwokat. W ten sposób załatwilibyśmy kryterium i psychologiczne (aby zostać prokuratorem, musieliby przejść testy) i doświadczenia zawodowego a także życiowego - sądzić przestaliby niedojrzali emocjonalnie (niektórzy mimo wieku nigdy nie dojrzewają), młodzi, pozbawieni doświadczeń realnego życia ludzie wyobcowani de facto ze społeczeństwa. Ludzie kierujący się emocjami i własnymi idiosynkrazjami. Tylko to może być i musi się stać, pierwszym krokiem do naprawy systemu wymiaru sprawiedliwości. Zeń wypływają wszystkie kolejne patologie, które nie raz już wymieniałem.
Jeśli pow. przeprowadzimy, to nawet może pozostać KPK i KPC w obecnym kształcie - zakładające pewne cechy i przymioty sędziów a priori. Bo bez nich, to człowiek przed sądem jest uje..ny na wstępie. Zwłaszcza, jeśli go nie stać na adwokata i tym bardziej, jeśli sprawa jest niekasacyjna. Jeśli nie stać cię na adwokata, ale jakimś cudem dostaniesz adwokata z urzędu (w sprawie cywilnej - w karnej z automatu, zwłaszcza przy cięższym kalibrze), to taki adwokat na ogół będzie miał Ciebie w dupie - marne pieniądze a kupa roboty. Na tobie nie zarobi. Formalnie będzie wszystko cacy, ale i tak dostaniesz po dupie - bo nikomu nie zależy. A jeśli i tego nie masz, to tym bardziej. Niezawisłość sędziowska i zasada swobodnej oceny materiału dowodowego sprawiają, że zwłaszcza w sprawach niekasacyjnych, zapadają wyroki dosłownie z dupy! A żaden sąd wyższej instancji nigdy ich nie uchyli - bo podważałby tym samym kompetencje sędziego, który wydał taki wyrok. Więc nawet jeśli wytkniesz w apelacji oczywiste błędy i uchybienia sądu rejonowego, to i tak, zdaniem sądu okręgowego (sprawy niekasacyjne - o zbyt niskiej kwocie wartości przedmiotu sporu), orzekną, jak orzekną. A ty się frajerze bujaj. Podobnie ze sprawami karnymi itp. itd.
Ale zamiast się babrać w Kodeksach Postępowania, czy to Karnego, czy Cywilnego i usiłować naprawiać podobne do pow. patologię, trzeba najpierw zmienić KADRY. Aby przestały być leninowskimi czy wręcz stalinowskimi - w swej naturze. Aby zatrudnieni weń ludzie mieli odpowiednie kwalifikacje, nie tylko formalne, ale też predyspozycje mentalne. A o ich postawie moralnej, aby świadczył dotychczasowy, minimum 15-letni, przebieg kariery prawniczej. Wtedy i TYLKO WTEDY, może (zaznaczam, że MOŻE!), coś się zmieni w Polsce na lepsze. Bez tego, będzie, jak jest - tak samo, tylko że inaczej. Bowiem wiele musi się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu...
To tyle tyt. moich refleksji o bezmiarze sprawiedliwości w Polsce."
Parę faktów o "polskich" sądach 109
Parę faktów o "polskich" sądach 109
http://e-reporter.pl/2017/12/31/pierwszy-i-ostatni-sylwester-malgosi/
"PIERWSZY I OSTATNI SYLWESTER MAŁGOSI
W sylwestrową noc w wiejskiej dyskotece bawi się kilkaset osób. Nieopodal, za stodołą, kilku sprawców gwałciło 15-latkę. Znęcali się nad nią okrutnie. Naga i poraniona, pozostawiona na mrozie dziewczyna umiera. W śledztwie, które wielokrotnie było umarzane, działy się dziwne rzeczy. Jednak do czasu.
15-letnia Małgorzata Kwiatkowska, z Jelcza-Laskowic pod Wrocławiem, w sylwestrową noc 31 grudnia 1996 roku wybrała się z koleżankami na dyskotekę do klubu Alcatraz w sąsiednich Miłoszycach. To zaledwie kilka kilometrów od jej domu. Jednak do domu nie wróciła już żywa.
Rodzice najpierw oponowali. Ale potem się zgodzili, aby Małgosia spędziła Sylwestra na dyskotece. Sami zresztą też wychodzili na zabawę. Wzięli na wszelki wypadek numer telefonu do rodziców Iwony, z którą Małgosia wybierała się na dyskotekę. Umówili się, że najpóźniej o piątej rano, 1 stycznia 1997 roku, Małgosia wróci do domu.
Przed wyjściem nastolatka zrobiła sobie jeszcze zdjęcie. Chciała uwiecznić ten moment. To był jej pierwszy Sylwester w życiu. I zarazem ostatni. Ciemne, długie włosy spadały na jej szczupłe ramiona. W uszach miała srebrne kolczyki. Srebrny łańcuszek z serduszkiem z napisem „love” wisiał na jej szyi, a jej dziewczęca twarz ufnie spoglądała w obiektyw aparatu fotograficznego. Jak się później okazało, było to ostatnie zdjęcie w życiu Małgosi.
O 18. założyła kozaczki, kurtkę, i wyszła z domu. Rodzice nigdy już jej nie zobaczyli żywej.
Zabrali ją za stodołę
Małgosia z Iwoną i koleżankami wsiadły do pociągu na stacji w Jelczu-Laskowicach. Na tego Sylwestra miała ją namówić Iwona, ale mogło być również inaczej. Ponoć Małgosia poznała „kogoś” we Wrocławiu. Nie chwaliła się tym. Świadkowie wspominali potem, że kiedy miała praktyki w domu towarowym, kilka razy odwiedzał ją 18-letni wówczas Tomasz K. Nie przedstawiła go rodzicom.
Małgosia była oczkiem w głowie rodziców. W szkole handlowej we Wrocławiu miała jak najlepszą opinię. Chwalono ją też w domu towarowym, w którym miała praktyki. Nigdy nie sprawiała żadnych problemów.
Dziewczyna opowiadała w domu, że czuje się we Wrocławiu bezpieczna, bo zawsze „ktoś” ją odprowadza na dworzec. Czy był to Tomasz K.? Nigdy tego do końca nie wyjaśniono. W każdym razie pojawił się tamtej sylwestrowej nocy w Alcatraz. Tomasz K. nie znał Miłoszyc, ale prawdopodobnie musiał mieć jakichś znajomych w miasteczku.
Na dyskotece był nadkomplet. Tego wieczora w Alcatraz bawiło się ponad pięćset osób. Alkohol lał się strumieniami i tańczono do białego rana. Istna gorączka sylwestrowej nocy. A na dworze mróz, prawie -20 stopni Celsjusza. Niektórzy uczestnicy dyskoteki wychodzili na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Tak jak i Małgosia, która kilka razy wyszła na dwór bez kurtki. Widać było, że wypiła niejednego drinka. Wraz z nią wychodził Krzysztof K., stały bywalec Alcatraz. Poznali się na tej właśnie zabawie. Gdy nastolatka wyszła z nim po raz ostatni, wówczas podeszło do nich dwóch młodych mężczyzn. Trudno było powiedzieć, czy znali się z Krzysztofem K. Jeden z nich przedstawił się jako Irek, „brat” Małgosi. Miał nawet do niej pretensje, że za dużo wypiła. Oznajmił, że musi ją odprowadzić do domu. Ale Małgosia nie miała brata. Nie oponowała jednak, gdy wziął ją pod rękę. Być może nie miała siły protestować. Krzysztof K. wymienił z nimi kilka zdań i wrócił na dyskotekę. Tamci zaś, prowadząc Małgosię pod ręce, skierowali się ku oddalonej o 100 metrów od dyskoteki posesji Józefa R. Wkrótce zniknęli na zaśnieżonej ścieżce, pomiędzy domem a stodołą.
Krew na śniegu
Sylwestrowa dyskoteka wkrótce dobiegła końca. Zaskakujące mogło wydawać się zachowanie Iwony i pozostałych koleżanek. Nie były zainteresowane Małgosią. Nie szukały jej. W mroźny, sylwestrowy poranek Iwona zabrała jedynie kurtkę Małgosi i wróciła do domu, jakby nic się nie stało.
O 5. nad ranem rodzice Małgosi zadzwonili do rodziców Iwony. Nastolatka opowiedziała im, jak Małgosia poszła do jakiegoś domu w Miłoszycach. Dwie godziny później rodzice Małgosi byli już w Miłoszycach. Szukali córki, krążyli pomiędzy Alcatraz a sąsiednimi zabudowaniami. Wrócili, ale Małgosi nadal nie było w domu. Pojechali więc tam raz jeszcze. Byli przy posesji Józefa R. Jednak on nie wpuścił Kwiatkowskich do domu. Rozmawiano zatem na zewnątrz. Pytali gospodarza i jego rodzinę, czy czegoś nie widzieli. Czy nie słyszeli o Małgosi. Ale oni zaprzeczali. Kwiatkowskiego zdziwiło, że ścieżka przy posesji Józefa R. była staranie wymieciona z nadmiaru śniegu. Kto w Sylwestra robi takie porządki?
Zrozpaczeni rodzice do południa poszukiwali córki. O 13. zgłosili jej zaginięcie. Piętnaście minut później Józef R. powiadomił policję o odnalezieniu zwłok za stodołą. Było to ciało Małgosi. Leżała naga na sukience. Poraniona, bez butów, jedynie w jasnych skarpetach z czerwonym paskiem. Było sporo krwi wokół. Obok leżała też kominiarka. Na miejscu, w którym leżało ciało, znaleziono również damską chusteczkę z zaschniętą krwią. DNA na niej nie należało do zamordowanej. Nie odnaleziono natomiast kozaczków Małgosi.
– Krwi były tam potworne ilości – wspomina mecenas Ewa Szymecka z Wrocławia, pełnomocnik rodziców ofiary. Szymeckiej o zbrodni opowiedziała Jolanta Krysowetr, dziennikarka Polskiego Radia. Mówiła również o oławskiej prokuraturze, która w skandaliczny sposób prowadziła sprawę zabójstwa 15-latki. Kwiatkowscy byli pogubieni i nie wiedzieli, do kogo zwrócić się o pomoc. Szymecka została więc ich pełnomocnikiem.
– Krew była wszędzie – dodaje mecenas Szymecka – Kilka metrów od ciała, na granicy obu sąsiadujących ze sobą posesji. Dziś nawet trudno o tym spokojnie wspominać. Tak, jakby ktoś, za przeproszeniem, zaszlachtował zwierzę.
Biegli orzekli, że ciosy zadawano ofierze narzędziami tępokrawędzistymi, lub nawet kijem. Ciało było zmasakrowane. Sprawca działał jak sadysta. Mógł cierpieć na zaburzenia seksualne. Na ciele ofiary znajdowały się odciski zębów. Dziewczyna mogła jeszcze żyć, i poruszać się pomiędzy zabudowaniami, wołając o pomoc. Może ją wleczono po śniegu? Małgosia wykrwawiła się, zanim wzeszło słońce, pierwszego dnia 1997 roku.
Niektórzy zeznawali, że słyszeli jakieś wołania nad ranem, jakby: „Mamo, mamo!”. Nikt jednak nie zareagował. U sąsiadów Józefa R. na podwórzu był pies. Zawsze ujadał na obcych. Tym razem nie szczekał.
Zastraszanie świadków
W kościołach, w obu miejscowościach apelowano do świadków o pomoc w wyjaśnieniu tej makabrycznej zbrodni. Urząd Gminy w Jelczu-Laskowicach wyznaczył nawet nagrodę w wysokości 10 tysięcy złotych dla tego, kto przyczyni się do schwytania sprawców. Nic to nie pomogło. Śledztwo posuwało się w ślimaczym tempie: – Można by nawet powiedzieć, że w ogóle go nie było – dopowiada dziś pani mecenas.
Zastraszano też świadków. Bramkarz z Alcatraz wycofał wcześniej złożone zeznania przeciwko Marcinowi Ł., synowi lokalnego biznesmena. Widziano go w noc sylwestrową, w towarzystwie zamordowanej 15-latki. Grożono też dziewczynie bramkarza.
Pewną kobietę, która była świadkiem, uprowadzono. Jacyś mężczyźni, podający się za policjantów, wsadzili ją do samochodu. Tam spojono ją alkoholem i ostrzegano, że ma wycofać oskarżenia przeciwko Marcinowi Ł. W przeciwnym przypadku zginie: – Zdechniesz jak tamta, suko – te słowa bandyty przypomina mecenas Szymecka. Strach zapanował w okolicy i ludzie zamilkli. Mówiło się szeptem, że w sprawę zamieszani byli jacyś lokalni policjanci, którzy również bawili się tamtej sylwestrowej nocy w Alcatraz. Sprawa utknęła w miejscu.
Tymczasem na ciele zamordowanej znaleziono dwa obce włosy łonowe. Inny włos odnaleziono na kominiarce. Szymecka przypominała, że DNA włosa znalezionego na kominiarce przy ciele Małgosi było takie samo, jak włosa odnalezionego koło cmentarza i stawu w Jelczu-Laskowicach.
– Tam również dokonano gwałtu – dodaje mecenas – Równie brutalnego, jednak ofiara przeżyła. Z powodu niewykrycia sprawcy tamtą sprawę umorzono. I to tuż przed dokonaniem zbrodni w Miłoszycach!
Jednak prokuratura nie wzięła pod uwagę informacji Szymeckiej, co do takich samych śladów genetycznych włosów z obydwu gwałtów. Był jeszcze jeden gwałt w pobliżu stawu i cmentarza w Jelczu-Laskowicach. Ofiara również przeżyła: – Jednak sprawcy też nie wykryto.
W sprawie zabójstwa 15-latki pobierano DNA tylko od osób, które się na to zgodziły. Nie porównywano DNA od podejrzanych, których wskazywali świadkowie.
Skarpetki z paskiem
4 stycznia 1997 roku przesłuchiwano Irka, który przedstawiał się jako „brat” zamordowanej.
– Wraz ze swoim kolegą przyjechali do Józefa R. rowerami – wspomina pani mecenas – Kolega Irka był chłopakiem jednej z córek Józefa R. Zatrzymali się obydwaj u R. i tam pili. Irek opowiadał tylko o Małgosi, że nawet siedziała komuś na kolanach, że tańczyła na scenie, i jak była ubrana. Zwracałam uwagę śledczym, że mówił również o jasnych skarpetkach z czerwonym paskiem, które Małgosia miała na nogach pod kozaczkami i czarnymi rajstopami. Jasne skarpetki z czerwonym paskiem nie były widoczne pod czarnymi rajstopami. Aby je zobaczyć, trzeba było dopiero ściągnąć dziewczynie kozaczki, a potem rajstopy. Wskazywałam, że Ireneusz to najprawdopodobniej główny podejrzany. Oznajmiono mi dość obcesowo, abym się nie wtrącała, i nie uczyła śledczych pracy.
Potem skarpetki z czerwonym paskiem gdzieś zaginęły, i pozostały po nich jedynie policyjne zdjęcia operacyjne.
Z początkiem 1997 roku nieoczekiwanie do winy przyznał się Krzysztof K. Miał zaprowadzić ofiarę w kierunku stodoły. I za jej zgodą obcować z nią seksualnie. Potem oddał Małgosię innym. Tak w każdym razie mówił. I nawet naszkicował, gdzie się to wszystko odbyło. Wykrywacz kłamstw potwierdził, że był z Małgosią: – Ale nie potwierdził, że był z Małgosią na miejscu zbrodni – dodaje pani mecenas – Zeznania były na nim wymuszone przez funkcjonariusza, który kiedyś był milicjantem. Krzysztof K. podpisałby wszystko, co by mu okazano do podpisania.
Później odwołał wszystko, co powiedział, i rozpłakał się podczas konfrontacji z rodzicami ofiary.
Tymczasem u Józefa R., w jego zagrodzie, odnaleziono biżuterię podobną do tej, którą miała w dniu śmierci na sobie 15-latka. Srebrny łańcuszek z serduszkiem, z napisem „love”, i jeden kolczyk.
– Leżały pomiędzy wypitymi butelkami z alkoholem, nie ściągnięto z nich nawet odcisków palców – dodaje pani mecenas – Podczas okazania biżuterii matka Małgosi powiedziała policjantce, że jest taka sama, jaką nosiła przed śmiercią jej córka. Lecz nie jest pewna, czy to ta sama.
I choć trudno było uwierzyć w taki zbieg okoliczności, to jednak policjantka odpuściła i oddała biżuterię rodzinie Józefa R., która natychmiast pozbyła się tego dowodu.
Pomogła sąsiadka
Zmieniło się pięciu prokuratorów prowadzących to śledztwo. Jednemu cofnięto nawet immunitet i odpowiadał karnie za branie łapówek, między innymi od gangsterów. Odpowiadał za nieudolne prowadzenie wielu spraw, w tym również tej o zabójstwo 15-latki z Miłoszyc.
Z powodu niewykrycia sprawców, sprawę umorzono, ale mecenas Szymecka była nieustępliwa i sprawę wznowiono.
W 1999 roku zbrodnia z Miłoszyc trafiła do telewizyjnego magazynu kryminalnego „997”. Program we Wrocławiu oglądała sąsiadka Tomasza K. Sporządzony i pokazany na ekranie portret pamięciowy jednego ze sprawców pasował jakoś kobiecie do twarzy syna sąsiadów. Kilka dni potem, na swoich imieninach, poinformowała o swych spostrzeżeniach jednego z gości, był nim funkcjonariusz z Centralnego Biura Śledczego. Przekazał jej spostrzeżenia dalej. W efekcie Tomasza K. aresztowano.
Wszystko pasowało. Policyjne psy po zapachu z kominiarki – przechowywanej przez lata w szczelnym pojemniku – od razu wytypowały wrocławianina. Pasował również odlew uzębienia Tomasza K. do śladów pozostawionych na ciele ofiary. 25-latek zasiadł na ławie oskarżonych jako jedyny spośród trzech nieznanych sprawców zbrodni. Zaprzeczał w sądzie wszystkiemu i nie przyznawał się do winy.
– Obrońca przedstawił świadka, kobietę, która miała stanowić alibi dla Tomasza K. – przypomina Szymecka – Jakoby miała słyszeć Tomasza K., z tym, że świadek była osobą głuchą. Co wykazał sąd. Nie słyszała z paru metrów tego, co mówił do niej sędzia.
Tomasz K. nie przyznawał się do znajomości z ofiarą. W trakcie śledztwa powiedział tylko, że poznał w Miłoszycach na dyskotece jakąś Kasię. I miał z nią stosunek w lesie. Ale się po tym rozeszli. On wrócił do Wrocławia. Potem odwołał te zeznania, że niby wymusili je na nim śledczy. W pierwszej instancji skazano go na 15 lat więzienia. 16 czerwca 2004 roku, we wrocławskim Sądzie Apelacyjnym, otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Odsiaduje go w Zakładzie Karnym w Strzelinie. Współtowarzyszy gwałtu i zabójstwa jednak nie wydał.
Urodzony gwałciciel
W listopadzie 2016 roku w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu powołano specjalną grupę operacyjną. Składa się ona z najbardziej doświadczonych policjantów i funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego. I to oni ponad 20 lat po zabójstwie Małgosi Kwiatkowskiej, 13 czerwca 2017 roku, zatrzymali drugiego ze sprawców tej zbrodni, 42-letniego Ireneusza M.
Dla dobra dalszego śledztwa – wznowionego przez ministra sprawiedliwości – Robert Tomankiewicz, naczelnik Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji we Wrocławiu, nie ujawnia szczegółów.
O wznowieniu śledztwa Prokuratura Krajowa dotychczas milczała. Nie chciano spłoszyć podejrzanych. Do wznowienia śledztwa przyczyniła się również Ewa Szymecka: – Pisałam w tej sprawie rok temu do ministra. Proponowałam nawet, aby zajęło się nią policyjne Archiwum X z Krakowa.
Można przypuszczać, że zatrzymany 42-latek to nie kto inny, jak ów Irek, który w tamten sylwestrowy poranek 1997 roku przedstawiał się jako „brat” Małgosi. To ten, który przyjechał rowerem do Józefa R. i pił u niego w domu. Na przesłuchanie doprowadzono Ireneusza M. z więzienia. Odsiadywał już wyrok 6 lat więzienia za gwałt i groźby karalne. Nie był to pierwszy wyrok w jego bandyckiej karierze. 18 czerwca 2010 roku został skazany również za gwałt i próbę gwałtu oraz groźby karalne. Otrzymał wtedy 4,5 roku więzienia.
– Z tego, co wiem, skazano go w tych dwóch wyrokach łącznie za pięć gwałtów – dodaje mecenas Szymecka. Może Ireneusz M. ma również na sumieniu inne gwałty, także w rejonie cmentarza i stawu w Jelczu-Laskowicach w 1996 roku?
– Analizowaliśmy te sprawy – odpowiada krótko prokurator Robert Tomankiewicz. Niewątpliwie Ireneusz M. jest recydywistą w sprawach gwałtów. Funkcjonariusze z nowej grupy śledczej przyglądali się uważnie zdjęciom operacyjnym białych skarpetek z czerwonym paskiem. Tym samym, na które w 1997 roku bez skutku zwracała uwagę Ewa Szymecka.
– Nie tylko białe skarpetki z czerwonym paskiem spowodowały aresztowanie Ireneusza M. – dopowiada pani mecenas – Pogrążyły go również inne dowody, które stanowią dziś tajemnicę wznowionego śledztwa.
– Zebraliśmy je na podstawie setek przesłuchań – dodaje prokurator Tomankiewicz – To one wskazały na Ireneusza M. Mogliśmy mu postawić zarzuty i aresztować go.
Ireneusz M. ma postawione zarzuty gwałtu ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwa 15-latki. Jednak nie przyznaje się do winy.
– Dzwoniłam do rodziny Kwiatkowskich – mówi Ewa Szymecka – Przestali wierzyć w sprawiedliwość, ale ulżyło im, gdy dowiedzieli się, że śledztwo zostało wznowione.
10 lipca 2017 roku do sądu wpłynął wniosek o poddanie Ireneusza M. obserwacji sądowo-psychiatrycznej. Czy takie badanie może dziś określić, czy w trakcie popełniania tamtego czynu sprzed 20 lat był poczytalny?
– O tym zadecydują biegli – podkreśla prokurator.
– Sądzę, że badania wykażą również, czy Ireneusz M. nie powinien reszty życia spędzić w zakładzie zamkniętym – sugeruje pani mecenas.
Celem sporządzenia kolejnej opinii toksykologicznej i genetycznej, 11 lipca 2017 roku ekshumowano ciało 15-latki."
http://e-reporter.pl/2017/12/31/pierwszy-i-ostatni-sylwester-malgosi/
"PIERWSZY I OSTATNI SYLWESTER MAŁGOSI
W sylwestrową noc w wiejskiej dyskotece bawi się kilkaset osób. Nieopodal, za stodołą, kilku sprawców gwałciło 15-latkę. Znęcali się nad nią okrutnie. Naga i poraniona, pozostawiona na mrozie dziewczyna umiera. W śledztwie, które wielokrotnie było umarzane, działy się dziwne rzeczy. Jednak do czasu.
15-letnia Małgorzata Kwiatkowska, z Jelcza-Laskowic pod Wrocławiem, w sylwestrową noc 31 grudnia 1996 roku wybrała się z koleżankami na dyskotekę do klubu Alcatraz w sąsiednich Miłoszycach. To zaledwie kilka kilometrów od jej domu. Jednak do domu nie wróciła już żywa.
Rodzice najpierw oponowali. Ale potem się zgodzili, aby Małgosia spędziła Sylwestra na dyskotece. Sami zresztą też wychodzili na zabawę. Wzięli na wszelki wypadek numer telefonu do rodziców Iwony, z którą Małgosia wybierała się na dyskotekę. Umówili się, że najpóźniej o piątej rano, 1 stycznia 1997 roku, Małgosia wróci do domu.
Przed wyjściem nastolatka zrobiła sobie jeszcze zdjęcie. Chciała uwiecznić ten moment. To był jej pierwszy Sylwester w życiu. I zarazem ostatni. Ciemne, długie włosy spadały na jej szczupłe ramiona. W uszach miała srebrne kolczyki. Srebrny łańcuszek z serduszkiem z napisem „love” wisiał na jej szyi, a jej dziewczęca twarz ufnie spoglądała w obiektyw aparatu fotograficznego. Jak się później okazało, było to ostatnie zdjęcie w życiu Małgosi.
O 18. założyła kozaczki, kurtkę, i wyszła z domu. Rodzice nigdy już jej nie zobaczyli żywej.
Zabrali ją za stodołę
Małgosia z Iwoną i koleżankami wsiadły do pociągu na stacji w Jelczu-Laskowicach. Na tego Sylwestra miała ją namówić Iwona, ale mogło być również inaczej. Ponoć Małgosia poznała „kogoś” we Wrocławiu. Nie chwaliła się tym. Świadkowie wspominali potem, że kiedy miała praktyki w domu towarowym, kilka razy odwiedzał ją 18-letni wówczas Tomasz K. Nie przedstawiła go rodzicom.
Małgosia była oczkiem w głowie rodziców. W szkole handlowej we Wrocławiu miała jak najlepszą opinię. Chwalono ją też w domu towarowym, w którym miała praktyki. Nigdy nie sprawiała żadnych problemów.
Dziewczyna opowiadała w domu, że czuje się we Wrocławiu bezpieczna, bo zawsze „ktoś” ją odprowadza na dworzec. Czy był to Tomasz K.? Nigdy tego do końca nie wyjaśniono. W każdym razie pojawił się tamtej sylwestrowej nocy w Alcatraz. Tomasz K. nie znał Miłoszyc, ale prawdopodobnie musiał mieć jakichś znajomych w miasteczku.
Na dyskotece był nadkomplet. Tego wieczora w Alcatraz bawiło się ponad pięćset osób. Alkohol lał się strumieniami i tańczono do białego rana. Istna gorączka sylwestrowej nocy. A na dworze mróz, prawie -20 stopni Celsjusza. Niektórzy uczestnicy dyskoteki wychodzili na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Tak jak i Małgosia, która kilka razy wyszła na dwór bez kurtki. Widać było, że wypiła niejednego drinka. Wraz z nią wychodził Krzysztof K., stały bywalec Alcatraz. Poznali się na tej właśnie zabawie. Gdy nastolatka wyszła z nim po raz ostatni, wówczas podeszło do nich dwóch młodych mężczyzn. Trudno było powiedzieć, czy znali się z Krzysztofem K. Jeden z nich przedstawił się jako Irek, „brat” Małgosi. Miał nawet do niej pretensje, że za dużo wypiła. Oznajmił, że musi ją odprowadzić do domu. Ale Małgosia nie miała brata. Nie oponowała jednak, gdy wziął ją pod rękę. Być może nie miała siły protestować. Krzysztof K. wymienił z nimi kilka zdań i wrócił na dyskotekę. Tamci zaś, prowadząc Małgosię pod ręce, skierowali się ku oddalonej o 100 metrów od dyskoteki posesji Józefa R. Wkrótce zniknęli na zaśnieżonej ścieżce, pomiędzy domem a stodołą.
Krew na śniegu
Sylwestrowa dyskoteka wkrótce dobiegła końca. Zaskakujące mogło wydawać się zachowanie Iwony i pozostałych koleżanek. Nie były zainteresowane Małgosią. Nie szukały jej. W mroźny, sylwestrowy poranek Iwona zabrała jedynie kurtkę Małgosi i wróciła do domu, jakby nic się nie stało.
O 5. nad ranem rodzice Małgosi zadzwonili do rodziców Iwony. Nastolatka opowiedziała im, jak Małgosia poszła do jakiegoś domu w Miłoszycach. Dwie godziny później rodzice Małgosi byli już w Miłoszycach. Szukali córki, krążyli pomiędzy Alcatraz a sąsiednimi zabudowaniami. Wrócili, ale Małgosi nadal nie było w domu. Pojechali więc tam raz jeszcze. Byli przy posesji Józefa R. Jednak on nie wpuścił Kwiatkowskich do domu. Rozmawiano zatem na zewnątrz. Pytali gospodarza i jego rodzinę, czy czegoś nie widzieli. Czy nie słyszeli o Małgosi. Ale oni zaprzeczali. Kwiatkowskiego zdziwiło, że ścieżka przy posesji Józefa R. była staranie wymieciona z nadmiaru śniegu. Kto w Sylwestra robi takie porządki?
Zrozpaczeni rodzice do południa poszukiwali córki. O 13. zgłosili jej zaginięcie. Piętnaście minut później Józef R. powiadomił policję o odnalezieniu zwłok za stodołą. Było to ciało Małgosi. Leżała naga na sukience. Poraniona, bez butów, jedynie w jasnych skarpetach z czerwonym paskiem. Było sporo krwi wokół. Obok leżała też kominiarka. Na miejscu, w którym leżało ciało, znaleziono również damską chusteczkę z zaschniętą krwią. DNA na niej nie należało do zamordowanej. Nie odnaleziono natomiast kozaczków Małgosi.
– Krwi były tam potworne ilości – wspomina mecenas Ewa Szymecka z Wrocławia, pełnomocnik rodziców ofiary. Szymeckiej o zbrodni opowiedziała Jolanta Krysowetr, dziennikarka Polskiego Radia. Mówiła również o oławskiej prokuraturze, która w skandaliczny sposób prowadziła sprawę zabójstwa 15-latki. Kwiatkowscy byli pogubieni i nie wiedzieli, do kogo zwrócić się o pomoc. Szymecka została więc ich pełnomocnikiem.
– Krew była wszędzie – dodaje mecenas Szymecka – Kilka metrów od ciała, na granicy obu sąsiadujących ze sobą posesji. Dziś nawet trudno o tym spokojnie wspominać. Tak, jakby ktoś, za przeproszeniem, zaszlachtował zwierzę.
Biegli orzekli, że ciosy zadawano ofierze narzędziami tępokrawędzistymi, lub nawet kijem. Ciało było zmasakrowane. Sprawca działał jak sadysta. Mógł cierpieć na zaburzenia seksualne. Na ciele ofiary znajdowały się odciski zębów. Dziewczyna mogła jeszcze żyć, i poruszać się pomiędzy zabudowaniami, wołając o pomoc. Może ją wleczono po śniegu? Małgosia wykrwawiła się, zanim wzeszło słońce, pierwszego dnia 1997 roku.
Niektórzy zeznawali, że słyszeli jakieś wołania nad ranem, jakby: „Mamo, mamo!”. Nikt jednak nie zareagował. U sąsiadów Józefa R. na podwórzu był pies. Zawsze ujadał na obcych. Tym razem nie szczekał.
Zastraszanie świadków
W kościołach, w obu miejscowościach apelowano do świadków o pomoc w wyjaśnieniu tej makabrycznej zbrodni. Urząd Gminy w Jelczu-Laskowicach wyznaczył nawet nagrodę w wysokości 10 tysięcy złotych dla tego, kto przyczyni się do schwytania sprawców. Nic to nie pomogło. Śledztwo posuwało się w ślimaczym tempie: – Można by nawet powiedzieć, że w ogóle go nie było – dopowiada dziś pani mecenas.
Zastraszano też świadków. Bramkarz z Alcatraz wycofał wcześniej złożone zeznania przeciwko Marcinowi Ł., synowi lokalnego biznesmena. Widziano go w noc sylwestrową, w towarzystwie zamordowanej 15-latki. Grożono też dziewczynie bramkarza.
Pewną kobietę, która była świadkiem, uprowadzono. Jacyś mężczyźni, podający się za policjantów, wsadzili ją do samochodu. Tam spojono ją alkoholem i ostrzegano, że ma wycofać oskarżenia przeciwko Marcinowi Ł. W przeciwnym przypadku zginie: – Zdechniesz jak tamta, suko – te słowa bandyty przypomina mecenas Szymecka. Strach zapanował w okolicy i ludzie zamilkli. Mówiło się szeptem, że w sprawę zamieszani byli jacyś lokalni policjanci, którzy również bawili się tamtej sylwestrowej nocy w Alcatraz. Sprawa utknęła w miejscu.
Tymczasem na ciele zamordowanej znaleziono dwa obce włosy łonowe. Inny włos odnaleziono na kominiarce. Szymecka przypominała, że DNA włosa znalezionego na kominiarce przy ciele Małgosi było takie samo, jak włosa odnalezionego koło cmentarza i stawu w Jelczu-Laskowicach.
– Tam również dokonano gwałtu – dodaje mecenas – Równie brutalnego, jednak ofiara przeżyła. Z powodu niewykrycia sprawcy tamtą sprawę umorzono. I to tuż przed dokonaniem zbrodni w Miłoszycach!
Jednak prokuratura nie wzięła pod uwagę informacji Szymeckiej, co do takich samych śladów genetycznych włosów z obydwu gwałtów. Był jeszcze jeden gwałt w pobliżu stawu i cmentarza w Jelczu-Laskowicach. Ofiara również przeżyła: – Jednak sprawcy też nie wykryto.
W sprawie zabójstwa 15-latki pobierano DNA tylko od osób, które się na to zgodziły. Nie porównywano DNA od podejrzanych, których wskazywali świadkowie.
Skarpetki z paskiem
4 stycznia 1997 roku przesłuchiwano Irka, który przedstawiał się jako „brat” zamordowanej.
– Wraz ze swoim kolegą przyjechali do Józefa R. rowerami – wspomina pani mecenas – Kolega Irka był chłopakiem jednej z córek Józefa R. Zatrzymali się obydwaj u R. i tam pili. Irek opowiadał tylko o Małgosi, że nawet siedziała komuś na kolanach, że tańczyła na scenie, i jak była ubrana. Zwracałam uwagę śledczym, że mówił również o jasnych skarpetkach z czerwonym paskiem, które Małgosia miała na nogach pod kozaczkami i czarnymi rajstopami. Jasne skarpetki z czerwonym paskiem nie były widoczne pod czarnymi rajstopami. Aby je zobaczyć, trzeba było dopiero ściągnąć dziewczynie kozaczki, a potem rajstopy. Wskazywałam, że Ireneusz to najprawdopodobniej główny podejrzany. Oznajmiono mi dość obcesowo, abym się nie wtrącała, i nie uczyła śledczych pracy.
Potem skarpetki z czerwonym paskiem gdzieś zaginęły, i pozostały po nich jedynie policyjne zdjęcia operacyjne.
Z początkiem 1997 roku nieoczekiwanie do winy przyznał się Krzysztof K. Miał zaprowadzić ofiarę w kierunku stodoły. I za jej zgodą obcować z nią seksualnie. Potem oddał Małgosię innym. Tak w każdym razie mówił. I nawet naszkicował, gdzie się to wszystko odbyło. Wykrywacz kłamstw potwierdził, że był z Małgosią: – Ale nie potwierdził, że był z Małgosią na miejscu zbrodni – dodaje pani mecenas – Zeznania były na nim wymuszone przez funkcjonariusza, który kiedyś był milicjantem. Krzysztof K. podpisałby wszystko, co by mu okazano do podpisania.
Później odwołał wszystko, co powiedział, i rozpłakał się podczas konfrontacji z rodzicami ofiary.
Tymczasem u Józefa R., w jego zagrodzie, odnaleziono biżuterię podobną do tej, którą miała w dniu śmierci na sobie 15-latka. Srebrny łańcuszek z serduszkiem, z napisem „love”, i jeden kolczyk.
– Leżały pomiędzy wypitymi butelkami z alkoholem, nie ściągnięto z nich nawet odcisków palców – dodaje pani mecenas – Podczas okazania biżuterii matka Małgosi powiedziała policjantce, że jest taka sama, jaką nosiła przed śmiercią jej córka. Lecz nie jest pewna, czy to ta sama.
I choć trudno było uwierzyć w taki zbieg okoliczności, to jednak policjantka odpuściła i oddała biżuterię rodzinie Józefa R., która natychmiast pozbyła się tego dowodu.
Pomogła sąsiadka
Zmieniło się pięciu prokuratorów prowadzących to śledztwo. Jednemu cofnięto nawet immunitet i odpowiadał karnie za branie łapówek, między innymi od gangsterów. Odpowiadał za nieudolne prowadzenie wielu spraw, w tym również tej o zabójstwo 15-latki z Miłoszyc.
Z powodu niewykrycia sprawców, sprawę umorzono, ale mecenas Szymecka była nieustępliwa i sprawę wznowiono.
W 1999 roku zbrodnia z Miłoszyc trafiła do telewizyjnego magazynu kryminalnego „997”. Program we Wrocławiu oglądała sąsiadka Tomasza K. Sporządzony i pokazany na ekranie portret pamięciowy jednego ze sprawców pasował jakoś kobiecie do twarzy syna sąsiadów. Kilka dni potem, na swoich imieninach, poinformowała o swych spostrzeżeniach jednego z gości, był nim funkcjonariusz z Centralnego Biura Śledczego. Przekazał jej spostrzeżenia dalej. W efekcie Tomasza K. aresztowano.
Wszystko pasowało. Policyjne psy po zapachu z kominiarki – przechowywanej przez lata w szczelnym pojemniku – od razu wytypowały wrocławianina. Pasował również odlew uzębienia Tomasza K. do śladów pozostawionych na ciele ofiary. 25-latek zasiadł na ławie oskarżonych jako jedyny spośród trzech nieznanych sprawców zbrodni. Zaprzeczał w sądzie wszystkiemu i nie przyznawał się do winy.
– Obrońca przedstawił świadka, kobietę, która miała stanowić alibi dla Tomasza K. – przypomina Szymecka – Jakoby miała słyszeć Tomasza K., z tym, że świadek była osobą głuchą. Co wykazał sąd. Nie słyszała z paru metrów tego, co mówił do niej sędzia.
Tomasz K. nie przyznawał się do znajomości z ofiarą. W trakcie śledztwa powiedział tylko, że poznał w Miłoszycach na dyskotece jakąś Kasię. I miał z nią stosunek w lesie. Ale się po tym rozeszli. On wrócił do Wrocławia. Potem odwołał te zeznania, że niby wymusili je na nim śledczy. W pierwszej instancji skazano go na 15 lat więzienia. 16 czerwca 2004 roku, we wrocławskim Sądzie Apelacyjnym, otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Odsiaduje go w Zakładzie Karnym w Strzelinie. Współtowarzyszy gwałtu i zabójstwa jednak nie wydał.
Urodzony gwałciciel
W listopadzie 2016 roku w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu powołano specjalną grupę operacyjną. Składa się ona z najbardziej doświadczonych policjantów i funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego. I to oni ponad 20 lat po zabójstwie Małgosi Kwiatkowskiej, 13 czerwca 2017 roku, zatrzymali drugiego ze sprawców tej zbrodni, 42-letniego Ireneusza M.
Dla dobra dalszego śledztwa – wznowionego przez ministra sprawiedliwości – Robert Tomankiewicz, naczelnik Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji we Wrocławiu, nie ujawnia szczegółów.
O wznowieniu śledztwa Prokuratura Krajowa dotychczas milczała. Nie chciano spłoszyć podejrzanych. Do wznowienia śledztwa przyczyniła się również Ewa Szymecka: – Pisałam w tej sprawie rok temu do ministra. Proponowałam nawet, aby zajęło się nią policyjne Archiwum X z Krakowa.
Można przypuszczać, że zatrzymany 42-latek to nie kto inny, jak ów Irek, który w tamten sylwestrowy poranek 1997 roku przedstawiał się jako „brat” Małgosi. To ten, który przyjechał rowerem do Józefa R. i pił u niego w domu. Na przesłuchanie doprowadzono Ireneusza M. z więzienia. Odsiadywał już wyrok 6 lat więzienia za gwałt i groźby karalne. Nie był to pierwszy wyrok w jego bandyckiej karierze. 18 czerwca 2010 roku został skazany również za gwałt i próbę gwałtu oraz groźby karalne. Otrzymał wtedy 4,5 roku więzienia.
– Z tego, co wiem, skazano go w tych dwóch wyrokach łącznie za pięć gwałtów – dodaje mecenas Szymecka. Może Ireneusz M. ma również na sumieniu inne gwałty, także w rejonie cmentarza i stawu w Jelczu-Laskowicach w 1996 roku?
– Analizowaliśmy te sprawy – odpowiada krótko prokurator Robert Tomankiewicz. Niewątpliwie Ireneusz M. jest recydywistą w sprawach gwałtów. Funkcjonariusze z nowej grupy śledczej przyglądali się uważnie zdjęciom operacyjnym białych skarpetek z czerwonym paskiem. Tym samym, na które w 1997 roku bez skutku zwracała uwagę Ewa Szymecka.
– Nie tylko białe skarpetki z czerwonym paskiem spowodowały aresztowanie Ireneusza M. – dopowiada pani mecenas – Pogrążyły go również inne dowody, które stanowią dziś tajemnicę wznowionego śledztwa.
– Zebraliśmy je na podstawie setek przesłuchań – dodaje prokurator Tomankiewicz – To one wskazały na Ireneusza M. Mogliśmy mu postawić zarzuty i aresztować go.
Ireneusz M. ma postawione zarzuty gwałtu ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwa 15-latki. Jednak nie przyznaje się do winy.
– Dzwoniłam do rodziny Kwiatkowskich – mówi Ewa Szymecka – Przestali wierzyć w sprawiedliwość, ale ulżyło im, gdy dowiedzieli się, że śledztwo zostało wznowione.
10 lipca 2017 roku do sądu wpłynął wniosek o poddanie Ireneusza M. obserwacji sądowo-psychiatrycznej. Czy takie badanie może dziś określić, czy w trakcie popełniania tamtego czynu sprzed 20 lat był poczytalny?
– O tym zadecydują biegli – podkreśla prokurator.
– Sądzę, że badania wykażą również, czy Ireneusz M. nie powinien reszty życia spędzić w zakładzie zamkniętym – sugeruje pani mecenas.
Celem sporządzenia kolejnej opinii toksykologicznej i genetycznej, 11 lipca 2017 roku ekshumowano ciało 15-latki."
Parę faktów o "polskich" sądach 108
Parę faktów o "polskich" sądach 108
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23149576,o-winie-zdecydowal-slad-zebow-i-kilka-wlosow-tomasz-komenda.html
"O winie zdecydował ślad zębów i kilka włosów. Tomasz Komenda nigdy nie przyznał się do zbrodni
Tomasz Komenda po 18 latach wyszedł na wolność. Mężczyzna został skazany za gwałt i morderstwo. Dziś śledczy przyznają, że w sprawie popełniono szereg błędów, a dowody, na podstawie których doszło do skazania, trudno uznać za mocne i wiarygodne.
Tomasz Komenda po 18 latach wyszedł na wolność. Mężczyzna został skazany za gwałt i morderstwo. Dziś śledczy przyznają, że w sprawie popełniono szereg błędów, a dowody, na podstawie których doszło do skazania, trudno uznać za mocne i wiarygodne.
31 grudnia 1996 r., godz. 19. 15-letnia Małgorzata w towarzystwie koleżanki Iwony wychodzą z mieszkania w Jelczu-Laskowicach na Dolnym Śląsku i jadą na imprezę sylwestrową do klubu "Alcatraz" w znajdujących się niedaleko Miłoszycach.
Nastolatka o północy wypiła szampana. Witała wraz ze znajomymi 1997 rok. Jak ustalili prokuratorzy, po wypiciu alkoholu źle się poczuła, nie mogła swobodnie mówić i chodzić. Krzysztof K. - nowo poznany znajomy - zaoferował, że odprowadzi dziewczynę do domu. Przed budynkiem "Alcatrazu" do Małgorzaty i Krzysztofa podszedł Ireneusz M., który stwierdził, że jest bratem dziewczyny.
15-latka nie miała brata. Ze względu na swój stan nie reagowała jednak na to, co działo się wokół niej.
Mężczyźni ruszyli razem z nastolatką w stronę ulicy Kościelnej w Miłoszycach. Ireneusz M. w pewnym momencie kazał Krzysztofowi K. wrócić na imprezę. Obiecał, że odwiezie Małgorzatę do domu. Do Ireneusza M. dołączył drugi obcy mężczyzna i obydwaj zaprowadzili półprzytomną dziewczynę na teren posesji Józefa R.
"Na terenie posesji doszło do zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem Małgorzaty K. Na skutek wychłodzenia i wykrwawienia spowodowanego doznanymi obrażeniami, zgwałcona i pozostawiona przez sprawców Małgorzata K. zmarła" - relacjonuje to tragiczne zdarzenie Prokuratura Krajowa.
Tomasz Komenda zatrzymany
Śledczym przez trzy lata od tragedii nie udało się zatrzymać sprawców. Jak podaje "Superwizjer" TVN, pod koniec lat. 90 jedna z mieszkanek Wrocławia rozpoznała na opublikowanym w mediach portrecie pamięciowym swojego sąsiada, 23-letniego Tomasza Komendę. Mężczyznę zatrzymano w 2000 r.
"Gazeta Wrocławska" przypomina, że kod genetyczny Tomasza Komendy pasował do kodu genetycznego niektórych włosów z czapki znalezionej na miejscu tragedii. Eksperci zaznaczyli jednak, że ów kod może być zbieżny z kodem nawet jednej na kilkadziesiąt osób. Policyjne psy miały wykazać też, że zapach z czapki należy do Tomasza Komendy.
Na ciele Małgorzaty znaleziono ślady ugryzienia. Biegli we wstępnej opinii stwierdzili, że ślady mogą pochodzić od Tomasza Komendy lub od innej osoby posiadającej podobny układ zębów. W trakcie procesu padła jednak opinia, że takiego uzębienia, jakie miał Tomasz Komenda, nie ma nikt inny.
"Superwizjer" ustalił, że podczas policyjnego przesłuchania Tomasz Komenda przyznał się do tego, że był w Miłoszycach i uprawiał seks z nowo poznaną dziewczyną. Mężczyzna twierdził później, że zeznania wymuszono na nim siłą i zastraszaniem, miał również zostać pobity. Podczas procesu nie przyznawał się jednak do winy. Kilkanaście osób zeznało, że Komendy tego dnia w Miłoszycach nie było, bo bawił się z nimi na sylwestrowej imprezie we Wrocławiu.
Niewinny trafia do więzienia
Szereg wątpliwości związanych ze sprawą nie doprowadził jednak do oczyszczenia Tomasza Komendy z zarzutów.
W listopadzie 2003 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu uznał mężczyznę za winnego przestępstwa zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwa 15-letniej Małgorzaty. Mężczyzna usłyszał wyrok 15 lat więzienia. Karę podwyższono po apelacji do 25 lat. Oznaczało to, że Tomasz Komenda miał pozostać za więziennymi kratami do 2025 roku.
Po latach Komendant Wojewódzki Policji we Wrocławiu powołał grupę operacyjno-śledczą, w której skład wchodził m.in. funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego Policji. Śledczy chcieli ustalić, kto jeszcze mógł stać za zbrodnią. Odkryli natomiast, że Tomasz Komenda został skazany niesłusznie.
Po analizie akt doszli do wniosku, że sprawcą mógł być Ireneusz M. Mężczyzna w czerwcu 2017 r. usłyszał zarzuty i został aresztowany. Grozi mu dożywocie. Ireneusz M. nie przyznaje się do winy. Był jednak wcześniej skazywany za gwałty na kobietach w okolicach Miłoszyc.
"Ja nie wiem, gdzie mieli głowy"
Tomasz Komenda w czwartek po 18 latach wyszedł na wolność. Wrocławski sąd zdecydował o warunkowym zwolnieniu mężczyzny z odbywania kary.
Sąd Najwyższy ma natomiast zdecydować o wznowieniu postępowania ws. mężczyzny. Najprawdopodobniej sprawa znów trafi do sądu, a Tomasz Komenda zostanie ostatecznie uniewinniony.
- Będzie prowadzone odrębne śledztwo, kto odpowiada za to, że niewinny człowiek 18 lat spędził w więzieniu. To jest sprawa absolutnie niesamowita. Uważam, że ktoś ze tę sprawę powinien ponieść konsekwencje - mówił w piątek w radiowej Jedynce wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki.
- Motywy mogą być tutaj różne: albo krycie kogoś, albo szybkie pokazanie, że kogoś mamy, albo zwykła głupota. Pamiętajmy, że mamy w Polsce postępowanie instancyjne, kilku sędziów musiało coś takiego zatwierdzić. Ja nie wiem, gdzie oni mieli wtedy głowy - dodał."
Wolne sądy! Wolne sądy! Wolne sądy! To tylko roztargnieni sędziowie, prokuratorzy i policjanci. Polacy nic się nie stało. Wolne sądy!
We wrześniu 2012 roku, po upadku Amber Gold, funkcjonariusze operacyjni ABW otrzymali informacje odnośnie ewentualnej korupcji dotyczącej wymiaru sprawiedliwości i prokuratorów z prokuratury gdańskiej - powiedział na antenie telewizji wPolsce.pl Jarosław Krajewski, wiceprzewodniczący komisji ds. wyjaśnienia afery Amber Gold. Odczytał fragmenty odtajnionej notatki ABW:
" W środowisku Trójmiejskich prawników do kilku lat uchodzi za osobę ( sędzia ) stojącą na czele tzw. gdańskiego układu w sądownictwie. Ma odpowiadać za ustawianie wyroków sądowych w zakresie postępowań cywilnych i karnych, w tym m.in. środka zapobiegawczego w postaci aresztu
Jest informacja o jednej z kancelarii, która ma pośredniczyć w przekazywaniu łapówek w postaci sum pieniężnych dla sędziego oraz negocjujcie z klientami koszty odstąpienia od aresztu lub też wydania bardziej korzystnego wyroku
Ważną część układu jest także sąd gospodarczy, w którego skład wchodzą nieuczciwi sędziowie. (…) Ostatnią znaczącą osobą w powyższym układzie jest prokurator, który wedle uzyskanych informacji czasami odstępuje od wnioskowania o dany środek zapobiegawczy, lub też innym razem celowo występuje o jego nadanie, aby podnieść stawkę negocjacyjną kancelarii"
W jej treści jest też rzekomo informacja, że należący do owego przestępczego układu sędzia z prokuratorem mieli nabyć za przysłowiową złotówkę z salonu dwa fabrycznie nowe samochody.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23149576,o-winie-zdecydowal-slad-zebow-i-kilka-wlosow-tomasz-komenda.html
"O winie zdecydował ślad zębów i kilka włosów. Tomasz Komenda nigdy nie przyznał się do zbrodni
Tomasz Komenda po 18 latach wyszedł na wolność. Mężczyzna został skazany za gwałt i morderstwo. Dziś śledczy przyznają, że w sprawie popełniono szereg błędów, a dowody, na podstawie których doszło do skazania, trudno uznać za mocne i wiarygodne.
Tomasz Komenda po 18 latach wyszedł na wolność. Mężczyzna został skazany za gwałt i morderstwo. Dziś śledczy przyznają, że w sprawie popełniono szereg błędów, a dowody, na podstawie których doszło do skazania, trudno uznać za mocne i wiarygodne.
31 grudnia 1996 r., godz. 19. 15-letnia Małgorzata w towarzystwie koleżanki Iwony wychodzą z mieszkania w Jelczu-Laskowicach na Dolnym Śląsku i jadą na imprezę sylwestrową do klubu "Alcatraz" w znajdujących się niedaleko Miłoszycach.
Nastolatka o północy wypiła szampana. Witała wraz ze znajomymi 1997 rok. Jak ustalili prokuratorzy, po wypiciu alkoholu źle się poczuła, nie mogła swobodnie mówić i chodzić. Krzysztof K. - nowo poznany znajomy - zaoferował, że odprowadzi dziewczynę do domu. Przed budynkiem "Alcatrazu" do Małgorzaty i Krzysztofa podszedł Ireneusz M., który stwierdził, że jest bratem dziewczyny.
15-latka nie miała brata. Ze względu na swój stan nie reagowała jednak na to, co działo się wokół niej.
Mężczyźni ruszyli razem z nastolatką w stronę ulicy Kościelnej w Miłoszycach. Ireneusz M. w pewnym momencie kazał Krzysztofowi K. wrócić na imprezę. Obiecał, że odwiezie Małgorzatę do domu. Do Ireneusza M. dołączył drugi obcy mężczyzna i obydwaj zaprowadzili półprzytomną dziewczynę na teren posesji Józefa R.
"Na terenie posesji doszło do zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem Małgorzaty K. Na skutek wychłodzenia i wykrwawienia spowodowanego doznanymi obrażeniami, zgwałcona i pozostawiona przez sprawców Małgorzata K. zmarła" - relacjonuje to tragiczne zdarzenie Prokuratura Krajowa.
Tomasz Komenda zatrzymany
Śledczym przez trzy lata od tragedii nie udało się zatrzymać sprawców. Jak podaje "Superwizjer" TVN, pod koniec lat. 90 jedna z mieszkanek Wrocławia rozpoznała na opublikowanym w mediach portrecie pamięciowym swojego sąsiada, 23-letniego Tomasza Komendę. Mężczyznę zatrzymano w 2000 r.
"Gazeta Wrocławska" przypomina, że kod genetyczny Tomasza Komendy pasował do kodu genetycznego niektórych włosów z czapki znalezionej na miejscu tragedii. Eksperci zaznaczyli jednak, że ów kod może być zbieżny z kodem nawet jednej na kilkadziesiąt osób. Policyjne psy miały wykazać też, że zapach z czapki należy do Tomasza Komendy.
Na ciele Małgorzaty znaleziono ślady ugryzienia. Biegli we wstępnej opinii stwierdzili, że ślady mogą pochodzić od Tomasza Komendy lub od innej osoby posiadającej podobny układ zębów. W trakcie procesu padła jednak opinia, że takiego uzębienia, jakie miał Tomasz Komenda, nie ma nikt inny.
"Superwizjer" ustalił, że podczas policyjnego przesłuchania Tomasz Komenda przyznał się do tego, że był w Miłoszycach i uprawiał seks z nowo poznaną dziewczyną. Mężczyzna twierdził później, że zeznania wymuszono na nim siłą i zastraszaniem, miał również zostać pobity. Podczas procesu nie przyznawał się jednak do winy. Kilkanaście osób zeznało, że Komendy tego dnia w Miłoszycach nie było, bo bawił się z nimi na sylwestrowej imprezie we Wrocławiu.
Niewinny trafia do więzienia
Szereg wątpliwości związanych ze sprawą nie doprowadził jednak do oczyszczenia Tomasza Komendy z zarzutów.
W listopadzie 2003 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu uznał mężczyznę za winnego przestępstwa zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwa 15-letniej Małgorzaty. Mężczyzna usłyszał wyrok 15 lat więzienia. Karę podwyższono po apelacji do 25 lat. Oznaczało to, że Tomasz Komenda miał pozostać za więziennymi kratami do 2025 roku.
Po latach Komendant Wojewódzki Policji we Wrocławiu powołał grupę operacyjno-śledczą, w której skład wchodził m.in. funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego Policji. Śledczy chcieli ustalić, kto jeszcze mógł stać za zbrodnią. Odkryli natomiast, że Tomasz Komenda został skazany niesłusznie.
Po analizie akt doszli do wniosku, że sprawcą mógł być Ireneusz M. Mężczyzna w czerwcu 2017 r. usłyszał zarzuty i został aresztowany. Grozi mu dożywocie. Ireneusz M. nie przyznaje się do winy. Był jednak wcześniej skazywany za gwałty na kobietach w okolicach Miłoszyc.
"Ja nie wiem, gdzie mieli głowy"
Tomasz Komenda w czwartek po 18 latach wyszedł na wolność. Wrocławski sąd zdecydował o warunkowym zwolnieniu mężczyzny z odbywania kary.
Sąd Najwyższy ma natomiast zdecydować o wznowieniu postępowania ws. mężczyzny. Najprawdopodobniej sprawa znów trafi do sądu, a Tomasz Komenda zostanie ostatecznie uniewinniony.
- Będzie prowadzone odrębne śledztwo, kto odpowiada za to, że niewinny człowiek 18 lat spędził w więzieniu. To jest sprawa absolutnie niesamowita. Uważam, że ktoś ze tę sprawę powinien ponieść konsekwencje - mówił w piątek w radiowej Jedynce wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki.
- Motywy mogą być tutaj różne: albo krycie kogoś, albo szybkie pokazanie, że kogoś mamy, albo zwykła głupota. Pamiętajmy, że mamy w Polsce postępowanie instancyjne, kilku sędziów musiało coś takiego zatwierdzić. Ja nie wiem, gdzie oni mieli wtedy głowy - dodał."
Wolne sądy! Wolne sądy! Wolne sądy! To tylko roztargnieni sędziowie, prokuratorzy i policjanci. Polacy nic się nie stało. Wolne sądy!
We wrześniu 2012 roku, po upadku Amber Gold, funkcjonariusze operacyjni ABW otrzymali informacje odnośnie ewentualnej korupcji dotyczącej wymiaru sprawiedliwości i prokuratorów z prokuratury gdańskiej - powiedział na antenie telewizji wPolsce.pl Jarosław Krajewski, wiceprzewodniczący komisji ds. wyjaśnienia afery Amber Gold. Odczytał fragmenty odtajnionej notatki ABW:
" W środowisku Trójmiejskich prawników do kilku lat uchodzi za osobę ( sędzia ) stojącą na czele tzw. gdańskiego układu w sądownictwie. Ma odpowiadać za ustawianie wyroków sądowych w zakresie postępowań cywilnych i karnych, w tym m.in. środka zapobiegawczego w postaci aresztu
Jest informacja o jednej z kancelarii, która ma pośredniczyć w przekazywaniu łapówek w postaci sum pieniężnych dla sędziego oraz negocjujcie z klientami koszty odstąpienia od aresztu lub też wydania bardziej korzystnego wyroku
Ważną część układu jest także sąd gospodarczy, w którego skład wchodzą nieuczciwi sędziowie. (…) Ostatnią znaczącą osobą w powyższym układzie jest prokurator, który wedle uzyskanych informacji czasami odstępuje od wnioskowania o dany środek zapobiegawczy, lub też innym razem celowo występuje o jego nadanie, aby podnieść stawkę negocjacyjną kancelarii"
W jej treści jest też rzekomo informacja, że należący do owego przestępczego układu sędzia z prokuratorem mieli nabyć za przysłowiową złotówkę z salonu dwa fabrycznie nowe samochody.
sobota, 17 marca 2018
Mniemanologia stosowana jako "nauka"
Mniemanologia stosowana jako "nauka"
1. Uniwersytet Warszawski znalazł się w szóstej setce najlepszych uczelni świata.
2. Tak zwanych polskich "nauk społecznych" nikt w świecie nie cytuje.
Rak toczy na polskich "uczelniach" "naukę" psychologii, socjologii, pedagogikę... To mniemanologia stosowana opłacana przez podatników. Studenci są tam zakażani gangreną umysłową.
3. Obecne nauki społeczne to mutant dawnego WUML - Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu. To lewacka jaczejka.
4. Nowej inteligencji walonkowej nikt nie chce zatrudniać. Ani Lidl ani Biedronka. Jest nieprzydatna nawet przy zbieraniu szparagów w Niemczech. Jest niezatrudnialna. Trzeba tworzyć nowe urzędy dla nich !
5. Pieniądze podatników rękami ministerstwa karmią niezrównoważonych, idiotów "naukowców" w całej Polsce. Bada się jak dawniej "Ilość diabłów na główce szpilki". Przykład.
"W stronę kołowego modelu narcyzmu" dr hab. Magdalena Anna Żemojtel-Piotrowska. Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Wydział Filozofii Chrześcijańskiej - 1 726 900 PLN
6. Poniżej tematy prac dyplomowych na UW. To nie jest uczelnia. To jest pralnia mózgów lub otwarty szpital psychiatryczny.
1. Uniwersytet Warszawski znalazł się w szóstej setce najlepszych uczelni świata.
2. Tak zwanych polskich "nauk społecznych" nikt w świecie nie cytuje.
Rak toczy na polskich "uczelniach" "naukę" psychologii, socjologii, pedagogikę... To mniemanologia stosowana opłacana przez podatników. Studenci są tam zakażani gangreną umysłową.
3. Obecne nauki społeczne to mutant dawnego WUML - Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu. To lewacka jaczejka.
4. Nowej inteligencji walonkowej nikt nie chce zatrudniać. Ani Lidl ani Biedronka. Jest nieprzydatna nawet przy zbieraniu szparagów w Niemczech. Jest niezatrudnialna. Trzeba tworzyć nowe urzędy dla nich !
5. Pieniądze podatników rękami ministerstwa karmią niezrównoważonych, idiotów "naukowców" w całej Polsce. Bada się jak dawniej "Ilość diabłów na główce szpilki". Przykład.
"W stronę kołowego modelu narcyzmu" dr hab. Magdalena Anna Żemojtel-Piotrowska. Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Wydział Filozofii Chrześcijańskiej - 1 726 900 PLN
6. Poniżej tematy prac dyplomowych na UW. To nie jest uczelnia. To jest pralnia mózgów lub otwarty szpital psychiatryczny.
piątek, 16 marca 2018
Jak Żydzi Żydów okradali i mordowali
Jak Żydzi Żydów okradali i mordowali
https://www.salon24.pl/u/zefirek/846665,jak-zydzi-zydow-okradali-i-mordowali
"To trzeba koniecznie przeczytać, chociaż zostało spisane w roku 2009 . Pozwoliłem sobie okroić poniższy tekst, ale dla zainteresowanych całością link znajduje się na końcu artykułu.
"(..)Mało kto dzisiaj pamięta, że żydowski holocaust praktycznie nie istniał w mediach przed 1967 rokiem. Rodzić zaczął się dopiero po sześciodniowej wojnie izraelsko arabskiej. Trzeba było ponad 40 lat, żeby urósł do dzisiejszych rozmiarów. Do 1962 roku sprawa zbrodni dokonanych na Żydach była jasna: winni są Niemcy; naród niemiecki. Ponad 90 procent Niemców głosowało na partię Hitlera i na niego samego, tym samym na jego program i idee zawarte w „Mein Kampf”. Nikt o zdrowych zmysłach tych prawd nie kwestionował. Do pewnego czasu.
Po upływie lat, od drugiej wojny światowej, do Niemiec zachodnich zaczęły napływać z zagranicy ogromne kapitały. Niemiecka Republika Federalna (RFN) musiała być silna ekonomicznie, by móc stawić mocny opór w wypadku agresji czerwonych hord ze Wschodu.
Dzięki tej pomocy Niemcy Zachodnie szybko się odbudowały i stały się potęgą gospodarczą. (Niemcy Wschodnie wówczas nie liczyły się, ani ekonomicznie ani politycznie; ot takie dwa Śląska w stosunku do Niemiec przedwojennych.)
Nie uszło to uwadze Izraela, który potrzebował pieniędzy. Niemcy jako sprawcy ogromnej zbrodni dokonanej na Żydach, potrzebowali rehabilitacji od Żydów. Tak doszło do transakcji: „Za krew pieniądze, za pieniądze przywrócenie honoru. Dotyczy to tylko Żydów.” – pisał prawie czterdzieści lat temu Stefan Nowicki w swej książce pt. „Wielkie nieporozumienie” (wydanej w 1970 roku w Sydney, Australia).
„Dzisiejsze Niemcy – oświadczył w 1964 roku Ben Gurion, premier Izraela – są inne, ich władcy są inni i forma władzy jest inna.” (S.Nowicki, jak wyżej, str. 12)
W miarę wzrostu wypłat odszkodowawczych i pomocy materialno-militarnej, wzrastała sympatia do Niemców. (Proporcjonalnie malała do Polaków).
„Stosunek naszego rządu – pisał izraelski dziennik „Haolam Haze” z 1965 roku – do rządu Adenauera oparty jest na cynicznej transakcji, może najbardziej cynicznej od chwili, gdy Adolf Hitler proponował Brandtowi transakcję towarów za krew. Otrzymaliśmy pieniądze.
Otrzymaliśmy pomoc. Sprzedaliśmy N.R.F.-owi świadectwo moralności następującej treści:
My państwo Izrael, ofiary nazizmu, uratowani z Oświęcimia, dyplomowany symbol postępu i socjalizmu w świecie, potwierdzamy niniejszym, że posiadacz tego świadectwa nie jest już faszystą, lecz całkiem nowym Niemcem, który ma prawo być przyjęty do każdego grona”.
(Za S.Nowicki, str. 13).
Dlaczego cofnąłem się tak daleko w czasie? Odpowiadam: dlatego, że głupia, oszczercza i dzika propaganda żydowska, skierowana swym ostrzem przeciw Polakom i Polsce, trwa z różnym natężeniem od 40-stu (słownie: od czterdziestu) lat. A Polacy, zahukani i zaszachowani m.in. przez bardzo wpływowe lobby żydowskie w Polsce, nie wiedzą, jak się bronić przed tą nachalną i wrzaskliwą propagandą żydowską. Ale o tym przy innej okazji.
Dzisiaj Izrael potrzebuje pieniędzy nie mniej, niż dawniej. A jeszcze więcej pieniędzy potrzebują dziś rozmaici hochsztaplerzy, aferzyści i wydrwigrosze żydowscy w USA, do których dołączyli tacy sami w Europie. Od państwa niemieckiego za wiele już nie da się wyciągnąć. Trzeba znaleźć winnych pośród innych.
Opublikowany niedawno w „Der Spiegel” artykuł o odpowiedzialności innych narodów europejskich za zbrodnię dokonaną na Żydach, wywołał w Polsce poruszenie i falę polemik.
Przyczyną tego było wysunięcie stwierdzenia, że za tą zbrodnię winni są nie tylko Niemcy, ale i inne narody europejskie. Również Polacy przez „polskich chłopów”, którzy wykonywali zarządzenia niemieckich władz okupacyjnych.
Nie byłoby w tym stwierdzeniu nic ciekawego, gdyby nie pominięto jednego narodu europejskiego, o którym można wspominać i wymieniać go, ale tylko w takim kontekście i przy takich okazjach, w jakim naród ten przyzwala. Mowa tu jest oczywiście o europejskim narodzie żydowskim, bo chodzi tu przecież o Żydów europejskich. Interesującym jest to, że autorzy artykułu w „Der Spiegel”, wymieniając różne „narody europejskie”, które rzekomo przyłożyły się do tej zbrodni, poprzez współpracę z Niemcami, pomijają skrzętnie wymienienie narodu niemieckiego, austriackiego i żydowskiego.
Jeżeli mamy dzisiaj wyliczać, który z narodów europejskich i ile przyłożył się do śmierci Żydów, to nie sposób ominąć tutaj nacji żydowskiej z tej prostej racji, że była to wówczas nacja europejska. Współpraca Żydów z Niemcami na tym polu jest dobrze udokumentowana a literatura na ten temat jest obszerna. Najbardziej interesujące są relacje Żydów, którzy przeżyli hekatombę hitlerowską. Dowiadujemy się od nich o szerokiej współpracy Żydów z gestapo i haniebnej roli Rad Żydowskich („Judenrat”) współdziałających z władzami hitlerowskimi w wysyłce ludzi na śmierć.
Wspomniany wcześniej S.Nowicki, w odpowiedzi na oszczerstwa żydowskie pisze w swej książce pt. „Wielkie nieporozumienie” – cytuję:
„A czy nie było policjantów żydowskich w gettcie, którzy pałkami bili swych współwyznawców? Było też Gestapo żydowskie w Warszawie, osławiona 13-stka, kierowana przez Abrahama Gancwajcha, oraz policja żydowska pod komendą takich nikczemników, jak Lejkin, Szeryński, Kon i Keller oraz znani przed wojną działacze syjonistyczni Nosing i First.
Był Judenrat w getcie warszawskim, który segregował Żydów do Majdanka i komór gazowych. Byli bogaci Żydzi, którzy okupywali się żydowskim władzom, by nie wychodzić z getta w pierwszych transportach. Byli Żydzi, którzy denuncjowali swych braci i współpracowali z Gestapo. Zbrodnie Żydów dokonane na swych braciach mrożą krew w żyłach. Działalność Abrahama Gancwajcha jest przerażająca swym cynizmem i okrucieństwem. Ten gestapowiec żydowski, zwerbowany w służbie Hitlera jeszcze przed wojną, był znaną osobistością w świecie żydowskim. Był nauczycielem hebrajskiego w szkołach „Tarbut” w Częstochowie, należał do „Poalej-Syjonu Prawicy”, był współpracownikiem wiedeńskiego pisma „Gerechtigkeit”, a po aneksji Austrii założył w Łodzi prowokacyjny antyhitlerowski tygodnik pod nazwą „Wolność”. Wykaz prenumeratorów pisma posłużył Gestapo do masowych mordów Polaków. Po wkroczeniu, Niemców organizował z ich ramienia sieć szpiegowską na ziemiach wschodnich, a po ataku Niemiec na Sowiety skierowany został przez Gestapo do likwidowania warszawskiego getta i wyciągnięcia dla Niemców nagromadzonych tam bogactw.
Przytaczam ocenę żydowskich władz getta warszawskiego przez ocalałych z pogromu Żydów. „Wielkopomna zdrada Rady Żydowskiej w Warszawie – pisał dr. Szymon Datner – która się wyraziła w formie zgody na przeprowadzenie „wysiedlenia” pozostanie na zawsze obok zdrady żydowskiej służby porządkowej niezatartą plamą na honorze władz żydowskich getta”.
Historyk żydowski, B.Mark, w książce pt. „Powstanie w getcie warszawskim” (Zydowski Instytut Historyczny, 1955) pisze: „Tylko 10 000 żyje w dostatku, nawet lepiej niż przed wojną. Widocznie dla tych 10.000 przywieziono w lutym 20 tysięcy litrów wódki. W tym czasie zarejestrowano oficjalnie 416 tysięcy Żydów, z czego 80 % biednych przymierających głodem… Cała działalność Judenratów, to jedno pasmo wołające o pomstę krzywd wobec biedoty. Gdyby był na świecie Bóg, to zniszczyłby gromami to gniazdo okrucieństwa, obłudy i grabieży… Wszystkie zarządzenia okupanta były przeprowadzane przez Judenrat, który organizuje łapanki na pracę przymusową… Niektórzy piastowali kilka urzędów jednocześnie, wyciągając dochód do 60 tysięcy miesięcznie, podczas gdy pisarz i pedagog Janusz Korczak w podaniu prosi o dwa posiłki dziennie, widać, że i tego jemu ojcowie miasta odmówili…”
„Niemcy doprowadziły do tego – pisał Marek Edelman – że Rada Żydowska sama wydała wyrok na przeszło 300 tysięcy mieszkańców getta… Nikt jeszcze nigdy tak nieustępliwie nie wypuszczał z rąk złapanego jak jeden Żyd drugiego Żyda”.
Trzeba też wspomnieć nazwisko dr Rudolfa Kasztnera, wiceprzewodniczącego Federacji Syjonistycznych Węgier i dyrektora Pomocy Rady Ocalenia powstałej w 1943 roku, który współpracował z Eichmannem w likwidacji tysięcy Żydów węgierskich. I to za jaką cenę?
Za umożliwienie wyjazdu do Izraela 1200 syjonistom węgierskim. Zbrodniarz ten dożył do 1967 r. Został zastrzelony w Tel-Avivie. Dlaczego nie stanął przed sądem, jako zbrodniarz wojenny?” Tyle na razie Stefan Nowicki. Jeszcze do jego pracy powrócę.
W książce pt. „Auschwitz, the nazis & the „Final Solution””, (wydanej w 2005 r. przez BBC Books, autor: Laurence Rees), znajduje się m.in. relacja Lucille Eichengreen, ocalałej cudem z getta łódzkiego, dokąd deportowani zostali Żydzi niemieccy. Wspomina tam, że od stycznia do maja 1942 roku zostało 55 000 Żydów wywiezionych i zamordowanych w Chełmnie.
O tym, kto miał pójść na śmierć, decydowały władze żydowskie getta. Dwa miesiące później do getta weszli Niemcy, żeby osobiście dokonać wyboru ludzi na zagładę. Wybierali w pierwszym rzędzie ludzi starych, chorych i dzieci, jako niezdolnych do pracy.
Przywódca getta, Mordechai Chaim Rumkowski, polecił matkom współpracować z Niemcami i oddać im swoje dzieci. „Oddajcie im wasze dzieci, żebyśmy mogli żyć” – wołał. „Ja miałam wtedy 17 lat, kiedy słyszałam jego przemówienie” – mówi Lucille E. I dodaje – „Ja nie mogłam pojąć, że ktoś może polecać rodzicom, aby oddawali swoje dzieci na śmierć. Tego zresztą nie mogę pojąć jeszcze dzisiaj”.
Żyd Rumkowski był znany z tego – czytamy w innym miejscu – że układając listę osób przeznaczonych do wywózki, wybierał tych, którzy w jakiś sposób narazili się mu i których chciał sam się pozbyć z getta. Był również znany z wykorzystywania seksualnego młodych kobiet. Żadna nie mogła zaprotestować, bo miała świadomość, co ją czeka. Lucille E. wspomina w innym miejscu, że wreszcie dostała pracę w kuchni w getcie i pewnego razu, będąc sama w przyległym biurze, pojawił się M.Rumkowski, chwycił za krzesło i przysiadł się przy niej. „Mieliśmy parę rozmów. On gadał, ja słuchałam. W pewnym momencie chwycił mnie za rękę i położył ją na swoim penisie, po czym powiedział: „Szarpnij się i postaw go w stan pracy”. Relację młodziutkiej wówczas Lucille E. potwierdza Jacob Zylberstein, który był świadkiem zachowywania się przywódcy getta łódzkiego. „Rumkowski rzeczywiście wykorzystywał młodziutkie kobiety” – mówił – i dodaje przy tym: „Kiedy siedzieliśmy w jadalni, on przychodził, rozejrzał się po sali, kładł rękę na ramieniu wybranej i wychodził z nią. I nie jest to tak, że ja to słyszałem od kogoś. Ja to widziałem. Gdyby któraś mu odmówiła, znalazłaby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie”.
Uratowana przez Polaków Żydówka, Alicja Zawadzka-Wetz, opisuje w swej książce przeżycia w getcie warszawskim. Pisze, że – cytuję
„Najgorsze było to, że poznałam bestialstwo, do którego zdolni są ludzie oraz okrucieństwo i podłość ludzkiej natury.
Wśród społeczności, skazanej na śmierć, budzą się albo najniższe, albo najszlachetniejsze instynkty. Iluż to przedwojennych adwokatów, powszechnie szanowanych, stało się członkami żydowskiej milicji i gotowych było do największych podłości z szantażem włącznie… Ilu z nich biło do krwi dzieciaki, które usiłowały przedostać się poza mury, by zdobyć po drugiej stronie trochę żywności dla głodującej rodziny… Dobrzy, mieszczańscy mężowie porzucali żony, z którymi spędzili dziesiątki lat, by przeżyć jeszcze jedno, najtańsze choćby, doznanie miłosne, by przed śmiercią użyć życia… Zdarzały się wypadki, że w rodzinach okradano się wzajemnie z mizernych porcji gliniastego chleba.” (Zob. Alicja Zawadzka-Wetz, „Refleksje pewnego życia”, wyd. Instytut Literacki, Paryż 1967, w serii „Dokumenty”, str. 20-21).
Stefan Nowicki pisze w swej książce, że:
„Ocalałe pamiętniki Czerniakowa („Adam Czerniakow Warsaw Ghetto Story”, wyd. Żydowskiego Instytutu Historycznego Jad Waszem) dają obraz życia w getcie warszawskim.
„Na ulicach leżą trupy, a w wytwornych restauracjach odbywają się tańce”. Pod datą 14 czerwca 1941 roku czytamy: „Pochmurno. Dziś niedziela. Nie wiem czy orkiestra będzie mogła grać w ogródku. Okazało się, że grała pomimo lekkiego deszczu. Poleciłem sprowadzić dzieci Izby Zatrzymań… Były to żywe kościotrupy rekrutujące się z żebraków ulicznych… Wstyd mi powiedzieć, że tak dawno nie płakałem. Dałem im po tabliczce czekolady. Potem otrzymali zupę. Przekleństwo tym z nas, co sami jedzą i piją, a o tych dzieciach zapominają”. Stosunki w Judenracie były okropne. Miały miejsce ostre starcia między tymi, którzy wysługiwali się Niemcom i żyli w warunkach luksusowych, a tymi, którzy żyli w nędzy i głodzie i ciężko pracowali w nieludzkich warunkach. Przydział żywności był nędzny, toteż przemyt był dobrze zorganizowany. Gdyby „Żydzi musieli żyć na chlebie oficjalnie racjonowanym – pisze Czerniakow – niewielu przeżyłoby rok zamknięcia za murami getta”.
Mimo tak nędznych przydziałów żywności, szła ona na czarny rynek.
Wyzysk, przekupstwo, donosicielstwo, wysługiwanie się Niemcom, łapownictwo i bogacenie się wpływowych Żydów w getcie doszły do potwornych rozmiarów (patrz załącznik „The holocaust Kingdom”)”.
„The Holocaust Kingdom” jest książką-paszkwilem na Polaków, napisanym przez Żyda o nazwisku Michał Belg-Aleksander Donat, wydanym w USA. Paszkwil ten zieje nienawiścią do Polaków za to, że go uratowali od śmierci. Książka ta jest ciekawa dlatego, bo opisuje życie codzienne w getcie warszawskim. Urywki przytaczam za S.Nowicki, „Wielkie nieporozumienie”, str. 165. Z książki A.Donata dowiadujemy się, że:
„Str. 34: Najbardziej niecnym z Żydów na żołdzie Gestapo, którzy również brali łapówki od ludzi szukających zabezpieczającego zatrudnienia, był Abraham Gancwajch. Był założycielem haniebnej instytucji (znanej pod nazwą „13-ki”, ponieważ biura ich znajdowały się na ul. Leszno, Nr 13), która wcześnie przejęła administrację dużej ilości domów mieszkalnych w getcie. Stowarzyszenie lokatorów walczyło uparcie o umieszczenie swego przedstawiciela na tej tak ważnej placówce. Wielokrotnie zdarzało się, że dwóch czy trzech kandydatów, z których wszyscy dali już łapówki jednemu z pracowników Judenratu,dowiadywało się, że dwóch czy trzech innych, którzy przepłacili 13-kę „wyznaczono” równocześnie na to stanowisko.
Str. 43: 13-ka była specjalną agencją, złożoną z informatorów i sługusów Gestapo, która powstała w getcie, pomimo że tak Judenrat, jak i policja żydowska skrupulatnie wykonywały rozkazy Nazistów i były naszpikowane szpiegami Gestapo. Wodzem tego, tak zwanego Urzędu do Walki z Lichwą i Przekupstwem był notorycznie znany Abraham Gancwajch, nie zwykły szpieg, ale prowokator i dywersjonista na tak wielką skalę, że nazywano go Azefem Getta Warszawskiego. Praca jego polegała na demoralizowaniu getta przez perswazję i tłumaczenie, że zwycięstwo Hitlera jest nieuniknione, więc opór bezcelowy.
Średniego wzrostu, szczupły, ciemnowłosy, o ostrych rysach i przenikliwych, magnetyzujących oczach pod grubymi szkłami, Gancwajch był niezwykle zdolnym człowiekiem, wysoce inteligentnym, ze zdolnością przekonywania. Urodzony demagog, znał cztery języki – niemiecki, polski, żargon i hebrajski – przed wojną wykładał język hebrajski i pisywał do gazet. Kręcił się w kołach syjonistycznych i przypuszczalnie nawet już wówczas był na żołdzie Gestapo. Mówiono, że szpiegował na rzecz Gestapo, jakoby przeciw Rosji, w Białymstoku, Wilnie i Lwowie.
W getcie występował nie jako agent Gestapo, ale jako dobroczyńca, który mógł służyć Żydom w godzinie potrzeby, wykorzystując swe szerokie stosunki z Niemcami.
Gancwajch rozciągnął swe sieci szeroko i na wszystkie dziedziny życia w getcie. W jednej ze swych licznych „ról” pozował jako obrońca uciśnionych wobec „plutokratycznych wyzyskiwaczy” z Judenratu, był również opiekunem sztuki i literatury żydowskiej… czarował szczególnie intelektualistów żydowskich… chciał uchodzić za wielkiego prowodyra Getta, coś w rodzaju Mesjasza. Zakładając, że zwycięstwo Niemiec jest nieuniknione, rozsiewał kłamstwa, że w ostatnim etapie Żydzi będą przypuszczalnie przesiedleni na zdobyte tereny i wobec tego instytucja getta jest konieczna, ponieważ chroni nacjonalizm żydowski i autonomię kulturalną. Tak więc, wmawiał Żydom, by nie tylko słuchali Niemców, lecz by z nimi współpracowali. Zapraszał prawników, doktorów, pisarzy, dziennikarzy i innych na odczyty, konferencje, dyskusje i obfite, wytworne przyjęcia, w czasie których wtłaczał im w mózgi te teorie. W czasie jednego z takich zebrań zapytano go wprost – Skąd przyszedłeś?
Kim właściwie jesteś? W czyim imieniu przemawiasz? Na co Gancwajch odpowiedział – Sam diabeł mnie tu przysłał, ale chcę wam pomóc.
I wysiłki jego nie szły całkowicie na marne. Wielu nawet spośród grona znanych indywidualistów wchłaniało jego wywody. Nawet dr Ringelblum, którego nic nie łączyło z Gancwajchem, poszedł tak daleko, że szukał go na „pogawędkę”, aby zadowolić swą ciekawość. Dzięki interwencji Gancwajcha został zwolniony z więzienia dr Janusz Korczak, sławny pisarz i uczony. Poza tym, chwalił się, że jego wpływom zawdzięczano, iż ulica Sienna i Plac Grzybowski pozostały wewnątrz getta. Urząd Walki z Lichwą i Spekulacją, choć powszechnie był znany pod nazwą 13-ki, miał pewne zaufanie wśród głodujących mas, którym wydawało się, że kupcy bogacą się ich kosztem. W praktyce, jedyną korzyścią było, że kupcy musieli wystrzegać się jeszcze jednego wroga. Zdarzało się, że któryś z agentów Gancwajcha spenetrował, iż jakiś sklep sprzedaje kaszę powyżej wyznaczonej ceny. Kupiec „wypracowywał” łapówkę, która zadowoliłaby urząd, ukrywał 90% kaszy, a resztę sprzedawał po wyznaczonej cenie, nie szczędząc przy tym rozgłosu. I to za niecałe 10 deka kaszy na głowę.
Gancwajch robił niesamowite pieniądze. Brał okup z około stu kamienic na ul. Leszno. Dostawał od Niemców 30 przepustek z getta na aryjską stronę i sprzedawał je po przeraźliwie wysokich cenach. Zorganizował służbę ambulansową, która zwalniała swych pracowników od prac przymusowych i dawała im inne przywileje. Aby zostać członkiem tej służby, otrzymać jej specjalną kartę i nosić czerwoną czapkę, ludzie płacili fortuny.
Z okazji świąt wielkanocnych, Gancwajch dał parę tysięcy złotych na pomoc dla zubożałych pisarzy żydowskich.
Na uroczystość bar mitzvah swego syna przyjmował chlebem i kawą biednych, co, jak mówiono, kosztowało dziesiątki tysięcy złotych.
(...) W międzyczasie, dwaj współpracownicy Gancwajcha – Moryc Kon i Zelig Heller – utworzyli własny „sklepik” po przeciwnej stronie ulicy na Lesznie pod Nr. 14. Specjalizowali się w dostawach jarzyn i uzyskiwali pewne, bardzo korzystne koncesje, łącznie z pozwoleniem na otwarcie targu na ul. Leszno, na handel rybami oraz zorganizowali transport konny w getcie.Wozy te nazywano „konhellerami”, na cześć koncesjonariuszy, ale znane były również jako „wszalnie”.
Kon i Heller robili potworne sumy na przemycie przyjaciół i ich rodzin z Łodzi i Białegostoku do getta warszawskiego, na zwalnianiu więźniów, unieważnianiu spraw cywilnych i rozkazów konfiskaty własności – wszystko to naturalnie, jako „usługi” uzyskiwane od oficjalistów niemieckich. (…).
W czerwcu 1942 roku ukazały się w getcie plakaty „Poszukiwany przez policję” z nazwiskami i fotografiami Gancwajcha i innych jego bandy. Mówiono, że udało im się uciec.” To tyle z relacji Żyda A. Donata.
Według ustnej informacji, trudnej dzisiaj do zweryfikowania, uzyskanej w 1993 r., Gancwajch, Kon i Heller oraz dwóch innych, nieznanych z nazwiska, uciekli z getta a nagromadzone tam pieniądze i złoto, użyli na opłacenie ukrywania się, pod zmienionymi nazwiskami, u jednego chłopa w radomskim. Po wejściu do Polski wojsk sowieckich i przejęciu władzy przez komunistów, zmienili znowu nazwiska. Tym razem na polskobrzmiące. Wstąpili do PPR i znaleźli zatrudnienie w UB (Kon, Heller i dwaj pozostali). Natomiast Gancwajch był oficerem znienawidzonego G.Z. Informacji Wojskowej. Chłop, który ich ukrywał, został potem zastrzelony przez UB jako „bandyta” reakcyjnego podziemia.
Były też inne formy współpracy Żydów z Niemcami. Nie warto by było to przypominać, gdyby skutkiem tego była śmierć zaledwie 1000 czy 2000 ludzi. Jest to jednak sprawa masowego mordu, gdzie zginęło ponad 30 000 (słownie: ponad trzydzieści tysięcy) Żydów, do czego przyczynili się wydatnie sami Żydzi. O tej zbrodni pisze się i mówi, ale na temat okoliczności milczy, zwłaszcza w Polsce i na Ukrainie.
Po zdobyciu Kijowa przez wojska niemieckie, ogłoszono przy końcu września 1941 roku zbiórkę Żydów. W związku z tym wywieszono w mieście i okolicy plakaty z instrukcją:
„Należy zabrać ze sobą papiery identyfikacyjne, pieniądze i rzeczy wartościowe, obok ciepłego ubrania się”. Niemieckie Sonderkomando 4 A , które liczyło na co najwyżej 5000 do 6000 Żydów, którzy się zgłoszą, doznało niecodziennego zaskoczenia, bo stawiło się 33 771 Żydów. W tej sytuacji jednostka 4A zmuszona była do zaangażowania 2 batalionów policji, żeby uporać się z wynikłym, nie z ich „winy”, problemem. Oczywiście, wszyscy, którzy stawili się na życzenie Niemców, zostali w pień wycięci. Mowa tu jest o masakrze w Babim Jarze na Ukrainie. Niewątpliwym jest fakt, że winnymi tej masowej zbrodni są Niemcy, ale dużo winy leży w żydowskiej mentalności i gotowości do współpracy z okupantem niemieckim. Co najmniej 27 tysięcy Żydów nie musiało tam wtedy zginąć. (Zobacz: Antony Beevor, „Stalingrad”, 1998).
W wyniku szeroko zakrojonej kampanii „Judenrein” (oczyszczania państwa niemieckiego z Żydów) dziesiątki tysięcy Żydów znalazło się poza granicami Niemiec. Ogromna ilość została przepędzona do Polski (obóz w Zbąszyniu), ale dużo znalazło się w krajach zachodnich. W Holandii na przykład, w miejscowości Westerbrok zbudowano w 1939 roku obóz dla uchodźców żydowskich. Po zajęciu w kwietniu 1940 roku Holandii przez wojska niemieckie, obóz ten został przekształcony przez okupanta na obóz więzienny. Jednocześnie Niemcy rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję rejestracji Żydów w całym kraju i wysyłania ich do obozu w Westerbrok. Wkrótce nadszedł czas deportacji Żydów holenderskich do obozów zagłady w Sobiborze i Majdanku koło Lublina. Deportacja przebiegała sprawnie, bez najmniejszego oporu, dzięki gorliwej współpracy żydowskich władz obozu, które co tydzień układały skrupulatnie listę 1000 kolejnych Żydów do transportu na Wschód. I tutaj wkład Żydów w zagładę swych współbraci jest też dobrze widoczny. (...) Ciekawe jest, ilu wśród tych nie-niemieckich pomocników, aktywnych w Holocauście, było Żydów? I czy w tej liczbie znajdzie się policja żydowska, żydowskie Gestapo, członkowie żydowskich judenratów i innych żydowskich organów pomocniczych?
Niektórzy historycy, znawcy zagadnienia, wysuwają tezę, że gdyby nie istniała gorliwa współpraca Żydów z Niemcami, szeroko zakrojone współdziałanie i skrupulatne wykonywanie, bez najmniejszego oporu, poleceń i zarządzeń niemieckich władz okupacyjnych, Holocaust przeżyłoby co najmniej 1 milion Żydów.
W świetle powyższych faktów nasuwa się pytanie: Kto ma na sumieniu więcej ofiar żydowskich w wyniku współpracy z Niemcami – Ukraińcy, Łotysze, Litwini, Polacy, czy Żydzi?
(To pytanie skierowane jest do cynicznych oszczerców typu Jana T.Grossa (USA), Aliny Całej z Żydowskiego Inst. Historycznego (Polska) i do głupich, wrzaskliwych Żydów amerykańskich, hochsztaplerów, mających chorobliwe pretensje do reprezentowania Żydów na całym świecie i do odgrywania roli ich jedynych spadkobierców)." "
https://www.salon24.pl/u/zefirek/846665,jak-zydzi-zydow-okradali-i-mordowali
"To trzeba koniecznie przeczytać, chociaż zostało spisane w roku 2009 . Pozwoliłem sobie okroić poniższy tekst, ale dla zainteresowanych całością link znajduje się na końcu artykułu.
"(..)Mało kto dzisiaj pamięta, że żydowski holocaust praktycznie nie istniał w mediach przed 1967 rokiem. Rodzić zaczął się dopiero po sześciodniowej wojnie izraelsko arabskiej. Trzeba było ponad 40 lat, żeby urósł do dzisiejszych rozmiarów. Do 1962 roku sprawa zbrodni dokonanych na Żydach była jasna: winni są Niemcy; naród niemiecki. Ponad 90 procent Niemców głosowało na partię Hitlera i na niego samego, tym samym na jego program i idee zawarte w „Mein Kampf”. Nikt o zdrowych zmysłach tych prawd nie kwestionował. Do pewnego czasu.
Po upływie lat, od drugiej wojny światowej, do Niemiec zachodnich zaczęły napływać z zagranicy ogromne kapitały. Niemiecka Republika Federalna (RFN) musiała być silna ekonomicznie, by móc stawić mocny opór w wypadku agresji czerwonych hord ze Wschodu.
Dzięki tej pomocy Niemcy Zachodnie szybko się odbudowały i stały się potęgą gospodarczą. (Niemcy Wschodnie wówczas nie liczyły się, ani ekonomicznie ani politycznie; ot takie dwa Śląska w stosunku do Niemiec przedwojennych.)
Nie uszło to uwadze Izraela, który potrzebował pieniędzy. Niemcy jako sprawcy ogromnej zbrodni dokonanej na Żydach, potrzebowali rehabilitacji od Żydów. Tak doszło do transakcji: „Za krew pieniądze, za pieniądze przywrócenie honoru. Dotyczy to tylko Żydów.” – pisał prawie czterdzieści lat temu Stefan Nowicki w swej książce pt. „Wielkie nieporozumienie” (wydanej w 1970 roku w Sydney, Australia).
„Dzisiejsze Niemcy – oświadczył w 1964 roku Ben Gurion, premier Izraela – są inne, ich władcy są inni i forma władzy jest inna.” (S.Nowicki, jak wyżej, str. 12)
W miarę wzrostu wypłat odszkodowawczych i pomocy materialno-militarnej, wzrastała sympatia do Niemców. (Proporcjonalnie malała do Polaków).
„Stosunek naszego rządu – pisał izraelski dziennik „Haolam Haze” z 1965 roku – do rządu Adenauera oparty jest na cynicznej transakcji, może najbardziej cynicznej od chwili, gdy Adolf Hitler proponował Brandtowi transakcję towarów za krew. Otrzymaliśmy pieniądze.
Otrzymaliśmy pomoc. Sprzedaliśmy N.R.F.-owi świadectwo moralności następującej treści:
My państwo Izrael, ofiary nazizmu, uratowani z Oświęcimia, dyplomowany symbol postępu i socjalizmu w świecie, potwierdzamy niniejszym, że posiadacz tego świadectwa nie jest już faszystą, lecz całkiem nowym Niemcem, który ma prawo być przyjęty do każdego grona”.
(Za S.Nowicki, str. 13).
Dlaczego cofnąłem się tak daleko w czasie? Odpowiadam: dlatego, że głupia, oszczercza i dzika propaganda żydowska, skierowana swym ostrzem przeciw Polakom i Polsce, trwa z różnym natężeniem od 40-stu (słownie: od czterdziestu) lat. A Polacy, zahukani i zaszachowani m.in. przez bardzo wpływowe lobby żydowskie w Polsce, nie wiedzą, jak się bronić przed tą nachalną i wrzaskliwą propagandą żydowską. Ale o tym przy innej okazji.
Dzisiaj Izrael potrzebuje pieniędzy nie mniej, niż dawniej. A jeszcze więcej pieniędzy potrzebują dziś rozmaici hochsztaplerzy, aferzyści i wydrwigrosze żydowscy w USA, do których dołączyli tacy sami w Europie. Od państwa niemieckiego za wiele już nie da się wyciągnąć. Trzeba znaleźć winnych pośród innych.
Opublikowany niedawno w „Der Spiegel” artykuł o odpowiedzialności innych narodów europejskich za zbrodnię dokonaną na Żydach, wywołał w Polsce poruszenie i falę polemik.
Przyczyną tego było wysunięcie stwierdzenia, że za tą zbrodnię winni są nie tylko Niemcy, ale i inne narody europejskie. Również Polacy przez „polskich chłopów”, którzy wykonywali zarządzenia niemieckich władz okupacyjnych.
Nie byłoby w tym stwierdzeniu nic ciekawego, gdyby nie pominięto jednego narodu europejskiego, o którym można wspominać i wymieniać go, ale tylko w takim kontekście i przy takich okazjach, w jakim naród ten przyzwala. Mowa tu jest oczywiście o europejskim narodzie żydowskim, bo chodzi tu przecież o Żydów europejskich. Interesującym jest to, że autorzy artykułu w „Der Spiegel”, wymieniając różne „narody europejskie”, które rzekomo przyłożyły się do tej zbrodni, poprzez współpracę z Niemcami, pomijają skrzętnie wymienienie narodu niemieckiego, austriackiego i żydowskiego.
Jeżeli mamy dzisiaj wyliczać, który z narodów europejskich i ile przyłożył się do śmierci Żydów, to nie sposób ominąć tutaj nacji żydowskiej z tej prostej racji, że była to wówczas nacja europejska. Współpraca Żydów z Niemcami na tym polu jest dobrze udokumentowana a literatura na ten temat jest obszerna. Najbardziej interesujące są relacje Żydów, którzy przeżyli hekatombę hitlerowską. Dowiadujemy się od nich o szerokiej współpracy Żydów z gestapo i haniebnej roli Rad Żydowskich („Judenrat”) współdziałających z władzami hitlerowskimi w wysyłce ludzi na śmierć.
Wspomniany wcześniej S.Nowicki, w odpowiedzi na oszczerstwa żydowskie pisze w swej książce pt. „Wielkie nieporozumienie” – cytuję:
„A czy nie było policjantów żydowskich w gettcie, którzy pałkami bili swych współwyznawców? Było też Gestapo żydowskie w Warszawie, osławiona 13-stka, kierowana przez Abrahama Gancwajcha, oraz policja żydowska pod komendą takich nikczemników, jak Lejkin, Szeryński, Kon i Keller oraz znani przed wojną działacze syjonistyczni Nosing i First.
Był Judenrat w getcie warszawskim, który segregował Żydów do Majdanka i komór gazowych. Byli bogaci Żydzi, którzy okupywali się żydowskim władzom, by nie wychodzić z getta w pierwszych transportach. Byli Żydzi, którzy denuncjowali swych braci i współpracowali z Gestapo. Zbrodnie Żydów dokonane na swych braciach mrożą krew w żyłach. Działalność Abrahama Gancwajcha jest przerażająca swym cynizmem i okrucieństwem. Ten gestapowiec żydowski, zwerbowany w służbie Hitlera jeszcze przed wojną, był znaną osobistością w świecie żydowskim. Był nauczycielem hebrajskiego w szkołach „Tarbut” w Częstochowie, należał do „Poalej-Syjonu Prawicy”, był współpracownikiem wiedeńskiego pisma „Gerechtigkeit”, a po aneksji Austrii założył w Łodzi prowokacyjny antyhitlerowski tygodnik pod nazwą „Wolność”. Wykaz prenumeratorów pisma posłużył Gestapo do masowych mordów Polaków. Po wkroczeniu, Niemców organizował z ich ramienia sieć szpiegowską na ziemiach wschodnich, a po ataku Niemiec na Sowiety skierowany został przez Gestapo do likwidowania warszawskiego getta i wyciągnięcia dla Niemców nagromadzonych tam bogactw.
Przytaczam ocenę żydowskich władz getta warszawskiego przez ocalałych z pogromu Żydów. „Wielkopomna zdrada Rady Żydowskiej w Warszawie – pisał dr. Szymon Datner – która się wyraziła w formie zgody na przeprowadzenie „wysiedlenia” pozostanie na zawsze obok zdrady żydowskiej służby porządkowej niezatartą plamą na honorze władz żydowskich getta”.
Historyk żydowski, B.Mark, w książce pt. „Powstanie w getcie warszawskim” (Zydowski Instytut Historyczny, 1955) pisze: „Tylko 10 000 żyje w dostatku, nawet lepiej niż przed wojną. Widocznie dla tych 10.000 przywieziono w lutym 20 tysięcy litrów wódki. W tym czasie zarejestrowano oficjalnie 416 tysięcy Żydów, z czego 80 % biednych przymierających głodem… Cała działalność Judenratów, to jedno pasmo wołające o pomstę krzywd wobec biedoty. Gdyby był na świecie Bóg, to zniszczyłby gromami to gniazdo okrucieństwa, obłudy i grabieży… Wszystkie zarządzenia okupanta były przeprowadzane przez Judenrat, który organizuje łapanki na pracę przymusową… Niektórzy piastowali kilka urzędów jednocześnie, wyciągając dochód do 60 tysięcy miesięcznie, podczas gdy pisarz i pedagog Janusz Korczak w podaniu prosi o dwa posiłki dziennie, widać, że i tego jemu ojcowie miasta odmówili…”
„Niemcy doprowadziły do tego – pisał Marek Edelman – że Rada Żydowska sama wydała wyrok na przeszło 300 tysięcy mieszkańców getta… Nikt jeszcze nigdy tak nieustępliwie nie wypuszczał z rąk złapanego jak jeden Żyd drugiego Żyda”.
Trzeba też wspomnieć nazwisko dr Rudolfa Kasztnera, wiceprzewodniczącego Federacji Syjonistycznych Węgier i dyrektora Pomocy Rady Ocalenia powstałej w 1943 roku, który współpracował z Eichmannem w likwidacji tysięcy Żydów węgierskich. I to za jaką cenę?
Za umożliwienie wyjazdu do Izraela 1200 syjonistom węgierskim. Zbrodniarz ten dożył do 1967 r. Został zastrzelony w Tel-Avivie. Dlaczego nie stanął przed sądem, jako zbrodniarz wojenny?” Tyle na razie Stefan Nowicki. Jeszcze do jego pracy powrócę.
W książce pt. „Auschwitz, the nazis & the „Final Solution””, (wydanej w 2005 r. przez BBC Books, autor: Laurence Rees), znajduje się m.in. relacja Lucille Eichengreen, ocalałej cudem z getta łódzkiego, dokąd deportowani zostali Żydzi niemieccy. Wspomina tam, że od stycznia do maja 1942 roku zostało 55 000 Żydów wywiezionych i zamordowanych w Chełmnie.
O tym, kto miał pójść na śmierć, decydowały władze żydowskie getta. Dwa miesiące później do getta weszli Niemcy, żeby osobiście dokonać wyboru ludzi na zagładę. Wybierali w pierwszym rzędzie ludzi starych, chorych i dzieci, jako niezdolnych do pracy.
Przywódca getta, Mordechai Chaim Rumkowski, polecił matkom współpracować z Niemcami i oddać im swoje dzieci. „Oddajcie im wasze dzieci, żebyśmy mogli żyć” – wołał. „Ja miałam wtedy 17 lat, kiedy słyszałam jego przemówienie” – mówi Lucille E. I dodaje – „Ja nie mogłam pojąć, że ktoś może polecać rodzicom, aby oddawali swoje dzieci na śmierć. Tego zresztą nie mogę pojąć jeszcze dzisiaj”.
Żyd Rumkowski był znany z tego – czytamy w innym miejscu – że układając listę osób przeznaczonych do wywózki, wybierał tych, którzy w jakiś sposób narazili się mu i których chciał sam się pozbyć z getta. Był również znany z wykorzystywania seksualnego młodych kobiet. Żadna nie mogła zaprotestować, bo miała świadomość, co ją czeka. Lucille E. wspomina w innym miejscu, że wreszcie dostała pracę w kuchni w getcie i pewnego razu, będąc sama w przyległym biurze, pojawił się M.Rumkowski, chwycił za krzesło i przysiadł się przy niej. „Mieliśmy parę rozmów. On gadał, ja słuchałam. W pewnym momencie chwycił mnie za rękę i położył ją na swoim penisie, po czym powiedział: „Szarpnij się i postaw go w stan pracy”. Relację młodziutkiej wówczas Lucille E. potwierdza Jacob Zylberstein, który był świadkiem zachowywania się przywódcy getta łódzkiego. „Rumkowski rzeczywiście wykorzystywał młodziutkie kobiety” – mówił – i dodaje przy tym: „Kiedy siedzieliśmy w jadalni, on przychodził, rozejrzał się po sali, kładł rękę na ramieniu wybranej i wychodził z nią. I nie jest to tak, że ja to słyszałem od kogoś. Ja to widziałem. Gdyby któraś mu odmówiła, znalazłaby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie”.
Uratowana przez Polaków Żydówka, Alicja Zawadzka-Wetz, opisuje w swej książce przeżycia w getcie warszawskim. Pisze, że – cytuję
„Najgorsze było to, że poznałam bestialstwo, do którego zdolni są ludzie oraz okrucieństwo i podłość ludzkiej natury.
Wśród społeczności, skazanej na śmierć, budzą się albo najniższe, albo najszlachetniejsze instynkty. Iluż to przedwojennych adwokatów, powszechnie szanowanych, stało się członkami żydowskiej milicji i gotowych było do największych podłości z szantażem włącznie… Ilu z nich biło do krwi dzieciaki, które usiłowały przedostać się poza mury, by zdobyć po drugiej stronie trochę żywności dla głodującej rodziny… Dobrzy, mieszczańscy mężowie porzucali żony, z którymi spędzili dziesiątki lat, by przeżyć jeszcze jedno, najtańsze choćby, doznanie miłosne, by przed śmiercią użyć życia… Zdarzały się wypadki, że w rodzinach okradano się wzajemnie z mizernych porcji gliniastego chleba.” (Zob. Alicja Zawadzka-Wetz, „Refleksje pewnego życia”, wyd. Instytut Literacki, Paryż 1967, w serii „Dokumenty”, str. 20-21).
Stefan Nowicki pisze w swej książce, że:
„Ocalałe pamiętniki Czerniakowa („Adam Czerniakow Warsaw Ghetto Story”, wyd. Żydowskiego Instytutu Historycznego Jad Waszem) dają obraz życia w getcie warszawskim.
„Na ulicach leżą trupy, a w wytwornych restauracjach odbywają się tańce”. Pod datą 14 czerwca 1941 roku czytamy: „Pochmurno. Dziś niedziela. Nie wiem czy orkiestra będzie mogła grać w ogródku. Okazało się, że grała pomimo lekkiego deszczu. Poleciłem sprowadzić dzieci Izby Zatrzymań… Były to żywe kościotrupy rekrutujące się z żebraków ulicznych… Wstyd mi powiedzieć, że tak dawno nie płakałem. Dałem im po tabliczce czekolady. Potem otrzymali zupę. Przekleństwo tym z nas, co sami jedzą i piją, a o tych dzieciach zapominają”. Stosunki w Judenracie były okropne. Miały miejsce ostre starcia między tymi, którzy wysługiwali się Niemcom i żyli w warunkach luksusowych, a tymi, którzy żyli w nędzy i głodzie i ciężko pracowali w nieludzkich warunkach. Przydział żywności był nędzny, toteż przemyt był dobrze zorganizowany. Gdyby „Żydzi musieli żyć na chlebie oficjalnie racjonowanym – pisze Czerniakow – niewielu przeżyłoby rok zamknięcia za murami getta”.
Mimo tak nędznych przydziałów żywności, szła ona na czarny rynek.
Wyzysk, przekupstwo, donosicielstwo, wysługiwanie się Niemcom, łapownictwo i bogacenie się wpływowych Żydów w getcie doszły do potwornych rozmiarów (patrz załącznik „The holocaust Kingdom”)”.
„The Holocaust Kingdom” jest książką-paszkwilem na Polaków, napisanym przez Żyda o nazwisku Michał Belg-Aleksander Donat, wydanym w USA. Paszkwil ten zieje nienawiścią do Polaków za to, że go uratowali od śmierci. Książka ta jest ciekawa dlatego, bo opisuje życie codzienne w getcie warszawskim. Urywki przytaczam za S.Nowicki, „Wielkie nieporozumienie”, str. 165. Z książki A.Donata dowiadujemy się, że:
„Str. 34: Najbardziej niecnym z Żydów na żołdzie Gestapo, którzy również brali łapówki od ludzi szukających zabezpieczającego zatrudnienia, był Abraham Gancwajch. Był założycielem haniebnej instytucji (znanej pod nazwą „13-ki”, ponieważ biura ich znajdowały się na ul. Leszno, Nr 13), która wcześnie przejęła administrację dużej ilości domów mieszkalnych w getcie. Stowarzyszenie lokatorów walczyło uparcie o umieszczenie swego przedstawiciela na tej tak ważnej placówce. Wielokrotnie zdarzało się, że dwóch czy trzech kandydatów, z których wszyscy dali już łapówki jednemu z pracowników Judenratu,dowiadywało się, że dwóch czy trzech innych, którzy przepłacili 13-kę „wyznaczono” równocześnie na to stanowisko.
Str. 43: 13-ka była specjalną agencją, złożoną z informatorów i sługusów Gestapo, która powstała w getcie, pomimo że tak Judenrat, jak i policja żydowska skrupulatnie wykonywały rozkazy Nazistów i były naszpikowane szpiegami Gestapo. Wodzem tego, tak zwanego Urzędu do Walki z Lichwą i Przekupstwem był notorycznie znany Abraham Gancwajch, nie zwykły szpieg, ale prowokator i dywersjonista na tak wielką skalę, że nazywano go Azefem Getta Warszawskiego. Praca jego polegała na demoralizowaniu getta przez perswazję i tłumaczenie, że zwycięstwo Hitlera jest nieuniknione, więc opór bezcelowy.
Średniego wzrostu, szczupły, ciemnowłosy, o ostrych rysach i przenikliwych, magnetyzujących oczach pod grubymi szkłami, Gancwajch był niezwykle zdolnym człowiekiem, wysoce inteligentnym, ze zdolnością przekonywania. Urodzony demagog, znał cztery języki – niemiecki, polski, żargon i hebrajski – przed wojną wykładał język hebrajski i pisywał do gazet. Kręcił się w kołach syjonistycznych i przypuszczalnie nawet już wówczas był na żołdzie Gestapo. Mówiono, że szpiegował na rzecz Gestapo, jakoby przeciw Rosji, w Białymstoku, Wilnie i Lwowie.
W getcie występował nie jako agent Gestapo, ale jako dobroczyńca, który mógł służyć Żydom w godzinie potrzeby, wykorzystując swe szerokie stosunki z Niemcami.
Gancwajch rozciągnął swe sieci szeroko i na wszystkie dziedziny życia w getcie. W jednej ze swych licznych „ról” pozował jako obrońca uciśnionych wobec „plutokratycznych wyzyskiwaczy” z Judenratu, był również opiekunem sztuki i literatury żydowskiej… czarował szczególnie intelektualistów żydowskich… chciał uchodzić za wielkiego prowodyra Getta, coś w rodzaju Mesjasza. Zakładając, że zwycięstwo Niemiec jest nieuniknione, rozsiewał kłamstwa, że w ostatnim etapie Żydzi będą przypuszczalnie przesiedleni na zdobyte tereny i wobec tego instytucja getta jest konieczna, ponieważ chroni nacjonalizm żydowski i autonomię kulturalną. Tak więc, wmawiał Żydom, by nie tylko słuchali Niemców, lecz by z nimi współpracowali. Zapraszał prawników, doktorów, pisarzy, dziennikarzy i innych na odczyty, konferencje, dyskusje i obfite, wytworne przyjęcia, w czasie których wtłaczał im w mózgi te teorie. W czasie jednego z takich zebrań zapytano go wprost – Skąd przyszedłeś?
Kim właściwie jesteś? W czyim imieniu przemawiasz? Na co Gancwajch odpowiedział – Sam diabeł mnie tu przysłał, ale chcę wam pomóc.
I wysiłki jego nie szły całkowicie na marne. Wielu nawet spośród grona znanych indywidualistów wchłaniało jego wywody. Nawet dr Ringelblum, którego nic nie łączyło z Gancwajchem, poszedł tak daleko, że szukał go na „pogawędkę”, aby zadowolić swą ciekawość. Dzięki interwencji Gancwajcha został zwolniony z więzienia dr Janusz Korczak, sławny pisarz i uczony. Poza tym, chwalił się, że jego wpływom zawdzięczano, iż ulica Sienna i Plac Grzybowski pozostały wewnątrz getta. Urząd Walki z Lichwą i Spekulacją, choć powszechnie był znany pod nazwą 13-ki, miał pewne zaufanie wśród głodujących mas, którym wydawało się, że kupcy bogacą się ich kosztem. W praktyce, jedyną korzyścią było, że kupcy musieli wystrzegać się jeszcze jednego wroga. Zdarzało się, że któryś z agentów Gancwajcha spenetrował, iż jakiś sklep sprzedaje kaszę powyżej wyznaczonej ceny. Kupiec „wypracowywał” łapówkę, która zadowoliłaby urząd, ukrywał 90% kaszy, a resztę sprzedawał po wyznaczonej cenie, nie szczędząc przy tym rozgłosu. I to za niecałe 10 deka kaszy na głowę.
Gancwajch robił niesamowite pieniądze. Brał okup z około stu kamienic na ul. Leszno. Dostawał od Niemców 30 przepustek z getta na aryjską stronę i sprzedawał je po przeraźliwie wysokich cenach. Zorganizował służbę ambulansową, która zwalniała swych pracowników od prac przymusowych i dawała im inne przywileje. Aby zostać członkiem tej służby, otrzymać jej specjalną kartę i nosić czerwoną czapkę, ludzie płacili fortuny.
Z okazji świąt wielkanocnych, Gancwajch dał parę tysięcy złotych na pomoc dla zubożałych pisarzy żydowskich.
Na uroczystość bar mitzvah swego syna przyjmował chlebem i kawą biednych, co, jak mówiono, kosztowało dziesiątki tysięcy złotych.
(...) W międzyczasie, dwaj współpracownicy Gancwajcha – Moryc Kon i Zelig Heller – utworzyli własny „sklepik” po przeciwnej stronie ulicy na Lesznie pod Nr. 14. Specjalizowali się w dostawach jarzyn i uzyskiwali pewne, bardzo korzystne koncesje, łącznie z pozwoleniem na otwarcie targu na ul. Leszno, na handel rybami oraz zorganizowali transport konny w getcie.Wozy te nazywano „konhellerami”, na cześć koncesjonariuszy, ale znane były również jako „wszalnie”.
Kon i Heller robili potworne sumy na przemycie przyjaciół i ich rodzin z Łodzi i Białegostoku do getta warszawskiego, na zwalnianiu więźniów, unieważnianiu spraw cywilnych i rozkazów konfiskaty własności – wszystko to naturalnie, jako „usługi” uzyskiwane od oficjalistów niemieckich. (…).
W czerwcu 1942 roku ukazały się w getcie plakaty „Poszukiwany przez policję” z nazwiskami i fotografiami Gancwajcha i innych jego bandy. Mówiono, że udało im się uciec.” To tyle z relacji Żyda A. Donata.
Według ustnej informacji, trudnej dzisiaj do zweryfikowania, uzyskanej w 1993 r., Gancwajch, Kon i Heller oraz dwóch innych, nieznanych z nazwiska, uciekli z getta a nagromadzone tam pieniądze i złoto, użyli na opłacenie ukrywania się, pod zmienionymi nazwiskami, u jednego chłopa w radomskim. Po wejściu do Polski wojsk sowieckich i przejęciu władzy przez komunistów, zmienili znowu nazwiska. Tym razem na polskobrzmiące. Wstąpili do PPR i znaleźli zatrudnienie w UB (Kon, Heller i dwaj pozostali). Natomiast Gancwajch był oficerem znienawidzonego G.Z. Informacji Wojskowej. Chłop, który ich ukrywał, został potem zastrzelony przez UB jako „bandyta” reakcyjnego podziemia.
Były też inne formy współpracy Żydów z Niemcami. Nie warto by było to przypominać, gdyby skutkiem tego była śmierć zaledwie 1000 czy 2000 ludzi. Jest to jednak sprawa masowego mordu, gdzie zginęło ponad 30 000 (słownie: ponad trzydzieści tysięcy) Żydów, do czego przyczynili się wydatnie sami Żydzi. O tej zbrodni pisze się i mówi, ale na temat okoliczności milczy, zwłaszcza w Polsce i na Ukrainie.
Po zdobyciu Kijowa przez wojska niemieckie, ogłoszono przy końcu września 1941 roku zbiórkę Żydów. W związku z tym wywieszono w mieście i okolicy plakaty z instrukcją:
„Należy zabrać ze sobą papiery identyfikacyjne, pieniądze i rzeczy wartościowe, obok ciepłego ubrania się”. Niemieckie Sonderkomando 4 A , które liczyło na co najwyżej 5000 do 6000 Żydów, którzy się zgłoszą, doznało niecodziennego zaskoczenia, bo stawiło się 33 771 Żydów. W tej sytuacji jednostka 4A zmuszona była do zaangażowania 2 batalionów policji, żeby uporać się z wynikłym, nie z ich „winy”, problemem. Oczywiście, wszyscy, którzy stawili się na życzenie Niemców, zostali w pień wycięci. Mowa tu jest o masakrze w Babim Jarze na Ukrainie. Niewątpliwym jest fakt, że winnymi tej masowej zbrodni są Niemcy, ale dużo winy leży w żydowskiej mentalności i gotowości do współpracy z okupantem niemieckim. Co najmniej 27 tysięcy Żydów nie musiało tam wtedy zginąć. (Zobacz: Antony Beevor, „Stalingrad”, 1998).
W wyniku szeroko zakrojonej kampanii „Judenrein” (oczyszczania państwa niemieckiego z Żydów) dziesiątki tysięcy Żydów znalazło się poza granicami Niemiec. Ogromna ilość została przepędzona do Polski (obóz w Zbąszyniu), ale dużo znalazło się w krajach zachodnich. W Holandii na przykład, w miejscowości Westerbrok zbudowano w 1939 roku obóz dla uchodźców żydowskich. Po zajęciu w kwietniu 1940 roku Holandii przez wojska niemieckie, obóz ten został przekształcony przez okupanta na obóz więzienny. Jednocześnie Niemcy rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję rejestracji Żydów w całym kraju i wysyłania ich do obozu w Westerbrok. Wkrótce nadszedł czas deportacji Żydów holenderskich do obozów zagłady w Sobiborze i Majdanku koło Lublina. Deportacja przebiegała sprawnie, bez najmniejszego oporu, dzięki gorliwej współpracy żydowskich władz obozu, które co tydzień układały skrupulatnie listę 1000 kolejnych Żydów do transportu na Wschód. I tutaj wkład Żydów w zagładę swych współbraci jest też dobrze widoczny. (...) Ciekawe jest, ilu wśród tych nie-niemieckich pomocników, aktywnych w Holocauście, było Żydów? I czy w tej liczbie znajdzie się policja żydowska, żydowskie Gestapo, członkowie żydowskich judenratów i innych żydowskich organów pomocniczych?
Niektórzy historycy, znawcy zagadnienia, wysuwają tezę, że gdyby nie istniała gorliwa współpraca Żydów z Niemcami, szeroko zakrojone współdziałanie i skrupulatne wykonywanie, bez najmniejszego oporu, poleceń i zarządzeń niemieckich władz okupacyjnych, Holocaust przeżyłoby co najmniej 1 milion Żydów.
W świetle powyższych faktów nasuwa się pytanie: Kto ma na sumieniu więcej ofiar żydowskich w wyniku współpracy z Niemcami – Ukraińcy, Łotysze, Litwini, Polacy, czy Żydzi?
(To pytanie skierowane jest do cynicznych oszczerców typu Jana T.Grossa (USA), Aliny Całej z Żydowskiego Inst. Historycznego (Polska) i do głupich, wrzaskliwych Żydów amerykańskich, hochsztaplerów, mających chorobliwe pretensje do reprezentowania Żydów na całym świecie i do odgrywania roli ich jedynych spadkobierców)." "
Parę faktów o "polskich" sądach 107
Parę faktów o "polskich" sądach 107
Kilkanaście lat temu sąd w Gdańsku skazał niewinnego człowieka, też Tomasza K., za zabójstwo dziecka. Też pobity przez Policje się przyznał w śledztwie, a jego niewinność wyszła na jaw gdy prawdziwy sprawca zamordował drugie dziecko. Nikt za zbrodnie nie odpowiedział.
Tomasz Komenda został skazany za gwałt ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwo 15-letniej Małgosi. Napastnicy zostawili dziewczynę żywą, ale ta goła do rana zamarzła. Śledczym udało się znaleźć na miejscu zbrodni dużo śladów, m.in. krew, włosy i nasienie.
Nagie, porzucone na jednej z posesji w Miłoszycach, ciało znaleziono zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym dziewczyna witała Nowy Rok. W 2016 roku, ponad 20 lat po śmierci nastolatki, zatrzymano Ireneusza M. Mężczyzna jest podejrzany o zgwałcenie i zabójstwo dziewczyny.
Na sali sądowej Tomasz Komenda krzyczał z płaczem, że jest niewinny. - Jestem niewinny zarzucanych mi czynów. To nie ja powinienem siedzieć na ławie oskarżonych. Spędziłem w areszcie niesłusznie trzy lata. Proszę o oczyszczenie mnie z tych niesłusznych zarzutów - mówił przed ogłoszeniem wyroku, w październiku 2003 roku, Komenda. Sąd pierwszej instancji skazał go na 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok nie był prawomocny. Stronom przysługiwało odwołanie się od wyroku. W czerwcu 2004 roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu zmienił rozstrzygnięcie. I wymierzył mężczyźnie karę 25 lat więzienia. Kasację, "jako oczywiście bezzasadną", Sąd Najwyższej Kasty oddalił w maju 2005 roku.
Prok. Renata Procyk z Oławy wszczęła śledztwo. Dziś jest szefową tej prokuratury. Potem śledztwo prowadził Marek Janczyński. Dziś prokurator prokuratury okręgowej. Potem działał Stanisław O. później skazany za korupcję. W 2001 prokurator Tomasz Fedyk napisał akt oskarżenia.
Tomaszowi Komendzie alibi dało 12 osób a mimo to w maju 2000 roku został aresztowany. Okazuje się, że Tomasz Komenda tragicznej nocy 31.12/01.01.1997 nawet nie przebywał w Miłoszycach.
W tle sprawy lokalny biznesmen, bandyci - policjanci, pobicia świadków, zmowa milczenia we wsi. Ktoś dużo zaangażował środków by Komendę wrobić, a potem zamknąć sprawę. Sprawców miało być trzech. Jeżeli złapano jednego a Tomasz Komenda jest niewinny, brakuje jeszcze dwóch gwałcicieli - morderców. Żadnego z 12 świadków nie oskarzono o fałszywe zeznania. Mówili prawdę.
O nieprawidłowościach w śledztwie uparcie informowała rodzina zamordowanej 15-latki.
"Co by było, gdyby sąd uniewinnił? To byłaby fala nienawiści w drugą stronę. Sąd działał pod pewną presją" - powiedział w „Wiadomościach” TVP sędzia Jerzy Nowiński z sądu okręgowego we Wrocławiu, który zawiesił Komendzie resztę kary.
Fałszywi biegli którzy przyczynili się do skazania niewinnego Komendy dalej są biegłymi. Nie przedstawiono im zarzutów. Nikt za mordę nie wziął policjantów - bandytów.
Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiada że odpowiedzialni za skazanie niewinnego człowieka mogą teraz ponieść konsekwencje.
Znów potrząsanie szabelką. Przecież SN nie musi wcale Komendy uniewinnić. Kasację, "jako oczywiście bezzasadną" oddali.
I co nam zrobicie ?
Kilkanaście lat temu sąd w Gdańsku skazał niewinnego człowieka, też Tomasza K., za zabójstwo dziecka. Też pobity przez Policje się przyznał w śledztwie, a jego niewinność wyszła na jaw gdy prawdziwy sprawca zamordował drugie dziecko. Nikt za zbrodnie nie odpowiedział.
Tomasz Komenda został skazany za gwałt ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwo 15-letniej Małgosi. Napastnicy zostawili dziewczynę żywą, ale ta goła do rana zamarzła. Śledczym udało się znaleźć na miejscu zbrodni dużo śladów, m.in. krew, włosy i nasienie.
Nagie, porzucone na jednej z posesji w Miłoszycach, ciało znaleziono zaledwie kilkadziesiąt kroków od miejsca, w którym dziewczyna witała Nowy Rok. W 2016 roku, ponad 20 lat po śmierci nastolatki, zatrzymano Ireneusza M. Mężczyzna jest podejrzany o zgwałcenie i zabójstwo dziewczyny.
Na sali sądowej Tomasz Komenda krzyczał z płaczem, że jest niewinny. - Jestem niewinny zarzucanych mi czynów. To nie ja powinienem siedzieć na ławie oskarżonych. Spędziłem w areszcie niesłusznie trzy lata. Proszę o oczyszczenie mnie z tych niesłusznych zarzutów - mówił przed ogłoszeniem wyroku, w październiku 2003 roku, Komenda. Sąd pierwszej instancji skazał go na 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok nie był prawomocny. Stronom przysługiwało odwołanie się od wyroku. W czerwcu 2004 roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu zmienił rozstrzygnięcie. I wymierzył mężczyźnie karę 25 lat więzienia. Kasację, "jako oczywiście bezzasadną", Sąd Najwyższej Kasty oddalił w maju 2005 roku.
Prok. Renata Procyk z Oławy wszczęła śledztwo. Dziś jest szefową tej prokuratury. Potem śledztwo prowadził Marek Janczyński. Dziś prokurator prokuratury okręgowej. Potem działał Stanisław O. później skazany za korupcję. W 2001 prokurator Tomasz Fedyk napisał akt oskarżenia.
Tomaszowi Komendzie alibi dało 12 osób a mimo to w maju 2000 roku został aresztowany. Okazuje się, że Tomasz Komenda tragicznej nocy 31.12/01.01.1997 nawet nie przebywał w Miłoszycach.
W tle sprawy lokalny biznesmen, bandyci - policjanci, pobicia świadków, zmowa milczenia we wsi. Ktoś dużo zaangażował środków by Komendę wrobić, a potem zamknąć sprawę. Sprawców miało być trzech. Jeżeli złapano jednego a Tomasz Komenda jest niewinny, brakuje jeszcze dwóch gwałcicieli - morderców. Żadnego z 12 świadków nie oskarzono o fałszywe zeznania. Mówili prawdę.
O nieprawidłowościach w śledztwie uparcie informowała rodzina zamordowanej 15-latki.
"Co by było, gdyby sąd uniewinnił? To byłaby fala nienawiści w drugą stronę. Sąd działał pod pewną presją" - powiedział w „Wiadomościach” TVP sędzia Jerzy Nowiński z sądu okręgowego we Wrocławiu, który zawiesił Komendzie resztę kary.
Fałszywi biegli którzy przyczynili się do skazania niewinnego Komendy dalej są biegłymi. Nie przedstawiono im zarzutów. Nikt za mordę nie wziął policjantów - bandytów.
Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiada że odpowiedzialni za skazanie niewinnego człowieka mogą teraz ponieść konsekwencje.
Znów potrząsanie szabelką. Przecież SN nie musi wcale Komendy uniewinnić. Kasację, "jako oczywiście bezzasadną" oddali.
I co nam zrobicie ?
środa, 14 marca 2018
Parę faktów o "polskich" sądach 106
Parę faktów o "polskich" sądach 106
Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości co do tego czy Tuskowa prokuratura była groźnym związkiem przestępczym powinien obejrzeć dzisiejsze posiedzenie komisji sejmowej d/s afery Amber Gold. Wreszcie się wyjaśniło kto blokował postępowanie przeciwko Amber Gold.
Komisja przesłuchała dzisiaj Ryszarda Paszkiewicza, byłego Zastępcę Prokuratora Okręgowego w Gdańsku. Nic nie wie, nic nie pamięta. Jest oburzony, że posłowie zadają szczegółowe pytania. Kiedy afera stała się dla Paszkiewicza niebezpieczna uciekł na emeryturę. W jakim trybie otrzymał emeryturę nie wiadomo !
Takiego skandalu na komisji jeszcze nie było. Gnojek nie odpowiada na pytania i sam zadaje komisji pytania. Jest bezczelny i agresywny. Lży komisję, kpi z jej członków, kłamie i oszukuje. Kryje nieznane osoby należące do Układu Trójmiejskiego. Paszkiewicz uważa, że nie ma żadnej afery Amber Gold ! Nie pamięta czy Marcin. P był prezesem Amber Gold.
Ryszard Paszkiewicz jest synem Sylwestra Paszkiewicza pułkownika SB, zastępcy komendanta ds. SB Komendy Wojewódzkiej MO w Gdańsku w latach 1975-1983 i zastępca szefa ds. SB Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (WUSW) w Gdańsku 1983-1989, zastępca dyrektora Departamentu V MSW w 1989. W 1990 roku Ryszard Paszkiewicz trafił to pracy w prokuraturze wprost z MSW. Ojciec Paszkiewicza w nocy 13 grudnia 1981, gdy wprowadzano stan wojenny, kierował wielką operacją w Grand Hotelu w Sopocie, gdzie zatrzymano kilkudziesięciu działaczy „Solidarności”, m.in. Jacka Kuronia, Jana Rulewskiego, Tadeusza Mazowieckiego i Karola Modzelewskiego. Sam Ryszard Paszkiewicz ukończył szkołę podchorążych i służył ( prawdopodobnie po protekcji ojca ) w MSW !
Jak przyjęto go do prokuratury nie wiadomo.
Gnojek czuje się bardzo pewnie. Tatuś - pułkownik SB wie wiele o Wałęsie , Lisie, Borusewiczu... Rodzina w prokuraturze. Powiązania z ministrem - kretem Januszem Kaczmarkiem. Tatuś pewnie krótko za mordę trzymał zwerbowaną agenturę, dzisiejszych prominentów układu !
Pan prokurator wrzucił dziś granat do szamba mówiąc -nie opłacało się ścigać. Byłem pewny że nie będę zeznawał przed Komisją śledczą.
To podłe ubeckie bydle, ta menda, prokurator R. Paszkiewicz chciał ścigania Cenckiewicz i Gontarczyka za prawdziwe informacje w książce o Wałęsie. Odpowiada też za niesłuszne aresztowanie (2 lata) Piotra Zaleskiego, prezesa firmy Conti
Zniszczył firmę, nie poniósł konsekwencji. Prokuratorem w 2012 roku zajął się dziennikarz "Rz" wspólnie z dziennikarzami Polsatu. Efektem był cykl artykułów i 2 programy.
http://www.rp.pl/artykul/863054-Prokuratorzy-jak-swiete-krowy.html
"Prokuratorzy jak święte krowy
Gdański prokurator zniszczył firmę i zrujnował życie jej właściciela. Nie poniósł żadnych konsekwencji
Przewlekłe areszty wydobywcze to wciąż podstawowe narzędzie wielu prokuratorów w śledztwach przeciw przedsiębiorcom. Za takie działania nie grozą im konsekwencje. Przekonał się o tym Piotr Zaleski.
Jego dramatem i walką o sprawiedliwość zajęli się dziennikarze „Rz" i Polsatu z programu „Państwo w państwie".
Za dobrze pracował
Piotr Zaleski był właścicielem kantoru Conti. We wrześniu 1995 r. do jego firmy na polecenie prokuratury wpadła brygada antyterrorystyczna. Prokurator Roman Paszkiewicz postawił mu i jego wspólnikowi Amilkarowi Nowakowi zarzut prania brudnych pieniędzy. Powodem był fakt, że obroty jego kantoru kilkakrotnie przekraczały te u konkurencyjnych firm. Paszkiewicz uznał to za dowód, iż współpracują z mafią. Prokuratura zabezpieczyła też pieniądze znalezione w jego kantorze – równowartość ok. 3 mln zł. W efekcie firma nie miała z czego spłacić zobowiązań. Sam Zaleski na 157 dni trafił do Aresztu Śledczego w Braniewie. Proces Zaleskiego zaczął się w 2001 roku. W 2004 r. Zaleski był oczyszczony z zarzutów. – Został prawomocnie uniewinniony od zarzutu prania brudnych pieniędzy. Natomiast w zakresie zarzutu tzw. oszustw podatkowych, za które został skazany w I instancji, postępowanie sądowe ostatecznie zostało zakończone umorzeniem wobec przedawnienia karalności czynu – mówi „Rz" prokurator Grażyna Wawryniuk, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Kiedy sąd zdecydował o oddaniu Zaleskiemu pieniędzy znajdujących się w depozycie, okazało się, że ukradziono z nich 750 tys. zł. W lipcu 2011 r. gdański Sąd Rejonowy uznał, że brakująca kwota musi zostać zwrócona. Do tej pory nie dostał nawet złotówki. Walczył też o odszkodowanie z tytułu utraconych dochodów. Wycenił je na 5 mln zł. Ostatecznie 7 października 2011 r. Sąd Najwyższy uznał, że roszczenie uległo przedawnieniu, bo powinno zostać złożone zaraz po zajęciu środków przez prokuraturę. – Odwołuję się teraz do Strasburga – mówi „Rz" Zaleski. Przedsiębiorcy przyznano jedynie 75 tys. złotych odszkodowania za niesłuszny areszt. Zaleski chciał, by koszty wyrządzonej mu krzywdy pokrył nie podatnik, ale prokuratura. A także, by przeprosiła w gazetach. Sąd w maju 2010 r. wniosek oddalił, uznając, że „działania prokuratury były w ramach przepisów prawa i procedur". To kuriozalne orzeczenie. Wcześniej w 2006 r. Sąd Najwyższy uznał bowiem, że: „postawione przez prokuraturę zarzuty nigdy nie miały uzasadnienia w prawie". – Ani ja, ani moja rodzina nigdy nie usłyszeliśmy nawet słowa przeprosin – mówi Zaleski. Tymczasem, jak ustaliła „Rz", prokuratura chciała zablokować nawet wypłatę odszkodowania za niesłuszny areszt. W 2009 r. Prokuratura Okręgowa we Włocławku badała, czy są podstawy do wszczęcia tzw. postępowania regresowego, czyli o zwrot przyznanego odszkodowania. Ostatecznie prokuratorzy musieli przyznać, że brakowało podstaw do wytoczenia takiego powództwa.
Potrzebny wilczy bilet
Za zniszczenie firmy, zrujnowanie życia przedsiębiorcy prokurator Roman Paszkiewicz nigdy nie poniósł odpowiedzialności. Według prokurator Wawryniuk przełożony Paszkiewicza nie miał podstaw do wszczęcia wobec niego postępowania dyscyplinarnego. Bo jeszcze zanim skończył się proces, nastąpiło przedawnienie karalności ewentualnego deliktu dyscyplinarnego. Prokurator Paszkiewicz nie musi obawiać się też obciążenia spłatą kwoty, którą Skarb Państwa zapłacił za niesłuszny areszt. Prokuratorzy nie podlegają bowiem pod ustawę o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa. – Osoby, które podejmują takie działania, powinny dostać dożywotni wilczy bilet z pracy w prokuraturze – ocenia Lech Jeziorny, ekspert Centrum im. Adama Smitha. – Dopóki nie będzie efektywnej kontroli nad pracą prokuratorów, takie sytuacje będą się zdarzać – dodaje. Paszkiewicz do winy się nie poczuwa. – Uważam, że pan Zaleski dopuścił się przestępstwa uszczuplenia podatkowego, a w moim przekonaniu również przestępstwa prania brudnych pieniędzy. Niestety, nie udało mu się tego udowodnić – powiedział dziennikarzom Polsatu. "
Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości co do tego czy Tuskowa prokuratura była groźnym związkiem przestępczym powinien obejrzeć dzisiejsze posiedzenie komisji sejmowej d/s afery Amber Gold. Wreszcie się wyjaśniło kto blokował postępowanie przeciwko Amber Gold.
Komisja przesłuchała dzisiaj Ryszarda Paszkiewicza, byłego Zastępcę Prokuratora Okręgowego w Gdańsku. Nic nie wie, nic nie pamięta. Jest oburzony, że posłowie zadają szczegółowe pytania. Kiedy afera stała się dla Paszkiewicza niebezpieczna uciekł na emeryturę. W jakim trybie otrzymał emeryturę nie wiadomo !
Takiego skandalu na komisji jeszcze nie było. Gnojek nie odpowiada na pytania i sam zadaje komisji pytania. Jest bezczelny i agresywny. Lży komisję, kpi z jej członków, kłamie i oszukuje. Kryje nieznane osoby należące do Układu Trójmiejskiego. Paszkiewicz uważa, że nie ma żadnej afery Amber Gold ! Nie pamięta czy Marcin. P był prezesem Amber Gold.
Ryszard Paszkiewicz jest synem Sylwestra Paszkiewicza pułkownika SB, zastępcy komendanta ds. SB Komendy Wojewódzkiej MO w Gdańsku w latach 1975-1983 i zastępca szefa ds. SB Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (WUSW) w Gdańsku 1983-1989, zastępca dyrektora Departamentu V MSW w 1989. W 1990 roku Ryszard Paszkiewicz trafił to pracy w prokuraturze wprost z MSW. Ojciec Paszkiewicza w nocy 13 grudnia 1981, gdy wprowadzano stan wojenny, kierował wielką operacją w Grand Hotelu w Sopocie, gdzie zatrzymano kilkudziesięciu działaczy „Solidarności”, m.in. Jacka Kuronia, Jana Rulewskiego, Tadeusza Mazowieckiego i Karola Modzelewskiego. Sam Ryszard Paszkiewicz ukończył szkołę podchorążych i służył ( prawdopodobnie po protekcji ojca ) w MSW !
Jak przyjęto go do prokuratury nie wiadomo.
Gnojek czuje się bardzo pewnie. Tatuś - pułkownik SB wie wiele o Wałęsie , Lisie, Borusewiczu... Rodzina w prokuraturze. Powiązania z ministrem - kretem Januszem Kaczmarkiem. Tatuś pewnie krótko za mordę trzymał zwerbowaną agenturę, dzisiejszych prominentów układu !
Pan prokurator wrzucił dziś granat do szamba mówiąc -nie opłacało się ścigać. Byłem pewny że nie będę zeznawał przed Komisją śledczą.
To podłe ubeckie bydle, ta menda, prokurator R. Paszkiewicz chciał ścigania Cenckiewicz i Gontarczyka za prawdziwe informacje w książce o Wałęsie. Odpowiada też za niesłuszne aresztowanie (2 lata) Piotra Zaleskiego, prezesa firmy Conti
Zniszczył firmę, nie poniósł konsekwencji. Prokuratorem w 2012 roku zajął się dziennikarz "Rz" wspólnie z dziennikarzami Polsatu. Efektem był cykl artykułów i 2 programy.
http://www.rp.pl/artykul/863054-Prokuratorzy-jak-swiete-krowy.html
"Prokuratorzy jak święte krowy
Gdański prokurator zniszczył firmę i zrujnował życie jej właściciela. Nie poniósł żadnych konsekwencji
Przewlekłe areszty wydobywcze to wciąż podstawowe narzędzie wielu prokuratorów w śledztwach przeciw przedsiębiorcom. Za takie działania nie grozą im konsekwencje. Przekonał się o tym Piotr Zaleski.
Jego dramatem i walką o sprawiedliwość zajęli się dziennikarze „Rz" i Polsatu z programu „Państwo w państwie".
Za dobrze pracował
Piotr Zaleski był właścicielem kantoru Conti. We wrześniu 1995 r. do jego firmy na polecenie prokuratury wpadła brygada antyterrorystyczna. Prokurator Roman Paszkiewicz postawił mu i jego wspólnikowi Amilkarowi Nowakowi zarzut prania brudnych pieniędzy. Powodem był fakt, że obroty jego kantoru kilkakrotnie przekraczały te u konkurencyjnych firm. Paszkiewicz uznał to za dowód, iż współpracują z mafią. Prokuratura zabezpieczyła też pieniądze znalezione w jego kantorze – równowartość ok. 3 mln zł. W efekcie firma nie miała z czego spłacić zobowiązań. Sam Zaleski na 157 dni trafił do Aresztu Śledczego w Braniewie. Proces Zaleskiego zaczął się w 2001 roku. W 2004 r. Zaleski był oczyszczony z zarzutów. – Został prawomocnie uniewinniony od zarzutu prania brudnych pieniędzy. Natomiast w zakresie zarzutu tzw. oszustw podatkowych, za które został skazany w I instancji, postępowanie sądowe ostatecznie zostało zakończone umorzeniem wobec przedawnienia karalności czynu – mówi „Rz" prokurator Grażyna Wawryniuk, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Kiedy sąd zdecydował o oddaniu Zaleskiemu pieniędzy znajdujących się w depozycie, okazało się, że ukradziono z nich 750 tys. zł. W lipcu 2011 r. gdański Sąd Rejonowy uznał, że brakująca kwota musi zostać zwrócona. Do tej pory nie dostał nawet złotówki. Walczył też o odszkodowanie z tytułu utraconych dochodów. Wycenił je na 5 mln zł. Ostatecznie 7 października 2011 r. Sąd Najwyższy uznał, że roszczenie uległo przedawnieniu, bo powinno zostać złożone zaraz po zajęciu środków przez prokuraturę. – Odwołuję się teraz do Strasburga – mówi „Rz" Zaleski. Przedsiębiorcy przyznano jedynie 75 tys. złotych odszkodowania za niesłuszny areszt. Zaleski chciał, by koszty wyrządzonej mu krzywdy pokrył nie podatnik, ale prokuratura. A także, by przeprosiła w gazetach. Sąd w maju 2010 r. wniosek oddalił, uznając, że „działania prokuratury były w ramach przepisów prawa i procedur". To kuriozalne orzeczenie. Wcześniej w 2006 r. Sąd Najwyższy uznał bowiem, że: „postawione przez prokuraturę zarzuty nigdy nie miały uzasadnienia w prawie". – Ani ja, ani moja rodzina nigdy nie usłyszeliśmy nawet słowa przeprosin – mówi Zaleski. Tymczasem, jak ustaliła „Rz", prokuratura chciała zablokować nawet wypłatę odszkodowania za niesłuszny areszt. W 2009 r. Prokuratura Okręgowa we Włocławku badała, czy są podstawy do wszczęcia tzw. postępowania regresowego, czyli o zwrot przyznanego odszkodowania. Ostatecznie prokuratorzy musieli przyznać, że brakowało podstaw do wytoczenia takiego powództwa.
Potrzebny wilczy bilet
Za zniszczenie firmy, zrujnowanie życia przedsiębiorcy prokurator Roman Paszkiewicz nigdy nie poniósł odpowiedzialności. Według prokurator Wawryniuk przełożony Paszkiewicza nie miał podstaw do wszczęcia wobec niego postępowania dyscyplinarnego. Bo jeszcze zanim skończył się proces, nastąpiło przedawnienie karalności ewentualnego deliktu dyscyplinarnego. Prokurator Paszkiewicz nie musi obawiać się też obciążenia spłatą kwoty, którą Skarb Państwa zapłacił za niesłuszny areszt. Prokuratorzy nie podlegają bowiem pod ustawę o odpowiedzialności majątkowej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa. – Osoby, które podejmują takie działania, powinny dostać dożywotni wilczy bilet z pracy w prokuraturze – ocenia Lech Jeziorny, ekspert Centrum im. Adama Smitha. – Dopóki nie będzie efektywnej kontroli nad pracą prokuratorów, takie sytuacje będą się zdarzać – dodaje. Paszkiewicz do winy się nie poczuwa. – Uważam, że pan Zaleski dopuścił się przestępstwa uszczuplenia podatkowego, a w moim przekonaniu również przestępstwa prania brudnych pieniędzy. Niestety, nie udało mu się tego udowodnić – powiedział dziennikarzom Polsatu. "
wtorek, 13 marca 2018
Ceny dla "podludzi"
Ceny dla "podludzi"
Porównanie cen produktów w drogeriach Rossmann w Polsce i w Niemczech wykonane przez instytut badawczy ABR SESTA.
Na 28 tys. produktów zaledwie 366 występuje w obu krajach. Z tej grupy aż za 245 (67 proc.) Polacy muszą zapłacić więcej niż Niemcy. Odwrotna sytuacja ma miejsce w przypadku 121 z nich (33 proc.).
Płacimy więcej od Niemców mimo, że zarabiamy od nich znacznie mniej. W dodatku często na gorszych rynkach są to produkty gorszej jakości.
"Największa różnica w cenach porównanych towarów występujących w obu krajach, dotyczyła maseczki do skóry odwodnionej, Garnier, Skin Active 8 ml. W Niemczech ten sam artykuł kosztował równowartość 2,50 zł, a w Polsce – 5,99 zł.
Inny przykład to napój sojowy EnerBiO 1 l - w Polsce to koszt 8,99 zł, a w Niemczech – w przeliczeniu 4,12 zł. Nad Wisłą droższe artykuły należą do kategorii Makijaż oczu. Wśród nich eyeliner L'Oréal Paris, Super Liner, Black Lacquer. U nas ten produkt kosztował 49,99 zł, a w Niemczech – równowartość 23,13 zł. Polki wydają też więcej na kosmetyki z grupy Makijaż ust. I tak szminka matowa L'Oréal Paris, Color Riche Matte, nr 430, 5 g miała tutaj cenę 64,99 zł, a tam – odpowiednik 33,11 zł"
Towary spożywcze sprzedawane pod tą samą marką w Europie i w Polsce potrafią mieć zupełnie inny skład. Podobnie jest ze sprzętem elektronicznym.
Skandalicznymi dyskryminacyjnymi praktykami miała się zająć Komisja Europejska ale na razie brak jest rezultatów jej aktywności.
Mieszkańcy Europy Wschodniej są klientami „gorszego sortu”.
Paluszki rybne Tesco dla Brytyjczyków zawierają 65 % mięsa dorsza. Wersja dla Polaków jedynie 50% mielonego mięsa ryb białych. Paluszki w Polskich sklepach są droższe o 61 groszy. Ketchup sprzedawany w Carrefour we Francuskiej wersji zawiera 66 % przecieru pomidorowego, w Polskiej już niecałe 18% . Tak samo jest ze wszystkimi produktami.
Niemal 80 proc. internautów, którzy zagłosowali w sondzie Wirtualnej Polski, nie miało żadnych wątpliwości – towary sprzedawane w Polsce są gorszej jakości niż te oferowane na Zachodzie.
https://finanse.wp.pl/internauci-nie-mieli-watpliwosci-do-polski-trafiaja-produkty-gorszej-jakosci-6168322415294593a
Porównanie cen produktów w drogeriach Rossmann w Polsce i w Niemczech wykonane przez instytut badawczy ABR SESTA.
Na 28 tys. produktów zaledwie 366 występuje w obu krajach. Z tej grupy aż za 245 (67 proc.) Polacy muszą zapłacić więcej niż Niemcy. Odwrotna sytuacja ma miejsce w przypadku 121 z nich (33 proc.).
Płacimy więcej od Niemców mimo, że zarabiamy od nich znacznie mniej. W dodatku często na gorszych rynkach są to produkty gorszej jakości.
"Największa różnica w cenach porównanych towarów występujących w obu krajach, dotyczyła maseczki do skóry odwodnionej, Garnier, Skin Active 8 ml. W Niemczech ten sam artykuł kosztował równowartość 2,50 zł, a w Polsce – 5,99 zł.
Inny przykład to napój sojowy EnerBiO 1 l - w Polsce to koszt 8,99 zł, a w Niemczech – w przeliczeniu 4,12 zł. Nad Wisłą droższe artykuły należą do kategorii Makijaż oczu. Wśród nich eyeliner L'Oréal Paris, Super Liner, Black Lacquer. U nas ten produkt kosztował 49,99 zł, a w Niemczech – równowartość 23,13 zł. Polki wydają też więcej na kosmetyki z grupy Makijaż ust. I tak szminka matowa L'Oréal Paris, Color Riche Matte, nr 430, 5 g miała tutaj cenę 64,99 zł, a tam – odpowiednik 33,11 zł"
Towary spożywcze sprzedawane pod tą samą marką w Europie i w Polsce potrafią mieć zupełnie inny skład. Podobnie jest ze sprzętem elektronicznym.
Skandalicznymi dyskryminacyjnymi praktykami miała się zająć Komisja Europejska ale na razie brak jest rezultatów jej aktywności.
Mieszkańcy Europy Wschodniej są klientami „gorszego sortu”.
Paluszki rybne Tesco dla Brytyjczyków zawierają 65 % mięsa dorsza. Wersja dla Polaków jedynie 50% mielonego mięsa ryb białych. Paluszki w Polskich sklepach są droższe o 61 groszy. Ketchup sprzedawany w Carrefour we Francuskiej wersji zawiera 66 % przecieru pomidorowego, w Polskiej już niecałe 18% . Tak samo jest ze wszystkimi produktami.
Niemal 80 proc. internautów, którzy zagłosowali w sondzie Wirtualnej Polski, nie miało żadnych wątpliwości – towary sprzedawane w Polsce są gorszej jakości niż te oferowane na Zachodzie.
https://finanse.wp.pl/internauci-nie-mieli-watpliwosci-do-polski-trafiaja-produkty-gorszej-jakosci-6168322415294593a
Subskrybuj:
Posty (Atom)


