Ukraincy ocenili swoich sojusznikow. Polacy na szarym koncu
https://dorzeczy.pl/sondaz/606867/koniec-przyjazni-polsko-ukrainskiej-ukraincy-slabo-oceniaja-nasza-pomoc.html
"Czy to koniec przyjaźni polsko-ukraińskiej? W najnowszym sondażu Ukraińców pytano, kogo uważają za niezawodnych sojuszników. Polacy znaleźli się na dole listy.
Od wybuchu wojny Polska aktywnie zaangażowała się w pomoc Ukrainie. Zarówno na niwie dyplomatycznej, od pierwszego dnia inwazji lobbując za wsparcie UE, jak i samodzielnie wysyłając sprzęt oraz przyjmując miliony uchodźców. Zdaniem Ukraińców te wysiłki były najwyraźniej niewystarczające. W najnowszym sondażu, w którym pytano, kogo Ukraińcy uważają za niezawodnych sojuszników Polacy znaleźli się na dole listy.
Z badań European Council on Foreign Relations (ECFR) wynika, że Ukraińcy najbardziej cenią sobie pomoc Wielkiej Brytanii. 84 proc. ankietowanych wskazało właśnie na Londyn, jako na najbardziej niezawodnego sojusznika. Na drugim miejscu znalazła się z kolei Litwa z wynikiem 77 proc.
Polskę wyprzedzają jeszcze USA, Niemcy, Francja i UE (jako całość). Gorszy wynik niż nasz kraj miały jedynie Włochy i Rumunia.
Polskę jako niezawodnego sojusznika postrzega 60 proc. Ukraińców, z czego jedynie 15 proc. zaznaczyło opcję "bardzo". Natomiast aż 35 proc. badanych stwierdziło, że Polska w ogóle nie jest "niezawodnym sojusznikiem".
Ukraina nie wygra na polu bitwy
Z kolei badanie Europejskiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych wykazało, że większość Europejczyków nie wierzy w zwycięstwo Ukrainy na polu bitwy. Ponad polowa respondentów uważa, że wojna zakończy się w drodze negocjacji. Natomiast większość Ukraińców wierzy, że Kijów wygra wojnę z wojskami rosyjskimi.
Respondenci uważają, że Ukraina nie pokona Rosji na polu bitwy – od około jednej trzeciej do połowy respondentów uważa, że wojna zakończy się wynegocjowanym rozwiązaniem, a 31 proc. uważa zwycięstwo Rosji za prawdopodobne. Spośród ankietowanych krajów Unii jedynie w Estonii dominowała opinia o zwycięstwie Ukrainy – 38 proc. "
czwartek, 4 lipca 2024
Ukraincy ocenili swoich sojusznikow. Polacy na szarym koncu
środa, 3 lipca 2024
III RP, czyli imperium sliny
III RP, czyli imperium sliny
https://www.salon24.pl/u/qqc1968/1386488,iii-rp-czyli-imperium-sliny
"Wiem , że moje powtórzenia tego samego wątku mogą być uznane za nużące, ale w tym wypadku są konieczne, jako że teorią państwa i prawa zajmuje się w Polsce na poważnie kilka osób, w związku z tym podstawowe pojęcia z zakresu tej nauki pozostają nieznane, co skutkuje kompletnym niezrozumieniem tego jakie są niezbędne cechy państwa, realizującego swoje podstawowe zadania i osiągającego założone cele.
Słowo "imperium" jest tu kluczowe, bo choć z grubsza rozumiemy jego potoczne znaczenie, to jednak przeważnie nie potrafimy zdefiniować jego ściśle prawniczego sensu. Zatem przypomnę po raz kolejny - "pero" oznacza po łacinie przemawiać długo i uroczyście. Zaprzeczeniem takiej mowy jest przemawianie stanowcze i maksymalnie zwięzłe, a zatem im - pero, stąd tryb rozkazujący czasowników był w języku Rzymian "imperativusem". W polszczyźnie podobnie konstruujemy "kazanie" i "rozkazanie" i z tego rozróżnienia wywodzimy też podobne skutki, choć w dziedzinie nauk prawnych łatwiej jest nam je ustalić, używając terminu "imperium", będącego mocą wydawania i co niemniej ważne - egzekwowania rozkazów. To istota państwa. Bez tej mocy istnieć nie może, bo nie jest nikomu do niczego potrzebne.
Nie pomylę się chyba stawiając tezę, że cała historia Polski to walka o dzierżenie owego "imperium", które po wielokroć wymykało się z rąk władzy centralnej i ostatecznie zakończyło się upadkiem państwowości oraz przejściem mocy wydawania i egzekwowania rozkazów na terytorium Polski - w obce ręce, co określamy mianem zaborów. Zabór w sensie prawnym to nic innego, jak przejęcie "imperium" na danym terytorium. A zatem utrata tej mocy jest równoznaczna z utratą państwowości i poddaniem się sile obcych imperativusów.
Dzisiejsza gospodarska wizyta niemieckiego rewizora, z pokorą przyjęta przez lokalną administrację, pokazała w sposób jednoznaczny, że dykta nie jest już podstawowym budulcem III RP. Nie wiemy przy tym co ją zastąpiło, nic bowiem, mimo wszelkich pozorów nie wskazuje, aby IV Rzesza posługiwała się jakimś szczególnie lepszym budulcem. Jedno jest pewne - zabrano nam nawet tekturę, pozostawiając w zamian ślinę. To wprawdzie niezbędna i wielce pożyteczna substancja, jednak wbrew przekonaniu naszych elit, nie nadająca się do klejenia, za to - i tu w praktycznym zastosowaniu elity III RP nie dają się nikomu wyprzedzić - niezbędna do plucia. A plucie i ślinotok to w tej chwili istota rządzenia, wskazująca, że dzierżyciele różnych stanowisk mają poważny problem, pięknie w polszczyźnie opisany mianem wścieklizny. Ta straszna choroba przez lata uchodziła za wyeliminowaną, więc niewiele osób miało okazję przekonać się o celności nazwy. Ja widziałem na własne oczy wściekłego lisa i wiem jak zapieniony śliną ( "ciekły" ) jest osobnik dotknięty tą straszną zarazą. Wścieklizna wróciła nie tylko do polskich lasów, ale niestety głównie do struktur państwa, które zatracają jakąkolwiek spójność zalane śliną. Taka sytuacja prowadzi do utraty "imperium" przez to co legalne, przewidywalne, unormowane i reprezentatywne, na rzecz struktur zewnętrznych w sprawach najistotniejszych dla racji stanu, co wie każdy, kto widział dziś sepleniącego na konferencji prasowej "polskiego" premiera, ale też na rzecz nieformalnych grup wewnętrznych, w sprawach indywidualnych. Wyrzeczenie się państwowości zawsze na tym polega - przestaje obowiązywać prawo, czyli rozkazy powszechnie adresowane do wszystkich i od wszystkich w równym stopniu egzekwowane, a zaczyna szerzyć się bezprawie, zawsze ostatecznie objawione w ordynarnej przemocy, stosowanej według widzimisia tych, którzy skuteczniej plują i lepiej regulują potokami śliny, najczęściej przy tym korzystając z mocy obcych mocodawców.
Dlatego z jednej strony mamy sprawę księdza Olszewskiego i dwóch jego współpracownic, bezwzględnie dręczonych przez azjatycką hordę, z drugiej dwa ostatnio szeroko komentowane przypadki oczywistych morderców, wypuszczonych z więzień, bo kilkoro polityków przebranych w sędziowskie togi, nie uznaje statusu sędziowskiego osób skutecznie do tego stanu powołanych.
Nazywanie takiej struktury, która wyrzekła się sprawowania władzy sądowniczej, państwem z dykty, to przypisywanie III RP cech ponad stan. Dykta coś tam maskuje, daje szanse zachowywania pozorów, jak uczył mistrz Stanisław Bareja w "Misiu" może nawet skutecznie udawać "teren zabudowany", póki ktoś idący "za potrzebą" nie zawadzi o spajający wszystko sznurek. Ślina już niczego nie udaje. W naszych realiach jest niestety już tylko skażoną plwociną, latającą we wszystkie strony i przerażająco skutecznie przylepiającą się do wszystkiego, co powinniśmy cenić.
Do rządów poprzedniej władzy miałem stosunek bardzo krytyczny, ale nie mogłem im odmówić choć intencji zachowania polskiej państwowości. Kilka miesięcy poczynań neo - Tuska i jego zbieraniny, zwłaszcza teraz, po relacjach o potraktowaniu księdza Olszewskiego i po obrazkach jakie mieliśmy okazję obejrzeć w ramach wizyty niemieckiego rewizora, nie zostawiają żadnych wątpliwości. Pryncypia polityki zagranicznej i gospodarczej, moc wydawania nam rozkazów w tym zakresie, przechodzą do Berlina, sprawy mniejszej wagi ogólnej, ale dojmujące dla losów indywidualnych, zostają w Polsce do dyspozycji zorganizowanych grup przestępczych zarządzanych głównie przez prawników, o czym świadczą poczynania licznych sędziów i słynnych adwokatów. Państwo polskie traci "imperium" zmierzając ku rozpadowi, otwartym pozostaje pytanie kim są ( będą ) współcześni zaborcy."
wtorek, 2 lipca 2024
Reparacje od Niemiec
Reparacje od Niemiec
"Niemcy będą starały się realizować wsparcie na rzecz osób ocalałych z okupacji; w Berlinie powstanie miejsce upamiętnienia polskich ofiar II WŚ" - powiedział we wtorek kanclerz Niemiec.
Każda z 40 tysięcy żyjących ofiar dostanie po 50 Euro.
Na odludziu stanie skwerek z pomniczkiem.
Dostaniemy stare hełmy jako wsparcie militarne.
Upust 5 % na demontowane w Niemczech stare (złomowe) wiatraki.
5% upust na zużyte samochody elektryczne.
Dostaniemy (do spalenia) miliony ton brudnych plastików i chemikaliów.
I najważniejsze - Dostaniemy 100 tys inżynierów i lekarzy z Afryki i Arabii .
Niemcy zrekonstruuja mokradła przy Odrze żeby imigranci nie opuścili Polski. !
"Ale jeśli mamy problem, jak mądrze podejść do prawdziwych działań np. na rzecz przywrócenia terenów podmokłych, zbiorników wodnych, to mamy bardzo racjonalny plan. Nic nie stoi na przeszkodzie i cieszę się, że ten konkret uzyskaliśmy, żebyśmy wspólnie działali tak, żeby to Europa współfinansowała takie działania jak np. rekonstrukcja mokradeł, zbiorników wodnych i budowa infrastruktury technicznej przy naszej granicy" - mówił Tusk.
"Niemcy mają przyczynić się do obrony wschodniej flanki Polski" Przygotowywane są już girlandy do ozdobienia "Mostu Przyjaźni Niemiecko-Rosyjskiej" na Bugu.
Według Tuska będziemy w końcu kwita.
poniedziałek, 1 lipca 2024
Zbedne zbrodnicze panstwo pasozytnicze II RP
Zbedne zbrodnicze panstwo pasozytnicze II RP
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_kryzys
"Spadek produkcji przemysłowej sięgnął w niektórych krajach 50% (Polska, USA)...
W rezultacie kraje, które zdewaluowały swoje waluty w 1931 r., miały wyraźnie wyższą produkcję przemysłową w 1934 niż w 1929 – w ostatnim roku przed kryzysem. Kraje złotego bloku, do którego wchodziła Polska, miały produkcję przemysłową niższą o 22% niż przed kryzysem. W 1936 różnica ta wynosiła 41 punktów procentowych: odpowiednio 127% poziomu z 1929 w krajach po dewaluacji w 1931 i 86% w krajach złotego bloku..
W Polsce kryzys był mocno odczuwalny, w latach 1929–1935 polski produkt krajowy zmniejszył się o 52%"
Polska po majowym zamachu stanu (1926) niemieckiego agenta Piłsudskiego zaczęła się staczać po równi pochyłej.
Peryferyjny Kapitalizm Zależny, dostępny w Google Books:
"Wielki kryzys miał w Polsce dramatyczny przebieg – pokazał wprost niewiarygodna korupcje i zdziczenie elit. Z tego okresu pochodza fałszywe tłumaczenia tragicznego stanu kraju i jego gospodarki. Rzad i publicystyka wprost rozpaczliwie starali sie zakłamac prawde oraz ukryc swoja ignorancje i indolencje. Przypominano o zniszczeniach wojennych i koniecznosci zszycia systemów gospodarczych funkcjonujacych dotychczas w róznych panstwach. Były to prawdy banalne. Kazda wojna przynosi zniszczenia, ale nie tylko Polska była zniszczona. Jednak gospodarka – zadajac kłam tym argumentom – stawała po wojnie na nogi. W przedkryzysowym 1928 roku PKB osiagnał poziom 91% z 1913 roku. Gospodarka swiata wzrosła w tym czasie o 31%. Zatem udział wolnej juz Polski w produkcji swiatowej spadł i to całkiem pokaznie. Okazało sie, ze Polska nie potrafiła nawet administrowac spadkiem po zaborcach. Ale to było dopiero preludium tego, co sie stanie pod batuta rzadu, który byłby ozdoba dworu czasów saskich.
Przygnebiajacy jest obraz tego, co z Polska gospodarka i społeczenstwem robiły sanacyjne rzady. Do Polski wróciły czasy saskie. Tabela 3.3 pokazuje stan produkcji przemysłowej róznych krajów swiata w okresie miedzywojennym, przyjmujac wyjsciowy stan z 1928 roku za 100%.
Przedstawione liczby sa bardziej wymowne niz tysiace słów. Z danych nalezy wyciagnac nastepujace wnioski:
• Najgłebsze, bezprecedensowe załamanie gospodarcze miało miejsce w Niemczech i w Polsce w 1932 roku. Głebokosc tego załamania tłumaczy demokratyczne dojscie do władzy Adolfa Hitlera. Nazisci szybko stawiaja gospodarke na nogi. Produkcja rosnie we wszystkich branzach, najszybciej rosnie produkcja zbrojeniowa. Ogromna dynamika wzrostu spowoduje, ze maszyneria przemysłowa Niemiec dokona w czasie wojny dosłownie cudów, skutecznie walczac z całym swiatem.
• Z kryzysu wychodza osłabione tylko kraje najwyzej uprzemysłowione oraz. . . rolnicza Polska, która jest ewenementem swiatowym. Kraje te miały jednak tak wielkie PKB, ze ich spadek nie pociagnał degradacji społeczenstw. Załamanie swiatowego systemu gospodarczego pociagneło za soba dewastacje handlu miedzynarodowego, w którym liderami były własnie potegi przemysłowe, stad tak głeboki spadek. Mimo to Wielka Brytania obroniła sie przed kryzysem.
• Kraje rolniczo-przemysłowe (takie jak Polska) po stosunkowo niewielkim załamaniu rozwijaja sie bardzo dobrze. W niektórych krajach w ogóle nie było kryzysu. Polska
jest prawdopodobnie jedynym krajem rolniczo-przemysłowym swiata, który z kryzysu wyszedł osłabiony. Udział Polski w swiatowej produkcji przemysłowej zmalał po kryzysie o 28%.
• Do przodu prze takze przemysł stalinowskiego ZSRR, który rozszarpie Polske w 1939 roku.
• Fantastycznie rozwija sie Japonia. Zniszczona wojna Japonia szybko staje na nogi i dynamicznie sie rozwija. Takze zdewastowane wojna i ograbione Niemcy sprawnie sie podnosza i rozwijaja. Powstaje Triada: USA – Europa Zachodnia – Japonia. Przy czym Europa to przede wszystkim gospodarka Niemiec.
Jesli przyjac udział Polski w gospodarce swiatowej w 1913 roku za 100%, to w 1938 roku wyniósł on juz tylko 42%. Polskie peryferyjne elity nie tylko nie umiały administrowac przemysłem zostawionym przez zaborców, ale go po prostu zdewastowały. Rozbiór ogromnego panstwa, liczacego blisko 1 mln km2 powierzchni, był w XVIII wieku czyms bezprecedensowym. Tak samo bezprecedensowy był upadek polskiej gospodarki w okresie miedzywojennym.
Odrodzona Polska szła pod prad historii. Tak jak za czasów panszczyznianych, w odrodzonej Polsce wiele do powiedzenia miało pasozytnicze ziemianstwo. Nie przeprowadzono realnej reformy rolnej, bowiem blokowało ja ziemianstwo. Wies stała w miejscu, gospodarujac po staremu, o czym swiadczyła stagnacja, a nawet spadek plonów podstawowych ziemiopłodów w okresie lat 1909–1938. Polska wies tego okresu na tle Europy Zachodniej jest anachroniczna. We wschodniej Polsce wciaz funkcjonowała gospodarka naturalna.
Polska eksportowała głównie wegiel i półfabrykaty majace w 1938 roku około 60% udziału w eksporcie. Artykuły rolno-spozywcze to 36% eksportu. Udział eksportu maszyn i urzadzen oraz srodków transportu wynosił 1.2%. Przemysł nowoczesny był wiec znikomy.
W 1938 roku w srednim i wielkim przemysle pracuje zaledwie 2.2% ludnosci, mniej niż przed kryzysem w 1928 roku.
Ogromnym problemem dla przedwojennej gospodarki był kapitał zagraniczny. Udział kapitału obcego w spółkach akcyjnych (najwieksze i najnowoczesniejsze przedsiebiorstwa) wynosił w roku 1927 – 21%, w 1934 – 47% i w 1938 – 43%. Obcy kapitał w zasadzie nie budował nowych przedsiebiorstw, a jedynie wykupywał istniejace. Rozbudowy i modernizacje firm były czyms wyjatkowym."
https://forsal.pl/artykuly/1330494,ii-rp-byla-gospodarcza-porazka-mity-na-jej-temat-sa-bardzo-szkodliwe.html
"II RP była gospodarczą porażką. Mity na jej temat są bardzo szkodliwe
Istnieje ryzyko, że rządzący, uwiedzeni mitycznym wyobrażeniem o sukcesach działalności gospodarczej państwa w II RP, uznają, że trzeba powielić takie rozwiązanie. Taka strategia mogłaby spowolnić postęp cywilizacyjny kraju - pisze ekonomista Stefan Kawalec.
Brak świadomości, że okres II Rzeczypospolitej był gospodarczą porażką, niezrozumienie przyczyn tego stanu rzeczy, a także mity związane z efektami działalności państwa w tym okresie mogą mieć poważne konsekwencje dla nas i dla naszych dzieci. Istnieje ryzyko, że w wyniku nierozważnych decyzji politycznych i gospodarczych niektóre zjawiska, które były kluczowymi przyczynami regresu gospodarczego w okresie międzywojennym, zostaną w bliższej lub dalszej przyszłości w Polsce odtworzone i zahamują nasz wzrost gospodarczy. Dlatego w 100-lecie odzyskania niepodległości i powstania II Rzeczypospolitej warto przyjrzeć się doświadczeniom Polski międzywojennej i zastanowić, jakie lekcje wynikają z nich dla naszych strategicznych decyzji gospodarczych dzisiaj i w przyszłości.
II RP – okres stagnacji gospodarczej
Polska międzywojenna może poszczycić się wybitnymi przedsięwzięciami gospodarczymi, w szczególności związanymi z osobami Władysława Grabskiego – autora reformy walutowej z 1924 r., i Eugeniusza Kwiatkowskiego – twórcy portu w Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego. W II Rzeczypospolitej powstały od podstaw nowe branże przemysłu, a w niektórych dziedzinach polskie rozwiązania należały do czołówki światowej. Jednocześnie jednak w szczytowym okresie rozwoju gospodarczego Polski międzywojennej, w 1938 r., produkcja wielu kluczowych wyrobów przemysłowych była znacznie niższa niż na tym samym obszarze w 1913 r. – ostatnim przed wybuchem I wojny światowej. Całkowita produkcja polskiego przemysłu dopiero tuż przed wybuchem II wojny światowej przekroczyła poziom uzyskiwany na tym samym obszarze w 1913 r. Różnica wyniosła jednak zaledwie 5 proc., podczas gdy w 18 największych krajach europejskich tempo wzrostu sięgnęło 41 proc. Zmiany wartości produkcji przemysłowej w kraju nad Wisłą nie nadążały więc za przyrostem liczby ludności. W efekcie produkcja przemysłowa na głowę mieszkańca w 1938 r. była o prawie 10 proc. niższa od wartości z 1913 r.
Warto zadać pytanie, dlaczego dwudziestolecie międzywojenne okazało się okresem gospodarczej stagnacji i pogorszenia ekonomicznej pozycji Polski w Europie? Nie wyjaśniają tego ani zniszczenia wojenne, ani brak krajowego kapitału, ani dualna struktura gospodarki.
To prawda, że gospodarka na terenach Polski podczas I wojny światowej i późniejszych walk o niepodległość doznała dużych zniszczeń. Ale potencjał przemysłowy był zrujnowany także w wielu innych krajach. Tam jednak szybko potrafiono się z tym uporać. Historycy Jerzy Tomaszewski i Zbigniew Landau zwracają uwagę, że przy odbudowie zniszczeń przyrost wytwórczości jest z reguły wyższy niż przy budowie całkowicie nowych obiektów produkcyjnych. Stąd kraje dotknięte dużymi zniszczeniami wojennymi charakteryzowało zazwyczaj znacznie szybsze tempo wzrostu gospodarczego niż kraje, których potencjał przemysłowy nie ucierpiał.
Wielu autorów słusznie zwraca uwagę, że słabością polskiej gospodarki był niedostatek krajowego kapitału, a także mizeria rynku wewnętrznego związana z ową dualną strukturą gospodarki, w której większą część ludności stanowili ubodzy mieszkańcy wsi, nieuczestniczący w sposób istotny w krajowym rynku. Nie wyjaśnia to jednak w sposób wystarczający, dlaczego na obszarze, na którym przed I wojną światową produkcja przemysłowa rosła szybko, po jej zakończeniu doszło do stagnacji. Tym bardziej że jak pisze historyk Piotr Koryś (na portalu PolskieTradycjeGospodarcze.pl, 2017), w dekadzie 1920–1930 kapitał zewnętrzny był dość łatwo dostępny, co ułatwiało odbudowę gospodarki w krajach peryferyjnych w Europie. Uwaga na rynki zbytu
Przed I wojną światową gospodarki poszczególnych zaborów były silnie powiązane z gospodarkami państw zaborczych. Przed 1914 r. 91 proc. nadwyżek handlowych z terenu zaboru rosyjskiego (Królestwa Polskiego) trafiało do Rosji. Z zaboru pruskiego 68 proc. nadwyżek handlowych trafiało do Niemiec.
W II Rzeczypospolitej ośrodki gospodarcze rozwinięte na terenach byłych zaborów zostały odcięte od swoich tradycyjnych rynków zbytu. Z komunistyczną Rosją handel był bardzo ograniczony, z Niemcami zaś trwała długoletnia wojna celna. Przykładowo w latach 1925–1928 polski eksport do Rosji i krajów bałtyckich stanowił średnio zaledwie 8 proc. wartości sprzedaży z polskich terytoriów pod zaborem rosyjskim do Rosji w 1910 r. W tych samych latach 1925–1928 średnia wartość rocznego eksportu Polski do Niemiec stanowiła 45 proc. średniej rocznej wartości sprzedaży produkcji w zaborze pruskim do pozostałych prowincji Niemiec w latach 1911–1913.
Zastąpienie rynku niemieckiego i rosyjskiego innymi odbiorcami było w międzywojennej Europie w praktyce niemożliwe. Stworzone przed I wojną światową moce produkcyjne były w wielu dziedzinach za duże względem możliwości absorpcyjnych gospodarki II Rzeczypospolitej. Nie mogły zostać wykorzystane i dlatego nie zostały w pełni odtworzone po wojnie. To dlatego przez cały okres międzywojenny produkcja wielu podstawowych wyrobów przemysłowych była niższa niż przed I wojną światową.
Warto zwrócić uwagę, że utrata (nieodtworzenie) produkcji, która przed I wojną trafiała do Niemiec i Rosji, oznaczała jednocześnie ograniczenie przychodów przedsiębiorstw, wynagrodzeń pracowników i zysków właścicieli. To warunkowało osłabienie popytu, który te przedsiębiorstwa oraz ich pracownicy generowali na rynku wewnętrznym. Zatem utrata rynków eksportowych oznaczała jednocześnie skurczenie popytu wewnętrznego, co odbijało się na całej gospodarce.
Utrata kluczowych rynków eksportowych była głównym czynnikiem hamującym rozwój polskiej gospodarki w dwudziestoleciu międzywojennym. Był on zarazem w znacznej mierze niezależny od władz II RP, które niewiele mogły w tej sprawie zrobić.
Dzisiaj utrata dostępu do rynku Unii Europejskiej (UE) mogłaby okazać się podobnie bolesna. Choć żadne ugrupowanie polityczne nie deklaruje chęci wyprowadzenia Polski z UE, a poparcie społeczne dla członkostwa w Unii jest w Polsce bardzo wysokie i wykracza poza podziały polityczne, sytuacja ta może w przyszłości ulec zmianie. Przyczynić może się do tego fakt, że w powszechnej świadomości główną korzyścią ekonomiczną z przynależności do europejskiej wspólnoty są fundusze unijne, których nasz kraj jest obecnie głównym beneficjentem. Jednakże w kolejnych perspektywach finansowych Polska płacić będzie do budżetu unijnego więcej, a otrzymywać mniej. Jak nieoficjalnie twierdzą urzędnicy unijni, już w 2027 r. Polska może zostać płatnikiem netto do budżetu UE. Jeżeli jednocześnie będą nasilać się spory polityczne na linii Polska – UE, przekonanie obywateli o korzyściach wynikających z naszego członkostwa może się osłabić. Tymczasem podstawowym dobrodziejstwem naszej przynależności do Unii jest rynek zbytu, który oferuje. W ciągu 13 lat od wejścia Polski do UE przychody z naszego eksportu do Unii były 17-krotnie wyższe niż środki netto otrzymane z unijnego budżetu. Sprzedaż towarów na ten rynek systematycznie rośnie. Polska jest zarazem atrakcyjnym miejscem do inwestycji, ponieważ produkowane u nas towary mają gwarancję trwałego dostępu do unijnego rynku. To dzięki temu gospodarka szybko rośnie, przez co szybko zmniejszamy dystans do najbogatszych krajów UE. Dochody firm eksportujących na rynek unijny, ich pracowników i właścicieli napędzają całą gospodarkę. Gdyby eksport ten doznał bardzo poważnego uszczerbku, to konsekwencje byłyby podobne do tych, jakie nasza gospodarka ponosiła w okresie międzywojennym. Nastąpiłby spadek popytu wewnętrznego, spadek PKB i produkcji przemysłowej. To pociągnęłoby za sobą drastyczny wzrost bezrobocia. Polsce, pozbawionej gwarancji dostępu do rynku unijnego, groziłaby stagnacja i utrwalenie pozycji peryferyjnej w Europie.
Możliwość dostosowania kursu walutowego
Pod koniec lat 20. XX w. w gospodarce światowej panował system walutowy zwany „standardem złota”. W ramach tego systemu, do którego należała również Polska, poszczególne kraje gwarantowały wymienialność swoich walut na złoto według sztywnego parytetu.
Wielki Kryzys, rozpoczęty krachem na giełdzie nowojorskiej w listopadzie 1929 r., wystawił ów system na ciężką próbę. Prawdziwym wstrząsem było wyjście z niego Wielkiej Brytanii, uchodzącej za ostoję międzynarodowego ładu walutowego. Brytyjczycy w 1931 r. zawiesili wymienialność swojej waluty na złoto i pozwolili na dewaluację funta o ok. 30 proc. Wiele państw natychmiast podążyło ich śladem, obniżając wartość własnych walut. Kolejnym wstrząsem było porzucenie standardu złota przez Stany Zjednoczone. W 1933 r., gdy prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, USA zawiesiły wymienialność dolara na kruszec, a następnie dokonały jego dewaluacji o 40 proc. W systemie standardu złota pozostało wówczas już tylko kilka krajów europejskich, które pod przywództwem Francji utworzyły w 1933 r. „złoty blok”, zobowiązując się do zachowania wymienialności walut na złoto i utrzymania swobody przepływów kapitałowych. Członkiem tego elitarnego „złotego bloku” była również Polska. Z roku na rok zwiększał się jednak kontrast między recesją w krajach bloku a ożywieniem gospodarki w państwach, które odeszły od tego modelu. W 1936 r., a więc w siódmym roku od początku światowego kryzysu, różnica w wartości indeksu produkcji przemysłowej w stosunku do poziomu przedkryzysowego między gospodarkami, które zdewaluowały swoje waluty, a tymi należącymi do „złotego bloku”, przekraczała już 40 pkt proc. Mianowicie w pierwszej grupie produkcja przemysłowa w 1936 r. wynosiła średnio ponad 127 proc. poziomu z 1929 r., a w drugiej średnio zaledwie 86 proc. (przy czym w Polsce tylko 72 proc.).
Warto w tym miejscu podkreślić istotę korzyści, jakie odnosiły kraje odchodzące w okresie Wielkiego Kryzysu od standardu złota. Gospodarki znajdowały się wówczas w stanie recesji, miały niewykorzystane moce produkcyjne, wysokie bezrobocie i przeżywały spadek cen detalicznych i hurtowych. Sytuacja ta stwarzała przestrzeń do tego, aby poprzez ekspansję monetarną i fiskalną zwiększyć zatrudnienie i produkcję, bez wywoływania inflacji. Jednakże taka ekspansja spowodowałaby pogorszenie bilansu handlowego, wypływ rezerw walutowych i w efekcie utratę możliwości utrzymywania ustalonego kursu walutowego. Stąd w warunkach standardu złota nie było to możliwe. Natomiast w przypadku odejścia od parytetu kraj mógł prowadzić politykę zwiększania popytu wewnętrznego i ożywiania gospodarki, wykorzystując dostosowanie kursu walutowego jako instrumentu zapobiegającego powstaniu deficytu handlowego.
Polska pozostawała wierna standardowi złota i odrzucała kolejne nadarzające się okazje, aby obniżyć wartość zbyt silnej waluty. Pretekstem mogła być choćby dewaluacja amerykańskiego dolara w styczniu 1934 r. (Dolar był przedtem dość powszechnie używany jako waluta równoległa w Polsce i stabilność złotego oznaczała dla wielu po prostu stały kurs dolara w złotych. Można więc było w momencie dewaluacji dolara to samo zrobić ze złotówką, zachowując niezmienioną relację kursową dolar – złoty). Nie zdecydowano się na to i w efekcie złoty umocnił się wobec dolara. Przyniosło to wzrost zaufania do polskiej waluty, co bardzo ucieszyło władze Banku Polskiego. Tę radość wyrażano w piątym roku kryzysu, gdy polska gospodarka przeżywała dramatyczne załamanie – produkcja przemysłowa była o 37 proc. niższa niż w 1929 r. Nasuwa się tu analogia między sytuacją Polski w 1934 r. a sytuacją krajów południa strefy euro (Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii) 80 lat później. Kraje te (Polska w 1934 r., a kraje południa strefy euro w 2014 r.) miały solidne i budzące zaufanie waluty, a ich gospodarki pogrążone były w głębokim kryzysie, zaś rządzący starali się nie dostrzegać związku między kryzysem gospodarki a istniejącym rozwiązaniem walutowym.
Polska pozostawała w „złotym bloku” do kwietnia 1936 r., gdy wobec spadku rezerw wprowadzono reglamentację walutową i tym samym ograniczono możliwość wymiany złotego na złoto. „Złoty blok” przetrwał jeszcze tylko kilka miesięcy, do września 1936 r., gdy jego ostatni uczestnicy – Francja, Szwajcaria i Holandia – zdecydowali się na dewaluacje.
W Polsce nie osłabiono kursu, ale wprowadzone w kwietniu 1936 r. rozwiązanie zastępcze w postaci reglamentacji walutowej umożliwiło zasadniczą zmianę polityki makroekonomicznej. Możliwe było bowiem zwiększenie podaży pieniądza bez obawy, że naruszy to zdolność Banku Polskiego do realizacji obowiązku wymiany złotego na dewizy po stałym kursie (gdyż reglamentacja zwolniła faktycznie Bank Polski z tego obowiązku). Rozpoczął się wówczas okres bardzo aktywnej polityki pieniężnej i budżetowej – mogła ruszyć budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego.
Dzisiaj badacze uważają, że system standardu złota był zasadniczym źródłem Wielkiego Kryzysu i że bez odejścia od parytetu ożywienie w gospodarce światowej nie byłoby możliwe. Konsensus w tej sprawie ukształtował się na przełomie lat 80. i 90. XX w., a najbardziej reprezentatywną prezentacją tego poglądu jest książka Barry’ego Eichengreena „Golden Fetters: The Gold Standard and the Great Depression 1919–1939” (Złote kajdany. Standard złota i Wielki Kryzys 1919–1939), która ukazała się w 1992 r.
Polscy i zagraniczni naukowcy są zgodni, że pozostawanie przez Polskę w latach 30. XX w. w systemie standardu złota było nieporozumieniem, błędem i przyniosło gospodarce szkody. W wyniku tej polityki II RP trwała w stagnacji. Strat tych nie zdołała już odrobić. Niemiecki historyk gospodarczy Nikolaus Wolf uważa, że uporczywe pozostawanie w systemie parytetu złota było konsekwencją dążenia marszałka Józefa Piłsudskiego do utrzymywania silnych relacji wojskowych i gospodarczych z Francją. Wymuszało to jednak stosowanie polityki deflacyjnej, a więc polityki ograniczania popytu wewnętrznego. Witold Staniewicz, ekonomista i minister rolnictwa w rządach piłsudczykowskich, zwracał uwagę, że dopiero po odejściu od systemu standardu złota w 1936 r. możliwe stało się rozpoczęcie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Pierwsze seryjnie produkowane czołgi, działa i samoloty zaczęły opuszczać fabryki COP tuż przed wybuchem wojny w 1939 r. Gdyby budowę COP rozpoczęto wcześniej, to polska armia przystąpiłaby do wojny znacznie lepiej wyposażona w nowoczesny sprzęt. Nie mogło się jednak tak stać, gdyż decyzje dotyczące systemu walutowego podporządkowano nie interesowi gospodarki, lecz – jak twierdzi Wolf – relacjom w ramach sojuszu politycznego i wojskowego. Warto przemyśleć ten przypadek, w którym kierowanie się przesłankami politycznymi przy wyborze rozwiązania walutowego nie przyniosło żadnych korzyści politycznych, natomiast zaszkodziło gospodarce i obniżyło bezpieczeństwo kraju.
Kraj należący do strefy euro, który popadnie w problemy z konkurencyjnością, jest w podobnie dramatycznej sytuacji, jakby znajdował się w warunkach kryzysu w systemie standardu złota, gdyż nie może poprawić swojej konkurencyjności przez dostosowanie kursu walutowego. Barry Eichengreen, autor fundamentalnych prac na temat związku między systemem standardu złota a Wielkim Kryzysem, twierdzi (w książce „Hall of Mirrors: The Great Depression, the Great Recession, and the Uses – and Misuses – of History” z 2015 r.), że w świetle doświadczeń z systemem parytetu złota decyzja o wprowadzeniu euro była katastrofalnym błędem.
W okresie niespełna 20 lat od chwili wprowadzenia euro prawie połowa krajów, które przyjęły wspólną walutę, została dotknięta zjawiskiem długotrwałej utraty konkurencyjności, które spowodowało poważne straty w poziomie rozwoju gospodarczego. Do grupy tej można zaliczyć dziewięć krajów (Cypr, Estonia, Finlandia, Grecja, Hiszpania, Łotwa, Portugalia, Słowenia i Włochy), których PKB w 2015 r., a więc siedem lat po wybuchu światowego kryzysu finansowego z 2008 r., było niższe niż w 2007 r., czyli w ostatnim roku przed tym kryzysem.
Każdy kraj może w pewnym momencie przestać być konkurencyjny – z wielu przyczyn, które trudno jest z wyprzedzeniem przewidzieć lub wyeliminować. Przykładem może być Finlandia, która słusznie uchodziła za jedną z najzdrowszych, najsolidniejszych i najbardziej konkurencyjnych gospodarek w UE, a w ostatnich latach zmaga się z kryzysem strukturalnej niekonkurencyjności i przeżywa długotrwałą recesję. Początkowe przyczyny kłopotów tego kraju nie były związane z euro. Jednak brak własnej waluty utrudnił Finlandii odzyskanie konkurencyjności i przez wiele lat nie była ona w stanie przezwyciężyć recesji. W 2015 r. PKB Finlandii był o 5 proc. niższy niż w 2007 r. Dla porównania dodajmy, że w tym okresie 2007–2015 PKB Polski wzrósł o 29 proc.
Jeżeli Polska przyjmie euro, to pozbawiona elastycznego kursu walutowego będzie narażona na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności i problemy z jej odzyskaniem, gdyby do tego doszło. Kraj mógłby popaść w długoletnią stagnację gospodarczą, a wtedy trwający od ponad 20 lat proces systematycznego zmniejszania luki rozwojowej w stosunku do najbogatszych krajów Europy zostałby zatrzymany. Społeczeństwo, przywykłe do stałego wzrostu gospodarczego, zostałoby skonfrontowane z sytuacją długotrwałej recesji i wysokiego bezrobocia.
Mit interwencjonizmu państwowego
W gospodarce II Rzeczypospolitej rola państwa była bardzo duża, a w kryzysowych latach 30. jeszcze wzrosła. Według różnych szacunków wartość majątku publicznego (majątku przedsiębiorstw państwowych oraz instytucji państwowych i samorządowych) wynosiła 20–30 proc. majątku narodowego. Szczególnie duża była rola państwa w sektorze finansowym – w latach 30. XX w. państwo kontrolowało zdecydowaną większość aktywów sektora finansowego. W debacie publicznej nie ma zgody co do oceny roli państwa w gospodarce II Rzeczypospolitej. Dla jednych doświadczenia międzywojenne dowodzą skuteczności interwencjonizmu państwowego w napędzaniu wzrostu gospodarczego. Inni w etatyzmie upatrują głównego źródła niepowodzeń gospodarczych II Rzeczypospolitej. Moim zdaniem oba te poglądy są mocno zmitologizowane.
Trudno mówić o tym, że interwencjonizm państwa dowiódł swojej skuteczności i przyniósł sukces gospodarczy w sytuacji, gdy okres II Rzeczypospolitej okazał się porażką gospodarczą. Z drugiej strony nie sposób zgodzić się z poglądem (wyrażonym m.in. ostatnio przez Witolda Gadomskiego w artykule „Gospodarkę II RP gubił etatyzm”, w „Gazecie Wyborczej” z 15 maja 2018 r.), że główną przyczyną niepowodzeń gospodarczych II Rzeczypospolitej był nadmierny etatyzm. Zgadzam się z Witoldem Gadomskim, że wiele działań państwa w II Rzeczypospolitej było szkodliwych dla gospodarki. Szkody te mogłyby jaskrawo ujawnić się w dłuższym okresie. Nic nie wskazuje jednak na to, że gdyby przy niezmienionych innych warunkach funkcjonowania systemu ekonomicznego w okresie międzywojennym ograniczyć zaangażowanie państwa, to poziom aktywności gospodarki w okresie istnienia II Rzeczypospolitej byłby wyższy. Można się spodziewać, że byłoby jeszcze gorzej. Barierą wzrostu w okresie międzywojennym były w pierwszej kolejności problemy popytowe: utrata zagranicznych rynków zbytu oraz ograniczenia popytu wewnętrznego wynikające po pierwsze z ograniczenia dochodów eksportowych, a po drugie, z prowadzenia polityki deflacyjnej (czyli tłumienia popytu wewnętrznego) mającej zapobiec deficytowi handlowemu przy przewartościowanym kursie złotego. Gdy w latach 1936–1939 państwo porzuciło politykę deflacyjną i poprzez budowę COP zaangażowało się w napędzanie gospodarki, przy niewykorzystanych mocach produkcyjnych i wysokim bezrobociu, przyniosło to zbawienne skutki w postaci wzrostu produkcji przemysłowej, która w latach 1936–1938 rosła w tempie ponad 10 proc. rocznie. Najwyższy poziom i najwyższą dynamikę wzrostu gospodarczego osiągnięto więc w latach, w których rola państwa w gospodarce była najwyższa w pokojowym okresie istnienia II Rzeczypospolitej.
Można zadać pytanie, co by było, gdyby nie wybuchła wojna? Twardej odpowiedzi nie mamy, ale możemy formułować hipotezy. Historyk gospodarczy Piotr Koryś (w artykule „The State as an Entrepreneur: Reorientation of the Economic Policy of the Republic of Poland in Late 1930s and the Development of State Capitalism”, Ekonomia, 4/2015) twierdzi, że w 1939 r. proste rezerwy były już w dużej mierze wykorzystane. Kontynuacja prowadzonej przez państwo polityki gospodarczej coraz słabiej przyczyniałaby się do wzrostu PKB. Szybko ujawniłyby się bariery finansowe – wzrost zadłużenia i inflacja. Zaczęłyby się pojawiać również negatywne skutki przyjętego modelu, w którym inwestycjami produkcyjnymi zajmuje się państwo. Zastosowanie tego systemu było skądinąd w części wymuszone – początkowo zakładano, że rząd skupi się na rozbudowie infrastruktury, a fabryki w COP będzie budował kapitał prywatny, lecz okazało się, że nie jest łatwo znaleźć kapitał prywatny gotowy realizować inwestycyjne plany rządu. Powojenne doświadczenia z wielu krajów pokazują, że model oparty na bezpośrednich inwestycjach państwowych jest znacznie mniej efektywny niż taki, w którym państwo zapewnia szeroko pojętą infrastrukturę transportową, prawną, edukacyjną itp. i stwarza warunki do inwestowania sektorowi prywatnemu.
Dziś w szerokiej świadomości COP jest przedsięwzięciem stanowiącym powód do dumy, potwierdzającym dobitnie, że w II RP państwo polskie potrafiło tworzyć światłe wizje i je skutecznie realizować. Trzeba jednak mieć na względzie, że tylko część fabryk rozpoczęła produkcję przed wybuchem wojny i COP nie zdążył wywrzeć istotnego wpływu na poprawę wyposażenia polskiej armii. Nie doszło również do komercyjnej weryfikacji tego przedsięwzięcia. Trudno stwierdzić, czy miało ono sens ekonomiczny i czy utrzymałoby się na rynku w warunkach konkurencyjnej gospodarki.
Warto pamiętać o niepowodzeniu prekursora COP, którym były inwestycje górniczo-hutnicze podejmowane przez rząd Królestwa Polskiego, zainicjowane w latach 1815–1830 przez Stanisława Staszica i Ksawerego Druckiego-Lubeckiego w Zagłębiu Staropolskim, na terenie późniejszego COP. Inicjatywa ta nie okazała się trwała i większość zakładów później zamknięto, gdy nie były w stanie przetrwać na rynku.
Niezweryfikowany mit COP może prowadzić do niebezpiecznego przekonania o skuteczności przedsiębiorczej działalności państwa. Odzwierciedleniem takiego przekonania wydaje się przyznanie przez tegoroczne Forum Ekonomiczne w Krynicy nagrody w kategorii Firma roku państwowej agendzie, jaką jest grupa Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR), w skład której wchodzi Bank Gospodarstwa Krajowego, będący prawną kontynuacją instytucji, która finansowała budowę COP. Zastrzegam, że nie twierdzę wcale, iż PFR nie zasługuje na nagrodę. Gdyby otrzymał odrębną nagrodę specjalną, nie byłoby w tym nic niezwykłego. Natomiast kuriozalne jest przyznanie tej państwowej instytucji nagrody w kategorii Firma roku. Można to odczytać jako wyraz przekonania, że najlepszym przedsiębiorcą w Polsce jest państwo. Jeśli PFR jest rzeczywiście najlepszą firmą, to może nie ma sensu, by zajmował się wspieraniem gorszych od niego przedsiębiorstw prywatnych, a rozwijał się sam – wypierając, zastępując lub przejmując prywatne spółki? Pogląd taki byłby nad wyraz szkodliwy i niebezpieczny. Jeżeli chcemy, by Polska zmniejszała lukę rozwojową w stosunku do krajów wysoko rozwiniętych i by możliwie szybko dołączyła do ich grona, to potrzebujemy innowacyjnych i dynamicznych przedsiębiorstw, które będą zdolne do konkurowania i ekspansji na rynku światowym. Nie zrobią tego firmy państwowe.
Niebezpieczne scenariusze
II Rzeczpospolita podejmowała olbrzymi trud tworzenia nowej państwowości z ziem trzech zaborów, w sytuacji niesprzyjającego gospodarczego i politycznego otoczenia międzynarodowego. Ńwcześni sternicy polityki gospodarczej kraju działali w skrajnie trudnych warunkach, a ich możliwości wyboru były ograniczone. Problemy gospodarcze, których nie byli oni w stanie lub nie zdołali uniknąć, warto analizować z myślą o tym, by zapobiec podobnym nieszczęściom w przyszłości. Nieznajomość, niezrozumienie lub lekceważenie doświadczeń gospodarczych II Rzeczypospolitej może prowadzić do realizacji niebezpiecznych scenariuszy. Istnieje ryzyko, że w najbliższych latach Polska, na własne życzenie, doprowadzi do powtórzenia jednego z tych zjawisk, które zahamowały jej rozwój gospodarczy w okresie międzywojennym.
Brak zrozumienia dla istoty korzyści gospodarczych z przynależności do UE oraz spory polityczne z Brukselą mogą spowodować, że gdy Polska stanie się płatnikiem netto do budżetu unijnego, opuścimy Unię. Wyjście z niej i ograniczenie dostępu do rynku europejskiego mogłoby mieć podobnie dramatyczne konsekwencje jak odcięcie gospodarki II Rzeczypospolitej od zagranicznych rynków zbytu.
Z drugiej strony, w przypadku gdy w wyniku wyborów zmieni się władza w Polsce, może zostać podjęta decyzja, aby jak najszybciej wejść do strefy euro, w przekonaniu, że dzięki temu Polska zostanie jeszcze mocniej związana z Europą Zachodnią. Może się to okazać błędem o podobnie groźnych konsekwencjach jak decyzja o uporczywym utrzymywaniu w latach 30. XX w. sztywnego parytetu złotego względem złota i członkostwa w „złotym klubie” pod przywództwem Francji. Przyjęcie euro, zamiast spowodować silniejsze zakotwiczenie Polski w Unii Europejskiej, może przyczynić się do problemów ekonomicznych i kumulacji frustracji społecznej, co w kolejnej odsłonie politycznej może doprowadzić do rozstania się Polski zarówno ze strefą euro, jak i z UE.
Istnieje również ryzyko, że rządzący, uwiedzeni mitycznym i nieprawdziwym wyobrażeniem o sukcesach działalności gospodarczej państwa w II Rzeczypospolitej, uznają, że konsolidacja i rozbudowa sektora państwowego oraz pełnienie przez państwo funkcji przedsiębiorcy może stać się skutecznym motorem napędowym polskiej gospodarki. Taka strategia mogłaby spowolnić postęp cywilizacyjny kraju."
niedziela, 30 czerwca 2024
Zydzi w roli katow, bandytow i zlodziei.
Zydzi w roli katow, bandytow i zlodziei.
Izrael jako państwo wyłącznie Żydów jest jedynym rasistowskim państwem świata z ideologią rasową niewiele odbiegającą od zbrodniczej III Rzeszy.
Żydzi w Gazie masowo mordowali dzieci, kobiety i starców. Być może ofiar jest ponad 60 tysięcy.
Izraelski gabinet zalegalizował teraz pięć żydowskich osiedli na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu i przyjął szereg sankcji wymierzonych w Autonomię Palestyńską.
Społeczność międzynarodowa uważa wszystkie żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu Jordanu za nielegalne. Część z nich powstała za zgodą izraelskiego rządu, część - bez wymaganych przez Izrael pozwoleń i to do tej grupy należy pięć osad będących przedmiotem decyzji. W ostatnich latach izraelski rząd stara się legalizować powstałe bez zezwoleń osiedla, zamiast je burzyć - podkreślił portal Times of Israel. Smotricz ogłosił również, że gabinet zgodził się na budowę tysięcy nowych domów dla osadników na Zachodnim Brzegu.
Świat potępia kolejne wywłaszczenie Palestyńczyków z ziemi, domów i własnego państwa. Izrael lekceważy ONZ bo stoją za nimi twardo USA. Bez broni i amunicji z USA Izrael nie mógłby mordować Palestyńczyków.
Teraz wszyscy rozumieją, dlaczego Żydzi byli gonieni i gromieni przez setki lat z każdego miejsca na świecie. Nigdzie się nie asymilowali i byli bardzo uciążliwi. Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Rosjanie i Polacy byli uczciwi.
Przedstawiciele kahałów korumpowali polską administracje aby nie płacić podatków. Bez podatków i wojska I RP upadła.
Michalkiewicz: Trzeba o tym nieustannie przypominać, bo obecnie Żydowie, próbując odcinać kupony od Hitlera, prezentują się wyłącznie w roli ofiar. Tymczasem żydokomuna i w ogóle Żydowie doskonale sprawdzają się również w roli katów, co widzimy nie tylko w Strefie Gazy, ale czego Polacy doświadczyli na własnej skórze w okresie stalinowskim.
czwartek, 27 czerwca 2024
Laboratorium zaawansowanej elektroniki i automatyki 120
Laboratorium zaawansowanej elektroniki i automatyki 120
Spis treści:
Debilizacja i AI
Bogactwo
Dezinformacja
Energetyka
EV
Dyscyplinowanie proletariatu
Debilizacja i AI
Codziennie otrzymujemy świadectwa analfabetyzmu funkcjonalnego, na który w wyniku postępującego procesu debilizacji cierpi dominująca część polskich "elit".
Agenturalno – mafijna Klasa Polityczna składa się z miernot, łapówkarzy, psychopatów i chorych psychicznie
Debil (Klasyfikacja DSM IV - Pogranicze funkcjonowania intelektualnego ) to osoba pełnoletnia o niepełnosprawności intelektualnej w stopniu lekkim. Mają IQ w przedziale 55–69 a poziom intelektualny osób dorosłych jest charakterystyczny dla 12 roku życia dziecka. Do 13 roku życia brak jest różnic rozwojowych.
Osoby takie są samodzielne i zaradne społecznie, ale nie wykonywać zawodów wymagających podejmowania decyzji, ponieważ nie osiągnęły etapu myślenia abstrakcyjnego w rozwoju poznawczym. Życie rodzinne jest czasem poprawne. W procesie socjalizacji z reguły nabywają zaburzeń osobowościowych, ze względu na atmosferę otoczenia i stosunek innych osób.
Zdaniem sądu określenie przez pisarza Żulczyka prezydenta Dudy mianem Debil było słuszne.
Polscy polityce są już zbędni i AI jest dużo „mądrzejsza” od nich !
Profesor AGH ośmieszył system „naukowy” ministra - kryminalisty Czarnka. Naukowo pisał ( w wysoko punktowanych czasopismach „naukowych”) o zmyślonym hobby zapałkowym Jana Pawła II. Wykreował fikcyjnego naukowca – autora. Zmyślił cytowane publikacje.
Oczywiście AI od razu zidentyfikowałaby ten żart !
https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,31003158,profesor-agh-osmieszyl-system-czar
nka-pisal-o-zapalkach-jana.html
„Filumenistyczne hobby Karola Wojtyły
Streszczenie:
Artykuł przedstawia mało znaną stronę życia papieża, jego pasję do kolekcjonowania zapałek.
Wprowadzenie ukazuje, że Jan Paweł II był nie tylko duchowym liderem, ale także człowiekiem
o szerokich zainteresowaniach. Następnie omawia wczesne lata pasji papieża, w których
zainteresowanie zapałkami zaczęło się już we wczesnej młodości.
W dalszej części artykułu rozwijane są tematy zapałczanych pamiątek, które papież zdobywał
podczas swoich licznych podróży. Zapałki stawały się cennymi pamiątkami i symbolami jego
bliskości z danym narodem, pozwalając na budowanie relacji międzykulturowych i dialogu.
Kolejny rozdział podkreśla znaczenie filumenistyki dla samego papieża. Hobby to było
sposobem na odpoczynek, wyrazem wartości i unikalnym sposobem komunikacji
oraz hojności. Dziedzictwo filumenistyki Jana Pawła II stanowi piękną spuściznę duchową,
pozostawiającą trwałe przesłanie miłości, pojednania i szacunku dla drugiego człowieka.
Podsumowanie podkreśla uniwersalne przesłanie tej pasji oraz inspirujące znaczenie, jakie
może mieć nawet najmniejsza rzecz. Filumenistyczne hobby Jana Pawła II pozostaje
niezapomnianym świadectwem, że prostota i otwartość na świat są ważnymi wartościami, które
mogą pozostawić trwały ślad w sercach ludzi.
Słowa kluczowe: Karol Wojtyła, kolekcje, filumenistyka, symbolika kolekcji.
(…)
Podsumowanie
Filumenistyczne hobby Jana Pawła II – kolekcjonowanie zapałek – było niezwykłym aspektem
życia Ojca Świętego, który pozostawił trwałe dziedzictwo. Ta pasja nie tylko stała się sposobem na odpoczynek i odprężenie od wielu obowiązków, ale przede wszystkim miała głębokie znaczenie duchowe, kulturowe i historyczne. Kolekcja zapałek była dla Jana Pawła II wyrazem jego osobistej tożsamości, ciekawości świata i szacunku dla różnorodności kulturowej. Zapałki, zdobywane podczas podróży i spotkań z ludźmi, stawały się pamiątkami, które przechowywały wspomnienia z ważnych momentów w jego pontyfikacie.
Filumenistyczne hobby było także narzędziem budowania relacji i bliskości z ludźmi, jak
również symbolem pojednania i pokoju. Dziedzictwo filumenistyki Jana Pawła II jest ważnym
elementem jego spuścizny duchowej. Kolekcja zapałek ukazuje ludzką i bliską naturę wielkiego
duchowego lidera, inspirując przyszłe pokolenia do szacunku dla innych, dialogu międzykulturowego i hojności w służbie innym. To dziedzictwo pozostaje nie tylko wśród
wiernych katolików, ale także w sercach ludzi o różnych przekonaniach, pozostawiając
niezapomniane ślady i przesłania dla całego świata.
Filumenistyczne hobby Jana Pawła II – Ojca Świętego w świecie zapałek – jest więc jednym z
wielu aspektów, które ukazują wielowymiarowość i uniwersalne przesłanie tego wyjątkowego
duchowego przywódcy. Jego pasja do zbierania zapałek pozostaje pięknym i inspirującym
przykładem, że nawet najmniejsze rzeczy mogą mieć wielkie znaczenie i pozostawić trwałe
dziedzictwo w sercach ludzi.
28 F. Albini, The Vatican Collection: A Glimpse into Pope John Paul II’s Matchbox Hobby,
“Rome Artifacts Quarterly”, vol. 33, no. 2, 2003, pp. 45-53″.
Bogactwo
System gospodarczy ma zaspokoić wszelkie uzasadnione potrzeby obywateli.
Mniejszy średni majątek Per Capita niż Polska mają w Europie tylko Rumunia i Bułgaria. Niestety z powodu znacznego rozwarstwienia majątkowego Polska ma najmniejszy w Europie majątek medianowy Per Capita. Najważniejszym składnikiem tego majątku są mieszkania i domy czyli nieruchomości. Pasożytniczej transformacji ustrojowej towarzyszyła zapaść w budownictwie cofająca Polskę do początka lat pięćdziesiątych ! Zatem zapaść ta wraz ze złodziejską prywatyzacją okradała z majątku - zubożała Polaków, którzy stali się pariasami Europy !
Nawet mainstream pisze już że jakością i funkcjonalnością patodeveloperka nie umywa się do osiedli PRL !
Mieszkania w zadbanym bloku z PRL kosztują często tyle samo co nowe „apartamenty” mimo iż są stare a przecież nie są wieczne.
Mamy twarde zderzenie propagandy sukcesu III RP z realiami. To dysonans poznawczy. Jak to ? Przecież 35 lat wspaniale się rozwijamy i staliśmy się pariasami Europy ?
Dezinformacja
Sanacyjna szajka wmawiała Polakom że jesteśmy „Silni, Zwarci i Gotowi” ale sama przed najazdem Niemiec szykowała się do ucieczki za granicę.
Propaganda sukcesu ery Gierka twierdziła że jesteśmy 10 potęgą gospodarczą świata.
Peryferyjny Kapitalizm Zależny, dostępny w GoogleBook:
Historia zna mnóstwo przykładów skutecznych oszustw i manipulacji. Nawet ludziom, którzy wiedzą, że idą na pewna śmierć, można wmówić, ze czeka na nich kawa i ciastko. Finezyjne kłamstwo to takie, w które ludzie chętnie uwierzą. Takie, które trafi w ich psychiczne zapotrzebowanie.
Prokurator Smirnow przesłuchiwał przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym
w Norymberdze hitlerowskiego zbrodniarza Rajzmana:
Prokurator Smirnow: Proszę nam powiedzieć, jak wyglądała później stacja w Treblince?
Rajzman: Na początku na stacji nie było w ogóle żadnych szyldów, ale w kilka miesięcy później komendant obozu, Kurt Franz, wybudował elegancki dworzec z tablicami. Na barakach, w których gromadzono ubrania więźniów, były tablice z napisami „Restauracja”, „Kasa biletowa”, „Telefon”, „Telegraf ” i tak dalej. Były nawet rozkłady jazdy z godzinami odjazdów i przyjazdów ze stacji Grodno, Suwałki, Wieden i Berlin.
Prokurator Smirnow: Czy dobrze zrozumiałem, ze świadek mówi, iż wybudowano coś w rodzaju fałszywej stacji kolejowej?
Rajzman: Kiedy ludzie wysiadali z pociągów, naprawdę mieli wrażenie, ze są na jakiejś bardzo przyzwoitej stacji.
Prokurator Smirnow: A co się działo z tym ludźmi później?
Rajzman: Tych ludzi prowadzono ulica Himmelfahrt [ulica do nieba] prosto do komór gazowych.
Fraza „Polskie obozy zagłady” powinna być ścigana karnie jako że były one niemieckie. Dezinformująca fraza „Polski przemysł” też powinna być ścigana jako że jest on zachodni a głównie znów niemiecki.
Polska jest jednym z krajów najbardziej zacofanych technologicznie w całej Unii Europejskiej.
Ale w dezinformującym - tumaniącym przekazie propagandowym Polacy cały czas coś jako pierwsi w świecie wymyślają. Grafen , procesor, leki...
„Polska branża półprzewodników ! Instytuty badawcze Łukasiewicza i PAN zrealizują projekt, który ma przyczynić się do stworzenia nowych technologii dla wielu branż, kluczowych we współczesnej gospodarce” - informuje wtorkowy "Pulsu Biznesu".
Sensacja! Pokazali polski lek na koronawirusa. "Jesteśmy pierwsi na świecie"
Podczas konferencji prasowej w Lublinie ogłoszono, że Polacy, jako pierwsi, mają już gotowy lek na koronawirusa, który, co istotne, działa. Wytworzono go z osocza osób, które przebyły COVID-19.
Polska firma stworzyła urządzenie, które wykrywa koronawirusa z oddechu. Prezydent Duda: To jest rewolucja.
Opona przerobiona na papier. Polscy naukowcy potrafią to zrobić.
Serwis naukawpolsce.pl informuje o najnowszym osiągnięciu łódzkich naukowców. Dzięki wykorzystaniu aktywności szczepu bakterii Lactiplantibacillus możliwe jest wytworzenie biocelulozy. Bakterie do jej produkcji pobierają energię z odpadów gumowych. Powstała w ten sposób celuloza bakteryjna nie nadaje się jednak do produkcji papieru.
Polski cywilny schron naukowców z WAT trafi do produkcji. "Innowacja na skalę światową"
Modułowy schron podwójnego przeznaczenia opracowany z udziałem naukowców z Wojskowej Akademii Technicznej będzie produkowany przez polską firmę Mahton Schrony Sp. z o.o., która nabyła od uczelni licencję na wprowadzenie produktu na rynek. Schron może służyć również w czasie pokoju.
Najczystszy na świecie grafen: Polacy otwierają drzwi do technologicznej rewolucji
Tablet zwinięty w rulon, superszybkie procesory, niezniszczalna karoseria samochodów - to nie bajka, a przyszłość. Polscy naukowcy opracowali tanią technologię produkcji najczystszego na świecie grafenu.
Naukowcy Uniwersytetu Jagiellońskiego opracowali miękkie materiały magnetyczne mogące zrewolucjonizować energetykę i uniezależnić ją od metali ziem rzadkich z Chin.
Termin "inteligentna fabryka" staje się coraz bardziej popularny. Do 2025 roku, Polska stanie się liderem w implementacji technologii Przemysłu 4.0. Inteligentne fabryki będą wyposażone w zaawansowane systemy analityczne, sztuczną inteligencję oraz Internet Rzeczy (IoT). Dzięki temu produkcja stanie się bardziej elastyczna, z możliwością szybkiej adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych.
Konfrontacja bajki vs rzeczywistość: Bajki - mamy najlepszych informatyków na świecie, którzy poniżej 40 000 zł miesięcznie nie wstają z łóżka. Rzeczywistość - "wskaźnik cyfryzacji polskich firm plasuje nas na 23 miejscu wśród krajów UE"
Miała być bajkowa śmietanka inżynierów – programistów a jest realny informatyczny proletariat do zastąpienia przez AI.
Dolina lotnicza. Wodorowa dolina lotnicza. Dolina wodorowa...
I tak dalej. I tym podobne.
Dziś wiemy że to były wulgarne kłamstwa wyssane z brudnego palucha.
Oczywiście: Wolska mistrzem Wolski. I tak w każdej dziedzinie. A prozaicznego, własnego auta osobowego nie jest w stanie wyprodukować.
Dotacje i subwencje są defraudowane lub wzbogacają zachodnie ośrodki badawcze, które działają na rzecz własnego narodowego producenta !
Czy nie jest zastanawiające dlaczego wielkie ponadnarodowe koncerny zlecają nam: proste prace fizyczne jak czyszczenie żeliwnych odlewów, gratowanie plastikowych wyprasek, zbijanie palet, składanie pralek i AGD z części zwożonych z Chin i Niemiec. Czyżby robotnicy w innych Bangladeszach nie potrafili tego zrobić? A może jest tak dlatego, że suma kosztów transportu i robocizny wypada w Polsce taniej. Jeżeli jednak transport nie stanieje, a robocizna podrożeje, to przestaniemy być światowemu kapitałowi potrzebni. Własnego kapitału nie mamy. Mamy spore długi. W Europie Polska po Węgrzech najdrożej płaci [%] za swoje długi – tak sytuacje i perspektywy ocenia światowa lichwa.
Energetyka
Pomysł budowy małych reaktorów jądrowych powstał w USA w 1949 roku. Miały one zasilać bazy arktyczne amerykańskiej armii. Małe reaktory miały i maję wyłącznie zastosowania militarne. Rozwijająca tą technologię firma NuScale z USA właśnie zbankrutowała. Kilka małych reaktorów zbudowano w Rosji dla lodołamaczy i zasilania w energię elektryczną oraz ciepło miast (obsługa floty) przy kole podbiegunowym. Poza tym nie ma komercyjnych zastosowań tej technologii. Bardzo duże są koszty i problemy z bezpieczeństwem. Ogromna jest na kilowatogodzinę wyprodukowanej energii ilość radioaktywnych odpadów. Szanse na cywilne zastosowania SMR-ów są obecnie zerowe.
W przypadku polskiego KGHM i Orlenu chodziło tylko o aferalne wyprowadzenie pieniędzy z firm na hasło SMR.
Rok 2023: Polska może być jednym z europejskich pionierów małych modułowych reaktorów jądrowych.
Prezes KGHM przekazał [czerwiec 2024 ], że zarządzana przez niego spółka nie będzie ponosić kosztów rozwoju technologii małych reaktorów jądrowych SMR.
Jestem wielkim zwolennikiem SMR, ale nie w formie sponsoringu rozwoju technologii we wczesnej fazie rozwoju. Dziś koszt 1 MW mocy zainstalowanej w SMR jest rzędu 20 mln dol. Nikogo w Polsce na to nie stać
Chiny zdominowały światową energetykę jądrową. Chiny budują obecnie 27 energetycznych reaktorów jądrowych, a ich średni czas budowy wynosi zaledwie siedem lat. Tani kredyt na budowę jest oprocentowany na 1.4%. Obecnie w USA nie buduje się żadnego reaktora jądrowego. Ostatnie reaktory atomowe uruchomiono w 2023 i 2024 roku w stanie Georgia. Inwestycje te były opóźnione o wiele lat, a ich ostateczny koszt wielokrotnie przekroczył pierwotny budżet. W czerwcu 2024 Chiny uruchomiły pierwszy na świecie wysokotemperaturowy reaktor chłodzony gazem czwartej generacji ! Chińskie Stowarzyszenie Energii Jądrowej poinformowało, że reaktor ten został stworzony z materiałów i urządzeń, które w 93,1 % pochodzą z kraju.
Ministerstwo Przemysłu szacuje, że pierwsza polska elektrownia z 3 reaktorami jądrowymi w Choczewie będzie kosztować około 150 mld zł i ma być gotowa około 2040 roku.
Elektrownie jądrowe buduje jeszcze Rosja i Korea a Francja bardziej udaje że buduję niż buduje.
Chiny produkują ponad 80% światowej mocy paneli PV. Ponad 91% wartości dodanej jest przy tym wytwarzane w Chinach
https://www.kierunekchemia.pl/artykul,105042,zdaniem-szczesniaka-chinski-wiatr-z-morza.html
"Bruksela w energii z morza dostrzegła to samo zagrożenie, co w fotowoltaice. Chiny. Rzeczywiście, jest się czego bać. To bardzo dynamiczny konkurent.
W energetyce morskiej początkowo dominowała Europa, która może być dumna, że była pionierem tej gałęzi energetyki. Jednak jej liderem już nie jest, w morską energię weszli Chińczycy późno, ale z przytupem. Pierwszy projekt został oddano tam w 2010 r (przypomnijmy: w Danii w 1991 r.). Energia z morza przyspieszyła, gdy przyjęto 13. Plan Pięcioletni, a jeszcze szybciej zaczęła pracować, gdy rząd skrócił termin stosowania bardzo motywujących taryf FIT (feed-in-tariff). Aby je otrzymać, trzeba było podłączyć instalacje do końca 2021 roku. To niezwykle przyspieszyło prace chińskich deweloperów i producentów. W 2020 r. postawili na morzu 3,8 gigawatów (GW), więcej niż cała Europa (2,9 GW). Kolejny rok to był nokaut - uruchomili prawie 17 GW, gdy Europa zaledwie 3,3 GW. Chiński przemysł nie jest rozpieszczany przez państwo. Jak chce zarobić, musi szybko osiągać wyznaczone cele.
Dzięki temu biegowi, na koniec 2022 r. Chiny pozbawiły Europę lauru lidera - największego rynku offshore, osiągając moce 31,4 GW (48,9% światowych), gdy Europa została z tyłu z 30,3 GW (47,1% z 64,3 światowych gigawatów mocy). W ubiegłym roku Chiny zwiększyły dystans, stawiając na morzu 6,3 GW, gdy Europa 3,8 GW. Chiny mają dzisiaj dokładnie połowę rynku światowego energii z morza i przewagę 11 procent nad pionierem tej branży.
Ale Chiny nie ograniczają się jedynie do realizacji wskaźników udziału energii odnawialnej w bilansie energetycznym - wskaźniki ochrony klimatu przez OZE traktują instrumentalnie. Przede wszystkim inwestują w przemysł, dostarczający urządzeń nowej energii. To bardzo racjonalne podejście, tylko wtedy zielona transformacja energetyczna może się opłacać.
Chińczycy błyskawicznie w ciągu kilkunastu lat rozwinęli produkcję turbin morskich, uruchomili 20 fabryk (o mocach 16 gigawatów mocy rocznie, czyli 58% potencjału światowego), gdy Europa ma tylko 5 (możemy wyprodukować turbiny o mocy łącznie 9,5 GW w Danii, Niemczech i Francji). Ale w Chinach buduje się kolejnych 47 zakładów, gdy w Europie stawiają zaledwie jedną fabrykę, w Polsce zresztą.
Ale azjatycka przewaga to nie tylko samo serce tej energii - turbiny. Przemysłowa dominacja Chin objawia się także w kluczowych urządzeniach dla energetyki morskiej. Kontrolują ponad 70% globalnych dostaw skrzyń biegów, generatorów, łożysk obrotowych, odlewów, odkuwek, kołnierzy itd. itd... Chińczycy dbają też o cały łańcuch logistyczny, szybko więc wybudowali (co się dziwić, mają największy przemysł stoczniowy świata) statki do stawiania wiatraków na morzu. Dodatkowo duże bazy produkcyjne i porty powstały wzdłuż wybrzeży Chin. Budują się też nowe.
U nas nie mówi się nic o mechanizmach tego rozwoju, a domyśle mamy komunistyczne państwo i takąż gospodarkę. Nic dalszego od prawdy. W Chinach panuje ostra konkurencja, rynek jest wręcz rozgrzany do czerwoności. O rynek samochodów elektrycznych walczyło początkowo 400 przedsiębiorstw, produkujących przeróżne modele i typy samochodów. Na rynku energii z morza jest kilku dużych chińskich producentów turbin - sedna całej instalacji.
Ich walka owocuje coraz lepszymi osiągami technicznymi. Na dniach Dongfang oddał największą na świecie turbinę morską o mocy 18 megawatów, mającą wirnik średnicy 260 metrów o powierzchni 53 tysiące m2. Istotą innowacyjności tej nowej turbiny jest nowy, wypracowany samodzielnie przez chińską korporację generator na stałych magnesach. Przypomnijmy, największą europejską jest Vestas 15 MW - 236 m i 43,7 tys. m2.
Ten rekord był wynikiem wieloletniego rozwoju - cztery lata temu tenże Dongfang oddał 10-megawatową turbinę, a dwa lata temu - 13 MW. Ale nie ma lekko, dzisiejszemu liderowi inni producenci depczą po piętach. Rok temu Goldwing (chiński lider światowy w produkcji turbin) zainstalował 16-megawatową turbinę o wirniku średnicy 252 m. Chwilę później inny OEM - Mingyang uruchomił również turbinę morską 16-MW. W początku ubiegłego roku Haizhuang (spółka chińskiego budowniczego statków CSSC) przedstawiła gondolę o mocy 18 MW. W tym samym czasie Mingyang również przedstawił projekt 18-megawatowej turbiny, o średnicy wirnika 280 metrów i powierzchni 66 tys. m2. Będą kolejne światowe rekordy, gdy zaczną je instalować na morzu.
Chińscy producenci pracują także nad odpornością instalacji w ekstremalnych warunkach, na przykład wobec tajfunów, wyposażając je tak, by wytrzymały wiatry, wiejące ponad 60 metrów/sekundę. Na Bałtyku to nieprzydatne, tu najszybszy wiatr zanotowano na poziomie 44 m/s (160 km/h).
Wiatr z morza to branża bardzo intensywnego rozwoju technologii, błyskawicznie skróconej i podniesionej bardzo wysoko "krzywej uczenia się". Mówi się nawet o "przekleństwie gwałtownej innowacji". Na morzu nie ma ograniczeń lądowych - wysokość, sąsiedztwo, hałas. Dlatego trwa wyścig w zwiększaniu wymiarów i mocy, co obniża koszty produkowanej energii. Rywalizacja w budowie coraz potężniejszych turbin skróciła okres rozwoju technologii, ale trudno jest osiągnąć zwrot z inwestycji, bo serie są krótkie, nie osiąga się efektu skali. A dostawcy pomocniczych urządzeń (statków np.) muszą nadążyć za coraz większymi modelami turbin. Żeby było jeszcze gorzej, ta "gonitwa w górę" łączy się w jedno z "wyścigiem do dna", czyli spadkiem cen. To uderza w producentów, ale Chińczycy lepiej to znoszą.
Wściekła konkurencja na rynku chińskim (to co u nas nazywa się "nadmiernymi mocami produkcyjnymi") prowadzi po pierwsze do wzmożonego wyścigu technologicznego, ale także do obniżenia kosztów przez wojny cenowe, które wycinają najsłabszych w tym wyścigu. Czyż trzeba lepszej ilustracji dla "dzikiego, XIX-wiecznego kapitalizmu"?
Chińczycy w fotowoltaice zgarnęli całą pulę, w lądowej energii wiatru jest im znacznie trudniej, ale też sobie dobrze radzą. Teraz atak poszedł na energię z morza, przebili się na europejski rynek w 2022 r. Włoska instalacja, pierwsza na Morzu Śródziemnym, niewielka, 30 megawatów, powstanie dzięki dziesięciu 3-megawatowym turbinom Mingyang.
Trudno więc sobie wyobrazić odcięcie się od takiego partnera i konkurenta. Tylko że tłuste europejskie koty, upasione i odwykłe od konkurencji, głośno krzyczą: chrońcie nas! Unia próbuje, przyjrzymy się temu za tydzień..."
EV
W USA i Europie rośnie rozczarowanie samochodami elektrycznymi. Z najnowszego raportu renomowanej firmy badawczej McKinsey&Co wynika, że aż 47% amerykańskich nabywców aut elektrycznych rozważa powrót do samochodów napędzanych silnikami spalinowymi. W przypadku rodzin z dziećmi odsetek jest jeszcze wyższy i sięga aż 56% nabywców.
Ze względu na spadek sprzedaży EV i spowolnienie transformacji na elektromobilność
Volkswagen podjął decyzję, że jedna trzecia z budżetu przeznaczonego na rozwój
elektromobilności, który wynosi 180 miliardów euro, zostanie przesunięte na rozwój silników
spalinowych. Na decyzje Volkswagena wpłynął fakt, że kilka tygodni temu Toyota zdradziła,
że w 2027 roku wprowadzi na rynek rewolucyjną rodzinę znacznie wydajniejszych silników
spalinowych, które będą mogły być zasilane benzyną, biopaliwami, wodorem lub neutralnym pod
względem emisji CO2 paliwem syntetycznym.
Dyscyplinowanie proletariatu
Zdrowy poziom wynagrodzeń jest proporcjonalny do poziomu własnej (!) technologi a nie cudzej technologi produkcyjnej. Kapitał miał i ma narodowość !
Bezrobocie (=Balcerowicz) jest skutecznym środkiem dyscyplinowania peryferyjnej Taniej Siły Roboczej. Skuteczność tego środka powiększa się ograniczając dostępność zasiłków dla bezrobotnych. W Polsce jest ona najmniejsza w całej grupie krajów OECD ! Groźbę strajku w dużej firmie zmniejsza się lub eliminuje się organizując ( pomysł ma już 100 lat ) wiele mniejszych firm w koncern.
W zanadrzu jest też mechanizacja i automatyzacja ale automatyzacja jest droga przy taniej pracy.
Gdy wynagrodzenia w Polsce stały się za duże i droga stała się energia zachodnie firmy wynoszą się z Polski na przykład do Maroka lub biednych regionów Azji. Energia z PV zasila tam klimatyzacje i możliwa jest wydajna praca robotników.
Jeszcze nie tak dawno kłamcy i idioci twierdzili ze fabryki wracają do Europy podczas gdy przed zielonymi szaleństwami uciekały i uciekają.
Sprawdzenie.
Układ logiczny CMOS 4007 zawiera 3 pary N+P tranzystorów nie w pełni połączonych.
-Bramkę NAND
-Bramkę NOR
-Klucz SPDT
-High current sink driver
-High current source driver
-Parę różnicowa N i P
Cwiczenie.
Przy zasilaniu invertera 4007 napięciem 15V przy napięciu wejściowym 7.5 V liniowo pracujący inverter pobiera z zasilania aż 19.5 mA prądu czyli strasznie dużo. Prąd ten szybko rośnie z napięciem zasilania. Nawet przy szybkiej zmianie sygnału wejściowego szpilka prądu zasilania jest spora.
Normalny inverter z tranzystorów N1 i P1 otrzymamy łącząc ich dreny. Wyjście to mogłoby sterować połączone bramki tranzystorów No i Po kolejnego w kaskadzie invertera „mocy”.
Możemy jednak między dreny N1 i P1 włączyć rezystor R. Dren N1 ma sterować bramkę No a dren P1 bramkę Po czyli bramki invertera mocy nie są połączone. Dzięki temu możemy z odpowiednim R (w układzie testowym jest to potencjometr ) uniknąć jednoczesnego przewodzenia tranzystorów No-BSS138 i Po-BSS84 invertera mocy. Ich Rdson wynosi odpowiednio 6 i 2 Ohmy i są w stanie wysterować bramkę dużego klucza mocy a szkodliwy prąd jednoczesnego przewodzenia byłby nawet niszczący. Rezystor R jednak spowalnia pracę obu inverterów. Kaskadę tych dwóch inverterów uzupełniamy o trzeci z układu 4007 tworząc generator kołowy i odczyt częstotliwości na DSO od razu pokazuje nam wyniki !
Dysponując danymi układu oraz tranzystorów dyskretnych podaj kompromisową ( trzeba ten kompromis zdefiniować !) wartość rezystora R przy sterowaniu pojemności „bramki” 22 nF poprzez rezystor Rg = 4.7 Ohm. Można użyć dowolnych programów symulacyjnych a następnie należy to skonfrontować z realiami.
Aby uniknąć dużych oscylacji spowodowanych indukcyjnością ścieżek PCB w bramkę klucza mocy daje się szeregowy rezystor Rg. Ale ten rezystor osłabia bocznikowanie bramki dla zakłóceniowego impulsu prądu przeciekającego przez pojemność klucza przy załączeniu drugiego klucza w półmostku.
W przypadku większych tranzystorów IGBT stosuje się do wyłączania i utrzymywania stanu tranzystora wyłączonego dodatkowe napięcie ujemne co niestety komplikuje i podraża driver.
Trzeba stosować drogie zasilacze zamiast taniego i wygodnego układu Bootstrap.
Koncern Avago pierwszy zastosował ideę utrzymywania wyłączenia tranzystora mocy dodatkowym dolnym kluczem drivera bez rezystora Rg. Klucz te załączany jest po niedługim czasie akcji wyłączania gdy napięcie na bramce klucza już mocno spadło i oscylacje nie będą szkodliwe.
Stworzony driver demonstracyjny bardzo dobrze działa co widać na obrazach DSO.
-Z użyciem układu 4007 i tranzystorów BSS... stwórz schemat takiego drivera, najlepiej adaptacyjnego ( na czym adaptacja ma polegać ? ) i określ wartości użytych rezystorów. Można użyć wszelkich narzędzi. Symulowany układ musi działać.
-Wyjaśnij różnice (jeśli są ) między Twoim układem a fizycznym układem demonstracyjnym.
środa, 26 czerwca 2024
Organizacje na granicy działaja przeciw polskiemu interesowi
Organizacje na granicy działaja przeciw polskiemu interesowi
Rząd polski uważa że Białorusią rządzi schizofreniczny rząd na uchodźctwie kierowany przez gospodynie domową w Warszawce.
W związku z tym z jakimś tam Łukaszenką nie chce rozmawiać !
Organizacje określane fałszywym mianem "humanitarnych" trudnią się, zorganizowanym przemytem ludzi i współpracują z Łukaszenką. To taka V kolumna. Powinni gnić w więzieniu.
Białoruś prowadzi z nami odwetowaą wojnę hybrydową. Jak obywatele mają czuć się bezpiecznie w państwie z dykty, którego władze nie potrafią i nie chcą poradzić sobie z grupami dywersantów, sabotażystów i zdrajców.
Kryminalną działalność organizacji proimigranckich finansuje m.in. żydowski grandziaż Soros jako frontmen Rotschildów, Rockefelerów i im podobnych bandytów. Kaczyński, Tusk i cała ta agenturalno - mafijna hołota panicznie ich się boją.
Na organizacje przestępcze wysokiego szczebla, korumpujące polityków, idą astronomiczne pieniądze.
https://www.salon24.pl/u/lukaszwarzecha/1384649,organizacje-na-granicy-dzialaja-przeciw-polskiemu-interesowi
"Nawet gdyby uznać, że organizacje takie jak Grupa Granica czy Podlaskie Ochotnicze Humanitarne Pogotowie nie łamią prawa wprost, to ich obecność i pomoc dla nielegalnych imigrantów napędza najazd na Polskę. Pora, że rząd zadziałał stanowczo.
Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz nie ma dobrego czasu. Nieporadność i bierność bądź co bądź doświadczonego polityka zaskakuje. Najnowszym przejawem tej pierwszej cechy jest rozpaczliwie brzmiące wezwanie, jakie pan minister wygłosił podczas konferencji prasowej w ostatni czwartek. Mówiąc o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy szef MON powiedział: „To nie są uchodźcy, którzy chcą przekroczyć granicę i szukać schronienia w Polsce. To są zorganizowane grupy atakujące żołnierzy i funkcjonariuszy”. I dalej: „Pomoc dla drugiego człowieka? Ja wszystko rozumiem, jestem lekarzem, mam dużą wrażliwość. Ale wskazywanie miejsca, gdzie nie ma polskich żołnierzy, »idźcie w tamtą stronę«, czy takie komunikowanie się wzajemne i udzielanie jakichś wskazówek, informacji, gdzie łatwiej będzie [przekroczyć granicę]... Takie informacje weryfikujemy teraz, sprawdzamy, ale jeżeli one są prawdziwe, to bardzo proszę o zawrócenie z tej drogi, to jest po prostu niebezpieczne dla polskich żołnierzy i funkcjonariuszy. […] Ułatwianie tego nie jest działaniem dla dobra i nie jest działaniem humanitarnym, tylko jest działaniem zagrożenia dla żołnierza i funkcjonariusza, który jest i poświęca się dla Polski, chroniąc dzisiaj granicę”.
Wypowiedź szefa MON wywołała zdumienie. Wszak organizacje takie jak Grupa Granica czy Podlaskie Ochotnicze Humanitarne Pogotowie działają na granicy od czasów kryzysu w roku 2021 i doskonale wiadomo, jaki jest charakter tej działalności. Jak to możliwe, że choć obecny kryzys trwa już jakiś czas, a nawet wprowadzono już przy granicy strefę buforową, doniesienia na temat nielegalnej działalności wspomnianych grup są dopiero „sprawdzane”? Jeszcze większe zdumienie wywołuje apel pana ministra. Szef MON po raz kolejny nadszarpuje w ten sposób swój polityczny wizerunek i prezentuje się jako polityk słaby. Organizacje, o których mówi pan wicepremier, są przez ogromną część Polaków – zdecydowanie niechętną nielegalnej imigracji, co pokazują wszystkie możliwe sondaże – postrzegane skrajnie negatywnie. Wystarczy wejść na ich profile na portalach społecznościowych, gdzie chwalą się swoimi działaniami. Zdecydowana większość komentarzy i odpowiedzi oscyluje pomiędzy mocno krytycznymi a skrajnie obelżywymi i wulgarnymi. Te w odmiennym tonie zdarzają się sporadycznie. Organizacje wspierające migrantów są przez większość Polaków postrzegane jako działające wbrew naszemu interesowi.
Jak zatem odbiorcy zinterpretują sytuację, w której szef resortu obrony – kluczowego dla zapewnienia Polsce bezpieczeństwa zewnętrznego – zamiast działać, może ich tylko grzecznie prosić, żeby zaczęli się inaczej zachowywać? Nietrudno się domyślić, że zostanie to odebrane jako przejaw skrajnej słabości. Jest to zadziwiające, gdy weźmie się pod uwagę, że przecież Władysław Kosiniak-Kamysz jest w tym rządzie wicepremierem. Tymczasem pojawiły się informacje, że członkowie organizacji proimigranckich dostali bardzo szybko przepustki do strefy buforowej. Za ich wydanie musiał odpowiadać resort Spraw Wewnętrznych i Administracji. Czy wicepremier z PSL nie był w stanie choćby w tej sprawie porozumieć się z Tomaszem Siemoniakiem? Dlaczego informacje w tej sprawie znamy z niezależnych źródeł – potwierdzono je w Straży Granicznej (zrobił to profil Służby w Akcji z portalu X), a nie od członków rządu? Dlaczego nie słyszymy o cofnięciu przepustek, skoro istnieje poważne podejrzenie, o którym mówi sam wicepremier, że te organizacje ich nadużywają?
Oczywiste jest, że wspomniane NGO-sy przedstawiają się jako niosące „pomoc humanitarną”. Faktycznie jednak uzasadnione jest oskarżanie ich o działania wbrew interesowi polskiego państwa i obywateli. Państwo – jakiekolwiek, nie tylko Polska – w obliczu najazdu nielegalnych migrantów ma prawo się bronić. Nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego taka migracja jest zagrożeniem i jak dużym. W dodatku w tym wypadku mamy do czynienia z akcją koordynowaną przez kraje nam wrogie, czyli Białoruś i przede wszystkim Rosję.
Żeby mieć ludzką „amunicję”, kraje nas nią atakujące muszą ją jednak skądś wziąć. Istotnym elementem jest przekonanie migrantów, że mają przed sobą skuteczną i bezpieczną drogę do rzekomego europejskiego raju. Ważnym zaś elementem tej akcji propagandowej jest przekazywanie wiadomości o możliwościach uzyskania wsparcia. Dlatego też zresztą tak ważny jest element odstraszania po polskiej stronie. To nie tylko „kinetyczna” obrona granicy, ale też element wojny informacyjnej. Każda słabość jest w niej bezwzględnie wykorzystywana.
Nacierający na granicę świetnie wiedzą, gdzie mają to robić. Gdzie mogą napotkać faktyczny opór i zdecydowanie działanie, a gdzie brakuje funkcjonariuszy albo stacjonujący w danym miejscu oddział jest niedoświadczony i słaby. Z pewnością część tych informacji przepływa już z naszej strony granicy, od tych, którym udało się ją przejść. Nieoceniona jest także wiedza o tym, kto może znad granicy zabrać nielegalnych migrantów do własnego auta i odwieźć w dalsze miejsce, gdzie już nie tak łatwo napotkać patrol policji czy Straży Granicznej. Tu warto zwrócić uwagę na zdjęcia, którymi chwalą się aktywiści: pasażerami samochodów przez nich prowadzonych nie są zziębnięte (o to zresztą o tej porze roku trudno) kobiety z dziećmi, ale niemal wyłącznie młodzi mężczyźni, wyglądający na zdrowych i energicznych.
Nawet jeśli działalność organizacji proimigranckich ograniczałaby się do przewożenia ludzi, to i tak byłoby to działanie wbrew polskiemu interesowi. Migranci powinni mieć świadomość tego, że droga przez polsko-białoruską granicę nie jest łatwa, nie jest bezpieczna, że nikt na nich po drugiej stronie nie czeka i nikt im tam nie pomoże, mogą za to trafić w ręce polskich służb. Może to brzmieć brutalnie, ale to część racjonalnej strategii obrony przed nielegalną imigracją.
Rząd Donalda Tuska w sprawie migracji próbuje lawirować pomiędzy różnymi segmentami elektoratu koalicyjnych ugrupowań. Sam pan premier wypowiada się na ten temat dość jednoznacznie – a też każdy, kto śledził jego polityczną karierę, wie, że wielkim zwolennikiem polityki otwartych ramion nigdy nie był. Zdecydowano się w końcu na wprowadzenie strefy buforowej, za co lidera KO atakuje już lewica – choć nie brakuje i takich, którzy sądzą, że strefa służy głównie ukrywaniu działalności proimigranckiej. Brzmi to nieco jak teoria spiskowa – choć w polityce wszystko przecież jest możliwe. Faktycznie, można odnieść wrażenie, że bierna właściwie postawa wobec proimigranckich organizacji jest próbą zaspokojenia zapotrzebowania tego najbardziej lewicowego i mającego najbardziej proimigranckie poglądy segmentu wyborców. Byłoby to zatem swego rodzaju balansowanie na linie.
Jednak równowagi nie da się w tej sytuacji zbyt długo utrzymywać. Aktywność proimigranckich NGO-sów w mediach społecznościowych wywołuje coraz większą konsternację, a też i złość, ponieważ jest odbierana jako prowokacja. Coraz bardziej też wygląda na śmianie się w nos rządowi albo przynajmniej niektórym jego członkom. Można sformułować hipotezę, że ta niezwykła tolerancja władzy wobec tych działań jest próbą osłabienia przez Donalda Tuska pozycji Władysława Kosiniaka-Kamysza – to jednak o tyle ryzykowne założenie, że obraz sytuacji uderza w cały obóz rządzący. W końcu jego oficjalną – i akceptowaną przez większość, również wśród wyborców KO – polityką jest stanowcze reagowanie na zagrożenie nielegalną migracją.
Nastroje w tej sprawie pokazał najświeższy sondaż dla Tok FM i OKO Press, dotyczący push-backów, czyli najradykalniejszej formy obrony przed nielegalnym przekraczaniem granicy. Okazuje się, że średnio akceptuje je aż 67 proc. Polaków, w tym 61 proc. wyborców KO, 60 proc. wyborców Trzeciej Drogi, 86 proc. wyborców PiS i 91 proc. wyborców Konfederacji. Jedynie wśród wyborców Lewicy push-backi cieszą się poparciem mniejszości, bo 39 proc. Acz nawet w tej grupie mają niewielu więcej przeciwników – 43 proc. Trudno jednak zakładać, że pan premier przejmuje się elektoratem topniejącej w oczach lewicy – i to w dodatku nie całym.
Jest wreszcie ostatnie pytanie: z jakich pobudek działają członkowie organizacji proimigranckich. Tego oczywiście nie wiemy na pewno. Część niewątpliwie szczerze wierzy, że wypełnia misję humanitarną. Być może nie rozumieją lub nie zastanawiają się nad szerszymi skutkami swojej działalności. Część robi to zapewne z potrzeby popularności. Można, a nawet trzeba jednak zadać sobie pytanie, czy – wziąwszy pod uwagę opisane wyżej skutki tych poczynań – nie powinniśmy również rozważyć hipotezy, że motywacje niektórych mogą leżeć na wschód od Polski. Wszak de facto wspierają oni wrogą naszemu krajowi politykę naszych wschodnich sąsiadów."
wtorek, 25 czerwca 2024
Pogrom demograficzny
Pogrom demograficzny
Europejscy politycy, z polskimi włącznie, dają Europejczykom zestaw powodów do zaprzestania reprodukcji.
Żeby młodzi Polacy chętniej zakładali rodziny to:
1.Marża deweloperów ( koniecznie z obcym kapitałem ) musi rosnąć i przekroczyć 50 %. Młode pokolenie musi być pewne że ich nie będzie stać nawet na własną mikro kawalerkę czy szałas w lesie.
2.Bezrobocie musi być wysokie. Młodzi ludzie muszą wiedzieć że jak już im się uda znaleźć pracę to muszą ją szanować. To da im poczucie bezpieczeństwa. Musi wrócić hasło "jak się coś nie podoba to za bramą czeka na twoje stanowisko stu chętnych"
3.Inflacja (=Balcerowicz) musi być wysoka. Młode pokolenie musi być pewne że ma orać od 7.00 rano do 22.00 wieczorem na podstawowe potrzeby egzystencjalne i na nic więcej. Tylko tanie jedzenie, czynsz (jak odziedziczą mieszkanie po dziadkach lub rodzicach ), prąd, gaz, woda, ubezpieczenia, wywóz śmieci. Żadnego wzrostu płacy. Orka przez całe życie za 800 Euro.
Balcerowicz musi wrócić i sprzedać za 3% wartości resztkę majątku narodowego.
4.Socjal dla Polaków powoduje inflację i dlatego go zlikwidujemy a ceny i tak będą rosły jak szalone. Koniec tych plusów na dzieci.
5.Więcej nachodźców z nożami i maczetami na ulicach, dzieci muszą czuć się bezpiecznie w swoim kraju. Poziom życia inwazorów importowanych z Niemiec którzy przedarli się przez granice ma być jak najwyższy. Dużo wyższy niż Polaków pracujących po 12 godzin dziennie.
6.Karalne aborcja za wadliwe i martwe płody. Pediatrzy tylko prywatni. Złobki i przedszkola tylko drogie i prywatne.
7.Jak największa korupcja. Jak najwięcej łapówkarskich sędziów kasty. Jak najwięcej propagandy prowojennej. Jak najwięcej łapówkarskiego importu za setki miliardów broni przepłaconej przynajmniej 5 razy !!!
8.Wszystkie pieniądze dla górników, mundurówki, sędziów i nielegalnych imigrantów.
piątek, 21 czerwca 2024
W koncu wrocila usmiechnieta praworzadnosc.
W koncu wrocila usmiechnieta praworzadnosc.
W dniu 4 maja 2019 roku rano, komuch Cimoszewicz na oznakowanym przejściu dla pieszych w Hajnówce (Podlaskie) potrącił 70-letnią pieszą z rowerem. Miała złamaną kość podudzia, otarcia twarzy i dłoni. Bydlak zbiegł z miejsca wypadku. Możliwe że był pijany. Samochód nie miał wymaganych badań technicznych.
Prokuratura zarzuciła oskarzonemu, że nieumyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym, nieuważnie obserwował drogę i nie zachował szczególnej ostrożności, a zbliżając się do przejścia, zbyt późno zaczął manewr hamowania i doprowadził do wypadku. Zarzucała mu też, że zbiegł z miejsca zdarzenia.
Sąd Rejonowy w Hajnówce (Podlaskie) uniewinnił w piątek Włodzimierza Cimoszewicza od zarzutu potrącenia rowerzystki na przejściu i umorzył - z powodu przedawnienia orzekania - postępowanie w sprawie wykroczenia dotyczącego opuszczenia przez polityka miejsca tego zdarzenia.
Czekamy na reakcję Rzecznika Praw Obywatelskich, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, sędziego Tuleyi, funkcjonariusza Bodnara, Tuska i wielu wielu innych, którzy twierdzili, że teraz już będzie normalnie! Gdzie są Kurde Szatan, młody Szczur i Holland ?
Jagodzianie i Jagodzianki się uśmiechają.
„I z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”
Sędziowie państwa z dykty od lat ciężko pracują na swoją opinię. W jednym z badań ufa im 25% Polaków. To pewnie ci co nie mieli kontaktu z KASTĄ.
Wybieracie sobie sami oprawców i złodziei a potem narzekacie.
Prywatyzacja była kradzieżą wszechczasów nie spotykaną w dziejach ludzkości. Ten sam numer miał być powtórzony na Ukrainie. Dobrze żarło i jazda się rozpoczęła tylko Putin ich pogonił. Chcą ukarać Putina.
wtorek, 18 czerwca 2024
Litosc jako bron psychologiczna do zniszczenia Zachodu. Tak rosyjski general opisal uzycie imigrantow
Litosc jako bron psychologiczna do zniszczenia Zachodu. Tak rosyjski general opisal uzycie imigrantow
Wschodnia granica Unii Europejskiej musi być bezwzględnie broniona. Użycie przez Rosję cywilów z państw trzecich jest elementem wojny hybrydowej, która toczy się od trzech lat przeciwko Polsce i Zachodowi. Nie możemy być bezbronni wobec zagrożenia.
Choć część ekspertów powołuje się na Walerego Gierasimowa jako autora nowoczesnej rosyjskiej doktryny wojskowej, wykorzystanie migrantów do destabilizacji wroga opisał szczegółowo gen. Aleksandr Władimirow w monografii „Podstawy ogólnej teorii wojny” wydanej w 2012 r. Sam Gierasimow dopiero rok później wygłosił serię teorii dotyczących koncepcji wojny nowej generacji. Zgodnie z nimi metody pozamilitarne są równie skuteczne do destabilizacji wrogich państw jak przeprowadzane tradycyjne działania wojenne. Dlatego Rosja tak chętnie używa nacisków ekonomicznych, szantażu politycznego, korupcji czy dezinformacji.
Doktryna Władimirowa
Gierasimow twierdzi, że agresję rozpoczyna się w trakcie pokoju, nie wypowiadając wojny, natomiast agresywne działania maskuje się pod pretekstem misji pokojowych, humanitarnych i ewakuacyjnych. Główny cel ataku kieruje się na infrastrukturę krytyczną, natomiast działania prowadzone są zarówno przez cywilów, jak i służby specjalne. Zastosowanie tej strategii widzimy od dekady na Ukrainie. Władimirow szczegółowo opisał wykorzystanie migracji do uderzenia w stabilność systemów społecznych i gospodarczych. Wojskowy zauważył, że polityka muliti-kulti zawiodła na Zachodzie, bowiem przybysze nie chcą się integrować, ponadto generują poważne problemy społeczne, głównie związane z przestępczością. Migranci, głównie ekonomiczni, powodują coraz więcej społecznych napięć. Natomiast skuteczna manipulacja opinią publiczną może jeszcze je zaognić. W ten sposób przeprowadzane są dezintegracja poszczególnych państw, niszczenie ich tkanki społecznej i wprowadzenie chaosu. Dlatego skutecznym narzędziem walki jest inżynieria przymusowej migracji, którą Rosjanie i Białorusini wdrożyli na użytek operacji „Śluza” prowadzonej przeciwko Polsce, Litwie i Łotwie od 2021 r.
W ten sposób stworzono komercyjny sposób przerzucania migrantów z Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji na przyczółek białoruski. Tam szkoli się ich i uposaża, tak aby sami współtworzyli proces dyslokacji. Wśród części migrantów umieszcza się groźnych terrorystów czy byłych wojskowych, aby dokonywali aktów przemocy wobec mundurowych strzegących granic. Jako główne instrumenty psychologiczne tego rodzaju wojny asymetrycznej Władimirow określił wzbudzanie postaw odwołujących się do „człowieczeństwa”, „litości wobec słabszych” czy niechęci wobec użycia siły. Postawę tę można określić jako humanitarną, natomiast jej wspieranie jest elementem geopolitycznej wojny informacyjnej. Warto też podkreślić, że nie jest to pierwszy raz, gdy Rosjanie stosują migrację jako broń. Najbardziej znany przypadek to kontrolowany exodus Kubańczyków na wybrzeża Miami w latach 80. ubiegłego stulecia.
Migrodywersanci
Bardzo ciekawy termin, podczas jednej z ostatniej debat poświęconych bezpieczeństwu narodowemu w Polsacie, zaproponował Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz i ekspert ds. wojskowości. Zauważył on, że szturmujący naszą granicę z Białorusią nie są żadnymi uchodźcami – co jeszcze niedawno próbowali Polakom wmawiać politycy Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi – uciekającymi przed przemocą czy wojną, ale są migrantami ekonomicznymi lub wprost osobami wykonującymi określone zadania dywersyjne. Świadczą o tym celowe ataki na naszych strażników granicznych, a w szczególności zamordowanie jednego z nich.
Zgromadzeni w studiu na tej interesującej debacie byli w zasadzie zgodni, że Polska powinna odejść natychmiast od biernej, uległej postawy, którą wyartykułował marszałek Sejmu Szymon Hołownia: żołnierze nie używają broni, aby przypadkowo nie zranić odpowiedników białoruskich, co mogłoby wywołać eskalację. Zachowawczą postawę naszego kraju potwierdził też wiceszef MON Paweł Zalewski, według którego poluzowanie zasad użycia broni palnej spowodowałoby, że migranci zabijani byliby po naszej stronie granicy i dochodziłoby do częstych wymian ognia z białoruskimi KGB-istami. Nic bardziej mylnego! Na tę chwilę konieczne jest podejmowanie działań ofensywnych. Co to oznacza? Gen. Leon Komornicki w omawianej debacie zwrócił uwagę, że problem trzeba zdusić w zarodku. Zarówno używając nacisków wewnątrz NATO, np. na Turcję, z której przylatują migrodywersanci, jak i wysyłając na miejsce swoich agentów, którzy nakłoniliby migrantów do działań na tyłach wroga.
Jedna kwestia nie pozostawia żadnych wątpliwości. Polska jest w stanie hybrydowej wojny z Rosją i Białorusią. Z tym że Rosja i Białoruś atakują, a my jesteśmy w zasadzie bierni, rozzuchwalając wroga. Agresor rozumie tylko język siły. Bierność uznaje za słabość. Dlatego będzie eskalował, ponieważ mu się na to pozwala. Zupełnie inną postawę zaprezentowała Hiszpania, gdy w 2022 r. agresywny tłum Afrykańczyków szturmował granicę między Marokiem a hiszpańską enklawą w Melilli – wówczas siły bezpieczeństwa i żołnierze otworzyli ogień. Zginęło blisko 30 napastników – początkowo sądzono, że byli tam także funkcjonariusze służb marokańskich. 140 Hiszpanów zostało rannych, wielu również po stronie szturmujących. Agresorzy używali noży, pałek, żrących substancji. Forsując ogrodzenie, spadali z dużej wysokości i tracili życie.
Błędy rządzących
Niestety kwestia naszego bezpieczeństwa na ten moment wygląda fatalnie. Za poprzedniej władzy zbudowaliśmy mur i sprawnie odparliśmy pierwszą falę ataków, łącznie z zaangażowaniem Grupy Wagnera. Słabo wyglądała jednak nasza obrona przeciwlotnicza. Obecnie jest coraz gorzej. Brakuje rozwiązań na poziomach strategicznym, taktycznym i prawnym. Funkcjonariusze służący na granicy czują się opuszczeni i zaszczuwani przez dowódców. W sieci można znaleźć zdjęcia prowizorycznych baraków przypominających slumsy, skleconych z byle czego, które mają chronić żołnierzy przed zimnem i chłodem. W porównaniu z profesjonalną infrastrukturą budowaną na froncie na Ukrainie jest to żenujące.
Nie brakuje także relacji żołnierzy, którzy wysyłani są z gołymi rękami na migradywersantów. Brakuje im broni i środków komunikacji. W dodatku nadzorujące ich służby tylko czekają na pretekst, aby im dopiec. W efekcie jest coraz mniej chętnych do takiej służby. W Straży Granicznej jest ponad 2 tys. wakatów. W Wojsku Polskim wielokrotnie więcej. Zresztą wysyłanie armii na granicę jest nieporozumieniem. Wiąże to wojskowych na granicy i ogranicza konieczne szkolenia w armii do celów prowadzenia wojny.
Pojawiły się także głosy, aby uformować Korpus Ochrony Pogranicza, formację, która chroniła nasze Kresy po wojnie z bolszewikami. KOP chronił terytorium II RP przed przerzucaniem agentów, terrorystów i dywersantów przez granicę. Jego zakres działań obejmował tereny od granicy z Rumunią po województwo wileńskie. Jednak współcześnie nie ma potrzeby formowania dodatkowej formacji. Wydaje się, że tego typu rozeznanie lokalnych terenów i społeczności jest w gestii istniejących już Wojsk Obrony Terytorialnej, które mogłyby wspomagać Straż Graniczną w ochronie pasa nadgranicznego. Angażowanie w te zadania wojska i policji jest marnotrawieniem zasobów.
Żołnierze jak tlenu potrzebują teraz odrodzenia morale i wsparcia dowódców. Miejmy nadzieję, że generałowie zdobędą się na odwagę i staną murem za polskim mundurem. Tego oczekiwałoby się od głównodowodzących, w których rękach jest kierowanie bezpieczeństwem narodowym.
Za "Gazeta Polska Codziennie".