wtorek, 1 grudnia 2020

Szlachetczyzna

 Szlachetczyzna
 Długa fala historyczna jest jednocześnie recydywą społeczeństw nie wyciągających żadnych nauk z tragicznych doświadczeń przeszłości i popełniających elitarnie - zbiorowo wciąż tą samą zbrodnie. I szlachecką RP do nędzy, rozkładu i upadku doprowadziła pasożytnicza szlachta wsparta kościołem kat i Żydami.
W II RP pasożytnicza szlachta licznie odrodziła się w wojsku korumpowanym i niszczonym przez agenta Piłsudskiego oraz jego obslizgłych kompanów na licznych luksusowych synekuralnych posadach urzędniczych. Polska zapłaciła za to straszliwą cenę ponosząc największą katastrofę w swojej historii.  

Zarząd Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia zaplanował zbycie majątku ( czyli gruntów ) w Świnoujściu. Wszyscy pracownicy dostali propozycję ( to tylko blef ) dojeżdżania do zakładu w Szczecinie. Ze Świnoujścia codziennie w dwie strony to ponad 220 km dojazdów. Pracownicy stoczni otrzymali już wypowiedzenia. Sejmowa komisja gospodarki morskiej apeluje do ministra o wstrzymanie procedury zwolnień grupowych w przedsiębiorstwie oraz decyzji o zbyciu części zakładu znajdującej się w Świnoujściu
Decyzją sądu stocznia Poltramp Yard S.A. także jest w upadłości. Jeszcze w 2016 roku o tej świnoujskiej stoczni pisano z uznaniem że odniesie wielkie sukcesy.
Krzysztof Zaremba (na zdjęciu ) to prezes właśnie upadłej stoczni w Świnoujściu. Z wykształcenia (?) jest byłym posłem PIS i politologiem. Zdjęcie jest z 2019 roku bo poprzednio Zaremba był dużo mizerniejszy. Krawat źle związany, za mała koszula nie zapięta. Strasznie się upasł bo raczej nie jest to opuchlizna głodowa. Może zżarł stocznie z ketchupem i kumplami ? Rzekomo PIS-owski zarząd wyprowadzał  tam na siebie po 600 tysięcy miesięcznie. Możliwe że Partia-Matka nakazała swoim złodziejom aby wypełniali cały ekran telewizora w formacie 16:9 i stąd taka chorobliwa otyłość wielu funkcjonariuszy PIS i wcześniejszych z innych ugrupowań mafii politycznej.
"Magdalenka" rączką rączkę myje. Nie ważne kto rządzi z mafii politycznej. To tylko przedstawienie  dla gawiedzi. "Oni" są nietykalni, chyba, że lud ich na latarniach powiesi, zatłucze, zakłuje  lub spali.

Zbędni poloniści, historycy, politolodzy, absolwenci AWF i KUL... stanowili już ogromne nieszczęście w II RP i III RP kroczy jej drogą. Byli i są zupełnie niepotrzebni i szkodliwi w gospodarce i oczekują zatrudnienia na synekurach za duże pieniądze po zbędnych urzędach.
Części sanacyjnych urzędników - przestępców dosięgnęła ich Karma.
Dezertera, pupila, zdrajce, malwersanta... Piłsdsudskiego "marszałka " Rydza Śmigłego Armia Krajowa słusznie skazała na śmierć:
"Dość powiedzieć, że data jego śmierci – 2 grudnia 1941 r. – jest mistyfikacją. 6 grudnia odbył się pogrzeb na Powązkach, jednak w kwaterze 139 pochowano anonimowego pacjenta ze Szpitala Ujazdowskiego. Rydz-Śmigły zmarł pół roku później. Wyroku na marszałku nie wykonano: jako rozwiązanie zaproponowano mu samobójstwo lub wyjazd z kraju. Odmówił, więc skazano go na niebyt. Po aresztowaniu przez AK w końcu listopada 1941 r. trzymano go w ukryciu w nieludzkich warunkach, w których odnowiła się gruźlica płuc z wczesnej młodości. Ciężko chory trafił wreszcie do sanatorium miejskiego w Otwocku i tam zmarł 3 sierpnia 1942 r."
Pretensja Stalina do Bieruta dlaczego jeszcze nie rozliczył przedwojennych faszystów była w 100% słuszna !
 
http://retropress.pl/wiadomosci-polskie/szlachetczyzna/
"Szlachetczyzna
I. W przeżywaniu najstraszliwszej ze straszliwych klęsk zatrzymujemy się nieustannie na osobach sprawców, winowajców. Analizujemy rozmiary ich winy, ich zbrodniczej lekkomyślności, ich bezgranicznej głupoty. Domagamy się sprawiedliwej kary, któraby była odpowiednikiem winy. I tak reagować musimy. Wina jest oczywista, winowajcy są znani, kara musi być przykładna.

Ale osoby nie powinny nam przesłaniać tego co leżało niejako u podstaw ich działań, co ciążyło nad całą rzeczywistością polską i kładło swe tragiczne piętno na wszelkich jej dziedzinach. Albowiem nasze życie kulturalne, społeczne, polityczne, ba – nawet gospodarcze, było przesiąknięte elementami tej właściwości, która da się określić jako szlachetczyzna. Jej doskonałem wcieleniem był obóz, który rządził Polską, reprezentując ją w sposób najbardziej wszechstronny i całkowity. Istniała ona jednak i poza nim, tworząc swoisty klimat rzeczywistości polskiej.

Można od różnych stron charakteryzować szlachetczyznę, można podnosić różne jej składniki. Więc myślenie kategorjami zaścianka, więc parafjańszczyzna, nieudolność w stawianiu ogólniejszych zagadnień. Łączyła się z tem specyficzna mętność, tak niezwykle daleka od prostoty i precyzji francuskiego myślenia. Więc dalej skłonność do zabawowego traktowania rzeczywistości, do poważnego odnoszenia się do rzeczy objektywnie błahych a niepoważnego do rzeczy objektywnie istotnych. Można przytaczać niezliczone przykłady takiego odwracania hierarchji wartości, takiego sprowadzania spraw kultury, polityki i gospodarki do poziomu rzeczy uciesznych, zabawnych. Więc owa tromtadracja, brawurowość, megalomanja, z reguły związane z brakiem poczucia rzeczywistości. Długo jeszcze możnaby ciągnąć wyliczanie tych cech, które dadzą się odnieść do szlachetczyzny. Wszystkie one są pokrewne, wszystkie one warunkują się nawzajem, są ze sobą najściślej powiązane. W rozważaniach tych jednak będzie nam chodziło o to co stanowi niejako substrat szlachetczyzny, co wyznacza jej profil kulturalno-społeczny.

Szlachetczyzna jest bowiem wykładnikiem określonej struktury społecznej i kulturalnej. Dla tej struktury istotny jest jaskrawy podział całej rzeczywistości na dwa odrębne kręgi, na dwa odrębne światy – pański i chamski, oraz patronacki stosunek pierwszego do drugiego. Ta cecha strukturalna była spadkiem po dawnej Polsce szlacheckiej. Przetrwała ona okres niewoli, weszła do Polski niepodległej. W niej jednak doszła do swego stanu schyłkowego, do swego rozpadu. I ten proces wewnętrznego rozkładu szlachetczyzny w Polsce niepodległej był bodaj najważniejszem zjawiskiem jej dziejów. Był też zarazem i zjawiskiem niezwykle dramatycznem. Albowiem właśnie w Polsce niepodległej szlachetczyzna starała się stoczyć ostatnią rozpaczliwą walkę o swój byt, o kształt swojej rzeczywistości. W walce tej, która musiała być przegrana, szlachetczyzna poświęciła samo państwo, sprawę jego ochrony.

Lata niepodległości były okresem zmierzchu dawnej warstwy szlachty ziemiańskiej. Zaczął się on jeszcze w drugiej połowie w. XIX, lecz dopiero w ostatnich latach kilkunastu stał się faktem oczywistym. Warstwa szlachecka kończyła swą rolę gospodarczą, kończyła rolę kulturalną, schodziła z widowni politycznej. W miarę uprzemysławiania się Polski, centrum życia, nie tylko gospodarczego, przenosiło się do miast. Proces parcelacyjny kurczył stan posiadania wielkiej własności, która mogła się zdobyć jedynie na stanowisko obronne. A jej polityczna pozycja była również obronna. Wielka własność musiała zrezygnować z roli samodzielnego, niezależnego czynnika politycznego. Działała zza kulis, wpływami, stosunkami. Była to droga przez Nieśwież, przez udział w B. B. W. R. i w „Ozonie”. Wpływ jej tu był duży, ale pozbawiony jakiejś koncepcji ogólniejszej, nie twórczy, bardziej wpływ satelity niż czynnika pierwszoplanowego. I szerokie masy społeczne wyczuwały dobrze, że nie jest to przeciwnik, którego trzeba się obawiać. W świadomości nawet mas chłopskich kartele i lewjatany zaznaczały się jako źródło niebezpieczeństwa bez porównania silniej, niż hrabiowie i żubry kresowe. Szlachta ziemiańska żyła już tylko resztkami swych tradycyj politycznych.

Ten schyłek miał swoje konsekwencje w życiu ogólnokulturalnem. Warstwa ziemiańska przestała być przedmiotem powszechnych zainteresowań, przestała być źródłem, z którego inne środowiska brały dla siebie wzory osobowe. Jest rzeczą zastanawiającą, jak tematyka powieści polskiej lat ostatnich mało sięgała do życia ziemiańsko-szlacheckiego. A przecież sprawy tego środowiska tak długo i tak dobitnie decydowały o tematach powieści polskiej. Szeroką masę czytelniczą sprawy te przestały obchodzić. Co najwyżej odnosiła się do nich jako do kategorji historycznej. Rzecz znamienna, że najwybitniejsza powieść polska lat ostatnich, zajmująca się szlachtą, – powieść Dąbrowskiej, – ma właściwie charakter powieści historycznej i jej istotnem zagadnieniem społecznem jest właśnie zmierzch szlachty jako warstwy. Jeszcze bardziej znamienna była literatura minorum gentium, najbardziej świadcząca o gustach szerokiej publiczności. Za jej pośrednictwem rozchodzą się wzory osobowe, z niej są one czerpane przez szerokie masy. Bodaj że Mniszkówna była ostatnią dostarczycielką wzorów arystokratycznych na użytek ludzi maluczkich. Jej następcy sięgali już do innych środowisk i rozpowszechniali inne wzory.

Jednakże zmierzch szlachty ziemiańskiej, zmierzch arystokracji, nie oznaczał zmierzchu szlachetczyzny. Szlachetczyzna okazała się o wiele żywotniejsza niż środowisko, z którem pierwotnie była tak integralnie związana. Jej tradycje zostały i zeszły na nowych ludzi, którzy stali się kontynuatorami dawnych nastawień. Nie zniknął bowiem pewien zasadniczy kształt życia polskiego, który wytworzył się w epoce warunków pańszczyzniano-feudalnych i zachował swą żywotność nawet wtedy, gdy formalnie rzecz biorąc, warunki te zniknęły.
II

O obliczu społecznem i kulturalnem kraju rolniczego decyduje wieś albo przedewszystkiem wieś. Wieś polska była uwsteczniona w swym rozwoju społecznym. Na znacznym obszarze Polski w dawnym zaborze rosyjskim uwłaszczenie chłopów i likwidacja pańszczyzny nastąpiły dopiero w latach 1861 i 1864. W Galicji pańszczyznę obaliła „wiosna ludów”. Jedynie w zaborze pruskim proces prawnej i gospodarczej emancypacji chłopów zaczął się wcześniej, ale był długotrwały, stopniowy, niezdecydowany. Jeszcze w połowie w. XIX gospodarka pańszczyźniana kwitła na dużej części ziem polskich.

Ale uwłaszczenie, zniesienie pańszczyzny i poddaństwa nie oznaczały jeszcze faktycznej emancypacji chłopa polskiego. Kładły one dopiero podstawę pod nią. Tradycje pańszczyźniane, pozostałości psychiczne, obyczajowe, dawnego ładu przetrwały długo, bardzo długo. I to po obu stronach – pańskiej i chłopskiej. Pan widział rzeczywistość tak jak ukształtowała się ona w ciągu wieków gospodarki folwarczno-ekonomowej; chłop niełatwo uwalniał się od duszy pańszczyźnianej. Nawet w Galicji, gdzie proces rzeczywistej emancypacji chłopa zaczął się wcześniej i ujawnił się bardzo silnie, nawet tam na miejscu była skarga Jakóba Bojki na dwie dusze, które są w chłopie: jedna – godna, wolna, druga -poddańcza, pańszczyźniana. Wystarczy przeczytać ze wspomnień Jakóba Wojciechowskiego część dotyczącą jego młodości, by uświadomić sobie, jak dalece w końcu w. XIX panowała na wsi poznańskiej atmosfera poddaństwa i pańszczyzny. Przecież aż do początku w. XX w zaborze pruskim właściciel folwarku mógł na podstawie prawa ukarać cieleśnie swego robotnika rolnego. I było to uznawane jako rzecz oczywista, jako wyraz naturalnego i słusznego układu stosunków.

Ta atmosfera pańszczyźniana obejmowała nie tylko wieś, ale i miasto. Wyrażała się zarówno w rzeczach ważnych jak i w drobnych, stanowiących przecież o stylu życia całych zbiorowości. Przez całą rzeczywistość polską, przez wszystkie objawy jej życia kulturalnego szedł zasadniczy podział na dwa światy – panów i chłopów. Każdy z tych światów tworzył osobny krąg kulturalny, obyczajowy, towarzyski. Każdy z nich inaczej określał swą rolę społeczną i rolę społeczną drugiego, każdy posiadał swój odrębny styl życia, ściśle też były określone wzajemne stosunki i obowiązki. Świat pański był wyższy, reprezentował prawdziwą polskość, jego kultura była uznawana za „oficjalną” kulturę narodu polskiego.

Podziału tego nie należy rozumieć zbyt prymitywnie. Takim prymitywizmem byłoby sprowadzanie go do podziału np. na pasorzytów-wyzyskiwaczy i na wyzyskiwane ofiary. Mówiąc o takim podziale, nie posługujemy się językiem haseł politycznych. Chodzi nam jedynie o stwierdzenie faktu, że rzeczywistość polska rozpadała się na dwa odrębne światy. I ci, co zaliczali się do panów, i ci co zaliczali się do chłopów, uważali taki podział za naturalny i za oczywisty. Do roli pana wchodziły jego funkcje przodownicze, jego patronactwo nad światem chłopskim. Nie musiał ten pan być wyzyskiwaczem. Wręcz przeciwnie – często szedł w lud, często zrywał ze swą warstwą, nieraz stawał się bojownikiem o sprawiedliwość społeczną. Ale pańskość jego szła z nim. Wyrażała się ona w jego – prawie zawsze nieświadomym – patronackim stosunku do „ludu” i w tem, że nawet w drobiazgach, nie mówiąc już o rzeczach ważnych, utrzymywał odrębności stylu życia świata pańskiego. Historja P.P. S., życiorysy jej przywódców, służą nam pod tym względem bogactwem materjału.

Jakób Wojciechowski barwnie opisuje zgorszenie, jakie budziły wśród chłopów takie inowacje, jak używanie przez młodzież chłopską chustek do nosa, zegarków, rowerów. Były to uznane akcesorja stylu pańskiego, a używanie ich było sprzeczne z obowiązkami kręgu chłopskiego. Inowacja taka była wypadnięciem z roli społecznej, była zaprzeczeniem wzoru mocno utwierdzonego w świadomości zbiorowej. Prawie do ostatnich czasów w wielu okolicach Polski uważano za rzecz wysoce niewłaściwą nadawanie dziecku chłopskiemu takich imion, jak Ryszard czy Janusz. Były to bowiem imiona „pańskie”. A i ksiądz nieraz nie zgodziłby się na ochrzczenie takiem imieniem. Takich szczegółów i szczególików była niezliczona ilość. Obok nich były i rzeczy ważniejsze. Wszystkie one składały się na przedział, jaki istniał pomiędzy obu światami.

A przekroczenie tego przedziału było trudne. Zwłaszcza przed niewieloma jeszcze dziesiątkami lat. Obok przeszkód materjalnych istniały, niekiedy znacznie od tamtych silniejsze, przeszkody społeczne w postaci reguł i zobowiązań obyczajowych, towarzyskich, odmiennych definicyj i ocen. Nie łatwo było dziecku chłopskiemu czy robotniczemu przedostać się do zaklętego kręgu panów. Żeromski w postaci Judyma, owego syna szewskiego, doskonale scharakteryzował, jak odbywał się awans społeczny w świecie, opartym na dwóch kręgach kulturalnych – pańskim i chamskim. Nawet w czasach ostatnich, gdy liczba Judymów niezmiernie urosła i gdy osiąganie przez nich awansu stało się znacznie łatwiejsze – pochodzenie chłopskie czy robotnicze (nie mówiąc już o żydowskiem) bynajmniej nie ułatwiało karjery życiowej. Stąd tak skwapliwe zacieranie swego pochodzenia społecznego wśród wielu nowych inteligentów, zmienianie nazwisk chłopskich na brzmiące ze szlachecka, bardziej wytworne.

Ten podział na dwa kręgi i wynikająca z niego postawa patronacka ludzi kręgu wyższego były coraz boleśniej odczuwane przez emancypujące się elementy chłopskie czy robotnicze. Uświadomienie to budziło się zwłaszcza, gdy jednostka znalazła się w warunkach społeczeństwa demokratycznego. W „Pamiętnikach emigrantów”, wydanych przez Instytut Gospodarstwa Społecznego, w tomie dotyczącym Francji, znajdujemy w tej materji ciekawe wynurzenia. Emigranci podnoszą, że w urzędach francuskich traktuje się ich jak równych, że nikt nie patrzy tam na nich zgóry, że nie widać różnej miary dla panów i dla chamów. Urzędnicy odnoszą się do każdego jednakowo, niezależnie od tego, jak jest ubrany. Chwalą sobie prostotę w stosunkach międzyludzkich, dostrzegają demokratyzm dnia codziennego, który tak cechuje społeczeństwa zachodnioeuropejskie. W jeszcze bodaj większym stopniu podkreślają te rzeczy emigranci w Ameryce Północnej. Spotkali się tu z kulturą, która im zaimponowała nie tylko swą treścią, ale i tem że poszła im na spotkanie, że znaleźli w niej poszanowanie ich godności. Znaleźli świat, w którym polski podział na panów i chamów był czemś absolutnie obcem. I w tem trzeba przedewszystkiem szukać wytłumaczenia, dlaczego
najlepsze, najbardziej rozbudzone i społecznie uświadomione elementy wychodztwa polskiego tak łatwo poddają się wpływom asymilacyjnym. Znajdują świat, w którym nie są tylko chamami, a który daje im poczucie własnego znaczenia i godności osobistej.
III

Taka struktura społeczno-kulturalna kraju stwarza wygodne warunki dla wszelkiej grupy politycznej, która dąży do rządów autokratycznych i monopolistycznych. Struktura ta musi też wycisnąć swe silne piętno na takiej grupie i na jej rządach. Zwłaszcza gdy ludzie grupy i ona sama są pod względem swego oblicza duchowego, swych dyspozycyj psychicznych i całego poglądu na świat wytworami takiej struktury, wyrazicielami panującej w niej atmosfery. W tych warunkach tradycje dawnej szlachty ziemiańskiej znajdują swych spadkobierców. Zarówno dobre jak i złe, przyczem złe muszą się stokroć silniej rozwinąć, niż dobre. To już jest następstwem skostnienia grupy, jej niezdolności przystosowania się do życia, jej ambicyj, wreszcie wielu innych okoliczności ogólnych.

Grupa, która przez lat trzynaście rządziła Polską, wcieliła w siebie i w swe rządy ducha szlachetczyzny. Ośrodek jej stanowili ludzie, którzy w młodości umieli wykazać rozmach, bojowość, zapał romantyczny. Był to romantyzm szlacheckiego autoramentu, zresztą zaprezentowany od najpiękniejszej swej strony. Bo też ludzie, o których mówimy, przedstawiali, w każdym razie w czasie swej młodości, najlepsze cechy klimatu szlacheckiego. Ale i te cechy tkwiły w szlachetczyźnie, i ona wkońcu wzięła nad niemi górę.

Znalazła ona dla siebie wyraz w elitaryznie obozu rządzącego. Teorja elitarna jest pseudoracjonalną próbą uzasadnienia, że dana grupa rządząca ma prawo do rządzenia i że tylko jej to prawo przysługuje. Teorją tą posługuje się każda klika monopolistyczna, niezależnie od tego, czy nazywa się hitleryzmem, bolszewizmem, faszyzmem czy jeszcze inaczej. W Polsce została ona przykrojona do wymagań szlachetczyzny. Był to elitaryzm, żywiący się pańszczyźnianem patronactwem – filozofja folwarczno-ekonomska, przeniesiona na cały naród jako na swój objekt.

Ewolucja, przez którą przeszła grupa rządząca, zaostrzyła jeszcze bardziej te akcenty patronackiej szlachetczyzny. Grupa ta zamieniła się w zespół, który dałby się określić jako politycznie zorganizowana biurokracja. W Polsce, podobnie jak w krajach o zbliżonej strukturze społecznej, funkcje biurokracji są szczególnie różnostronne i duże. Wynika to z zacofania gospodarczego, ze słabego rozwoju pozapaństwowych dziedzin wytwórczości. Mało jest tu miejsca dla wolnych zawodów. Stąd dla olbrzymiej ilości inteligentów jedyną drogą do karjery życiowej jest urząd państwowy i polityka. Obie te rzeczy łączą się ze sobą: politykę robi się, by zdobyć urząd, urząd staje się oparciem dla robienia polityki. Grupa, która zdobyła w państwie władzę polityczną, zapewniła tem samem swym członkom odpowiednią ilość stanowisk urzędniczych. Dalsza polityka jest funkcją troski o zabezpieczenie tych stanowisk.

Każda biurokracja w każdych warunkach ma w stosunku do społeczeństwa skłonności patronackie. Urzędnik patrzy na społeczeństwo jak na petentów, którym powinien patronować. W demokracjach tendencje te są hamowane przez czynnik kontroli społecznej, w krajach bogatych – przez fakt niezbyt wysokiego szacowania karjery urzędniczej, w Polsce biurokracja tych zapór nie miała. Dlatego w swej górnej części patrzała na swe stanowisko jako na owoc zwycięstwa politycznego grupy, dlatego żyła duchem szlachetczyzny. Miała przecież poczucie swej elitarności.

We wszelkich możliwych dziedzinach objawiała się ta postawa. Wystarczy wskazać na stosunek do życia gospodarczego. Modny tu etatyzm był w rzeczywistości pomieszaniem starej filozofji pochodzenia szlacheckiego z myśleniem biurokratycznem. Rzecz jasna, jako teorja czy jako praktyka nie był on tworem specjalnie polskim. Ale w Polsce otrzymał on bardzo charakterystyczne zabarwienie. Niezależnie od wszelkich innych elementów, miał w sobie dużo zarówno z myślenia pana dziedzica jak i z filozofji młodszego oficera gospodarczego. Był zarazem folwarczny i intendencki. Pierwsze miało podłoże ogólniejsze, drugie było pozostałością po karjerze wojskowej ludzi régime’u. I dla szlachcica i dla intendenta konsumcja (u jednego osobista, u drugiego – powierzonego mu oddziału) przedstawia się jako coś oderwanego od ogólnych procesów życia gospodarczego. Gospodarka interesuje ich pod kątem widzenia „dostaw”. Skąd one się biorą, to już jest sprawą folwarku czy społeczeństwa cywilnego. Ale dostawy być muszą. Gdy jednak zawodzą, jest to świadectwo, że folwark czy cywile źle spełniają swe obowiązki i że wymagają ściślejszej kontroli. Dla folwarku rozwiązanie trudności ma przynieść energiczny ekonom, dla społeczeństwa cywilnego – ściślejsza ingerencja czynnika urzędniczego czy intendenckiego. Panował przecież pogląd, że sierżant I Brygady wszystko potrafi. Zwłaszcza gdy się dobrze wywiązywał ze swych czynności w oddziale. Stąd w etatyzmie naszym było tyle z patronackiej kontroli, stosowanej przez aparat urzędnicy o tradycjach szlachecko-intendenckich w celu osiągnięcia lepszych dostaw. Łączył się z tem ściśle jeszcze i drugi czynnik. W miarę jak zapoznawano się lepiej z doniosłością zjawisk gospodarczych, nauczono się w nich dostrzegać czynnik intraty, dochodowości. Aparat gospodarczy stał się dostarczycielem dobrych posad dla wyższych urzędników. Stało się to – jak zresztą we wszystkich krajach, gdzie monopolistyczna klika rządząca dzieli się łupami – ważną inspiracją dla rozwoju naszego etatyzmu.

We wszystkich dziedzinach kraj był widziany jako wielki folwark. I w gruncie rzeczy totalistyczne tendencje obozu rządzącego były bliższe ekonomskiej filozofji pana dziedzica, niż wzorów niemieckich, rosyjskich czy włoskich. Był to jakiś półtotalizm, mało konsekwentny, chwiejny w swych poczynaniach, o słabych konturach. Możnaby powiedzieć, że był niechlujny. Było w nim coś z „podpanków” i z pana Jowialskiego. Było w tem dużo zabawy w państwo, w politykę, i było trzymanie władzy za wszelką cenę, razem z jej beneficjami. Nad wszystko jednak wybijał się pogląd czysto patronacki, w którym z jednej strony był świat „dobrych panów”, świat elity, a z drugiej cała reszta. Elita poczuwała się do swych obowiązków wobec reszty, ale ujmowała je na sposób patronacki, faktycznie krępując i uzależniając od siebie wszystko co żyło poza nią.

Tak więc poza fasadą, na którą składały się nowoczesne zapożyczenia totalistyczne, mieściły się treści anachronistyczne. A system rządzenia i cała umysłowość grupy rządzącej stawały się tem bardziej anachronizmem, im bardziej poza niemi w całej Polsce zachodziły zasadnicze przemiany społeczno-kulturalne. Tu bowiem samo życie likwidowało szlachetczyznę. Dla niej twierdzą stał się obóz rządzący. I ostatnie lata były właśnie dziejami rozpaczliwej walki szlachetczyzny politycznej z temi siłami, które zmieniały zgruntu całe oblicze Polski. W walce tej szlachetczyzna mogła się była opierać już tylko na sile fizycznej. Doświadczenie z „Ozonem” wykazało najlepiej, jak dalece była niezdolna do innej walki, jak bardzo była skostniała i wyrzucona poza wielkie nurty życia polskiego.
IV

Przemiany, jakie zachodziły na wsi, były niewątpliwie najdonioślejszem wydarzeniem historji społecznej Polski niepodległej. Sens ich polegał na tem, że chłop z biernej masy, obciążonej przez tradycje folwarczno-pańszczyźniane, przeobrażał się w warstwę społeczną świadomą swej roli dziejowej, swych zadań państwowych i kulturalnych, że zdobywał poczucie swej mocy, swej godności, swej odrębności klasowej. Ta ewolucja chłopa zaznaczała się we wszelkich możliwych dziedzinach: w jego ruchu politycznym, w jego organizacjach kulturalnych i zawodowo-gospodarczych, w jego dążeniu do tworzenia własnej inteligencji, ściśle związanej z wsią, w niesłychanie ciekawym ruchu młodowiejskim. We wszystkich tych dziedzinach dominowała wola samodzielności. Emancypacja chłopa polskiego odrzucała patronactwo pańskie, przekreślała tradycyjny podział na świat pański i chamski. Była procesem głęboko demokratycznym, który tworzył fundament pod rzeczywistą demokratyzację Polski.

Kapitalnym dokumentem, oświetlającym nam rozmiary i charakter przeobrażeń wsi polskiej, są życiorysy własne, pisane przez młodzież wiejską i ogłoszone przez Józefa Chałasińskiego w jego „Młodem pokoleniu chłopów”. Odkrywają nam one, jak kształtuje się na wsi nowy ideał życia, jak ścierają się dawne wzory z nowemi i jak te nowe zwyciężają. Fakt ostatecznego krystalizowania się dążeń emancypacyjnych chłopa polskiego przemówił tu w całej pełni.

Dążenia emancypacyjne chłopa polskiego nie są oczywiście czemś nowem. Mówi o nich historja ruchu ludowego. Jednakże właśnie ta sama historja, świadcząc o przeszkodach, z jakiemi spotykało się Stronnictwo Ludowe na samej wsi, pokazuje, że w najszerszych masach dążenia te były dość płynne, że nie dochodziły do stopnia całkowitego uświadomienia. Znaczna część wsi przyjmowała swą tradycyjną rolę społeczną, żyła elementami tradycyj pańszczyźnianych.

Znajdowało to swoje odbicie w zjawiskach awansu społecznego jednostek wywodzących się ze wsi. Prawie z reguły polegał on na kompletnem zerwaniu z wsią. Wieś była tu synonimem niższości społecznej i kulturalnej. Osiągnięcie awansu, stanie się inteligentem, wymagało zrzucenia z siebie ciężaru tej niższości. Te zjawiska awansu jednostkowego były liczne, coraz liczniejsze. Są one zresztą zawsze zapowiedzią rozbudzenia się masowych dążeń emancypacyjnych. Od lat pięćdziesięciu coraz poważniejszy się stawał udział jednostek pochodzenia chłopskiego w inteligencji polskiej. Przecież niektórzy, i to wybitni, przedstawiciele dawnych pańskich tradycyj widzieli w tym pędzie chłopów do zawodów inteligenckich duże niebezpieczeństwo dla kultury polskiej, groźbę jej schamienia! Ale olbrzymia większość tych inteligentów pochodzenia chłopskiego traciła związek z wsią, asymilowała się z dawną inteligencją, przejmując jej sposób patrzenia na życie społeczne, jej hierarchje wartości. Awans jednostek nie przekreślał bynajmniej podziału na dwa kręgi kulturalne. Odbywał się w ramach tego podziału, afirmował go, będąc jedynie przejściem pewnej ilości ludzi z jednego kręgu do drugiego.

Całkiem inny charakter ma masowy ruch emancypacyjny. Warstwa, która jest jego podmiotem, stara się zachować swój charakter przy jednoczesnem faktycznem usunięciu różnic hierarchicznych pomiędzy sobą a warstwą wyższą. Może to być osiągnięte tylko wtedy, gdy emancypująca się warstwa rozwinie w sobie poczucie swego znaczenia i mocy i będzie miała wolę do przeprowadzenia zmiany.

Wieś polska w latach ostatnich przeżywała taki proces emancypacyjny. Ideał demokracji ludowej przestał tu być ogólnikowym frazesem, a stał się konkretnym celem dążenia, wszedł do doświadczeń i przeżyć wielkiej zbiorowości ludzkiej. Najgłębiej ujawniało się to w ruchu młodowiejskim, odzwierciedlającym dążenia młodzieży, wyrosłej w warunkach niepodległego państwa. Niewątpliwie programy tej młodzieży nie były wolne od sprzeczności wewnętrznych i od mętności. Były to przecież grzechy naturalne. Ważne jest to, że cały ruch był całkowitem odrzuceniem przez młodą wieś dawnych tradycyj pańszczyźnianych, dawnych definicyj roli społecznej chłopa. Szedł przeciwko szlachetczyźnie, przeciwko jej anachronistycznym pozostałościom.

W ten sposób szlachetczyzna łamała się na tym terenie, który stanowił główną podstawę jej istnienia. Jej żywotność zależała od tego, czy masy chłopskie zachowywały tradycyjny obraz rzeczywistości, czy godziły się na tę rolę społeczną, jaka wyrosła na podłożu pańszczyźnianem, i na wynikające z niej obowiązki. Niezależnie od wszelkich momentów politycznych, grupa rządząca stawała się społecznie i kulturalnie – izolowana. Polska w swych procesach wewnętrznych zaczynała się modernizować. Najpoważniejszą przeszkodą na tej drodze był system rządzący – główny bastjon dawnej szlachetczyzny.

Wojna zmiotła szlachetczyznę polityczną. Lud polski znalazł się pod straszliwem jarzmem barbarzyńskiego najeźdźcy. Ale wielkiego procesu dziejowego odwrócić się nie da. Szlachetczyzna odrodzić się już nie może. Karta jej dziejów zapisana jest aż do końca."

http://retropress.pl/wiadomosci-polskie/u-zrodel-slabosci/
"U źródeł słabości
Być może, że nie warto tego czynić. Dnia 1 września weszliśmy wszyscy w ciemny tunel dziejów. Niewiadomo, niesposób zgadnąć co czeka nas u wylotu. Glob ziemski cały, wirując, zanurzać się poczyna w ciemnym, olbrzymim otworze, który prowadzi ze świata jaki opuszczamy, jaki już opuściliśmy, w świat nowy, nieznany. Czy warto w takiej chwili wracać myślą do przeżytych lat, szukać w nich błędów, robić rachunek sumienia? Być może, że nie warto. Być może, że na nic się to nie zda, nie pozwoli wyciągnąć żadnej nauki, która kiedyś tam, u nieznanej mety byłaby przydatna.

A jednak trudno tego nie czynić. Szukanie własnego grzechu jest nieuniknioną męką wszystkich, skazanych na czyściec. Kiedy i jak stało się to, co się stało, gdzie jest początek tych okrutnych dni, co przemijają teraz nad Polską w mroźnej grozie, nocy bezsennych od zwątpienia i nadziei? Miljony sumień ludzkich zmagają się z tem pytaniem. Gdyby znalazł się ktoś, ktoby potrafił, odrzuciwszy wszelką gorycz, gniew, uprzedzenie, odsunąwszy wszystko co jest osobiste, wtórne, pozorne, płytkie – odnaleźć istotną przyczynę naszej słabości, odsłonić ją i ukazać ponad wszelką wątpliwość – ten oddałby narodowi nieocenioną przysługę: pozwolił zniszczyć korzenie słabości w psychologji narodu. Niema tego proroka. Kiedy zaś sami zmagamy się z tem pytaniem – mimo wszelki wysiłek, by sięgać głębiej niż powierzchowność, niż przypadkowość, zawsze jesteśmy w stanie ująć tylko jedną z wielu przyczyn, tylko część większej całości, tylko jedno pasmo warkocza.

Rozważania poniższe pisane są w pełnej świadomości tych prawd. Pierwszej, która mówi, że niewiadomo, czy w nowym świecie, jaki wyłoni się kiedyś spod narastającej zwolna fali Wielkiego Przypływu – dawne doświadczenia zdadzą się na cokolwiek. Drugiej, która wie że rozważania te nie docierają do jądra rzeczy, że niedołężnie próbują tłumaczyć zbyt wiele, znając zbyt mało. Powinny być czytane z uprzytomnieniem sobie tych zastrzeżeń.

Jedną z przyczyn słabości Polski było jej ubóstwo. Jedną tylko, nie jedyną – ale nie najmniejszą. Widzieliśmy je własnemi oczami w miastach, których żadne działo nie broniło przed spadającą z nieba śmiercią, w szpitalach bez opatrunków, w wojsku bez samolotów niemal. Miljon zgórą dzieci bez szkół i 338 dział przeciwlotniczych na 388 tysięcy kilometrów kwadratowych – te dwie cyfry, jak nawias ubóstwa, zamykają naszą rzeczywistość. Napewno można było wewnątrz tego nawiasu inaczej, lepiej ustawiać rzeczy, surowszą dawać im kolej, staranniej unikać najgorszego marnotrawstwa: marnotrawstwa tworzenia rzeczy niepotrzebnych. To poprawić mogłoby bardzo wiele – ale nie wszystko. Byłoby to ubóstwo rozumne – miast ubóstwa lekkomyślnego. Ale byłoby to ubóstwo.

Geografja i historja nie były dla Polski łaskawe. Przeciętnie urodzajne są role, szczupłe i nieurozmaicone kopaliny, trudno dostępne wielkie drogi bogactwa: oceany. Macochą od wieków była nam historja, czyniąca z całego kraju krwawe pole wielkich wojen o wolność. Mieliśmy jednak osiemnaście lat pokoju. To mało w porównaniu z wiekami, które upłynęły od chwili, gdy ostatni żołnierz obcy stąpił na angielską ziemię, niewiele wobec lat pokoju, jakie przeżyła Francja pod panowaniem ostatnich Ludwików, ułamek stulecia, w czasie którego Niemcy nie zaznały najazdu. Ale jednak w ciągu tych lat osiemnastu, w ciągu tej krótkiej wiosny tak bujnie, tak gwałtownie trysnęły pędy w tylu kierunkach, tak szybko w tysiącu dziedzin technika, talent, pomysłowość, organizacja dogoniła i przegoniła niekiedy innych – że nad całem życiem polskiem ciążyło coraz mocniej uczucie nieprzemijającego ubóstwa jako czegoś niezrozumiałego i nieznośnego. Odczucie to było słuszne. Moknąca na ugorze przy chudych krowach malutka, szarą płachtą okryta pastuszka – to był skulony, bezwolny żywy symbol. Jej dziecięcemi, naiwnemi oczami patrzył w nasze oczy niemy wyrzut sumienia.

Były przyczyny naszego ubóstwa nieuniknione, leżące poza nami. I były przyczyny leżące wewnątrz, w nas samych, w naszych postanowieniach. Z tych najważniejszy zdaje mi się być podział społeczeństwa polskiego na część uprzywilejowaną i część upośledzoną, na tych, którym dano warunki rozwoju, i tych, którym je odebrano. Ten proces przywilejowania i upośledzania – był procesem ciągłym. Trwał nieprzerwanie podczas wszystkich wahań ustrojowych, podczas wszystkich walk politycznych, podczas panowania wszystkich regime’ów, niezależnie od tego, kto sprawował władzę, kto miał większość rozstrzygającą w stanowieniu praw, kto je uchwalał i kto je obalał. Proces ten był procesem milczącym i ukrytym. Istniała niepisana zgoda, aby go nie ujawniać, zgoda spod której powszechnego wyroku wyłamywały się tylko jednostki, głosy wołające bez echa. Proces ten biegł niemal poza świadomością społeczną – tak starannie maskowano bieg rzeczy przed sobą, tak czujnym instynktem wyolbrzymiano pewne zjawiska, a bagatelizowano inne, że obraz rzeczywistości w umyśle inteligencji polskiej odpowiadał jej życzeniom, ale odbiegał od prawdy. Kto zdawał i kto zdaje sobie dziś sprawę, że jednym z głównych powodów bolesnego, tragicznego niemal przebiegu przesilenia światowego na terenie Polski było niedostrzeżone prawie, a dziś całkowicie zapomniane zarządzenie z początków 1928 r. o podniesieniu ceł przez ich waloryzację? Kto wie w Polsce dziś jeszcze, że prowincją, do której dopłacał każdy poleski chłop i każda baba z Kurpiów w cenie każdego gwoździa, każdej podkowy – był bogaty, dymiący Górny Śląsk?

Proces ten biegł z nieodpartą, żywiołową siłą, niezależnie od zmiennych układów politycznych, ponieważ inteligencja polska utożsamiła swoje interesy z interesami ludności miejskiej, interesami biurokracji, związków zawodowych, karteli – biurokracji przecież przedewszystkiem – i z tępym uporem próbowała oprzeć swój dobrobyt i rozwój – na upośledzeniu, na wydziedziczeniu, na nieopłacalności rolnictwa. Piłsudski powiedział, że dwukrotnie podejmował walkę z urzędnikami, że dwukrotnie ją przegrał i że to uważa za największą klęskę swego życia. Sądziłem i sądzę, że jest w tem zdaniu nieuświadomione jasno odczucie, iż ta warstwa pomimo jej patrjotyzmu i uczciwości, czyniła Polsce jakąś bardzo wielką krzywdę. Krzywda ta polegała, mojem zdaniem, na osłabianiu państwa przez osłabianie najliczniejszej warstwy niezależnych wytwórców. Krzywda ta polegała dalej na skutecznych usiłowaniach, aby wobec sumienia własnego, sumienia mas, sumienia narodu, ukryć prawdziwe przyczyny i skutki, motywy i cele swojego działania – w kurzu frazeologji. Spadkobiercy Piłsudskiego starannie zapomnieli tę jego myśl. Stali się najbardziej bezwstydnym wyrazem wszechmocy biurokracji, najwymowniejszymi heroldami frazesów, pokrywających jej egoizm. Przyśpieszyli, zaognili i do karykatury doprowadzili ten fałsz, jaki tkwił u podstaw polskiej gospodarki. Ale rozsiali do olbrzymich rozmiarów kłamstwo, które już istniało. I w tem na nikły napotykali opór.

Zdumiewające jest jak różnemi korytami biegł ten wysiłek, jak z rozmaitych wychodząc założeń bezwiednie do jednego zmierzał, jak ogarnął i ukształtował psychologję całej niemal inteligencji. To samo w gruncie rzeczy mówili – z nielicznemi wyjątkami – wszyscy, bez względu na to co mówili. Agitator wiecowy, który krzyczał przed chłopami na „panów”, niszczył możliwość powstania jednolitego frontu rolniczego i mamiąc ludzi podziałem majątku odwracał ich myśl od stokroć ważniejszego podziału dochodu, rozbrajał pokrzywdzonych przez skłócenie ich między sobą. Publicysta Lewjatana, dowodząc wykrętnie, że wysokie ceny cukru i żelaza konieczne są dla „obrony państwa” – dopomagał wydziedziczać wydziedziczonego, obciążać obciążonego. Mniej lub więcej szczerzy heroldzi „świata pracy” zdawali się zapominać o tem, kto będzie dźwigał na zgarbionych plecach ciężar tych zamków powietrznych, jakie wznosić się im podobało. Stawała łatwo zgoda narodowa na każdy przywilej – z wyjątkiem przywileju większości. Były sanatorja, darmowe bilety, darmowe gimnazja, darmowe obozy – ich kosztem, ale nie dla nich. Były sztywne ceny węgla, nawozów, które on musiał płacić; sztywna waluta, która z niego wysysała soki; taryfy, które on musiał w ostatecznym wyniku wyrobić; wypłacalność bankowa, którą on musiał zapewnić. Powstała cała literatura „dynamiczna”, pełna haseł o „rozbudowie”, „pięciolatkach”, „piętnastolatkach”, gubiąca – świadomie czy nieświadomie – główne zagadnienie gospodarki polskiej: upośledzenie rolnictwa – w wykresach, rachunkach, planach, choć tak łatwo było inaczej i prędzej niedoli tej zapobiec. Sprzysięgły się interes i naiwność, entuzjazm i egoizm, sobkostwo i nieświadomość, aby nad wsią ronić łezkę, ale przemilczeć środki mogące jej dolę poprawić. Nikt nie mógł się temu przeciwstawić, gdyż miał wówczas przeciw sobie zjednoczone: bogaty mechanizm Lewjatana i jeszcze groźniejszą, milczącą ale wrogą tę warstwę, której rola wedle określenia Brzozowskiego, polegać powinna na uświadamianiu narodowi procesów, jakie w nim zachodzą – miał przeciw sobie inteligencję. Były wyjątki, byli ludzie, którzy podejmowali tę walkę. Osamotnieni zawsze – Buzek, Adam Krzyżanowski, Tennenbaum, Stecki, Józef Poniatowski, Kołodziejski i niewielu, niewielu innych.

Ilekroć myślałem o dwudziestokilkomiljonowej masie wiejskiej, nasuwał mi się obraz oślepionego olbrzyma. Olbrzyma, któremu wykłuto oczy i który musi stąpać poomacku, wyciągając przed siebie ogromne, bezradne dłonie i kierując się nawołującemi go głosami. Olbrzyma, który nie wiedział czego ma chcieć i dokąd iść, bo najczęściej nawołujące głosy mówiły, że ważne jest to co ważne nie było. To nie tylko minister Poniatowski przez kłamliwą wizję dzielenia tego, co naprawdę już oddawna zostało podzielone, przez program krajania Polski na spłachetki, dla mogił może dostateczne, dla życia za małe – pragnął zdobyć zaufanie ociemniałego kolosa. Tylu innych czyniło to przedtem. Bezczynnie zwisały potężne ramiona wtedy gdy najgorsze nakładano na nie pęta: w r. 1921 – kiedy zachowano rolnicze cła wywozowe z okresu wojny, w r. 1925 – kiedy na zbyt wysokim poziomie ustabilizowano złotego, w r. 1928 – kiedy waloryzowano cła, w r. 1936 – kiedy odrzucono konieczną dewaluację. Olbrzym nie poruszał się bo nie rozumiał. Tak jak nie rozumie tego na pewno dziś jeszcze większość moich czytelników.

Skutki? Skutki widzieliśmy teraz. To nie 35-miljonowy naród polski walczył z 90-miljonowym narodem niemieckim. To 8-miljonowe gospodarczo państwo uległo 90-miljonowemu. Stosunek ludności był 1:3, stosunek sił gospodarczych – 1:11. Polska była metropolją kartelowo-urzędniczą i szarą kolonją chłopską. Istniały udzielne, bogate feudalne księstwa węglowe i żelazne – i dawna, piastowska, kołodziejska, drewniana wieś. Istniały dwa światy żyjące na różnych poziomach: świat urzędniczo-miejski, gdzie pięćdziesięciogroszówkę dawało się stróżowi za otwarcie bramy – i pełne bezczynnych rąk pola, gdzie nie tak dawno za pół złotego można było mieć cały dzień roboczy.

Istniał świat przywileju, w którym były własne szczyty i własne niziny, własna arystokracja i własny proletariat, ale którego całość wydźwignięta została wzwyż jak płaskowzgórze, odcięte prostopadle spadającemi ścianami od ubogiej, zamglonej równiny ścielącej się wdole, wielkiej i prawdziwej równiny polskiej rzeczywistości. Tam, na płaskowzgórzu, była metropolja, był 8-10-miljonowy kraj europejski, zakryty od burz i wichrów murami wysokich ceł, umów koncernowych, taryf, postanowień dewizowych, kontyngentowanych kredytów, zabezpieczony przed współzawodnictwem świata, przy pomocy złożonego mechanizmu ustaw i przepisów, ograniczeń i przywilejów, sztywnych cen i sztywnych płac, zezwoleń przywozu i wywozu, zapomocą narastającego latami jak rafy koralowe, przy wszystkich rządach, wszystkich regime’ach, wszystkich kombinacjach politycznych, pancerza ochronnego, wytworzonego w drodze biologicznego wydzielania przez symbjozę biurokratyczno-wielkoprzemysłową skorupy przywilejów. U podnóża zaś tej metropolji leżała, szumiąca, zbożami i lasem wewnętrzna kolonja polska, kraj słomianych strzech i nieprzebytych dróg, kraj niezatrudnionych rąk i przeludnionych szkół, kraj, który w słonym pocie musiał walczyć ze współzawodnictwem świata. Gdyż żadne państwo, żaden kraj uchronić się przed niem w całości nie może. Tam, na tej nizinie, walczono o podział dochodu światowego z fermerem Stanów i Kanady, z hodowcą australijskim, z żyznością ziemi rumuńskiej, z rosyjską niewolniczą pracą, walczono za siebie – i za całą, szklaną kopułą przed niepogodami przykrytą – metropolję.

Nie można uciec od współzawodnictwa, nie można ukryć się przed niem. Przyszedł dzień, kiedy zdawać wypadło rachunek. I wtedy pękł szklany dach nad kruchą pseudorzeczywistością. Stosunek ludzi, którzy wyszli w pole przeciw najeźdźcy, był jak 1:3. Stosunek samolotów – jak 1:10. Stosunek broni zmechanizowanej – jak 1:15. Mała, zamknięta metropolja, żyjąca w promieniach sztucznego słońca, w zaciszu sztucznego spokoju – okazała się taka jaka była: 8-10 milionowem państewkiem. Daremnie olbrzym, co chciał walczyć, szukał broni potężnemi rękami – znajdował za krótki miecz, dziecinną szabelkę dla ramion wielkoluda.

Podział Polski na szczupłą metropolję i wielką nizinę nieopłacalnego trudu – pomniejszył Polskę. Skurczył jej siły do jednej trzeciej. To, co wyorał pług w ciągu dwudziestu lat wolności nie zostało przez żyjącą z pracy tego pługa metropolję zamienione na siłę. Wewnętrzna kolonja polska dawała swój tani trud nie dla pomnażania potęgi własnej melropolji, lecz dla powiększenia jej dobrobytu i – więcej jeszcze – jej rozmiarów. Nie umiał celowo kapitalizować wysiłku rolniczego świat biurokracji. Umiał tylko bezustannie się pomnażać. Nie mógł celowo kapitalizować świat wielkoprzemysłowy, którego zyskowność sama oparta była na ograniczeniu produkcji. Metropolja żyła – nie tworzyła. Pług w Polsce krajał ziemię zawsze prawie dla teraźniejszości, nie dla przyszłości.

Dziś to wszystko już przeszłość. Dziś najokrutniejsze losy są udziałem inteligencji polskiej. Dziś najkrwawiej – i po bohatersku – płaci ona swój rachunek historji. Dziś jeśli wolno przeszłość rozważać, to nie poto, by komukolwiek cokolwiek wyrzucać, ale poto, by pojąć istotę własnych błędów, aby choć rozumieć to, w co nie chce się wierzyć.

Jutro może wysunąć inne zupełnie zagadnienia. Nauka przeszłości na nic się może nie zdać. Może inaczej, może zgoła odwrotnie wyglądać będzie wewnętrzna mapa Polski, która powróci.

A jednak poruszone tu zagadnienie jest wciąż jeszcze aktualne. Nie w naszej wewnętrznej skali. Ale w wielkiej skali międzynarodowej. To bowiem co działo się u nas – działo się i w. świecie całym. Historja minionych od poprzedniej wojny lat dwudziestu – jest historją odepchnięcia przez Zachód tego ubogiego olbrzyma, który jeden mógł Zachodowi pokój zapewnić. To nie o Polskę już tylko chodzi – to samo dotyczy Węgier, Jugosławji, Rumunji, Bułgarji, Litwy. W r. 1939 przyszły angielskie gwarancje. Ale przez lat dwadzieścia, nie deklaracją parlamentarną, nie sojuszem, nie wojną można było gwarancje te naprawdę budować. Wielkie metropolje świata, tak jak nasza wewnętrzna metropolja, zamykały się przed ubogim Wschodem, nie chciały troszczyć się o poziom jego życia, chciały drogo sprzedawać, a tanio i mało nabywać, chciały sobie zabezpieczyć dobrodziejstwa spożywania tą samą sztuczną drogą przepisów i układów, kredytów i barjer celnych. Te same wielkie metropolję, które w r. 1919 układały mapę Europy, później przez lat dwadzieścia lękały się dopomóc tym właśnie, co o nowy, słuszniejszy układ granic gotowi byli walczyć. I te same metropolje, odsuwające się od wschodniego ubóstwa, obojętne na bezskuteczny trud rolnika, orzącego ziemię między Bałtykiem i Adrjatykiem, między Bałtykiem i morzem Czarnem – dawały, niemal bez ograniczeń, wszystko co trzeba wczorajszemu wrogowi, ale onegdajszemu sąsiadowi przy stole wielkich tego świata. Niemcom. Ten sam błąd, jaki popełniliśmy wewnętrznie, popełniony został w dziesięciokrotnie powiększonym rozmiarze w skali światowej. Jeśli brakło broni rękom olbrzyma, które jej szukały, to także i dlatego, a może i dlatego przedewszystkiem, że mózgi w wielkich metropoljach świata czyniły te same błędy, jakie u nas nam dyktował taki sam krótkowzroczny egoizm.

To zagadnienie nie minęło. I nie minie nawet po zwycięskiej wojnie. I dlatego to, co tu zostało napisane, nie dotyczy tylko przeszłości, ale i przyszłości."

Na obiedzie u Hitlera

 Na obiedzie u Hitlera
http://retropress.pl/wiadomosci/na-obiedzie-u-hitlera/
"Na obiedzie u Hitlera

„Hitlers Tischgespräche”*) są dokumentem jedynym w swoim rodzaju. Henri Picker ogłosił tu swoje (i swego poprzednika) streszczenia wypowiedzi Hitlera od 21 lipca 1941 do 2 sierpnia 1942 przy posiłkach w jego „Wolfsschanze” koło Rastenburga w Prusach Wschodnich, a pod koniec w jego nowej kwaterze „Wehrwolf” pod Winnicą na Podolu. Uczty te były kulinarnie mało pociągające: menu obejmowało z reguły tylko jedno danie wegetariańskie, jarzyny i jabłka. W obecności Hitlera nie wolno było palić. Biesiadnicy dostawali po szklance cienkiego piwa, Hitler pił wodę mineralną.

Wypowiedzi robią wrażenie prawdziwych. Nie są całkowicie szczere, bo Hitler w tym otoczeniu przeważnie wojskowym też grał komedię i zatajał różne swe myśli i działania: tak więc cały czas prawi o „ewakuacji” Żydów na wschód, ani słówkiem nie wygaduje się o piecach Oświęcimia. O sprawach bieżących Hitler mówił mało, o położeniu wojskowym prawie nigdy. Po sierpniu 1942 te wspólne posiłki miały ustać wskutek sporów, które wybuchły między Hitlerem a Jodlem w związku ze Stalingradem. Od tego czasu Hitler miał już jadać sam, bez swego sztabu.

Koloryt poufnych wypowiedzi Hitlera całkowicie odpowiada jego rozmowom, przytoczonym w pamiętnikach Goebbelsa. Ta zgodność jest potężnym argumentem na korzyść autentyczności obu dokumentów. Obydwa razem dają nam prawdopodobnie najlepszy wgląd w umysłowość Hitlera, jakim kiedykolwiek będzie rozporządzała historia. „Tischgespräche” są szczególnie cenne, bo były stenografowane – zdaje się głównie na użytek Bormanna, który później miał za zadanie każdą myśl Hitlera wcielać w życie. Ten stenograficzny charakter nadaje im jeszcze większą wartość niż znanych relacji Bourrienne’a o Napoleonie czy Buscha o Bismarcku.

Hitler, jak widać z zapisków, był indywiduum jeszcze bardziej potwornym niż można się było spodziewać. Robi nadto wrażenie człowieka anormalnego. Na punkcie rasowym, nie tylko gdy chodzi o Żydów, ma zupełną obsesję. Raz powiada że w „Westpreussen” osiedli SS tak by swą działalnością erotyczną podnieśli poziom tubylczy rasy (zresztą ma dziwne zamiłowanie do urodzin nieślubnych i ciągle do tego tematu powraca – jakieś echo jego własnego od kilku pokoleń nieślubnego pochodzenia), to znowuż piorunuje że należy się jak ognia wystrzegać dodawania krwi nordyckiej innym rasom, bo to mogłoby tylko wzmocnić wrogą „Führerschicht”; tak np. dowodzi że wszyscy generałowie polscy, którzy się dobrze bili w r. 1939, byli pochodzenia niemieckiego. Raz woła, że wszyscy Czesi są pochodzenia mongolskiego, co byłoby zaraz widoczne gdyby zapuszczali wąsy. Innym razem dziwi się, że dzieci na Ukrainie wyglądają tak nordycko. Bułgarami pomiata jako Mongołami, a Finów bardzo chwali, Chorwaci wydają mu się czynnikiem wysoce cennym, ale politycznie niemożliwym; ugrofińskich Węgrów, których z reguły nie znosi, ciągle stawia za wzór, bo jak nikt potrafili zmadiaryzować swych Niemców; zachwyca się arystokracją brytyjską, dowodzi że całe imperium brytyjskie powstało dzięki jej doborowi rasowemu, a dla szlachty niemieckiej nie ma dość wyzwisk, tak samo dla dynastii niemieckich. Raz powiada, że należy zabronić po wojnie emigracji Szwedów, Duńczyków, Norwegów i Holendrów do Ameryki, tak by jej nie dodawać dobrej krwi nordyckiej; nazajutrz wymyśla Szwedom od „Spiessbürger”, którymi rządzi niepodzielnie „cienka warstwa Żydów”.

Nawet gdy chodzi o Żydów nie jest logiczny. Z jednej strony maluje karykaturalny obraz Stanów Zjednoczonych „rządzonych przez hordy Żydów, przy których Murzyni [!!] spełniają rolę wojsk N.K.W.D.”, z drugiej pała entuzjazmem dla bolszewizmu, powiada wielokrotnie że Stalin jest „ein genialer Kerl”, „ein Genie”, że jego plany 5-letnie są znakomite, kołchozy świetnym pomysłem, stachanowizm wspaniałym wynalazkiem, a w chwilę potem krzyczy, że bolszewizm stanowi dla Europy śmiertelne niebezpieczeństwo, skoro jest tylko maską panowania Żydów.

Hitler był nie tylko psychopatą, był nadto człowiekiem bezmiernie, niepojęcie złym. Nienawistny sarkazm jest leitmotivem jego ocen. W całym tym grubym tomisku można znaleźć cieplejsze akcenty tylko pod adresem Mussoliniego, niekiedy gauleiterów, rzadziej któregoś z bonzów hitlerowskich. Naród niemiecki jest najczęściej odmalowany jako naród idiotów. Groźby, pogróżki powtarzają się na każdej stronie. Z rozkoszą opowiada Hitler jaką minę miał Hacha, gdy go wezwał po zamordowaniu Heydricha i zapowiedział że jeśli się coś podobnego powtórzy, wszystkich Czechów wysiedli na wschód. Z uniesieniem woła że w miejscowościach, gdzie odbyły się akty sabotażu, należy wszystkich mężczyzn wymordować a kobiety wysłać do obozów koncentracyjnych. Narzeka że jego otoczenie ciągle mu doradza wyrozumiałość i łagodność wobec Francuzów. Od Forstera żąda by w ciągu dziesięciu lat „Eindeutschung” jego „Gau Westpreussen” została przeprowadzona bez reszty, a ponieważ jednocześnie przestrzega przed „niemczeniem” zbyt wielu Polaków, należy rozumieć że ludność poleca wyrżnąć lub wysiedlić. Na wypadek „Meuterei” w Niemczech zapowiada, że zareaguje na nią poleceniem wyciągnięcia z domostw i rozstrzelania wszystkich znanych przedstawicieli ex-opozycji „łącznie z przedstawicielami politycznego katolicyzmu”, wystrzelania w przeciągu trzech dni wszystkich więźniów w obozach koncentracyjnych oraz wszystkich obecnych i byłych przestępców kryminalnych. Rozkoszuje się myślą jak po wojnie będzie musiał biskup von Galen (później kardynał) zmykać do Rzymu przed szubienicą.

O generałach i sztabowcach mówi stale z przekąsem; gdy w jego obecności chwalą Rommla podkreśla – słusznie zresztą – że reklamę robią mu głównie Anglicy. Nienawidzi dyplomatów, pieni się na monarchów: Wiktora Emanuela i całą włoską dynastię rozćwiartowałby natychmiast, o Leopoldzie mówi, że byłoby dużo lepiej gdyby uciekł do Anglii, bo jest to wysoce niebezpieczny intrygant, przeklina królów duńskiego i szwedzkiego, że uniemożliwiają zwycięstwo nazizmu w swych krajach, Michała rumuńskiego nazywa bezczelnym smarkaczem. Ale i tu jest niekonsekwentny. Nagle Borys bułgarski mu się bardzo podoba, a jego ojca cara Ferdynanda, który jako emigrant mieszkał w Weimarze, sławi jako „starego lisa” i bez mała geniusza. Powiada że pewno nikt tak nie pragnie jego zwycięstw jak szach perski, a Rommlowi wydaje instrukcje by natychmiast po wejściu do Kairu z honorami wsadził na tron Faruka, zapominając że kilka dni przedtem dowodził że Niemcy nie mają żadnych zainteresowań w Egipcie i że Włosi mogą tam robić co tylko zechcą.

W nienawiści Hitlera rozróżnić można dwa warianty: nienawidzi i pogardza, albo nienawidzi i zazdrości. Ten kompleks niższości jest najbardziej widoczny wobec Anglików i wobec kościoła katolickiego. Anglików fatalnie Hitler oceniał, ale był niewątpliwie sui generis anglofilem. Tak więc powiada że dotąd było 15 tajnych posiedzeń Izby Gmin – i nic pewnego o ich przebiegu się nie dowiedziano: co za naród! Ciągle jakby się martwi zagrożeniem imperium, w szczególności dalsze panowanie Anglików w Indiach uważa za konieczne.

Hitler dużo rozprawiał o religii, z niesłychaną zjadliwością; mówił nawet że jedyną religią, któraby może go pociągała, byłby mahometanizm. Ale oczywiście był zupełnym ateuszem, jak i Mussolini, tylko dużo bardziej agresywnym. Podczas gdy dla protestantów miał jedynie pogardę, imponował mu kościół katolicki jako organizacja. Powiada np. że podczas przyjęć noworocznych nuncjusz papieski wyglądał naprawdę wspaniale, a duchowni protestanccy mieli brudne kołnierzyki i poplamione ubrania. Ze złością ale i z podziwem przypomina że gdy kardynał Innitzer złożył mu po Anschlussie wizytę, zachowywał się tak hardo jak gdyby nigdy w życiu nie prześladował nazistów. Ale nienawiść góruje nad podziwem. Stąd namiętna antypatia Hitlera do Hiszpanii i Franco, posunięta aż tak daleko że żałuje, iż w wojnie domowej pomógł białym, bo czerwoni wykończyliby tych „klechów”.

Francuzów Hitler głęboko nie lubił. Doskonale się orientował w „attentisme”ie Vichy i nie wierzył w szczerość „kolaboracji”. Zapowiadał że z Alzacji wyrzuci ćwierć miliona „Französlinge”. Chwilami zastanawiał się czy nie zażądać Burgundii, która przecie niegdyś należała do cesarstwa. Mówił też że trzeba będzie utrzymać „Stützpunkte” na Atlantyku. Dowodził że Mussolini się mylił, gdy mu doradzał podział Belgii i przyłączenie Wallonów do Francji. Obawy Anglików, że Hitler odtworzy cesarstwo Karola Wielkiego, były płonne.

Hitler był dalej z natury rewolucjonistą, nie miał w sobie nic prawicowego, konserwatyzmu z całej duszy nienawidził. Było to jednym z największych paradoksów dziejowych, że przez chwilę mógł uchodzić za orędownika i obrońcę prawicy. Był natomiast twórcą niemieckiego wariantu bolszewizmu. Nienawidził porządku prawnego, burżuazji, kapitalizmu, tradycji i radości życia. Już Mussolini w diariuszu Ciano wygląda na „czerwonego”, ale jego czerwień jest najbledszym różem w porównaniu z radykalizmem Hitlera. Obok krwiożerczości jego główną pasją było przesiedlanie ludności. Na jego obronę przytoczyć można tylko to, że z równą bezwzględnością był gotów przesiedlać bez końca własnych Niemców.

Hitler był wreszcie człowiekiem niezdolnym do jakiegokolwiek kompromisu, jakiejkolwiek współpracy; wojna była dla niego celem samym w sobie, bez żadnych właściwie celów politycznych. Chwilami powiada że żałuje iż pochodu na Rosję nie robi na spółkę z Anglikami, że ich lotnictwo i marynarka by mu się w tej wyprawie przydały. Innym razem prorokuje że on tego już nie dożyje, ale cieszy go myśl że w przyszłości Niemcy i Anglia będą wspólnie wojowali przeciw Ameryce. Kiedy indziej znowuż woła że może za sto lat Niemcy będą musiały wojować z Włochami. A dlaczego? Bo Mussolini kazał zalesić Włochy, a kiedy Włochy przestaną być rozżarzoną tarczą, z której ciepłe wiatry idą na Niemcy, klimat w Niemczech stanie się wilgotny i zimny i trzeba będzie wojny by tej katastrofie klimatycznej zaradzić.

Poloniców jest bardzo mało. Ani jednego Polaka Hitler nie wymienia z nazwiska, nie ma żadnej choćby aluzji do Sikorskiego, choć o Beneszu jest często mowa. Najciekawsze są uwagi na str. 90; Hitler powiada że przeczytał rozprawę jakiegoś Czecha, który dowodzi, że w r. 1938 istniały dla Czechów tylko dwa wejścia: a) przyłączenie się (Angliederung) do Polski, b) przyłączenie się do Niemiec. I dodaje: „Gdyby pod kierownictwem jakiegoś wielkiego męża stanu Czechy wybrały jedną z tych dróg, znaleźlibyśmy się w bardzo niemiłym położeniu. Bogu dzięki zabrakło im takiego wielkiego męża”. Hitlera zawsze pociągały rozwiązania na wielką skale, skrajne, radykalne, ostateczne.

O jego planach „Eindeutschung” była już mowa. Gdzie indziej Hitler powiada że głównym niebezpieczeństwem w Polsce są oczywiście szlachta i kler. Mętnie wywodzi, że zbyt duża ilość krwi niemieckiej w polskiej „Führerschicht” uzdolniła ją do sprawowania rządów. Powiada, że Polacy potrafili uratować swą narodowość, bo Moskalami zawsze gardzili a w Niemczech sprytnie wyzyskiwali katolickie centrum aby się od swego losu wymigać. Przy sposobności piorunuje na ziemian niemieckich w Poznańskiem przed r. 1914, którzy bardziej czuli się związani „myśliwską międzynarodówką” niż poczuciem rasowym i solidaryzowali się ze swymi polskimi sąsiadami, a ponadto przez chciwość woleli zatrudniać na swoich folwarkach Polaków niż Niemców i wykupywali osady niemieckich „Bauer”ów. Do sugestii Himmlera, by stworzyć zwarty niemiecki pas osadniczy między Krakowem a Lublinem Hitler ustosunkował się niechętnie. Tak samo odrzucił propozycję Forstera by wszystkie zabytki gdańskie przewieźć z Krakowa do Gdańska, bąkając że trzeba uszanować całość zbiorów i t.d. Przy innej okazji oświadczył, że od czasu gdy poprzysiągł włączyć Gdańsk do Rzeszy, nosi spinki do mankietów z herbem Gdańska, a innym razem zaznaczył, że nawet Polacy potrafili w Gotenhafen (Gdyni) stworzyć kilka pięknych, nowoczesnych ulic. Przy innej okazji zapowiedział, że przemianuje Berlin na „Germania”, i powołał się na łatwość, z jaką Litzmannstadt przyjęło się zamiast Łodzi a Gotenhafen zamiast Gdyni, by dowieść że i ta zmiana jest możliwa. To byłoby wszystko.

Można by znaleźć długi szereg innych ciekawostek, bo umysł Hitler miał żywy, wiadomości dużo, choć zawsze powierzchownych a często fałszywych, pamięć doskonałą, podświadomie gonił za oryginalnością. Ciągle też wpadał w sprzeczności. Raz dowodził, że Luter był geniuszem a jego tłumaczenie Biblii stworzyło język niemiecki; innym razem – że był to szkodliwy idiota, bo Biblia jest w ogóle stekiem żydowskich bredni, które były nieszkodliwe póki istniały tylko po łacinie. Hitler ciągle propagował mit wyższości nordyckiej, a nagle zaczynał dowodzić, że jedynie narody śródziemnomorskie stworzyły rzeczy piękne i umieją z życia korzystać. To piorunował na wojnę 30-letnią, to dowodził że jezuickiej kontrreformacji Niemcy zawdzięczają, iż zamiast obrzydliwego gotyku otrzymali jasne, świetliste style odrodzenia i baroku.

Na Hitlerze widać wyraźnie fatalne skutki jednostronnego wykształcenia historycznego: znał on nieźle dzieje Niemiec z punktu widzenia nacjonalistycznego, prawie wcale nie znał historii reszty Europy – i to mu wynaturzyło sąd o historii w ogóle. Jest on nadto wymownym dowodem jak bardzo niebezpieczne są dla półinteligentów amatorskie studia filozoficzne: jego poglądy są sprymityzowaniem i zwulgaryzowaniem teorii Chamberlaina o rasie, Darwina o walce o byt i zwycięstwie silniejszego i Nietzschego o Uebermenschu.

Z lektury tej wyciągam trzy wnioski.

Po pierwsze, żadne porozumienie z Hitlerem nie było nigdy możliwe, każda dyplomacja musiała z nim zawieść; od początku Hitler powinien był być bądź zamknięty w domu wariatów, bądź zastrzelony jak wściekły pies. Żadnego też pokoju nie można było z nim zawrzeć – jego śmierć była koniecznością. Pozostaje tylko pytanie, czy Hitler był takim psychopatycznym, zbrodniczym choć zdolnym obłąkańcem od początku, czy też jego anormalność rozwinęła się dopiero z biegiem lat. Skłaniam się do pierwszej tezy, choć jego cechy patologiczne musiały z latami przybierać na sile.

Po wtóre, „Tischgespräche” są najlepszą wykładnią całego nonsensu teorii rasistowskich. Sam arcykapłan tych bredni gubi się w swych idiotyzmach i nie potrafi żadnego wariantu przemyśleć do końca. Dotyczy to plus minus każdej doktryny politycznej, „światopogląd”, „postawa ideowa” – są to rzeczy w polityce i bezsensowne i zgubne.

Po trzecie, trzeba powiedzieć że naród, który sobie zafundował takiego Hitlera, jest narodem niebezpiecznym. Nie jestem rasistą, nie wierzę w niezmienność charakterów narodów, nie jestem zawodowym germanożercą, ale te „rozmowy” Hitlera są tak przerażające, że muszą skłonić każdego, kto się z nimi zapozna, do najdalszej ostrożności i przezorności w stosunku do Niemiec i Niemców.:"

poniedziałek, 30 listopada 2020

Wielki sukces RECEP

 Wielki sukces RECEP
https://www.spectator.co.uk/article/was-2008-the-year-china-triumphed-over-the-west-
"Chociaż gospodarka Chin pozostaje mniejsza niż gospodarka USA pod względem nominalnego PKB (choć wyprzedza USA pod względem PKB na podstawie parytetu siły nabywczej), to może przewyższyła ją  już w innym sensie? Od 2008 r. Energia i dynamika Chin prawdopodobnie doprowadziły do tego, że Chiny wyprzedziły rywala. Za sto lat historycy prawdopodobnie spojrzą wstecz na krach finansowy jako punkt zwrotny w równowadze sił między Zachodem a Chinami.

Kryzys kredytów hipotecznych typu sub-prime z tamtego roku, po którym nastąpiły wysokie podatki i nadmiernie uregulowane zarządzanie gospodarką prezydenta Obamy, doprowadził Amerykę do przedłużającej się recesji i anemicznego ożywienia. Jednocześnie Stany Zjednoczone rozproszyły siłę finansową i militarną oraz wiarygodność dyplomatyczną wojnami prezydenta Busha w Iraku i Afganistanie, co w najlepszym przypadku przyniosło jedynie marginalne korzyści. Gdy Zachód się zachwiał, chińska gospodarka ruszyła naprzód.

Podczas gdy wojny Busha przyniosły niewielkie korzyści, Ameryka również została zniszczona przez ostre wewnętrzne podziały. W ciągu ostatnich dwudziestu lat Partia Demokratyczna w USA przesunęła się na skrajną lewicę, stosując postmodernistyczne (neomarksistowskie) filozofie polityczne Jacquesa Derridy, Michela Foucaulta i Rolanda Barthesa do polityki społecznej i gospodarczej dekonstrukcji skoncentrowanej na płci i rasie i środowisku.

W międzyczasie połączenie ewangelików i "przelotnych'' obywateli Ameryki Środkowej, "lewaków '' globalizacji, z irytacją zwróciło się ku nacjonalistycznej, wolnorynkowej agendzie idiosynkratycznego showmana medialnego, Donalda Trumpa, który obiecał odwrócić deindustrializacja Stanów Zjednoczonych - polityka, która zyskiwała na znaczeniu do czasu pojawienia się Covid-19. Międzynarodowi komentatorzy z niedowierzaniem patrzą na podziały w Stanach Zjednoczonych, a także na wybór swoich kandydatów na prezydenta, w szczególności wiekowego Joe Bidena z Partii Demokratycznej, człowieka o wyraźnie malejących zdolnościach.

Chińczycy nie tylko myślą, że dysfunkcyjne i mocno podzielone Stany Zjednoczone upadają, oni wiedzą, że tak jest. Unia Europejska, której nacisk na unię polityczną wyraźnie nie jest używany jako model przez ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej), jest podobnie w stanie wojny ze sobą. Dziesięć lat temu chiński biznesmen chwalił się Europą: „Wczoraj jedliśmy śniadanie. Dzisiaj jemy twój lunch. Jutro zjemy twój obiad”.

Dawni zagorzali sojusznicy Ameryki w Azji poszli za ciosem. Podczas słabej prezydentury Obamy Tajlandia i Filipiny, była kolonia amerykańska, zdecydowanie znalazły się w obozie chińskim, gdy Stany Zjednoczone z ledwie jękiem zrezygnowały z kontroli nad Morzem Południowochińskim, najbardziej ruchliwym szlakiem handlowym na świecie. Pomimo ówczesnej przewagi Ameryki na lotniskowcach 11-1, prezydent Obama nie kwestionował okupacji przez Chiny wysp Paracel i Spratly.

ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej), które szybko staje się chińskim zapleczem, zawiera chińską diasporę szacowaną na 50 mln ludzi, a ich łączna populacja wynosi 650 mln. Ich łączny PKB przewyższy w ciągu pięciu lat PKB Unii Europejskiej (446 mln mieszkańców). Ponadto chińska strategia Nowego Jedwabnego Szlaku podporządkowała sobie Azję Środkową, Turcję i Rosję. Chińskie wpływy polityczne i gospodarcze w Afryce są również bardzo zaawansowane.

Globalny zasięg Chin wzrośnie jeszcze bardziej po podpisaniu w tym tygodniu regionalnego kompleksowego partnerstwa gospodarczego (RCEP), które łączy dziesięć krajów ASEAN z Chinami, Japonią, Australią, Koreą Południową i Nową Zelandią. Zauważalnie Europa i Ameryka nie są uwzględnione. Kiedy Indie wycofują się z RECEP, Chiny stoją na czele największej na świecie organizacji wolnego handlu.

Pod względem technologicznym Zachód także zaczyna być w tyle. W 2018 roku na Chiny przypadło 46 procent zgłoszeń patentowych na świecie; ich 1,5 miliona zgłoszeń przyćmiło 597 141 patentów zgłoszonych przez Stany Zjednoczone. Chociaż Stany Zjednoczone nadal przodują w technologii mikroprocesorowej, należy zapytać, jak długo to potrwa. W przypadku sztucznej inteligencji prognozuje się, że w ciągu najbliższej dekady Chiny prześcigną Zachód. Jak na ironię, to uprzywilejowane podatkowo grupy private equity w Ameryce wytyczają drogę do szybko rozwijających się chińskich centrów technologicznych w celu finansowania start-upów i szybko rozwijających się młodych firm. Nigdzie ta transformacja nie jest bardziej widoczna niż w Shenzhen; Miasto, mała wioska rybacka przylegająca do Hongkongu, kiedy Deng Xiaoping wyznaczył ją jako Specjalną Strefę Ekonomiczną w 1980 roku, jest obecnie konurbacją liczącą 13 milionów ludzi, której rozwój przewyższa Hongkong dzięki technologicznym potworom, takim jak Tencent i Huawei.

Covid-19 przyspieszył tempo względnego upadku Zachodu. RECEP jeszcze bardziej przyspieszył ten trend do tego stopnia, że pytanie, które należy zadać, nie brzmi:  "Kiedy Chiny wyprzedziły Zachód? '', A tylko "Kiedy chińska gospodarka stanie się tak dominująca, że USA i Europa będą musiały pukać do cesarskich następców Xi Jinpinga?

Chyba że Zachód zjednoczy siły, ponownie ucząc się kapitalizmu i rozwoju."

Anglik o gospodarce polskiej w XVI Wysłannik angielski na sejmie elekcyjnym Warszawa roku 1873

 Anglik o gospodarce polskiej w XVI  Wysłannik angielski na sejmie elekcyjnym Warszawa roku 1873
http://retropress.pl/wiadomosci/anglik-gospodarce-polskiej-xvi/
"Wiadomości/ 14.03.1948/ Londyn/ Rok 3, Nr 11 (102)
Rękopis, o którym mowa, wydobył z wielowiekowego zapomnienia prof. Rudolf Kesselring, sygnalizując jego istnienie na łamach „Głosu Ewangielickiego” w r. 1932. Pisała o nim w rok później Irena Hoffman jako o „sensacyjnym” dokumencie, stwierdzającym prawa polskie do pobrzeża bałtyckiego, a następnie – w „Kurjerze Warszawskim” – Władysław Tarnawski. Zajęli się nim z kolei Stanisław Kot i Wacław Borowy.

Wielka to jednak szkoda, iż dokument ten dotąd w piśmiennictwie naszym znany jest tylko z ułamkowych omówień. Szkoda tym większa, że pełniejsze streszczenie ukazało się w opracowaniu Niemca, Siegfrieda Mewsa (Lipsk 1936), z odpowiednio tendencyjną – zgadnąć nie trudno jaką – przyprawą.

Dokument przynosi nad wyraz interesujący i wnikliwy opis struktury społecznej, politycznej i gospodarczej oraz obyczajów Rzeczypospolitej z końca XVI w.; napisany jest ładną wczesno-angielską prozą, której przekład dałby wdzięczne pole do popisu dobremu tłumaczowi.

Rękopis (224 strony), przechowywany w British Muzeum, jest anonimowy. To tylko pewne, iż ma on bliski związek z wspomnianą przeze mnie w „Wiadomościach” (nr 82) misją dyplomatyczną w Polsce Sir George Carew (1598). Na ogół temu właśnie dyplomacie przypisuje się jego autorstwo. Przemawia za tym – jak mniemamy – m.in. i to że współczesny de Thou (Tuanus) wskazuje Carew jako autora „Relacji”, czerpiąc z niej polonica dla swych klasycznych „Dziejów”. Również – że niespornie spod pióra Carew pochodzi podobna „Relacja”, spisana z jego późniejszej ambasady do Francji. Autorstwo „Relacji” o Polsce zakwestionował prof. Kot, przyznając je raczej Williamowi Bruce (Bruse, Brussius), Szkotowi, postaci niewątpliwie bardzo pociągającej, prawnikowi, publicyście, żołnierzowi i włóczędze, który jako profesor Akademii Zamoyskiej, a później angielski agent dyplomatyczny, miał na pewno okazję co nieco o Polsce zauważyć; wedle hipotezy prof. Kota „Relacja” przygotowana została przezeń jako materiał orientujący ambasadora Carew w terenie polskim.

Do dotychczasowych omówień fragmentarycznych pragnąłbym dorzucić garść spostrzeżeń o obrazie gospodarstwa polskiego i polskiej polityki gospodarczej, jaki nam „Relacja” przekazała.

„Dziwne musi się wydać – zaczyna się rozdział o ekonomice polskiej – iż nie jest bogate to Królestwo, które obfituje w najważniejsze zasoby a ponadto jest śpichlerzem i arsenałem całej Europy”… Wiele miejsca poświęcono w „Relacji” bogactwu owych zasobów; czytamy więc o żywności wywożonej wołami do Niemiec, Węgier i Włoch, o soli dobywanej w Bochni, Wieliczce i z jezior, o budulcu okrętowym idącym w dużych ilościach na Zachód. Cały niemal rozdział poświęcony jest kopalinom polskim – soli, rtęci, miedzi, saletrze, srebru (i złotu).

Dociekając więc dlaczego bogactwo tych wszystkich zasobów nie daje Polsce zamożności – autor „Relacji” wykłada nam przy okazji swą doktrynę gospodarczą, którą moglibyśmy określić jako wczesnomerkantylistyczną a której zmodernizowane wersje czytelnik z pewnością znajdzie dzisiaj w praktycznych politykach gospodarczych.

„We wszystkich państwach – pisze – pilność narodu w sztukach mechanicznych i ludność są podstawami bogactwa”; świadczy o tym zamożność niemieckich i włoskich społeczeństw miejskich, jak Norymbergi, „stojącej na ziemi jałowej”, Augsburga, „żadnego nie posiadającego terytorium”, Wenecji i Mediolanu. Dlatego – objaśnia nas dalej – mądre prawa zakazują wywozu surowca albo przynajmniej utrudniają go wysokimi cłami, a sprzyjają wywozowi przetworu („artificiall”); tak postępuje np. Anglia, której wielkie zyski przynosi tkanina, o wiele większe aniżeli te, jakie dawniej, nim Flamandowie nauczyli ją sztuki tkania, czerpała z wywozu wełny. Podobna polityka gospodarcza „czyni kraj ludnym, za czym idą bogactwo gleby pomnożone wysiłkiem rolnika, zysk dla szlachty przez ulepszenie jej ziemi, a zysk dla księcia ze zwiększonych danin”.

Podmalowawszy w ten sposób tło doktrynalne, obserwator cudzoziemski krytykuje politykę polską, która pozwala by cały zysk z handlu koncentrował się w miastach pruskich i inflanckich i powoduje bogacenie się obcego „przemysłu” polskim kosztem. Wytyka zjawisko bogacenia się zagranicy na uszlachetnianiu surowca polskiego. „Prosta materia, jako to popiół (?), wełna, len, konopie, skóry, wraca do Królestwa, po cenie znacznie wyższej aniżeli ta po jakiej ją sprzedano za granicę”; tak wraca po wygórowanej cenie do Rygi len przetkany za granicą. Co gorsza – twierdzi (i tu mamy pewne świeże reminiscencje), że wraca do Polski (na przednówku?) za droższą cenę polskie zboże, wywiezione za granicę.

Skutek tej polityki, to podrywanie równowagi gospodarstwa, „overballancing”, jak mówi „Relacja”. Podcina się bilans płatniczy: „z powodu opisanych defektów towary polskie nie przynoszą pieniądza”. Równowagę bilansu tego podcina zresztą także pozycja turystyki, skoro „znaczna część uzdolnionej szlachty („gentlemen of abllity”), jadąc do obcych ziem i żyjąc tam na wysokiej stopie, zabiera dla siebie zaopatrzenie i zasilana jest wielkimi sumami pieniądza”, wysyłanymi z Polski. Ten dewizowy aspekt naszych związków duchowych z Zachodem kłopotał – jak widać – równie przodków co i współczesnych ministrów skarbu. Nieobcy im był także i inny jeszcze kłopot „dewizowy”, – przemyt pieniądza z Polski, – „rzecz -czytamy – nietrudna w kraju, którego granice otwarte są na ścieżaj”; uwaga zrozumiała u Carew (czy Bruce’a), pamiętającego o szczelnej morskiej granicy jego ojczyzny.

Kształtowanie się polskiego bilansu handlowego i płatniczego sprawiało najwidoczniej, że kraj był zalewany pieniądzem zepsutym („adulterated”). Jego, jakbyśmy powiedzieli dzisiaj, inflacja musiała mocno dokuczyć w obrocie; na sejmie w r. 1534 nakazano mennicom przerwanie bicia pieniądza w nadziei, że przerwa emisji da pewną reprecjację pieniądza (problematyka znana doskonale współczesnym!); mennica królewska – stwierdza nieco melancholijnie „Relacja” – usłuchała nakazu sejmowego, ale inne (mennice miast pruskich) – nic.

Kreśląc projekt naprawy gospodarstwa polskiego, Carew (Bruce?) opowiada się za ustanowieniem zakazów szkodliwego wywozu. Uważa za konieczne „życie surowe”, propagując „leges sumptuariae”, skoro najważniejsze towary polskie „wymienia się za granicą przeważnie… na zbędne, służące pompie, ostentacji i zbytkowi”. Zaleca zyskanie możliwości, jakie daje „morze Sarmackie”, oraz opanowanie a przynajmniej wolny handel na linii Dniepr-Dźwina, których połączenie uważa za konieczne. Jest zdania, że Polacy mają „równie dobre warunki dla zbogacenia swego kraju” – jak każdy inny naród, ale mogliby osiągnąć to pod warunkiem, iż „zreformowaliby swe nieporządne państwo” przez „ukrócenie zuchwalstwa szlachty i zapewnienie plebejuszom przywilejów właściwych ich rodzajowi życia”, najpewniejsza jest bowiem reguła, iż „no state can be riche where traders and artisans are wronged and troden on”.

Dziś zaliczylibyśmy autora do wyznawców poglądu o konieczności forsownej urbanizacji i uprzemysłowienia Polski, ekspansji morskiej, intensywniejszej kapitalizacji (ograniczenie zbędnego spożycia), intensyfikacji rolnictwa i t.d. Widzimy zresztą, iż naprawę gospodarczą Rzeczypospolitej ściśle łączył, na pewno trafnie, ze współzależną naprawą jej budowy społecznej."

http://retropress.pl/wiadomosci/wyslannik-angielski-na-sejmie-elekcyjnym/
"Wysłannik angielski na sejmie elekcyjnym

Władysław Kuczyński, urzędnik archiwum państwowego (State Paper Office), przełożył na polski ciekawą relację angielską z sejmu elekcyjnego r. 1632, którą odnalazł w papierach archiwalnych. Wydało ją w r. 1854 w „Drukarni Polskiej, 5 Grove Place, Tottenham”, „Grono Historyczne Polskie w Londynie”. Relacja – w formie diariusza z obrad sejmowych – długo uchodziła za relację ówczesnego wysłannika króla Anglii, Francisa Gordona. Jak twierdzi jednak prof. Stanisław Kot (1935), nie pisał jej sam Gordon, ale jeden z towarzyszących mu Anglików. Kuczyński nie poprawił oczywistych błędów u autora, w dodatku usunął wszystkie „uwagi ogólne jako niemiłe dla honoru narodowego”. Kot kilka z nich podaje:

„Warszawa jest jednym z najbiedniejszych miast, jakie w życiu zwiedziłem „…

„Naród na ogół jest niesłychanie pyszny, bez wiary i czci w swym postępowaniu z ludźmi, najbardziej przekupny na całym świecie przez branie łapówek. Co do religii, nie mają oni żadnej, albo tylko czczy pozór. Ich rozrywką jest wyłącznie pijaństwo”.

„Opisując zwłoki pary królewskiej, czekające na Zamku na pogrzeb, opowiada autor, iż podczas mszy żałobnej za ich dusze widział przez uchylone drzwi, jak w sąsiednim pokoju obecni grali w karty”.

Rzecz prosta, Anglików interesowała przede wszystkim walka toczona przez protestantów pod przewodem hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła o swobodę religijną, o wolność kościołów w całej Polsce, o ograniczenia Kościoła w prawie nabywania majątków. Radziwiłł od razu postawił biskupowi płockiemu [Stanisławowi Łubieńskiemu] zarzut, że przybył na elekcję w 1.000 dragonów, z 2.000 piechoty, z 10 działami o zapalonych lontach, zaopatrzony w 9 centnarów prochu. Wykrzykiwał: „Ja jestem pewny, że ani św. Piotr ani św. Paweł nie jeździli z taką okazałością” i groził, że może sprowadzić wojska więcej niż wszyscy biskupi i że na każde 2.000 odpowie 20.000. W pewnej chwili Zamoyski [podkanclerzy koronny Tomasz?] powiedział: „Co, wy panowie biskupi chcecie być wyżej niż my szlachta? Oho, ja widzę, że z wami inaczej potrzeba postępować”.

Przypomniano, również że trzy lata temu kasztelan krakowski [Jerzy Zbaraski?] występował ostro na sejmie przeciwko jezuitom, podając przykład złodzieja, który wszedł do domu, ukradł suknię i został obatożony: nie za to jednak że ukradł, ale za to, że wszedł bez zapytania i że nie powiedział: „Pokój temu domowi”. To samo jest z jezuitami, którzy zaczęli się wtrącać do rządów, jakby byli królami: „… wypędźim was – mówił kasztelan – nie za to, żeście budowali kościoły, klasztory i kupowali majątki, ale za to, żeście bez pozwolenia tu osiedli i nawet tyle jak „Pokój temu domowi” nam nie powiedzieliście”. Gdy wpłynęła sprawa nabywania majątków przez Kościół, biskupi oświadczyli, że muszą wysłać w tej sprawie posłańca do Rzymu, na co usłyszeli: „Póki posłaniec wróci, księża kupią całą Polskę, a wtedy będziemy mieli królestwo księżowskie, bo papież pewno że zatrzyma posłańca tak długo, aż póki duchowni nie zakupią w Polsce wszystkiej co można ziemi. W sprawie tej niektórzy posłowie katoliccy sekundowali protestantom. Jeden z nich stwierdzał, że gdy przychodzi wojna, biskupi nic nie dają krajowi, ale zawsze mają po kilkadziesiąt tysięcy dukatów dla papieża. Wojewoda bełski [Rafał Leszczyński] po stwierdzeniu przez posłów, że „nie znają człowieka, który by był wyższy od ich króla”, domagał się, by nie odwoływać się nigdy do Rzymu, bo to by oznaczało, że papież jest wyższy od króla.

Z tym wszystkim Anglik notuje: „Nuncjusz papieski miał dziś audiencję, i uważałem, gdy on w mowie swojej prosił Boga, by ich natchnął Duchem Św., żaden z nich się nie poruszył, lecz jak tylko wymieniono papieża, tak nuncjusz i prawie wszystka szlachta obecna uginała kolan i zdejmowała czapki”.

Elekcja Władysława IV, jak wiemy skądinąd, przeszła spokojnie wobec braku kontrkandydatów. Piękną przemowę wygłosił Radziwiłł w imieniu województwa wileńskiego: „Władysława deklaruję królem polskim, życząc aby dobrze długo żył i panował. Niech będzie szczęśliwy jak Jagiełło, niech się tryumfami wsławi jak Krzywousty, niech będzie łaskawy jak Kazimierz, przyjemny i miły wszystkim jak Zygmunt I, hojny pomnożyciel praw i wolności jak Zygmunt August”.

„Pageantry” uroczystości, po proklamowaniu króla, zrobiła na Angliku silne wrażenie: „… nigdy w życiu nic podobnego nie widziałem i nie wiem, czy kiedy co podobnego zobaczę”."

http://retropress.pl/wiadomosci/warszawa-roku-1873-troche-statystyki/
"Warszawa roku 1873: trochę statystyki
Rosyjski „Putiewoditiel po Warszawie i jeja okriestnostiam (Przewodnik po Warszawie i jej okolicach)” z r. 1873 wskrzesza wiele realiów stolicy „Priwislinskawo kraja”.
Ludność w r. 1871: 269.241. Garnizon wojskowy: 19.434. Lekarzy, akuszerek, dentystów i felczerów: 868. Domów zaopatrywanych w wodę: 170. Studni: 2072.

Piwiarni: 102. Cukierni: 240. Restauracji: 301. Szynków: 840.

Szkół: 159. Księgarń: 56. Świątyń: 47. Drukarni i litografii: 36. Łaźni i kąpieli: 22. Szpitali i lecznic: 13. Bibliotek: 12.

W r. 1871 popełniono w Warszawie 1488 kradzieży, 151 oszustw, 13 samobójstw, 2 morderstwa i 2 dzieciobójstwa.

Domów publicznych: 41. Prostytutek 1039 (w domach schadzek: 223, w domach publicznych: 177, tolerowanych samotnych: 176, podlegających obowiązkowemu badaniu: 463). Chorych na syfilis: 6447. Pokąsanych przez wściekłe psy: 48.

Hotele: Europejski: pokoje od 60 kop. do 7 rb.; Angielski (z kominkiem, przed którym grzał się Napoleon w r. 1812): od 50 kop. do 8 rb. Rzymski: od 45 kop. do 3 rb.; Victoria: od 45 kop. do 4 rb.; Maringe (późniejszy Francuski): od 40 kop. do 4 rb.; Saski: od 30 kop. do 1 rb. 80 kop.

Cukiernie: Lourse (w gmachu hotelu Europejskiego i w Teatrze Wielkim), Semadeni (na rogu Królewskiej i Marszałkowskiej, Świętokrzyskiej i Nowego Świata, al. Jerozolimskich i Nowego Świata), Botte i Clotin (na Krakowskim Przedmieściu, koło poczty).

Tramwaje – dwie linie: 1) Klub Obywatelski (na Krakowskim Przedmieściu) – Królewska – Marszałkowska – stacja kolei Wiedeńskiej; 2) stacja kolei Petersburskiej i Terespolskiej – Klub Obywatelski. Miejsc po 20 na dole (za przejazd 5 kop.) i na górze (3 kop.).

Posłańcy: za kurs 7,5 kop., z odpowiedzią 12,5 kop.; za czekanie na odpowiedź do 10 minut nic się nie dopłaca.

Teatry: Wielki (1149 miejsc od 22,5 kop. do 3 rb. 5 kop.); Mały (Rozmaitości) (770 miejsc od 15 kop. do 1 rb. 25 kop.); Letni (1000 miejsc od 15 kop. do 1 rb. 25 kop.); w Łazienkach (1246 miejsc od 20 kop. do 1 rb. 55 kop.).

Teatry ludowe (ogródki): „Tivoli” na Królewskiej, „Alhambra” na Miodowej, „Eldorado” na Długiej, „Alkazar” na Królewskiej, „Pod Lipką” na Przejeździe, „Figaro” na Nowym Świecie.

Dział ogłoszeń otwiera dom towarów galanteryjnych Lessera na Rymarskiej (23 działy, przyjmuje do odnowienia lustra). Z innych wymieńmy sklep honorowego optyka m. Warszawy Jakuba Pika na Miodowej; „kantor wekslu i loteryj” Władysława Bersona na Senatorskiej i Krakowskim Przedmieściu; skład win i delikatesów Simona i Steckiego (dawniej I. L. Flattau), istniejący od r. 1825, na Granicznej i Nowym Świecie; skład płótna J. Grützhandlera w hotelu Polskim na Długiej i na Nowiniarskiej; ujeżdżalnię Golińskiego na Marszałkowskiej („udziela lek-cye jazdy konnej dla mężczyzn i dam w każdej porze, a także przyjmuje konie do tressowania”); magazyn towarów galanteryjnych i skład papieru Gustawa Kipmana na Senatorskiej (bilety wizytowe wykonywa w ciągu godziny); magazyn szkła, kryształów, porcelany, fajansów i szyb Ignacego Hordliczki na Senatorskiej; magazyn wyrobów platerowanych Norblina na Krakowskim Przedmieściu; magazyn towarów jedwabnych i łokciowych I. Szyszki na ul. Świętokrzyskiej; magazyn obuwia S. Hiszpańskiego na Długiej (filie w Saratowie i Charkowie); magazyn win i delikatesów Ant. Stempkowskiego na Wierzbowej; skład win i delikatesów A. Bocqueta na rogu Teatralnej i Wierzbowej; skład towarów futrzanych Wincen. Starkmana (od 50 lat w teatrze Wielkim); księgarnię i skład nut Ferdynanda Hoesicka na Senatorskiej; magazyn futrzany M. Cederbauma na pl. Krasińskich; fabrykę K. Rudzkiego."

niedziela, 29 listopada 2020

Falszowanie historii prowadzi do tragedii

 Falszowanie historii prowadzi do tragedii

Cyceron: „Pierwszą zasadą jest, by historyk nigdy nie ważył się pisać kłamstw; drugą, by nigdy nie starał się ukryć prawdy; trzecią, by swoją pracą nie wzbudzał podejrzeń, że kogokolwiek faworyzuje lub jest do kogokolwiek uprzedzony”

Rozbiorów I RP dokonały trzy niemieckojęzyczne dwory. W Rosji rządziła wtedy dynastia niemiecka. Od czasów Piotra I zapatrzonego na zachód, który stolicę przeniósł do wybudowanego na bagnach  Petersburga  (1712–1918 stolica Imperium Rosyjskiego), wielką rolę na carskim dworze odgrywali "Niemcy".
Urodzona jako Sophie Friederike Auguste von Anhalt-Zerbst w 1729 w pruskim Szczecinie ( budynek narożny na ulicy Farnej ) Katarzyna II rządziła Rosją niezwykle twardą ręką. Nakaz Katarzyny II z 1767 roku definiujący zasady polityki i system prawny zapoczątkował okres twardego absolutyzmu w Rosji.

Rosyjskimi "ambasadorami" w schyłkowej I RP byli w większości "Niemcy":
1730−1733 Friedrich Casimir von Loewenwolde (poseł nadzwyczajny/minister pełnomocny)
1733−1744 Herman Karl von Keyserling (poseł nadzwyczajny)
1744−1748 Michaił Bestużew−Riumin (poseł nadzwyczajny)
1749−1752 Herman Karl von Keyserling (II raz)
1752−1758 Heinrich Gross
1758−1762 Fiodor Wojejkow
1763−1764 Herman Karl von Keyserling (III raz)
1764−1768 Nikołaj Repnin (także dowódca wojsk; jego następcami byli: gen. Iwan Weymarn i gen. Aleksander Bibikow)
1769−1771 Michaił Wołkoński
1771−1772 Kasper von Saldern
1772−1790 Otto Magnus von Stackelberg (w latach 1772–1775 jako poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny)
1790−1792 Jakow Bułhakow
1793 (II−XII) Jakob Sievers
1793−1794 Osip Igelström
1794−1795 Iwan d’Asch

Od 1915 roku wojennym celem Niemiec było stworzenie powojennej Mitteleuropy czyli wianuszka pozornie niepodległych państw wokół dominującego niemieckiego cywilizacyjnego Centrum Świata. Można tylko spekulować ale projekt ten prawdopodobnie spowodowałby ogromny awans cywilizacyjny objętych nim państw peryferyjnych  jako że poddostawcy najbardziej zaawansowanego przemysłu świata też musieliby reprezentować wysoki poziom technologii.
N.B. Obecnie polscy poddostawcy firm niemieckich ciągle się modernizują aby być kompatybilnym i nie wypaść z roli.
Spektakl powstawania niepodległego państwa polskiego Niemcy reżyserowali od 1916 roku.
W carskiej Rosji już przed wojną pojawiły się głosy że Rosja mając najwyższą elitę z  niemieckimi korzeniami wojnę z Niemcami musi przegrać i tak się oczywiście stało.
Finalnie niemiecki sztab uzbroił w środki virusa Lenina ( stworzył mu też rozbudowaną agenturą możliwości działania ) i podesłał go zaplombowanym wagonem do Rosji aby siał zamęt i zniszczenie.     

Na liście płac Biura Ewidencyjnego Sztabu Generalnego Austro-Węgier czyli wywiadu ( zwanego też H.K. Stelle) był Józef Piłsudski. Mimo desperackiego niszczenia dokumentów do dziś zachowały się dwa podpisane przez Piłsudskiego pokwitowania odbioru sporych pieniędzy. Pracował dla imperium od 1909 roku. Każdy agent realizuje cele płacącego i ochraniającego go państwa. Nielojalnych agentów się karze lub zabija. Austriacy dali mu  pseudonim "Stefan 2" Zwerbowany został razem ze swoim najbliższym współpracownikiem, Walerym Sławkiem, późniejszym premierem, któremu  nadano pseudonim "Stefan 1". Obu agentów zwerbował Józef Rybak, szef H.K. Stelle w Krakowie.  Rybak został później prominentnym generałem Wojska Polskiego z namaszczenia Piłsudskiego.
Piłsudski sporządzał  raporty dotyczące sytuacji politycznej i społecznej w Kongresówce oraz o zgromadzonych tam siłach rosyjskich. Wywiad austriacki był zadowolony i agent był sowicie wynagradzany. Wywiad oczekując na wybuch wojny już w 1912 roku postawił do dyspozycji agentów na organizacje akcji dywersyjnych w Rosji ponad tysiąc karabinów i kilkaset kilogramów materiałów wybuchowych, których nie wykorzystano.
"Strzelca" szkolącego bojowników Piłsudskiego  założył i uzbroił austro-węgierski wywiad. "Legiony" które miały poderwać poderwać Kongresówkę do powstania i walki przeciwko Rosji także założył i uzbroił austriacki wywiad. Wprowadzającą w błąd pompatyczno - bombastyczną nazwę tej formacji wymyślono w  gabinecie szefa Biura Ewidencyjnego płk. Maksa Ronge. Powstanie w Polsce było częścią planu Schlieffena. Miało związać siły rosyjskie do czasu aż Niemcy pokonają Francję. Polacy mieli być po raz kolejny użyci czysto instrumentalnie podobnie jak w czasie inspirowanych zewnętrznie dla cudzej korzyści powstań Listopadowego i Styczniowego.
Piłsudski do końca życia panicznie bał się ujawnienia kompromitującej prawdy o swojej nędznej osobie i ukrywał prawdę posuwając się do zlecania zabójstw i fałszowania dokumentów. Współpracownicy marszałka wielokrotnie grozili gen. Rybakowi by ten trzymał język za zębami i zniszczył dokumenty H.K. Stelle jeśli się zachowały. Jest oczywiste że śmierć gen. Wacława Zagórskiego, oficera wywiadu austro-węgierskiego, miała związek z kompromitującą Piłsudskiego wiedzą o agenciaku. Prawdopodobnie zamordowano też ( dziwne zgony ) conajmniej cztery osoby mające wiedzą o pracy późniejszego sanacyjnego dyktatorka dla  H.K. Stelle.
Z H.K. Stelle kontaktowali się też Aleksander Prystor, późniejszy premier, gen. Bolesław Roja, późniejszy dowódca Okręgu Generalnego Pomorze, Józef Beck, w II RP tragiczny minister spraw zagranicznych, fatalny gen. Edward Rydz-Śmigły, Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych oraz gen. Kordian Zamorski, zastępca szefa Sztabu Generalnego i komendant Policji Państwowej.
Liczebność "Legionów" spadła do 300-400 osób i dopiero gdy stało się jasne że niewygodne legiony mają być wybite co do nogi trochę żołdaków się obudziło. Dla Polaków liczących na odzyskanie niepodległości najkorzystniejsze było aby zaborcy mordowali się i niszczyli nawzajem. Per analogia do perfidnej brytyjskiej polityki równowagi sił, w interesie Polaków, którzy słusznie unikali służby w armiach zaborców było pomaganie stronie najsłabszej aby uszczuplała siłę najmocniejszego. Aranżowane przez legionistów a w tym Piłsudskiego przelewania krwi za Niemcy było zbrodnią i głupotą skoro Rosja była słabsza.  

Agent Piłsudski został od Austrii przejęty przez Niemców. Dokumentacja agenturalna Piłsudskiego jest prawdopodobnie w Moskwie i z pewnością zostanie w razie potrzeby użyta przeciwko Polsce. Rosja bedąc mocarstwem jądrowym wyznaje zasadę proporcjonalności używanych środków i w sprowokowanej przez Polske wojnie propagandowo- historycznej używa środków z umiarem. To na pewno nie jest ostatnie słowo Rosji. 

Polityka polska i odbudowanie państwa. Roman Dmowski:
"5 Polityka niemiecka wobec akcji Piłsudskiego, a następnie ruchu legionowego nie została dotychczas źródłowo zbadana. Nie ulega jednak wątpliwości, że poczynania odpowiednich komórek austriackiego wywiadu w tej, jak i w innych sprawach, były ściśle uzgodnione z Niemcami. Wśród dokumentów opublikowanych przez Karla Kautsky’go w 1927 r. znalazła się obszerna opinia szefa Sztabu Generalnego, gen. Helmuta von Moltke, opracowana dla ministra spraw zagranicznych, gdzie pod datą 5 sierpnia 1914 r. stwierdził on: „Insurekcja w Polsce tj. w Królestwie Polskim została przygotowana".
Zeppeliny niemieckie 7 i 8 sierpnia zrzucały nad miastami Królestwa (także nad Warszawą) tysiące ulotek wzywających Polaków do powstania przeciw Rosji. Oddziały niemieckie, które po 20 sierpnia przejściowo okupowały Kielce, tolerowały i wspomagały przybyłe tam ponownie oddziały strzeleckie dowodzone przez Piłsudskiego i jego ludzi."

Pamiętnik Harrego Kesslera i wypowiedzi Hansa von Beselera dotyczące Piłsudskiego, nasuwają alarmujące podejrzenia. Kessler twierdził, że "uwięziony" Piłsudski dał mu ustne gwarancje, że nie będzie zabiegać o "niemieckie" ziemie zachodnie, ale przyjmie tylko to, co przyzna Ententa na konferencji pokojowej. Późniejsze wydarzenia dowodzą, że Piłsudski właśnie zachowywał się tak, jak w relacji Kesslera wcześniej obiecał to znaczy nie tylko nie poparł powstania w Wielkopolsce i na Sląsku ale starał się je wszelkimi sposobami storpedować.
W rozmowie Hansa von Beselera z księciem Lubomirskim padło wiele dwuznacznie brzmiących zdań jak na przykład, że Niemcy i tak tego ich pięknego ptaka [Piłsudskiego] przysyłają do Polski zbyt szybko i dalej, że władzę przejmie on tylko i wyłącznie z woli Niemców.
Faktycznie Piłsudski przysłany pociągiem do Polski ( 100% analogia z Leninem ) władzę uzyskał przecież od zależnego od Niemiec organu, czyli Rady Regencyjnej bowiem Rada połowicznie uzgodniła posunięcie  z Berlinem. Sprawa kontrowersyjnej Rady Regencyjnej wymaga dopiero zbadania na ile było to instytucja marionetkowa.

Jakby tego było mało to Hitler wiele razy chwalił agenta - marszałka dyktatorka. Hitler tylko jeden raz oficjalnie uczestniczył we mszy świętej i było to nabożeństwo za duszę Piłsudskiego. Czary goryczy dopełnia nieszczęsna warta honorowa Wehrmachtu przez grobem Piłsudskiego na Wawelu, po zajęciu Polski w 1939 roku.

https://www.sluzbyspecjalne.com/operacja-polski-lenin-czyli-po-co-niemcy-wypuscili-pilsudskiego/
"Operacja polski „Lenin”, czyli po co Niemcy wypuścili Piłsudskiego
W zamyśle władz niemieckich Józef Piłsudski miał odegrać w Polsce taką rolę jak wysłany przez nich do Rosji Włodzimierz Lenin – wszcząć zamęt.

Wbrew podręcznikom historii Polska nie odzyskała niepodległości 11 listopada 1918 r. Niepodległość Polski ogłosiła już 7 października 1918 r. Rada Regencyjna przyszłego Królestwa Polskiego składająca się z ziemianina Józefa Ostrowskiego, arcybiskupa Aleksandra Kakowskiego i księcia Zdzisława Lubomirskiego. Rada powstała już w lipcu 1917 r. w efekcie tzw. aktu 5 listopada (1916 r.), w którym cesarze Niemiec i Austro-Węgier zapowiedzieli utworzenie przyszłego państwa polskiego. Celem zaborców było skłonienie Polaków do stworzenia armii, która pomogłaby im nie przegrać wojny. Praktycznie od momentu powołania Rada Regencyjna lawirowała z Niemcami. Punktem przełomowym ochłodzenia relacji z państwami centralnymi był tzw. kryzys przysięgowy z lipca 1917 r., gdy okazało się, że większość polskich jednostek wojskowych nie chce przysięgać na wierność Niemcom i Austro-Węgrom. Okupujący Polskę Niemcy nie zdecydowali się jednak na likwidację Rady Regencyjnej i starali się wykorzystać ją do zapewnienia spokoju w królestwie. Prawda zagubiła się w sanacyjnych, a później komunistycznych kłamstwach. To za rządów dyktatury Piłsudskiego po maju 1926 r. wymyślono mit o genialnym „Ojcu Ojczyzny” (tak kazał nazywać się sam zainteresowany), który sam jeden zwrócił niepodległość Polsce. Prawda jest dokładnie odwrotna. Nie dość, że jego udział w odzyskaniu niepodległości był żaden, to jeszcze niemal jej nie stracił w 1920 r. fatalnym dowodzeniem w wojnie z bolszewikami. Także utrata niepodległości w 1939 r. obciąża Piłsudskiego, bo to on dał władzę dyletantom, którzy doprowadzili do wojny na dwa fronty z Rosją Sowiecką i Niemcami.

Zapomniani bohaterowie
Rada Regencyjna, dziś niedoceniana i zapomniana oddała Polsce ogromne zasługi. To ona ogłosiła niepodległość. To ona zleciła i przeprowadziła budowanie polskiej administracji, tak cywilnej jak i wojskowej. Pierwsza Rada Ministrów Królestwa Polskiego, kierowana przez historyka i prawnika Jana Kucharzewskiego, powołana przez Radę Regencyjną już 13 grudnia 1917 r. Rok 1918 r. to była organiczna praca nad odbudową struktur przyszłego państwa. 12 października 1918 r. RR przejęła władzę nad wojskiem polskim, 23 października niemiecki generał przekazał radzie swoją rezygnację z bycia Naczelnym Wodzem Wojsk Polskich. Tego samego dnia rada powołała również pierwszy rząd polski z Józefem Świerzyńskim na czele, który 3 listopada próbował przejąć władz siłą w jego miejsce powołano tzw. prowizorium rządowe. Świerzyński był wielkim zwolennikiem Józefa Piłsudskiego. Można postawić hipotezę, że jego działania osłabiające Radę Regencyjną były podjęte z inspiracji Niemców. Tak więc gdy nastał listopad odrodzenie Polski szło pełną parą. Ta sprawność bardzo nie podobała się Niemcom.
W tym czasie Józef Piłsudski siedział w niemieckim więzieniu w Magdeburgu. Został w nim uwięziony po tym jak w lipcu 1917 r. chciał porzucić swojego dotychczasowego sojuszników, czyli Niemcy i Austro – Węgry. Piłsudski od 1909 r. był współpracownikiem wywiadu Austro-Węgier (pod pseudonimem „Stefan 2”). W 1914 r. w sierpniu, gdy zaczęła się I wojna światowa wraz ze swoją słynną pierwszą kadrową kompanią legionów wkroczył do rosyjskiego Królestwa Polskiego nawołując do powstania przeciw Rosji. Gdyby ów plan wymyślony przez wywiady Niemiec i Austro-Węgier by się powiódł, to Polska nie odzyskałaby niepodległości. Powstanie Polaków w zamyśle państw centralnych miało, bowiem odciążyć niemieckie siły i pozwolić na pobicie Francji. Ponieważ Polacy wykazali się zadziwiającą mądrością i przed Piłsudskim i jego wojakom zamykano okiennice w polskich domach, to Niemcy nie uzyskali tego, czego chcieli. W efekcie uderzenie wojsk rosyjskich na Prusy (kolebkę elity Cesarstwa Niemieckiego) zmusiło ich do zabrania z frontu francuskiego wojsk i obrony rodzinnych stron. Dzięki temu Francja przeżyła niemiecką nawałnicę. Było tak groźnie, że decydująca bitwa rozegrana na początku września 1914 r. nosi dziś nazwę „cudu nad Marną”. Czyli gdyby Piłsudski okazał się lepszym agitatorem, to Niemcy po pokonaniu Francji narzuciliby szybko pokój Rosji i z odrodzenia państwa polskiego nic by nie wyszło.

Powtórka z zagrywki
W kwietniu 1917 r. niemiecki wywiad rozpoczął przerzucanie zwerbowanego przez siebie wcześniej i opłaconego rewolucjonistę Włodzimierza Lenina do Rosji. Gdy 17 kwietnia Lenin dotarł do Piotrogrodu (Sankt Petersburga), to zrobił to, o co chodziło Niemcom: rozpętał w Rosji zawieruchę, która skutecznie wyłączyła ją z wojny. Niemcy dzięki tej dywersji zyskały spokój i duże tereny na wschodzie. Gdy 8 listopada 1918 roku zwalniali Niemcy Józefa Piłsudskiego z aresztu w Magdeburgu (przybywał w nim od lipca 1917 r.) chcieli, aby przyjechał on do Warszawy i zrobił to samo, co Lenin w Rosji. Piłsudski, chociaż z rodu szlacheckiego był postrzegany przez rządzących odradzającym państwem polskim, jako bandyta (napadał na pociągi), socjalista o zapędach rewolucyjnych. Dodatkowym kłopotem były niesłychanie wielkie ambicje Piłsudskiego, który ignorując fakt, iż był całkowitym dyletantem wojskowym chciał się na tym polu wykazywać. O tym, że Piłsudski przejął władzę w Polsce zadecydowało właśnie to, że został poparty przez socjalistów. Państwo polskie odbudowywała elita, ale zwykli ludzie: robotnicy i chłopi, nie utożsamiali się ziemianami i książętami. Niemcy wypuszczając Piłsudskiego liczyli po pierwsze na wybuch konfliktu miedzy Polakami (było bardzo blisko, dochodziło do pojedynczych bratobójczych incydentów w walce o przyszłą władzę). Po drugie uważali, że Piłsudski będzie musiał się liczyć z faktem, iż jak stanie się niewygodny Niemcom i Austro-Węgrom, to zostanie ujawniona jego współpraca wywiadowcza z zaborcami, (za, którą był sowicie wynagradzany). Niemcy znając też ambicje Piłsudskiego liczyli, że odsunie on od kierowania sprawami wojskowymi najlepszego dowódcę wojsk Cesarstwa Austro-Węgier, a teraz szefa sztabu Wojsk Polskich gen. Tadeusza Rozwadowskiego.
To właśnie z inicjatyw Niemiec i współpracowników Piłsudskiego powstał socjalistyczny 7 listopada Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej w Lublinie. Rząd ten miał podważać władzę Rady Regencyjnej, a w zamyśle Niemców doprowadzić w Polsce do wojny domowej. Edward Rydz Śmigły (późniejszy marszałek Polski, który uciekł haniebnie z placu boju we wrześniu 1939 r.) Minister Wojny w tym ludowym rządzie socjalisty Ignacego Daszyńskiego obiecywał Niemcom, że doprowadzi do aresztowania, a nawet zabicia Zagórskiego. Ciekawostką jest, że przyjęcia stanowiska w rządzie Daszyńskiego odmówił późniejszy premier słynny działacz chłopski Wincenty Witos, widząc w tych działaniach akcje niemiecką wymierzoną w tworzącą się Polskę.
Do wojny domowej nie doszło, głównie, dlatego, że Rada Regencyjna nie chciała ryzykować jej prowadzenia i przekazała Piłsudskiemu władzę w kraju. Gdy 11 listopada 1918 r. marszałek Piłsudski ogłaszał powstanie niepodległego państwa polskiego, pierwszym, który je uznał były właśnie Niemcy.
Z wywalczoną niepodległością Piłsudski nie miał nic wspólnego. Szefem państwa został, dlatego, że wybrali go Niemcy i dlatego, że był socjalistycznym rewolucjonistą. Temu zawdzięczał swoją autentyczną popularność w społeczeństwie. Za ojców niepodległości Polski należałoby uznać Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego, Tadeusza Rozwadowskiego, Wojciecha Korfantego i zapomnianych dziś członków Rady Regencyjnej. To oni przez ponad rok w ciszy przejmowali państwo z rąk zaborców i tworzyli zręby przyszłej instytucji. Radę Regencyjną przedstawia się w polskich podręcznikach wciąż wedle mantry przedwojennych kłamców Piłsudskiego, jak twór stworzony przez zaborców i skompromitowany współpracą z nim.
Uwięzienie przez Niemców Piłsudskiego skutecznie go uwiarygodniło. Nikt dziś nie zadaje pytania, dlaczego Niemcy takiego człowieka wypuścili do Polski. Późniejsze działania Piłsudskiego, który nie robił nic, aby odzyskać pomorze, Wielkopolskę o Śląsku nie wspominając – wiele o tym mówi. Duża część osób kojarzy zasługi Piłsudskiego ze słynną bitwą Warszawska w sierpniu 1920 r. („Cudem nad Wisłą”). Sęk w tym, że o ile „zasługa”, iż bolszewicy znaleźli się pod Warszawą bezsprzecznie przypada Piłsudskiemu, to już zwycięstwo było efektem geniuszu i pracy gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Piłsudski przed bitwą złożył rezygnację i samowolnie nie informując nikogo opóźnił o 1 dzień atak armii, której objął dowodzenie. Piłsudski – według zgodnych relacji świadków był załamany i oczekiwał porażki – pojechał pożegnać się z rodziną. Opóźnienie miało istotny skutek dla rozmiarów polskiego zwycięstwa pod Warszawą. Kilkadziesiąt tysięcy sowieckich wojsk zdążyło uciec z „kotła” przygotowanego przez Rozwadowskiego.
Aby pozbyć się niewygodnego świadka historii. Piłsudski po zamachu w maju 1926 r. wsadził gen. Rozwadowskiego do więzienia bez wyroku sądu. Zwolniono go po roku i zamordowano (otruto). Władze wojskowe nie zezwoliły rodzinie na sekcje zwłok. Po 1939 r., gdy dokonano ekshumacji okazało się, że ciała największego obrońcy Polski nie ma w grobie. Sanacyjne trepy definitywnie pozbyły się dowodów zbrodni. Warto o tym pamiętać, gdy dziś honoruje się Piłsudskiego, a mało, kto pamięta o generale, któremu zawdzięczaliśmy 21 lat własnego, niepodległego państwa"

Gorycz i wściekłość Niemiec była uzasadniona "kradzieżą" ich starannie realizowanego od lat projektu "Polska" przez USA zaaranżowana przez genialnego Paderewskiego tym bardziej że Niemcy uważali że chcą dla wszystkich zrobić dobrze. Stąd wysłano  polskiego Lenina czyli Piłsudskiego aby siał zamęt. Jędrzej Giertych: "Wielka kariera polityczna Piłsudskiego, poczynając od roku 1918-go, wyrosła na fakcie, iż był on w cichym, zupełnie formalnym porozumieniu z Niemcami i że został przez Niemców mianowany dyktatorem w Polsce"
W tej opinii, Piłsudski miał działać na rzecz osłabienia Rosji i podporządkowania Europy Środkowej i Wschodniej Niemcom.

I Wojna zakończyła się bardzo dziwnie. Szokiem dla Niemców było przystąpienie do wojny przez USA. Zaangażowane na froncie siły Ameryki nie były duże ale światli Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę że z takim kolosem gospodarczym jak USA nie da się wygrać w żaden sposób i dalsze prowadzenie wojny tylko dewastuje kraj. Żadne okupacyjne wojska obce nie wkroczyły jednak do Niemiec i niedługo po Wersalu podniosły się głosy że będzie dogrywka do tej niezakończonej wojny. Ameryka uważała że gigantyczne reparacje nałożone na Niemcy są poważnym błędem. Niedługo Niemcy doszli do wniosku że będzie taniej podbić lub  zabić wierzycieli niż płacić reparacje.
Stalin i jego przyboczni starali się za wszelką cenę biedny kraj, opóźniony do Zachodu w rozwoju o setki lat, przygotować do nieubłaganie nadchodzącej wojny z Niemcami.    

Agent Józef Piłsudski, wbrew wszelkim faktom zagrożenie dla Polski "widział" ( bo tak był zadaniowany ) w ZSRR a nie w Niemczech. Jego rola była wyłącznie destrukcyjna.

Historia się powtarza w zmienionej konfiguracji. Z jednej strony "niemiecka" Unia Europejska znów oferuje nam zależny ale jednak rozwój i dobrobyt a USA oferują nam... drogie kupno broni i wojnę z Rosją.
Niemcy uważają że nie-rząd PIS stworzony przez USA-Izrael kradnie im uczciwy długofalowy projekt "Polska" w który już tyle zainwestowali. Stąd wspomagany przez Niemcy Ciamajdan i obecne jakże słuszne i uzasadnione protesty kobiet. 

Teraz USA widzą Polskę w wojnie zaczepnej z Rosją ! "Wielu z was zginie, ale to poświęcenie, na które jesteśmy gotowi..."
Wśród 10 największych firm handlu detalicznego w Polsce nie ma firmy polskiej. Nie mamy nawet handlu we własnym kraju  ale podbijemy Rosję w wojnie zaczepnej.