27.12. Europa porzucona na trzy sposoby
https://dziennikzarazy.pl/27-12-europa-porzucona-na-trzy-sposoby/
"Myślę, że już się wycwaniliśmy. Tu, u mnie na blogu, chyba się nauczyliśmy, że jak gruchnie coś ważnego (medialnie, dodajmy), to zapadamy w krzaki i… czekamy. Po co? Z trzech co najmniej powodów: po pierwsze – trzeba zobaczyć czy to naprawdę ważne. Jak nieważne to się tym nie zajmujemy. Nawet nie, że opowiadamy, że to nieważne, bo to część już zwycięstwa narracyjnych wrzucaczy – w ten sposób, nawet w kontekście negatywnym, zawłaszczają naszą uwagę, przekierowując ją w strony nieistotne. Po drugie – czekamy, aż wyjdą spod kamienia rzeczywiste robaczki kręcące sprawą. Po trzecie – co wynika z poprzedniego: przez aktorów-robaczków właściwych można zobaczyć, że jeśli już coś ważnego się stało, to dopiero wtedy widać jaki jest właściwy kontekst tych zdarzeń. I wtedy można oddzielić prawdę czasów od prawdy ekranu.
Amerykanie ostatnio opublikowali swoją długofalową strategię. Została ona poddana wielu ocenom, z różnych punktów, ale nie można jej odmówić powagi analitycznej i bezwzględnej logiki oraz dyscypliny. Dyscyplina polega tu na konsekwentnym wyciąganiu wniosków, nawet jeżeli te są smutne i nawet okrutne. To rzadkość w dzisiejszych postpolitycznych czasach, gdzie rządzi się prawdą czasu za pomocą prawdy ekranu. Nie będę tu brnął w analizę tego dokumentu, tylko spróbuję zastanowić się nad fenomenem – jeden i ten sam tekst został bowiem przeczytany na trzy różne sposoby, co może pokazywać nie tyle wieloznaczność jego przekazu, a ten jest bardzo klarowny, ale nastawienie oceniających go stron, a właściwie oceniających nie tyle sam przekaz, co jego konsekwencje. Takie rozstrzelenie ocen wynika bardziej z „chciejstwa”, czyli nastawienia a priori oceniaczy. To ciekawe zjawisko i stosunek do tego dokumentu pokazuje bardziej jak się mogą potoczyć losy świata w zależności nie od tego kto i jak je ocenia, ale od tego kto będzie miał sprawczość w procesie wdrażania swej interpretacji konsekwencji amerykańskiego dokumentu. Mamy tu trzy poważne podejścia i czwarte, malutkie. Pogadajmy o nich wszystkich, bo któreś z nich się utrze niedługo w koleinę, z której będzie później ciężko wyjść.
Wersja Tuska
Wersja Tuska nie jest jego autorstwa, bo poddaństwo, a o tym tu mówimy, ma formy zadane przez hegemona. Można się przyłączyć albo nie. Jedyna różnica może polegać na gradacji entuzjazmu w zastosowaniu się do poleceń. Mamy do czynienia z dwoistą postacią odniesienia się do propozycji Trumpa ze strony Unii Europejskiej, a właściwie Niemiec. Pierwszy element tej schizofrenii polega na tym, że pomstuje się na amerykańskiego prezydenta, że ten opuścił Europę. Ale tu też mamy dwoistość – przecież cały czas się pluło na niego, że się w Europę miesza, a więc jak tu pluć dalej, że przestał chcieć się mieszać. Ta naiwno-sprzeczna postawa jest fundowana ludowi. Ma pokazać, że zostaliśmy zdradzeni, a więc co? A więc mamy się sami ogarnąć. A któż nas ma ogarnąć jak nie Niemcy w unijnych rękawiczkach? Ta oficjalna narracja jest dla ludu, by stworzyć wrażenie zagrożenia. Bo przecież Putin cały czas dybie na Europę. Teraz ta, opuszczona przez Trumpa, nie ma co ze sobą zrobić, a więc trzeba się skupić pod światłym przywództwem, godzić na zwalanie zapaści gospodarczej na Putina, a teraz na USA, akceptować federalistyczne przyspieszenie. Byleby – uwaga! – wojna trwała.
Drugie podejście, to bardziej skrywane, jest w sumie radością europejskich, a właściwie niemieckich elit – wreszcie mamy wolną rękę, żeby bezkarnie poszaleć w Europie. Zrealizować – uwaga! – bezkrwawo idee czwartej Rzeszy z zapleczem podarowanej Niemcom gestem Trumpa Europy Środkowej, jako zaplecza produkcyjnego niemieckiej dominacji. Takie małe Chiny Niemcy dostaną, ale nie takie, które jak te właściwe, mogą się wybić na niezależność i podmiotowość. Te procesy będą Niemcy sami regulować w swoich rozproszonych koloniach. A więc lud się martwi, zaś elity się cieszą.
Co więc proponują Niemcy jako odpowiedź Trumpowi? Po pierwsze ogłąszają od dawna znany fakt końca pax americana, po drugie obiecują kontynuację pomocy dla „naszej wojny” na Ukrainie, po trzecie namawiają do konsolidacji sił zbrojnych w ramach armii europejskiej – w skrócie: wojska wjadą do Polski jako armia niemiecka i doczekają czasu, gdy przeobrażą się w wojska europejskie, zgadnijcie pod czyim dowództwem? A od armii europejskiej to już tylko krok do państwa federalnego Europy. Znowu – zgadnijcie pod czyim dowództwem? Unia aspiruje już do praktycznie wszystkich cech państwa federalnego: odbiera podmiotowość konstytucyjną państwom narodowym, reguluje ich podatki, obyczaje, oświatę, nie mówiąc już o systemie politycznym. Klamra militarna, czyli wspólna armia, domyka już ostatnie ogniwo łańcucha funkcji państwa i to bez rewolucji, potyczek – nawet głośniejszej debaty.
Co ciekawe – jak się popatrzy na te wszystkie warunki tych wszystkich europejskich programów zbrojeniowych, to Niemcy dostaną tę armię za pieniądze Europejczyków, co będzie stanowiło kuriozum: nowa Rzesza powstanie za pieniądze przyszłych poddanych, którzy złożą ją na poduszce własnych decyzji przed tronem Berlina. Mało tego – sprzęt się kupi Niemcom za nasze, ale kto będzie wojował? Ano jak to kto – ci co zawsze, odpadki po ludach „ziem skrwawionych”, czyli obszaru zgniotu, na którym Słowianie od lat płacą za zgrzyty w aktualnej wersji koncertu mocarstw. Na pancerzach niemieckich czołgów, kupionych za nasze, będą ginęli nasi, dowodzeni ze schronów przez niemieckich generałów. Taka jest odpowiedź wersji niemiecko-europejskiej na decyzje Trumpa: ok, nie chcesz nas bronić zdrajco, to sobie poradzimy sami (to wersja dla oburzonego ludu), ale tak, by na tym skorzystały Niemcy (tu wersja dla uradowanych niemieckich elit).
Ale Trump w swej decyzji mówił co innego: tu zasadza się sygnalizowana różnica interpretacji kroku USA. Każdy będzie czytał to po swojemu, choć powiedziano w tym dokumencie jasno co innego. Dla Trumpa wrogiem nie jest Europa, ale Europa dowodzona przez Unię. I Trump jest przeciwko Unii, nie Europie, co wyraźnie wybrzmiało w dodatkowym do strategii dokumencie, ale o konsekwencjach tego będziemy mówili dalej. A więc Trump powiedział mniej więcej tak: chcecie wojować – proszę bardzo, ale na swój rachunek. Ja mogę pozostawić parasol atomowy, zaś konwencjonalnie – zapraszam do kasy, płaćcie nam za sprzęt i wszystko na własny rachunek. A parasol nuklearny Trumpa oznacza tylko to, że zareaguje nukiem tylko wtedy jak się zaczną nukiem Rosjanie. Do tego momentu Europa jest sama naprzeciw Rosji i się bujajcie.
Europa udaje, że nie rozumie. Trump przeszedł już poziom wyżej – widzi Rosję jako partnera Stanów, nie wroga. Nie będzie więc finansował, a tym bardziej zabezpieczał via „boots on the ground” jakichkolwiek europejskich awantur. W ten sposób jego „ucieczka z Europy” jest gestem wobec Kremla i nie może Trump siedzieć okrakiem pomiędzy próbami zbratania się z Putinem, by go odciągać od Chin, a jednoczesnym wspieraniem europejskich awantur przeciwko Rosji, czynionych w dodatku nie tylko z powodów dętej ideologii walki o kontestowaną przecież niepodległość państw, tylko czynionej przez elity europejskie rachubie na powrót do interesów, jak już się za pieniądze wyciśnięte z wojny, przejdzie do biznesu jak zwykle. Po co Stany miałyby kredytować swym militarnym zagrożeniem interes, który – znowu – jest skierowany przeciwko nim?
Będziemy więc bronili pośrednio nie Europy, ale Unii przed skutkami opuszczenia kontynentu przez Amerykanów. Będziemy to czynili na nasz koszt, bez żadnego wpływu na ten proces, oczywiście jeśli obecne władze się nie zmienią. Bo żeby obecne władze same zmieniły swój stosunek do tej beznadziei bierności procesu, w którym nie uczestniczymy, a jednocześnie jesteśmy jego obiektem – nie wierzę. Nie po to te władze nam tu Niemcy ustanowili.
Wersja Bartosiaka
Jacek Bartosiak, szef think-tanku Strategy&Future, ma tu swoją wersję reakcji na opublikowaną strategię USA. Jest ona konsekwencją meandrów jego ocen, które – tak jak on uważa – zbierają się w ciąg logicznych i przewidzianych przez niego i jego organizację kroków. Od dawna sygnalizował on odejście USA od prymatu na świecie, jako konstatację faktu już dokonanego i tu się mu zgadza. Ale diagnozy diagnozami – najważniejsze co z tego wynika. Można mówić bowiem – „a nie mówiłem?” tylko nie przybliża nas to do żadnego rozwiązania.
A tu się Bartosiak mocno po drodze pogubił. Jeszcze niedawno prorokował, że jak się Europa za siebie nie weźmie, to będzie źle. Wcześniej wieszczył wielki PolUkr, że razem z największą armią Europy, jaką jest wedle niego armia ukraińska, to my możemy dyktować warunki Europie itd. Co z tego wyszło, to widać. Po takich wróżbach wychodzi na to, że armia ukraińska nie wygrywa, była i jest amią „na pożyczkę”, a pożyczkodawcy się właśnie zbiesili, zaś jej główny mankament, czyli siła żywa właśnie został wypuszczony na emigrację. Sytuacja się więc diametralnie różni od poprzednich rachub.
Najpierw popatrzmy co proponuje Bartosiak. Otóż uważa on, że skoro USA sobie idą, to w pewnym stopniu dla Bartosiaka to dobrze, bo ten akt pokaże rzeczywistą słabość pokładania nadziei w USA i – uwaga! – zmusi Europę do działania. Wcześniej, przy podobnej diagnozie, przechodził Bartosiak gładko, że Europejczycy powinni zrobić to czy tamto. To jest moment wskazujący duże braki w koncepcjach S&F. Diagnozy – owszem, zaś wnioski: od czapy. Ekspertyzy tego grona bardzo często abstrahują od realiów politycznych. Bo Europejczycy, czyli kto? Konkretnie – kto? Przywódcy poszczególnych państw, czy Unia Europejska? Widać, że w te procesy Unia się wtranżala bez żenady, zaś solistycznie przywódcy europejscy albo będą realizować mokre sny o potędze (Macron), albo czynić wszelkie odpornościowe ruchy jedynie w rachubie na własne, tu krajowe, korzyści, czyli kosztem innych państw. Takie postawienie sprawy czyni z wszelkich remediów Bartosiaka – pięknoduchową utopię.
Europa czyli kto? Przecież tu Niemcy, rękami Unii, będą blokowali wszystko, co nie jest w ich interesie. Tak samo propozycje wobec Polski – kompletnie utopijne. Żadnej własnej polityki: jak będzie w Polsce rządzić Tusk, to będzie robione to, co chcą Niemcy, jak Kaczyński – wszystko co chcą Amerykanie. Koniec, kropka. Nie można wyższościowo unosić się nad zgnilizną polskiej polityki i jednocześnie proponować jej nieosiągalne utopie. Nic z tego nie będzie. I kiedy S&F to zobaczyło wcale nie przeszło na poziom pragmatyczny swoich rekomendacji, poszło jeszcze bardziej w dziedzinę ułudy. Jaka jest więc obecna wersja reakcji Bartosiaka na strategię Trumpa? Otóż jest nią stworzenie własnej, trzeciej siły, realizującej swoje interesy, wbrew zakusom i Amerykanów, i Brukseli.
Ma być stworzony południkowy pas sojuszu militarnego, oczywiście obok resztek NATO, z uczestnictwem takich krajów jak Finlandia, Polska, Ukraina i… Turcja, który ma złożyć całą strefę „strategicznej presji” na Rosję, która nie poważyłaby się otworzyć takiego frontu. To oznacza powiązanie się członków takiego „militarnego trójmorza” czymś w rodzaju artykułu Piątego, kiedy reagowano by wzdłuż granic z Rosją na atak na każdego z jej członków. W dodatku odczepiłoby to nas od inicjatyw Berlina, który – nagle – został zauważony przez Bartosiaka jako militarny problem. Piękne, co? Tylko całkowicie nierealne.
Jest to piękna instrukcja obsługi maszyny, która nigdy nie powstanie. Po pierwsze definiuje ona Rosję jako zagrożenie o genetycznie wręcz wdrukowanej inklinacji do agresji. Jest to myślenie dwudziestowieczne. Rosja może mieć swoje wpływy w Europie bez wojny kinetycznej, co jest obecnie niezauważane. Niemcy gadają z Rosjanami w Dubaju, zaś ludowi pokazują nowe czołgi „na Ruskich”. Po co Rosji Europa, zadzieranie z jeszcze żyjącym NATO? Można mieć kraje i kontynenty u stóp za pomocą samego zagrożenia, uzależnienia gospodarczego, agentury czy wpływów finansowych. I jest to w zasięgu Rosji. Bartosiak cały czas walczy o to, by Rosja nie siedziała przy europejskim stoliku decyzji. A ona cały czas tam siedzi i będzie siedzieć – nawet w czasie wojny Europa nie jest w stanie wyjść z jej kieszeni, na co długo pracował Kreml z Berlinem. Takich rzeczy nie załatwia się strzałem z armaty, i na takie rzeczy nie można skutecznie odpowiedzieć strzałem z armaty naszej.
Po drugie – znowu problem Bartosiaka – nie można abstrahować od twórcy. Kto ma zmontować taką układankę? Wiadomo, że nie Trump, bo to już Bartosiak ustalił. To ma się zrobić „samo”. Ot, Turcja, która od samego początku w sprawie wojny na Ukrainie siedzi na płocie, ma się nagle zaangażować przeciwko Putinowi? Bo co? W czyim interesie? W czyim interesie ma podtrzymywać nawet Ukrainę w wojnie, której beznadziejna kontynuacja może doprowadzić do kompletnego callapsu państwa już upadłego, co stworzy jej na północy dziurę strategiczną, zmieniającą cały układ regionu? Bo co? Bo Bartosiak tak chce?
A nawet Polska tego nie chce. Znowu – wróćmy do realiów. Kto ma tego chcieć? Proniemiecki Tusk ma budować militarną suwerenność poza systemem unijno-niemieckim? Ma to zrobić Kaczyński? Po pierwsze – ten nie rządzi. Po drugie – ten grał zawsze w amerykańską dutkę, a Amerykanie nigdy na takie coś nie pójdą, żeby poza ich kontrolą w Europie powstało takie cudo.
Dla nich, owszem, dobrze by było, by u boku Rosji pojawiła się jakaś militarna struktura, niezależna od europejskich ciołków niemocy, która, na wszelki wypadek – uwaga! – odgradzałaby zwariowaną Europę zachodnią od Rosji. On to może zrobić nie w celach skierowanych przeciwko Kremlowi, tylko przeciwko Brukseli. Bo to w brukselskich odjazdach widzą amerykanie zagrożenie. Oni tu się dogadują na światowe deale z Putinem, a tu sobie jakieś lewaki w mariażu z korporacjami wykombinują jakąś prowokację wysterowaną w Rosję, coś odpalą, dostaną wpierdziel i zaczną piszczeć – Ameryko, broń nas! I cały misterny (inna sprawa czy realizowalny) deal na odciągnięcie Rosji od Chin pójdzie się czochrać. Takie cuda ewokowane przez Bartosiaka nie powstaną bez inicjatywy Amerykanów, co dopiero skierowane przeciwko ich rachubom. A więc mamy do czynienia z utopią. Kolejną.
Wersja Lisickiego
Też nazywam ją na wyrost, bo nie jest to koncepcja naczelnego Do Rzeczy, tylko właściwe odczytanie dokumentu przygotowanego przez Waszyngton. Po pierwsze Lisicki przypomina oczywistość, co do której nawet zgadzał się i Bartosiak, czyli, że Stany się zwijają, bo już całej planety nie ogarniają, tracą przez rozczłonkowanie i muszą wychodzić z różnych miejsc w sposób uporządkowany na tyle, by pozostawiona sytuacja nie wygenerowała jeszcze większych problemów. Nie robi tego „na złość”, ale też nie dlatego, że straciły wpływ na wszystko.
Lisicki zwraca uwagę, że w dokumencie nie ma syndromu porzucenia Europy przez USA. Jest deklaracja porzucenia Europy, jeśli ta będzie szła drogą wytyczoną przez Unię. Tej Europy Trump nie ma zamiaru bronić. I jest to arcyciekawa konstatacja. To znaczy Trump obiecał protekcję, ale po pewnymi warunkami. Podstawowy to odejście od filarów postawionych przez Unię, jako swoją istotę, a które stanowią sprzeczność z byłymi już wartościami transatlantyckimi. Jest to kontynuacja deklaracji JD Vance z Monachium, że USA nie będą bronić Europy, dopóki ta będzie pod agendą lewacką, ze wszystkimi swoimi dążeniami do biurokratycznego autorytaryzmu, z dybaniem na wolność wypowiedzi włącznie. Jest to deklaracja nie do pogodzenia z obecnym stanem w Europie, godzi bowiem w podstawy ideologiczne projektu Unii Europejskiej. Jest więc to zadeklarowana wrogość projektów i to nieprzezwyciężalna. Oczywiście dopóki w Europie rządzi Unia. A że Unia to tylko narzędzie niemieckiej dominacji – jest to deklaracja wrogości wobec Berlina. Rękawica została rzucona, i jak widać po reakcji Berlina – podjęta (jak pisałem wcześniej), tyle, że kosztem innych krajów europejskich, z naszym na czele.
W drugiej, dodatkowej a nieujawnionej od razu, wersji strategii USA wskazane zostały kraje jako potencjalne „kasztelanie” pozostawione w Europie, którymi zainteresowane są Stany. Są to Austria, Węgry, Włochy i Polska. W rozdziale „Make Europe Great Again” to te kraje mają rozmontować unijnego kolosa na pożyczkowych nogach. To jest odpowiedź Trumpa na bajania o Trójmorzu. To także pokazuje, że jego podejście nie jest południkowo militarne. On nie chce zrobić zapory przed Rosją, z omówionych już względów, tylko polityczną zaporę przed Unią.
I wydaje się, że jedynie w oparciu o taką inicjatywę można montować coś militarnego. Będzie jakiś czynnik jednoczący i inicjujący, którego brakowało w koncepcji Bartosiaka. W dodatku jest to ciekawa propozycja z punktu widzenia politycznego. Obecnie nie widać bowiem większych europejskich ruchów, które w sposób realny mogłyby zagrozić unijnemu prymatowi w Europie. Pojawia się jednak czynnik zewnętrzny, amerykański, z czego warto byłoby skorzystać. Nie po to, by „zapisać się” do Amerykanów, tylko by uwolnić Europę, w tym Polskę, od tego jarzma, które ciągnie nas w rozwojową przepaść i ideologiczne nierozwiązywalne destrukcyjne spory. Jak to mają zrobić Amerykanie, to warto byłoby się przyłączyć, nawet tylko taktycznie. Taki układ niweluje prymat niemiecki na kontynencie i realizację idei kolejnej Rzeszy, które do tej pory kosztowały nas dwie wojny światowe, z trzecią – z tego samego powodu – wiszącą nad nami. A więc same korzyści.
Stoimy więc przed dylematem – albo w Europie zrobią porządek Niemcy, albo Amerykanie. Każdy jak sobie udzieli na to pytanie odpowiedzi – będzie wiedział gdzie jest. Zaś mrzonki, że zrobimy to sami i „Europejczycy” i Polacy odsyłam do przemyśleń: jak mamy sobie ułożyć niezależny byt Europy abstrahując od rzeczywistych wektorów sił światowych, skoro tu u siebie, w Europie, czy w Polsce, sami ze sobą nie jesteśmy sobie w stanie poradzić?
Problem ten w przypadku Polski wymagałby przeprowadzenia procesu zmiany władzy. Za dwa lata będzie po ptokach. USA tu (jeszcze) nic nie robią, Berlin zaś szaleje, jakby to była ostatnia możliwość, ostatni taniec na Titanicu. Tusk, nie z głupoty przecież, tylko z misji, doprowadza do krańcowej zapaści Polski jako państwa. Szkody mogą być już nieodwracalne. Umacnia swoją, na szczęście tylko twitterową, władzę, ale systemowo niszczy i tak wątpliwy ustrój, chwieje szacunkiem obywateli do państwa, obniża do zera międzynarodową podmiotowość kraju.
Co ciekawe – wynika z tego, że w rozmontowaniu Unii USA widzą szansę na postawienie Europy na nogi, oczywiście w swoim – Ameryki – interesie. Obecnie Europa jest dla USA tylko obciążeniem. Siła Europy brała się z konkurowania ambitnych państw, dużą słabością tego konstruktu były konflikty zbrojne. Ale ta rywalizacja cywilizacyjnie promieniowała na świat. Jej konfliktowy potencjał miała mitygować idea Unii Europejskiej. Ale idea ta została przejęta przez lewactwo, co uczyniło ją instytucją zideologizowaną. A to ideologie, głównie w Europie w XX wieku, doprowadziły do konfliktów zbrojnych, które rozlały się na cały świat. Teraz jest tak samo – by obronić się przed negatywną oceną europejskiego projektu, w dealu lewactwa z korporacjonizmem, Unia jest gotowa wywołać konflikty, za które zapłacą narody z limes, obrzeży Europy. I skończy się tak jak w poprzednich wojnach, kiedy ci co je wywołali przy zielonym stoliku bezkarnie układali los już tylko niedoszłych ofiar swych postępków.
Wersja trzecia i pół
To Kaczyński i, niestety, prezydent Nawrocki. Jest bowiem jeszcze jedna wersja rozumienia dokumentu strategii amerykańskiej. Tą wersją rozumienia jest jego… niezrozumienie, a właściwie – wyparcie. Jest to liczenie, że wszystko się jakoś ułoży po staremu. Obecna sytuacja nie da pogodzić ze sobą opierania się na USA jako strategicznym partnerze i jednocześnie bycie antyrosyjskim. No, nie da się. I dlatego albo PiS to zrozumie, albo Amerykanie przestaną w swym dziele widzieć Polaków jako ludzi rozsądnych. Jeżeli w wielkiej grze Trump chce się dogadać z Putinem, to w Europie nie można zostawić jako swego przedstawiciela rządu i kraju oficjalnie deklarującego nieusuwalną do granic spotykania się, wrogość. No, nie da się. Jednocześnie ta pisowska antyrosyjskość zgrywa się z fałszywą – jak starałem się wykazać – wrogością Europy do Putina. A więc nie ma dla publiki żadnej różnicującej postawy pomiędzy Nawrockim i Tuskiem. Są jakieś wewnętrzne poboczności, ale w sprawie polityki międzynarodowej wygląda to tak samo. Wszyscy popierają Ukrainę w „naszej wojnie”, wyprujemy się z ostatków na pomoc Zełeńskiemu w konflikcie, który paradoksalnie im dłużej trwa, tym nasza pozycja bardziej słabnie. Będziemy w to inwestować PRZECIW intencjom Białego Domu, który jako jedyny zdaje się być zainteresowany pokojem.
I cały PiS jest zdruzgotany tą nieprzekraczalną granicą do przejścia, gdyż na tę narrację – wiecznego trwania animozji naszego odwiecznego wroga Rosji z Ameryką – postawił wszystkie żetony, nawet polską niepodległość. Zobaczymy czy PiS bardziej nienawidzi Rosji, niż kocha Polskę. Jak z tego wyjdzie – zobaczymy. Jeśli nie wyjdzie, to kto może być polskim partnerem dla amerykańskiej propozycji? Może nikt – i zostaniemy tak „pomiędzy”: szmaceni w Europie i odpuszczeni dzięki własnej głupocie przez Biały Dom. Znowu słabi, tak pomiędzy światowymi siłami, z własną, zawinioną bezradnością. "
Matusiak
poniedziałek, 30 marca 2026
27.12. Europa porzucona na trzy sposoby
piątek, 27 marca 2026
„Czwarta zdrada Zachodu?”
„Czwarta zdrada Zachodu?”
https://myslpolska.info/2026/03/27/czwarta-zdrada-zachodu/
"Myśl polityczna jest obciążona idealistycznym przekonaniem, że państwu polskiemu, w kolejnych jego edycjach historycznych i ustrojowych, należą się szczególne względy ze strony innych jednostek geopolitycznych, zwłaszcza mocarstw.
Na skutek niewoli rozbiorowej ukształtowała się bowiem powszechnie hołubiona wśród poszlacheckich elit mitologia o ofiarności i poświęceniu dla innych (w myśl lelewelowskiego hasła „za naszą i waszą wolność”), która akcentuje maksymalistyczne oczekiwania na wdzięczność i lojalność ze strony obcych. Jednostkowy i heroiczny udział Polaków w wojnach narodowo-wyzwoleńczych Stanów Zjednoczonych, epopei napoleońskiej czy Wiośnie Ludów, nie mówiąc o masowym i równie bohaterskim udziale na frontach wojen światowych w XX wieku, stanowi doskonałą pożywkę dla roszczeń, a nawet żądań, aby Polskę traktować w sposób szczególny.
Tymczasem zgodnie z tradycją realistyczną mocarstwa kierują się przede wszystkim swoimi interesami, nie zważając na sentymenty i altruizmy. Polityką mocarstw rządzi dopasowywanie celów do realnych okoliczności (Realpolitik), nawet gdy dzieje się to kosztem słabszych partnerów czy sojuszników. Zobowiązania wobec nich mają zawsze charakter (tym)czasowy i podlegają dramatycznym rewizjom właśnie ze względu na zmieniającą się rzeczywistość.
Ta sytuacja rodzi jednak wśród słabszych uczestników stosunków międzynarodowych naturalne rozczarowania i poczucie krzywdy. Mają one związek z popularyzowaną przez Witolda Modzelewskiego polityczno-historyczną metaforą, używaną w polskim dyskursie narodowym od ponad stu lat – „zdrady Zachodu wobec Polski” („Polska-Rosja. Czy czeka nas ‘czwarta zdrada Zachodu’?”, Warszawa 2025). Podkreślam tu metaforyczny charakter tego zjawiska, gdyż „zdrada” nie jest kategorią wyjaśniającą w stosunkach międzynarodowych. To raczej przenośnia ze sfery społecznych relacji między ludźmi, operująca na gruncie moralności i emocji.
Zdrada w znaczeniu słownikowym, to świadome złamanie przysięgi, to odstępstwo od przyjętych w danej grupie odniesienia norm, wartości czy idei. W świecie polityki znany jest koncept zdrady stanu (także zdrady głównej), odnoszącej się do czynu godzącego w podstawy egzystencjalne państwa. Chodzi o przestępstwo (zbrodnię) wobec żywotnych interesów państwa, jego niepodległości, całości terytorialnej bądź konstytucyjnego ustroju politycznego. W różnych systemach prawnych za zdradę stanu przewiduje się najwyższe kary. W Polsce te kwestie reguluje Kodeks karny w art. 127, przewidujący kary od 10 lat pozbawienia wolności do dożywocia. Innym pojęciem jest zdrada dyplomatyczna (odpowiednio art. 129).
Historyczne konotacje „zdrady”…
mają przede wszystkim wymiar wewnętrzny, sięgający konfederacji targowickiej – spisku magnackiego z 1792 roku. Odtąd nazwa „Targowica” stała się synonimem zdrady narodowej, grożącej realną zagładą państwa. Paradoksem jest to, że każdy z dzisiejszych obozów politycznych na scenie politycznej gra przeciw drugiemu argumentem „zdrady”, co w istocie oznacza podejrzenie kolaboracji z protektorami zewnętrznymi i liczenie na ich wsparcie w razie potrzeby.
Obie strony duopolu Koalicja Obywatelska-Prawo i Sprawiedliwość odbierają jako normalność poparcie zewnętrzne dla swoich kandydatów na najwyższe stanowiska w państwie. Nie wywołuje to specjalnych protestów ani oburzenia. Dowodzi raczej słabości i podatności polskich elit politycznych, braku ich wewnątrzsterowności oraz niewiary w samodzielną moc sprawczą. Źródła tego tkwią w PRL, kiedy siły opozycyjne wychodziły z przekonania, że antykomunistyczny i antysowiecki Zachód może je skutecznie wspierać w konfrontacji z ówczesną władzą. W zmienionych uwarunkowaniach geopolitycznych szukanie wsparcia u tych samych protektorów zewnętrznych doprowadziło do samowasalizacji. Warto zauważyć, że nigdy dotąd nie było tyle zarzutów w przestrzeni publicznej o wiernopoddańcze afiliacje amerykańskie, niemieckie, rosyjskie czy izraelskie głównych sił politycznych i ich notabli.
W stosunkach międzynarodowych zdrada odnosi się do wrogiej polityki, polegającej najczęściej na jawnym bądź skrytym odwróceniu zobowiązań sojuszniczych. Pojawiający się przy tym dysonans poznawczy oznacza, że każda ze stron inaczej postrzega sprzeczność między deklaracjami i normami a stanem faktycznym. Kierowanie się wyłącznie własnym interesem przekreśla wagę zobowiązań prawnych i politycznych, przyjętych w określonych uwarunkowaniach sytuacyjnych. Zdradzający zwykle nie mają sobie nic do zarzucenia, a zdradzonym pozostaje rozczarowanie i poczucie krzywdy.
Historyk Andrzej Nowak upowszechnił w książce z 2015 roku „pierwszą zdradę Zachodu”, odnoszącą się do polityki Wielkiej Brytanii i części zachodnich elit podczas wojny polsko-bolszewickiej, które były gotowe przehandlować losy Polski („Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement”, Kraków 2015). Drugą zdradę wiąże się z wrześniem 1939 roku i następstwami regulacji Wielkiej Trójki z Teheranu, Jałty i Poczdamu. Zwłaszcza konferencję jałtańską przywołuje się jako przykład skrajnie przedmiotowego potraktowania Polski, „oddanej do sowieckiej strefy wpływów”. Zapomina się przy tym, że wszystkie warunki pokojów znanych z historii, które legły u podstaw nowych porządków geopolitycznych, były dyktowane przez zwycięzców. Trzecia zdrada Zachodu to przejęcie Polski po 1989 roku pod kuratelę neokolonialną. Polska stała się znowu pionkiem w układzie sił, rynkiem zbytu, strefą taniej pracy, a nie pełnoprawnym partnerem.
Czwarta zdrada Zachodu dzieje się na naszych oczach. Znów wietrzeją gwarancje bezpieczeństwa, deklaracje są składane na wyrost, a wiarygodność zobowiązań podszyta jest narastającą nieufnością. Używanie metafory „zdrady” nie ułatwia niestety zrozumienia zmieniających się motywacji działań mocarstwowych. W dobie otwartych kryzysów i gorących konfliktów o implikacjach globalnych, oskarżanie Zachodu o kolejną zdradę staje się wygodnym sposobem przerzucania odpowiedzialności za brak własnej dalekowzrocznej polityki.
Polska podobnie jak inne państwa europejskie, stanęła w obliczu „podwójnego szoku”, wywołanego z jednej strony przez odcięcie się USA od wojny na Ukrainie, a z drugiej przez faktyczne wypowiedzenie amerykańskich zobowiązań w ramach sojuszu północnoatlantyckiego. Jego podstawą jest kolektywna solidarność, gwarantowana w razie napaści na któregokolwiek z członków koalicji. Nikt nie przypuszczał, że może zaistnieć taka sytuacja, iż lider sojuszu wystąpi przeciw pozostałym i zmieni kwalifikację Rosji z wroga na partnera w grze mocarstwowej. W świetle dezynwoltury Donalda Trumpa NATO jest na granicy utrzymania swojej skuteczności. To sprawia, że obsesja na tle zdrady sojuszniczej na rzecz Rosji powraca ze zdwojoną siłą.
Źródła zdrady Zachodu…
tkwią w rozmaitych sferach – egoizmów narodowych, cynicznych interesów, ale także naturalnych przewag w rywalizacji o status potęgi. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej były w historii raczej przedmiotem niż podmiotem imperialistycznych gier. Polskę już w XVII wieku nazwano „Bożym igrzyskiem” (Krzysztof Opaliński), gdy ówczesne mocarstwa zdobyły dominację w środku Europy. Rzeczpospolita nigdy nie zaistniała jako ważny i samodzielny uczestnik systemu powestfalskiego, dlatego w zachodnich podręcznikach znajdujemy śladowe informacje o tej części świata na przestrzeni dziejów.
Ciągle żywe są więc kompleksy rodaków wynikające z peryferyjnego położenia w systemie zachodnim. Wpływają one na poczucie odrębności, a nawet obcości, nie mówiąc o niższości. Brakuje bowiem wspólnej tożsamości zachodniej. Zachód jest postrzegany przez pryzmat mitów i fantazmatów, życzeniowości i chciejstwa. W zbiorowej wyobraźni istnieje jako monolityczny zbiór, w którym wspólne cechy cywilizacyjne przeważają nad regionalnym odrębnościami. Tymczasem inaczej rozumie się pojęcie Zachodu w wymiarze geopolitycznym i instytucjonalnym, inaczej natomiast w wymiarze kulturowym czy religijnym. W pojęciu Zachodu mieści się i Japonia, i Turcja, choć przecież należą one do innych cywilizacji i tylko pozornie dzielą wartości ze Starą Europą.
W podejściu Polski do Zachodu dominuje pierwiastek instytucjonalny – przynależność sojusznicza i integracyjna do NATO i Unii Europejskiej. W dyskursie politycznym pobrzmiewa jednak dychotomia „my i oni”, co świadczy o słabym umocowaniu w kulturze wspólnotowej. Obserwację tę potwierdza także odbiór Polski na Zachodzie. W wielu miejscach i sytuacjach można odczuć, że nie wszędzie uznają Polaków za równoprawnych członków wspólnoty. Może właśnie z tego powodu, aby się uwiarygodnić, uciekamy z premedytacją od swojej oryginalnej tożsamości słowiańskiej i środkowoeuropejskiej.
Mimo prób pogodzenia jedności i odmienności, trudno nie zauważyć, że wymiana gospodarcza, współpraca polityczna, podróże, turystyka i migracje nie wytworzyły spontanicznie dotąd wspólnej dla wszystkich wizji świata. Ciągle dają o sobie znać dziedziczone i przekazywane z pokolenia na pokolenie urazy i pretensje, podsycane przez nacjonalistyczne doktryny i ruchy polityczne. Zwłaszcza stosunki polsko-niemieckie pełne są takich asocjacji.
Rozczarowania wynikają z poczucia ogromnej asymetrii bogactwa i dystansów cywilizacyjnych oraz różnic w strategiach bezpieczeństwa. Polska, niestety, nigdy nie wpisała się ze swoim potencjałem i zasobami w praktykowanie europejskiego (czyli zachodniego) systemu równoważenia sił (‘balance of power’). Zwłaszcza brytyjska i francuska tradycja dostarczają wiele przykładów, jak rozgrywano mniejsze i słabsze państwa, aby samemu wynieść jak najwięcej korzyści. Protekcjonalne i przedmiotowe traktowanie państw słabszych jest do dziś na porządku dziennym.
Fetysz „bezpieczeństwa”
Państwa „średniej rangi”, takie jak Polska, podejmują wiele wysiłku, aby udowodnić, że ich potencjał może mieć znaczenie w bilansie sił sojuszniczych. Temu służy mobilizacja zbrojeniowa, która jednak nie jest w stanie zapewnić państwu pełnego bezpieczeństwa w bardzo niebezpiecznym czy zagrożonym środowisku międzynarodowym. O wszystkim decyduje bowiem stosunek sił, którego ze względów obiektywnych nie można zmienić. Determinizm geopolityczny jest tu nieubłagany. Z tego powodu fałszywa jest teza, że gigantyczne zbrojenia automatycznie uczynią Polskę bezpieczną.
Tym bardziej, że syndrom zdrady Zachodu pozostaje trwałym obciążeniem polskiej psychiki narodowej. Wynika on z twardych uwarunkowań strukturalnych hierarchicznie zorganizowanego systemu międzynarodowego. Polska nie jest samodzielnym (wewnątrzsterownym) graczem (tak jak na przykład neosmańska Turcja), gdyż swoje bezpieczeństwo opiera na strategii ‘bandwagon’, czyli przyłączania się do jednego silnego protektora (tj. USA). Temu schronieniu się pod „parasolem” największego mocarstwa podporządkowane są wszystkie interesy zewnętrzne oraz podziały wewnątrzpolityczne w państwie. Zachód jest jednak rozdarty między opcją hegemoniczną (atlantycką), związaną z potęgą Ameryki, i opcją europejską (kontynentalną), szukającą oparcia w Unii Europejskiej, a w istocie w trójkącie Francja-Niemcy-Wielka Brytania. To rozdwojenie jest przyczyną napięć i dylematów, zwłaszcza podczas kryzysów, których jesteśmy świadkami.
Wyjściem z pułapek zastawianych na Polskę jest zbudowanie autonomicznej doktryny bezpieczeństwa, która pozwoli na nowo zdefiniować priorytety sąsiedzkie oraz zrewidować szkodliwe antynomie, zwłaszcza bezmyślny antagonizm w stosunkach z Rosją i Białorusią. Szczególnie szkodliwym jest to, że Polska stała się zakładnikiem misyjności ideologicznej Zachodu przeciw Rosji, nawet gdy USA zmieniają w tej sprawie stanowisko. Jej neoprometeizm, neojagiellonizm, czy irracjonalna rusofobia są dużym obciążeniem w poszukiwaniu jakiegoś modus vivendi w stosunkach Zachodu z Rosją.
Warunkiem uniknięcia kolejnych rozczarowań jest rezygnacja rządzących z ról międzynarodowych, przypisywanych Polsce przez Zachód. To niezwykle trudne zadanie i niebezpieczna operacja psychologiczna, grożąca „utratą twarzy”. Nie bez powodu liderzy największych ugrupowań politycznych z obawą spoglądają na partie „antysystemowe” (obie konfederacje), gdyż tylko one będą zdolne do rewizji dotychczasowej strategii i polityki.
Chodzi o to, aby odrzucić role harcownika, prowokatora i podżegacza wojennego, lokowania się w pozycji „rygla” Zachodu wobec Rosji, „klina” między Rosją a Niemcami oraz gorliwego obrońcy „wschodniej flanki” NATO i „państwa frontowego” jako ekspozycji zbrojnej Zachodu. Z tym wiąże się odejście od myślenia „wąskotunelowego”, opartego na militaryzacji i stosowaniu szkodliwej strategii rywalizacyjnej. Bezpieczeństwo państwa zależy przecież także od skutecznej dyplomacji, współpracy i współdziałania oraz akomodacji, a jak trzeba, to i uników. Widać zresztą przydatność tej palety środków w stosunkach między państwami BRICS czy Globalnego Południa.
Łączyć a nie dzielić
Patrząc z perspektywy konstruktywistycznej Polska mogłaby wykorzystać wiele nowych pomysłów na siebie, stając się rzeczywistym „centrum” Europy. Potrzebny jest powrót do inicjatyw w dziedzinie łączenia a nie dzielenia, zamykania konfliktów a nie jątrzenia. Tu wystarczyłaby jedna decyzja o zamknięciu ośrodka zaopatrzenia dla ukraińskiego frontu.
Aby uniknąć kolejnych rozczarowań, trzeba pozbyć się fałszywej świadomości, że Polska jest najważniejszym protektorem Ukrainy z nadania Zachodu. Nie ma dowodów na to, że „koalicja chętnych” przewiduje dla Polski jakieś szczególne preferencje czy korzyści w powojennej odbudowie Ukrainy. Jest pewne, że wszystkie inwestycje infrastrukturalne będą oparte na kredytach, zatem polskie firmy będą zależne od pomocy rządowej. To oznacza kolejne zadłużenie Polski na rzecz Ukrainy, co spotyka się ze sprzeciwem społecznym, gdyż kredyty te należą do niespłacalnych. Polskie władze muszą wiedzieć już dziś, że największe korzyści na Ukrainie osiągną ci, którzy opanowali zasoby tego państwa, od ziemi rolnej po surowce oraz kontrolują ośrodki przemysłowe. Niemałą, a może najważniejszą rolę w tej sferze interesów mają do odegrania Niemcy, które bynajmniej nie skrywają swoich apetytów.
Mimo różnych przeciwności i niejako w obronie przed kolejną zdradą Zachodu polskie rządy będą usilnie trzymać się kwestii ukraińskiej, choćby miała ona przynieść więcej szkód niż pożytku. Rządzący Polską boją się bowiem pozostania ze swoimi problemami bez wsparcia państw zachodnich, zwłaszcza gdy władzę w perspektywie kolejnych wyborów może zdominować antyeuropejska prawica. Z tego powodu kontynuacja wojny na Ukrainie leży w interesie dzisiejszych władz, gdyż mogą straszyć społeczeństwo ciągłym zagrożeniem ze strony Rosji, a na Zachodzie utrzymywać przekonanie o swojej niezawodności i niezastępowalności.
Widmo UkroPolu
Obecnie przycichły wprawdzie głosy o sojuszu polsko-ukraińskim, ale to nie oznacza, że w kręgach rządowych nie projektuje się różnych formatów zbliżenia po tak czy inaczej zakończonej wojnie. Dla wielu powojenna rekonstrukcja miałaby być impulsem do trwałego związania obu państw siecią wspólnych interesów transportowych, logistycznych i gospodarczych.
Oswajanie z banderyzmem jako ideologią państwową, branie na swoje barki coraz większych zobowiązań finansowych czy rezygnacja strony polskiej z rozliczenia się Ukraińców z tragiczną historią, to oznaki coraz silniejszego identyfikowania się polskich rządów z interesami kijowskiego establishmentu. To działanie asekuracyjne przed osamotnieniem, na wypadek, gdyby także Europa po Stanach Zjednoczonych porzuciła Ukrainę. Już dzisiaj wiele wskazuje na to, że Rosja osiągnie swój główny cel, tj. uniemożliwienie Ukrainie przystąpienia do sojuszu północnoatlantyckiego. Zachowa swoje zdobycze terytorialne i będzie wywierać wpływ na system polityczny, jaki powstanie na Ukrainie po konflikcie.
Wbrew umocnieniu Rosji w globalnym układzie sił, Polska nie zrezygnuje ze swojego „mesjanizmu” i „parcia na Wschód”. Chodzi przede wszystkim o wykorzystanie nacjonalistycznej Ukrainy na rzecz konsolidacji działań antyrosyjskich w przestrzeni bałtycko-czarnomorskiej. W tym sprzężeniu nie ma miejsca na jakąkolwiek racjonalność, czyli poszukiwanie zbieżnych interesów z Federacją Rosyjską. Nie ma też mowy na tym etapie działań wojennych na jakąkolwiek normalizację stosunków wzajemnych, nie mówiąc o pojednaniu."
środa, 25 marca 2026
Pedofilia Obywatelska
Pedofilia Obywatelska
Platforma Obywatelska to środowisko przestępcze, zgniłe, zdegenerowane, skorumpowane i zdemoralizowane. Aferzyści, krętacze, pedofile, zoofile, złodzieje, łapówkarze, sutenerzy, agentura. Pedofilia Obywatelska przyciąga najgorsze mendy, bo liczą one na bezkarność i łagodne wyroki, zgodnie z doktryną Neumanna.
Stworzone w Moskwie Wiodące hasło Pedofili Obywatelskiej ***** *** ma bardzo konkretne i namacalne zoofilne znaczenie. Jebać psy ! W kręgach KO stare polskie powiedzenie "pies cię jebał" nabiera zupełnie nowego lubieżnego znaczenia.
Piotr P. to lider Platformy Obywatelskiej w Złotowie (Wielkopolska), trzykrotny kandydat na burmistrza. Sąd skazał go na 11 lat więzienia za krzywdzenie 14 dziewczynek! Zwabiał je do swojego domu. Działał latami! Powinien dostać dożywocie.
Kilka tygodni temu sąd drugiej instancji uchylił ten wyrok! W pierwszej instancji orzekała bowiem "neosędzia", więc obecna władza TEGO wyroku nie uznaje!
Sąd Okręgowy w Świdnicy w marcu wydał wyrok w głośnej i wstrząsającej sprawie Kamili Elżbiety Logaj z okolic Kłodzka. To prominentna działaczka Platformy. Logaj pojawiała się na zdjęciach z wieców i spotkań wyborczych z prominentnymi politykami KO. Sąd skazał ją na 6 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. Zarzuty dotyczyły m. in. nieudzielenia pomocy małoletniemu dziecku w dramatycznej sytuacji oraz udziału w nagrywaniu i posiadaniu materiałów o charakterze pornograficznym z udziałem zwierząt. Prokurator żądał 18 lat. Jej mąż otrzymał znacznie surowszą karę 25 lat więzienia za bezpośrednie przestępstwa seksualne wobec własnych dzieci, w tym produkcję pornografii dziecięcej. Sąd Kamile potraktował pieszczotliwie zgodnie z doktryną Neumanna.
Dlaczego jeszcze TVN wywiadu z tym psem nie przeprowadza ?
Kiedy wreszcie reprezentacja pedofilów i zoofilów w Koalicji Obywatelskiej będzie miała swoich ludzi we władzach?
Kiedy wreszcie minister Żulek opracuje ustawę dekryminalizującą wiodące w PO środowisko pedofilów i zoofilów. Trzeba ratować 28 skazanych przyjaciół i chronić setki przez oskarżeniem.
Pedofilia Obywatelska przepchnęła w sejmie ustawę Lex Kamilek. Przeciwko przepisom tej ustawy protestował Rzecznik Praw Dziecka, wskazując w liście do prezydenta, że zmiany obniżają standardy ochrony dzieci i stanowią "realne zagrożenie dla bezpieczeństwa dzieci". Na szczęście prezydent zawetował w sierpniu zeszłego roku tą ustawę.
Była kiedyś "Platforma Obywatelska". Teraz jest wodzowska partia Tuska. Populistyczna, autokratyczna, tępa. Partia ludzi władzy, nie ludzi. Sterowana z Berlina. Demokratyczny wskazujący palec Tuska wybierze w demokratycznych wyborach władzę Partii !
Tusk wycina i pozbywa się wszystkich mądrzejszych i obstawia się przygłupami i klakierami. W platformie nie ma już osób z wiedzą i doświadczeniem. Jest to stado durniów pokroju szczerbojońskiego, naleśnika, leszczyny i pogłosa.
niedziela, 22 marca 2026
Laboratorium zaawansowanej elektroniki i automatyki 197
Laboratorium zaawansowanej elektroniki i automatyki 197
1.Hegemon
2.Beneficjenci rządów
3.Wojna
1.Hegemon
W 1890 roku USA zostały liderem światowego przemysłu wyprzedzając Wielką Brytanie, której udział w światowej produkcji osiągnął szczyt około 1880 roku. Dynamiczna Brytania wyprzedziła Francję na początku XIX wieku.
Brytyjska hegemonia w okresie międzywojennym jest dyskusyjna bowiem Brytania była już duża słabsza gospodarczo od USA ale funt nadal był walutą rezerwową świata mimo iż ogromne fale dolarów już krążyły po świecie a Brytania była dłużnikiem USA.
W 1945 roku Anglia jest już karłem przy USA. Potrzebne były dwie wojny światowe aby rzucić na kolana Wielką Brytanie i ustanowić nowego hegemona z tej samej kasty Anglosasów.
Przypowieść Salomona: „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną” (Prz
16,18).
Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku udział Japonii był bliski udziałowi USA ale obecnie jej udział bardzo spadł. W 2008 roku liderem światowego przemysłu stały się Chiny mając obecnie udział większy niż USA miały w szczycie swojej potęgi.
Szkoda że na rysunku nie ma Niemiec ale z uwagi na przemiany polityczne pojęcie „Niemcy” się zmieniało.
USA są jednak nadal mocniejsze militarnie od Chin. W całej swojej potężnej historii Chiny nigdy nie były państwem militarystycznym.
Obecnie Chiny mogą się cieszyć że agresywne USA we wszczynanych wojnach tracą dobrobyt i kompromitują się w świecie. Chiny po cichu wspierają oponentów USA czyli m.in. Rosję i Iran. Im bardziej wojna z Rosją i Iranem osłabi USA tym lepiej dla Chin. Można też na frontach realnie bez rozgłosu wypróbować swoje nowe militaria i prowadzić sensowne prace badawczo rozwojowe.
Cała historia dowodzi że dopiero doświadczenie daje realną siłę bojową armii. Biorąc to pod uwagę konflikt Chin bez doświadczenia z USA jest bardzo ryzykowany.
Sytuacje zmienia tu automatyzacja wojny z użyciem AI ale i w tej dziedzinie USA mają prymat ale postęp Chin w tej mierze jest ogromny.
2.Beneficjenci rządów
Niemcy promujący od dawna wszędzie (energetyka, przemysł, konsumpcja) Zieloność chcieli swoim wielkim eksportem w tej dziedzinie podbić świat. Chcieli być wielkim beneficjentem ogromnej rewolucji. Ale pozycje bliskie monopolistycznych zajmują Chiny ! Państwa oparte na wyzysku (ekstraktywne) nie rozwijają się w długim okresie czasu. W końcu po epizodzie wzrostu (nie rozwoju !) wpadają w stagnacje i kryzys.
Europa Zachodnia i Północna (inkluzywna) to nadal miejsce w którym średniakowi żyje się najlepiej w świecie ale ta era już powoli się kończy.
Tylko tu (jeszcze Japonia) w świecie przestrzega się prawa pracownika. Kiepsko pod tym względem jest w USA a jeszcze gorzej w Chinach. Pracownik to człowiek - obywatel w miejscu pracy.
Finlandia dalej jest najszczęśliwszym krajem świata, nieprzerwanie od 2017 roku - wynika z corocznego „The World Happiness Report” za 2016 rok. https://www.worldhappiness.report W pierwszej dziesiątce znalazły się tradycyjnie Islandia, Dania, Szwecja i Norwegia. Te kraje cechuje niska korupcja oraz niskie rozwarstwienie dochodowe i majątkowe. USA są na 23 miejscu.
Kostaryka awansowała na 4 miejsce rankingu globalnej szczęśliwości. Kraj rządzony przez juntę, daje szczęście ludziom. Zatem peryferyjna pozorowana demokracja małej intensywności może być dla ludu dużo gorsza od uczciwej junty. Epstein to nie agent Mossadu ani nawet rezydent ich siatki szpiegowskiej. To prawdziwa, sprawna agencja wywiadowcza Mossadu, który teraz szantażuje rządzącą oligarchie USA ! Ochranianie Epsteina dekadami przez Mossad bardzo mu się opłaciło. To jedna z lepszych, najbardziej opłacalnych inwestycji w dziejach ludzkości ! Beneficjentem jest Izrael.
Amerykańskie Archiwum Narodowe udostępnia w sieci pełne kartoteki członków NSDAP. Wyprzedza archiwa niemieckie, które powołują się na ochronę danych utajniając akta. "Dostępnych" jest 16.3 mln kart osobowych. Wejście na stronę bywa trudne, „prawdopodobnie z powodu zbyt dużej liczby zapytań” Publikacja daje niekompletny wgląd, bo nie zachowało się sto procent kartotek tych Niemców, którzy do 1945 roku wspierali rządy i zbrodnie nazistów. Wyszukiwarka jest tragiczna.
https://www.msn.com/pl-pl/historia-i-kultura-społeczeństwa/historia/usa-miliony-akt-nazistó
w-do-wglądu/ar-AA1YQHlE
Polski rząd powinien „zassać” całość danych i dołożyć dobrą wyszukiwarkę. Możemy być beneficjentem tej okazji. Gdy tylko niemiecki polityk spróbuje nam szkodzić albo coś złego powiedzieć o Polsce od razu wyciągamy mu nazistowską rodzinę ! Badacze twierdzą że ponad 95% obecnych niemieckich polityków pochodzi z nazistowskich rodzin. Dał nam przykład Izrael – Epstein jak korzystać z kompromatów !
Ale Polska ma agenturalny nie-rząd.
W dacie uchwalania Deform wiadomo było że:
-Deforma emerytalna służy do zmniejszenia emerytur i okradzenia budżetu Polski przez Zachód
-Deforma ochrony zdrowia służy do zmniejszenia dostępu do ochrony zdrowia
-Deforma edukacji z gimnazjami i wyższymi szkołami dla każdego to mega patologia i głupota
-Deforma administracji służy do stworzenia gigantycznych ilości synekur i przesunięcia pieniędzy do dużych miast kosztem mniejszych.
Kolejne rządy odwracały tragiczne deformy TW Docenta i TW Karola czyli premiera Buzka rządu AWS -UW. Niestety tylko częściowo deformę edukacyjną odwrócił rząd PiS.
Było po deformie kolorowanie drwala na maturze. Potem było kolorowanie drwala na studiach, prawda ? Te "wykształcone" obecne Jessiki to smutny dowód zapaści polskiej edukacji. Jeszcze 3 dekady temu Anna mogła skończyć zawodówkę i realizować się jako poszukiwana dobra krawcowa lub wykonując inny użyteczny zawód. Teraz analfabetów dopuszcza się do matury i na studia. Do polityki i na urzędy idą stadem !
Na funkcjonowaniu Wyższych Szkół Tego i Owego tracimy wszyscy a beneficjentów jest niewielu – politycy i „wykształceni” urzędnicy na licznych synekurach.
Deforma administracji nie została jednak odwrócona. Dlaczego ? Dlatego że jej beneficjentem są duże miasta a szczególnie pasożytnicza Warszawa bo tam został skierowany strumień pieniędzy podatnika. Małe i średnie miasta zatrzymały się w rozwoju i każdy kto tylko może z nich ucieka do dużych miast. W małych miastach jest dużo pustostanów a w dużych brakuje mieszkań i są one drogie na czym zarabiają deweloperzy z … zachodnim kapitałem. Zachodnie fundusze spekulacyjne skupują mieszkania w dużych miastach.
Nie-rządy AWS skończyły się gigantycznym szybko narastającym kryzysem i szczęśliwie rządowi SLD z prof. Kołodko udało się kryzys opanować ale skutki były potworne.
Zbrodnicze prywatyzacje AWS są odwracane do dzisiaj.
Polacy nie dają się ogłupiać szczującej propagandzie prowojennej.
Rosja, Izrael i Stany Zjednoczone – według nowego (18.03.2026) sondażu CBOS dla DGP to
właśnie te trzy państwa Polacy uznają dziś za największe zagrożenie dla pokoju na świecie.
Prymitywna, namolna, jawnie kłamliwa propaganda jest antyskuteczna. Beneficjentem wojny są koncerny zbrojeniowa USA i Niemiec a dla Polski wojna to makabryczne straty i koszmar.
Kto jest beneficjentem polityki nazwanej jako „liberalna”. Ludzi nie uczciwie bogaci !
Trawestując stwierdzenie jednego z polityków. Mamy kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystykę GUS.
Europejskie mocarstwa kolonialne zamiast utraconych po 1948 roku kolonii dostały po 1989 roku wewnętrzne peryferie w UE. Polska w procesie globalizacji został przerobiona na neokolonię.
Gospodarka na peryferiach UE w dużej części należy do zachodnich firm. To one łupią peryferia na wyłudzonym podatku VAT i na Cenach Transferowych.
3.Wojna
Dla Polaków II Wojna (to wojna systemowa) zaczęła się 1 IX 1939 roku. Ale Niemcy już wcześniej napadli na Czechy.
Dla Sowietów wojna zaczęła się 22 VI 1941 roku. Dla Ameryki zaczęła się też w 1941 roku od ataku Japonii. Ale wojnę tak naprawdę wszczęła Japonia anektując obszary i tworząc tam w 1931 roku marionetkowe państwo Mandżukuo. Agresja Japonii na Chiny miała miejsce w 1937 roku. Do 1945 roku zginęło na tamtym teatrze działań wojennych około 30 mln Chińczyków a więc był to bardzo krwawy teatr. Także i to uzasadniło użycie przeciwko zbrodniczej Japonii broni jądrowej.
Czy teraz na peryferiach trwa już III Wojna ? Również wojna systemowa.
USA podają że celem napaści na Iran było wzniecenie rebelii i momentalna zmiana reżimu.
W Iranie ponad 20% ludności to fanatycy gotowi bronić religijnego reżimu za każdą cenę.
Protestujący w zamieszkach to mniej niż 10% populacji. Aktywiści robią to za pieniądze CIA a ideowi dla Mossadu a reszta to naiwni głupcy. Po napaści Izraela – USA wielu protestujących teraz boi się nawet sąsiadów.
70% ludności Iranu chce normalnie żyć. Pamięć o krwawym terrorze policji politycznej marionetkowego Szacha SAWAK jest powszechna. Wszyscy wiedzą że bezpieką rządziła wtedy CIA i Mossad czyli ci którzy stoją za niedawnymi protestami.
Jaka była szansa wzniecenia rebelii i obalenia irańskiego reżimu ? ZERO !
USA dołączyły do akcji Izraela. Jedynym celem jest maksymalne zniszczenie Iranu wzorem Iraku, Libii, Syrii, Afganistanu...
Gdy Rosja dojdzie do wniosku że Zachód i USA osłabły już dostatecznie „dołączy” do macierzy Ukrainę (marionetkowy rząd w Kijowie) i pewnie jeden z Wymiaratów Bałtyckich aby pokazać bezsilność NATO i uciszyć ujadanie pozostałych dwóch. Rosji żadne ziemie nie są potrzebne bo mają dość własnej. Chodzi tylko o władze, zwłaszcza w systemie bezpieczeństwa. Czyli o tak zwane poszanowanie interesów.
Gdy Chiny dojdą do wniosku że USA osłabły już dostatecznie, marchewką i kijem dołączą do macierzy oderwany Tajwan ale bez przemocy.
W historii świata są tylko dwa militarystyczne państwa powstałe wyłącznie na ziemiach zbrodnią wydartych innym narodom. Po II Wojnie Światowej Postanowieniem Sojuszniczej Rady Kontroli Prusy zostały definitywnie zlikwidowane a ich zrabowane ziemie zwrócono Słowianom czyli Polsce i ZSRR. Izrael dalej trwa. Dalej z pomocą USA zabiera ziemie i morduje Palestyńczyków.
Nauka i technologia rozwijają się ewolucyjnie.
Licencje kupował m.in. Związek Radziecki i PRL. Korzystne kupowanie licencji i dalsze ich rozwijanie jest dobre i polecane.
Korea kupowała na bardzo korzystnych warunkach licencje, które dalej sama intensywnie rozwijała. Koncerny Japonii nie oferowały co prawda Korei najnowszej technologii i produktów ale licencje były jednak niezłe. Ten sam schemat działania stosowano w produkcji militarnej. Japonia znacznie udoskonalała licencje od USA na militarną produkcje.
W obecnej wojnie Izraela-USA z Iranem dwie koreańskie przeciwlotnicze - przeciwrakietowe baterie Cheongung-II w Zjednoczonych Emiratach Arabskich rzekomo wystrzeliły około 60 pocisków przechwytujących, osiągając około 96 % skuteczność.
Rosja ponad 30 lat temu wynegocjowała z Koreą spłaty kredytów zaciągniętych jeszcze przez ZSRR za pomocą dostaw nowego rosyjskiego sprzętu wojskowego. Do Republiki Korei dostarczono m.in. czołgi T-80U, bojowe wozy piechoty BMP-3 czy systemy przeciwlotnicze 9K38 Igła. Owocem współpracy były m.in systemy S-350 po stronie rosyjskiej i właśnie Cheongung-II po stronie koreańskiej. W pracach uczestniczył m.in. rosyjski koncern Ałmaz-Antiej (producent systemów S-300 i S-400), a bazą dla systemu Cheongung-II były rosyjskie pociski 9M96 do systemu S-300. Opracowano dla nich nowy system sterowania i komunikacji.
Pociski odpalane z ośmiokomorowych wyrzutni osiągają prędkość Mach 4.5 (1530 m/s) dla wersji B1 i Mach 5 (1700 m/s) dla B2. Są one wyposażone w zaawansowany system naprowadzania oparty na modułach nawigacji inercyjnej z łączem komunikacyjnym pozwalającym na przekazywanie aktualizacji nawet po odpaleniu oraz aktywną głowicą radiolokacyjną zapewniającą punktową precyzję w ostatniej fazie lotu. Są porównywalne do pocisków PAC-3 MSE Patriot ale kosztują 1.1 mln dolarów a nie 3.7-4 mln. Na Cheongung-II nie trzeba czekać 4-6 lat jak na dostawę jak z Patriotem.
Polska nie ma rakiet do kupionych wyrzutni Patriot i poczeka na nie latami.
Polska bez licencji skopiowała i ulepszyła radzieckie – rosyjskie rakiety przeciwlotnicze Igła nazywając je Piorun.
Część broni produkowanej w PRL na radzieckiej licencji nadawała się do głębokiej modernizacji przez zastosowanie nowoczesnej elektroniki, która była piętą achillesowa konstrukcji ZSRR. III RP zniszczyła militarne zdolności produkcyjne odziedziczone po PRL. Wpływ na to mieli obcy lobbyści przemysłu militarnego i wszechobecna agentura.
Przez 36 lat nie zbudowano ani jednego schronu i porzucono większość tych z PRL. Zaniedbano konserwacje ocalałych schronów.
Wyprodukowano 17 milionów instrukcji jak znaleźć schron którego nie ma !
Fundamentem siły politycznej i zbrojnej jest gospodarka.
Agencje ratingowe Moody's i Fitch obniżyły we wrześniu 2025 roku perspektywy swojej oceny kredytowej Polski do negatywnej ze stabilnej i tak pozostało. W obu przypadkach głównym powodem była sytuacja fiskalna kraju. Spośród trzech największych agencji ratingowych wiarygodność kredytową Polski najwyżej ocenia Moody's. Rating Polski według Fitch i S&P to "A-", jeden poziom niżej niż w przypadku Moody's. Perspektywa ratingu Polski wg S&P jest stabilna, a wg Fitch i Moody's negatywna.
Gang Olsena przebrany jako Uśmiechnięta Brygada rządzi już 3 rok. Spychanie efektów ich dyletanctwa na PiS przekonuje już tylko misiów o bardzo małym rozumku.
Uśmiechnięci zadłużyli państwo w 2 lata na niespotykaną wcześniej skalę.
Dalsze zadłużenie, nakupowanie złomu wojskowego, wsparcie Ukrainy... zepchnie polski ranking na pozycje B bez wojny.
Czeka likwidacja wielu zbędnych przywilejów. Emerytur dla 40 letnich mundurowych. KRUS rolników. Hojnych pieniędzy na kościół. Emerytur dla 60 letnich kobiet i śmiesznych składek na ZUS dla JDG o gigantycznych przychodach.
Z takimi rządami i generałami Polska na pewno wojnę przegra. Więc lepiej jej nie prowokować.
Proceder fałszowania wyborów w Związku Radzieckim nie trwał długo. Szajka Stalina doszła do wniosku że trzeba wystawiać takich kandydatów do wyborów aby zawsze były one wygrane niezależnie od rezultatu głosowania.
W III RP kandydatów do wybrania wystawia w Polsce USA z Izraelem, Niemcy i Rosja. Polacy mają do wyboru między Dżumą a Cholerą.
Cały "program" PO można zawrzeć w jednym zdaniu: Kraść i Fur Deutschland.
Cały "program" PiS można zawrzeć w jednym zdaniu: Jak się mocno i z wiarą pomodlimy o deszcz, to jest powód by przy okazji:
-Spadła inflacja
-Urodziło się trochę dzieci
-Unia dała trochę Euro do rozkradzenia
-USA poklepało idiotów po plecach
Archiwum: Sens automatyzacji
Automatyzacja zastępuje pracę ludzką czyli może podnieść wydajność pracy pod warunkiem wszakże że wydajnie uda się wyprodukować środki automatyzacji.
Automatyzacja na statku pozwala znacznie zmniejszyć jego załogę a wynagrodzenia marynarzy i oficerów są dość wysokie. Maszynownia w czasie odpoczynku załogi nie ma obsługi. Gdy system sterowania – alarmu - monitoringu stwierdzi nieprawidłową pracę, obsługa jest wezwana z kajut.
Sprawa z komputeryzacją – automatyzacją księgowości na razie jest nonsensem bowiem im więcej jest użytych komputerów tym więcej jest księgowych. O ile księgowych nam nie brakuje to brakuje dolarów na komputery. W USA rozpowszechnienie komputerów jest pretekstem do komplikowania prawa podatkowego co efektywnie prowadzi do unikania płacenia podatków przez duże firmy i przez bogaczy.
W zakładach chemicznych, petrochemicznych i energetyce koszt automatyzacji wzrósł w okresie ponad 30 lat z 5% do blisko 25% kosztów inwestycji.
Wadą systemu DDC z jednym centralnym komputerem jest konieczność zdublowania funkcjonalności komputera lokalnymi regulatorami analogowymi i sterowaniami logicznymi oraz kosztowne, bardzo długie starannie ekranowane okablowanie.
Skutkiem ewolucji cyfrowych regulatorów i PLC obecnie funkcjonalności programowego - cyfrowego regulatora oraz sterowania logicznego PLC zawarte są w urządzeniu DCS. Centralny komputer / komputery połączone siecią z urządzeniami DCS występują w roli zarządzania / nadzoru a nie bezpośredniego sterowania.
W systemie DDC każdy koncern stosował swój własny komputer / minikomputer ale w tej roli znaczną popularność zdobyły też minikomputery rodziny DEC PDP-11. Ich odpowiedniki produkowane są też w krajach RWPG.
Obecnie komputer „składak” zgodny z IBM PC AT kosztujący 1000 dolarów ma wydajność przekraczająca przeciętną maszynę z rodziny PDP-11 kosztującą 20-30 tysięcy dolarów.
W systemach (mikro) komputerowych zaczyna dominować jednak koszt oprogramowania.
Choć mikroprocesory i mikrokontrolery narodziły się w USA to absolutny prymat w ilości ich produkcji stanowi Japonia. Produkowane przez koncerny Japonii w ogromnych ilościach mikrokontrolery masowo eksportowane są w znakomitym sprzęcie RTVC i AGD, samochodach i urządzeniach przemysłowych. Możliwości mikrokontrolerów są bardzo zróżnicowane i adekwatne do ich ceny. Najtańsze są proste mikrokontrolery w odchodzącej technologii PMOS której zaletą jest możliwość bezpośredniego sterowania wyświetlacza fluoroscencyjnego. Pierwszym ich masowym zastosowaniem były małe kalkulatory. Standardem jest obecnie technologia NMOS. Pobór mocy zgodnych z nią aplikacyjnie mikrokontrolerów w technologii CMOS jest mniejszy i proporcjonalny do częstotliwości taktowania co z wolnym taktowaniem umożliwia ich stosowanie w sensorach do pętli prądowej 4-20 mA. Technologia CMOS wydaje się przyszłościową i wszystkie nowe wydajne mikroprocesory są w niej wykonane począwszy od Intela 80286.
Sensory do pętli 4-20 mA z mikrokontrolerem (dość wolno taktowanym) i wyświetlaczem LCD są jeszcze bardzo drogą nowością. Niemniej zastosowanie mikrokontrolerów w elektronice sensorów i „sensorów” otwiera ogromne możliwości.
Obecnie standardem przemysłowym w automatyce przemysłowej stała się pętla prądowa 4-20 mA.
Elektronika sensora może pobrać prąd tylko mniejszy od 4 mA. Część sensorów musi mieć własną elektronikę – choćby sensory ciśnienia / przepływu /poziomu bazujące na LVDT i monolitycznych mostkach piezorezystancyjnych. Pętla prądowa jest dla nich bardzo wygodnym rozwiązaniem. Termometry oporowe RTD (najpopularniejszy PT100) i termopary mogą być połączone przewodem z kontrolerem zdolnym je obsłużyć ale też mogą pracować z Transmitterem ( polskie APU/APR 313 skopiowane z HB, niemiecka nazwa Messumformer) do pętli prądowej 4-20mA.
Ponieważ prąd 4 mA musi wystarczyć do zasilania całkiem skomplikowanej elektroniki stosuje się rozwiązania mikromocowe. Są one też użyteczne do coraz popularniejszych urządzeń z zasilaniem bateryjnym.
Najczęściej stosowane są sensory temperatury oraz ciśnienia (głównie do różnicowego do pomiaru strumienia i poziomu).
Sensory pH (i ORP) pracują w chemii, farmaceutyce, kosmetyce, medycynie, przemyśle spożywczym, uzdatnianiu wody i ścieków... no i w laboratoriach badawczych. Czyli wszędzie tam gdzie wytwarza się duże pieniądze.
Za sensor uważane są z punktu widzenia systemu regulacji – sterowania też różne analizatory składów gazów i płynów. Skomplikowany analizator z mikrokontrolerem może mieć jednak jeden czy dwa wyjścia analogowe o zawartości konkretnych substancji i one mogą być użyte w konwencjonalnym systemie regulacji. Alternatywnie analizator komunikuje się z DSC łączem szeregowym. To rozwiązanie daje dużo większe możliwości.
Oporność wewnętrzna sondy pH jest bardzo duża. Ogólnie sensory o bardzo dużej oporności wewnętrznej nazywane są sensorami elektrometrycznymi.
"Obszernie temat sensorów elektrometrycznych potraktowano w:
Norton , H.: Sensor and Analyser Handbook, Prentice-Hall, Englewood Cliffs, New Jersey,
1982.
Fragment spisu treści:
„Conductivity sensor
pH sensor
ORP Redox sensor
Specific ion sensor
Coulometric sensor
Polarographs sensor
Electrometric gas analyser”
Elektrometryczne są wszystkie komory jonizacyjne i sensory neutronów.
Napięcie wyjściowe elektrometrycznych sensorów gazu jest proporcjonalne do zawartości
mierzonego gazu. W podgrzewanym sensorze gazu elektroda pomiarowa jest zoptymalizowana do
utleniania lub redukcji mierzonego gazu. Sygnał wyjściowy jest proporcjonalny do nasilenia
reakcji Redox
Sensory elektrometryczne stosuje się w systemie „Blood Gas Analyser” do oznaczania
niektórych parametrów krwi pacjenta.
Chromatografia gazowa jest stosunkowo nową dziedziną wiedzy i praktyki. Brytyjski chemik
Archer Martin razem z Richardem Synge zdobyli w 1952 Nagrodę Nobla w chemii za odkrycie
chromatografii cząstek. Sama idea chromatografii znana jest od początka wieku ale dopiero w
latach pięćdziesiątych wzbudziła większe zainteresowanie.
Cały czas powstają nowe detektory - sensory do chromatografów i z pewnością nie powiedziano
jeszcze ostatniego słowa w tej dziedzinie. Nowe chromatografy są coraz bardziej
zautomatyzowane i skomputeryzowane.
Podstawowymi systemami każdego chromatografu są:
- system dozowania ( pobranej ) próbki, który może być bardzo rozbudowany i zautomatyzowany
- sterowany dokładny piec
- kolumna chromatograficzna
- detektor lub detektory
Obecnie chromatograf współpracuje z komputerem PC a dawniej podawał sygnał analogowy do
rejestratora.
Chromatografia gazowa jest wygodną i wydajną metodą analizy mieszanin związków chemicznych.
Można nią także ocenić czystość substancji.
Chromatografię gazową stosuje się w laboratoriach naukowych, przemysłowych i medycznych.
Chromatograf jest niezbędny w zaawansowanym laboratorium petrochemicznym, farmaceutycznym, kosmetycznym, spożywczym i ochrony środowiska.
Nietrudno zauważyć że nowoczesny Chromatograf jest tam gdzie zarabia się już duże pieniądze
a przyszłość tych dziedzin wygląda różowo"
Trwałość sensorów zależy od warunków jakich one pracują.
Dla systemu pętli prądowej prądy mniejsze od 3.8 mA lub większe od 20.5 mA oznaczają sygnalizowany stan nienormalny - alarmowy.
Aby wykryć uszkodzenie termopary czyli przerwę przepuszcza się przez nią mikroamperowy prąd diagnostyczny. Przy sprawnej TC nie ma on żadnego wpływu na pomiar. Jego znak wyznaczy po przerwie w TC kierunek wyjścia poza zakres.
Uszkodzenie monolitycznego mostka piezorezystancyjnego w sensorze ciśnienia (różnic ciśnień, poziomu) zawsze prowadzi do wyjścia poza zakres w pętli 4-20 mA.
Uszkodzenie mostka tensometrycznego zawsze prowadzi do wyjścia poza zakres ( także w pętli 4-20 mA )
W systemie z LVDT potrzeba niewiele dodatkowej elektroniki do detekcji anomalii.
W przypadku sensora RTD (PT100 ) przy uszkodzeniu połączeń można inteligentnie przejść z systemu 4 przewodowego na 3 przewodowy i dalej na 2 przewodowy.
Literatura wspomina tylko ogólnie o automatycznej diagnostyce sensorów ale niestety milczy o szczegółach.
Schematy sensorów są chyba objęte tajemnicą szczelniej niż militaria.
Patent 41 Automatyczna diagnoza przemysłowego sensora pH ( ORP )
Sensory pH i ORP są użyteczne w nowoczesnym wysokorentowanym przemyśle. Konstrukcja przemysłowych sensorów jest trudniejsza niż sond laboratoryjnych ale sensor przemysłowy daje systemowi regulacji szybko informacje gdy w przypadku sensora - miernika laboratoryjnego trzeba pobrać z instalacji przemysłowej próbkę, zanieść ją do laboratorium (zmienić okrycie i obuwie ) i zbadać miernikiem a po tym informacje wprowadzić do systemu automatyzacji. A czas martwy wprost wyznacza jakość regulacji. Niebagatelny jest koszt wynagrodzeń pracowników laboratorium.
W laboratorium pracownicy mają dostęp do roztworów do zerowania i skalowania sensorów pH. Mankamentem jest koszt funkcjonowania laboratorium.
Działanie sensora pH opisano w podręcznikach fizyki i chemii ale informacje dotyczące używanych do budowy materiałów są nadal tajne.
Typowy sensor pH ma dwie elektrody. Elektrodę odniesienia (referencyjną) i elektrodę pomiarową. Miernik pH mierzy napięcie między nimi a są one połączone antyszeregowo. GND miernika połączone jest ekranem kabla z elektrodą odniesienia. To GND musi być dobrze izolowane od wszystkiego.
A elektroda pomiarowa dołączona jest do przewodu środkowego kabla współosiowego. Trzecie połączenie do metalu urządzenia procesowego z sondą (lub elektrody w cieczy gdyby urządzenie procesowe było plastikowe lub ceramiczne ) zwykle nie jest stosowane ale do systemu z diagnostyką musi być użyte.
Gdyby GND miernika połączone było z metalem urządzenia procesowego (lub elektrodą...) to sygnał z obu elektrod referencyjnej i odniesienia musi być podany do wzmacniacza różnicowego.
Jeszcze sprawna sonda PH ma błąd zera i błąd skali. Za błąd zera (do 30 mV) odpowiada elektroda referencyjna a za błąd skali (dopuszczalny spadek czułości z 100% na 85% ) odpowiada elektroda pomiarowa. Dominują problemy z elektrodą referencyjną.
Rezystancja elektrody odniesienia Rr do roztworu w którym zanurzona jest sonda nie powinna być większa od 30 KOhm ale gdy roztwór jest czystą wodą (niezmiernie rzadka sytuacja ) może przekroczyć 100-200 KOhm. Pojęcie rezystancji jest tu bardzo umowne co wprost wynika z fizykochemii. Rezystancje typowej elektrody pomiarowej Rm do odniesienia (czyli wyjściowa) nie powinna przekraczać 100 MOhm ale są elektrody o większej rezystancji. Zawsze maleje ona z temperaturą i odchyleniem (w dowolną stronę) pH od 7 co algorytm musi brać pod uwagę stosując normalizacje. Spadkowi czułości sondy odpowiada wzrost tej rezystancji.
Uszkodzeniu sondy pH towarzyszy wyjście sygnału poza skalę pH 0..14 lub gwałtowne zmiany pomiaru.
Napięcie z sensora pH jest proporcjonalne do Temperatury w skali Kelwina. Zatem system pH winien mieć sensor Temperatury. Sygnał analogowy powinien być skompensowany na wpływ temperatury. Urządzenie z łączem szeregowym może udostępniać też informacje o Temperaturze. Sensorem może być RTD (głównie PT100), termistor NTC lub tranzystor czy dioda (zwłaszcza podwójna lub potrójna jak BAP812).
Ogólnie:
Rezystancje mierzą Mostki z czułym wskaźnikiem Zera.
Nieliniowo (skala jest bardzo nieliniowa) rezystancje mierzy Miernik magnetoelektryczny.
Zasilając mierzoną rezystancje ze Źródła prądowego napięcie na niej jest proporcjonalne do rezystancji.
Można mierzoną rezystancje umieścić w sprzężeniu zwrotnym OPA gdzie do ujemnego wejścia OPA podano stały prąd i napięcia wyjściowe z OPA jest proporcjonalne do mierzonej rezystancji.
Pomysłowy jest pomiar oporności w układzie scalonym CMOS miernika ICL7106 gdzie jednocześnie wykorzystano wejście sygnałowe i wejście odniesienia przetwornika ADC.
Wszystkie wymienione tu metody pomiaru rezystancji są tu zupełnie nieprzydatne.
Co więcej trzeba zachować ostrożność z podawaniem napięcie do sensora bowiem polaryzacja elektrod prowadzi conajmniej do długotrwałego zaburzenia pracy.
Potrzebny jest nowy sposób który może też korzystać z programu mikrokontrolera
Na wejściu wzmacniacza zawsze użyty jest kondensator 1000-2200 pF (polistyrenowy o małym upływie), który wraz z rezystancją elektrody Rm tworzy filtr dolnoprzepustowy. Kondensator ten zmniejsza też zakłócenia i szumy. Im większa jest Rm tym wolniej ustala się pomiar.
W pokazanym rozwiązaniu tranzystor JFet lub MOS „zwiera” na chwile ten kondensator filtru lub podaje mu niewielkie napięcie o biegunowości ustalonej przez program mikrokontrolera. Rejestrowane są kolejne próbki mierzonego napięcia i z tego czasu restauracji wnioskujemy jaka jest rezystancja Rm. Gdy jest za duża potrzebne jest czyszczenie lub wymiana sensora.
Pomiar powinien być przeprowadzany w odpowiednim momencie gdy mierzone pH jest ustalone. O tym wie tylko współpracujący DCS lub nadzorujący proces komputer. Napięcie z sensora pH jest proporcjonalne do odchyłu pH od 7 i do temperatury T w sali Kelwina. Gdy napięcie sensora jest małe pomiar jest marny i wtedy można podać kluczem na kondensator niewielkie napięcie o znaku przeciwnym do aktualnego napięcia. Przeprowadzone próby wskazują że podanie napięcia rzędu 200 mV w żadnym razie nie daje polaryzacji elektrody pomiarowej.
Po około 5 sekundach napięcie z sensora pH wraca do właściwej wartości.
Zwróćmy uwagę że pomiar obarczony jest błędem od potencjalnej zmiany pH cieczy w czasie pomiaru. Stad decyzje o czyszczeniu /wymianie sensora podejmujemy dopiero po całej serii pomiarów która powinna wykazać stopniowe zwiększanie Rm.
Tranzystor JFet w roli klucza powinien mieć mały chip o małym upływie. Powinien być tej samej przewodności (P lub N) co tranzystory JFetów wejściowej pary różnicowej OPA bowiem prądy upływu tranzystorów się tu odejmują a nie szkodliwie dodają.
Przy pomiarze rezystancji Rr elektrody odniesienia obserwowane jest napięcie między tą elektrodą a metalem urządzenia procesowego. W czasie pomiaru do Rr podane jest rezystorem i kluczem niewielkie napięcie. Pomiar Rr jest na tle pomiaru Rm bardzo prosty ale większa praktycznie jest użyteczność Rr.
Automatyczna akcja czyszczenia (chemicznego lub mechanicznego lub obu naraz) i sprawdzenia sensora pH zależy od zróżnicowanej konstrukcji urządzenia łączącego proces z sensorem pH. Trudno powiedzieć czy program mikrokontrolera sensora pH na rozkaz z DCS powinien obsługiwać procesy czyszczenia. Wyobrażalnych aranżacji urządzenia jest mnóstwo i trudno byłoby stworzyć odpowiedni program do sterowania zaworków, silników itd. W tej mierze elektronika sensora może być jak I/O w PLC zdalnie operowane przez program DCS.
Sprawdzenie
Technologia CMOS doskonale nadaje się do łączenia funkcji analogowych z cyfrowymi. Chińska firma Shanghai Belling używa technologii CMOS 95 nm a więc starawej.
Produkuje tanie układy do „Energy Meter” o przyzwoitej dokładności ale bez izolacji od sieci energetycznej. Jeden układ ma wyjścia częstotliwościowe a drugi komunikuje się z mikrokontrolerem interfacem SPI. Do pomiaru prądu i napięcia zastosowano przetworniki ADC Sigma Delta (SD).
-Jakiego rzędu są użyte jednobitowe modulatory SDM i jak szybko muszą być taktowane ?
Ćwiczenie
Według wzoru Nersta sonda pH w temperaturze 25C dla roztworu o pH -7..7 wytwarza
napięcie -414...414 mV czyli -+59.14 mV/pH.
Czułość jest proporcjonalna do temperatury w skali Kelvina. Dla temperatury 80C czułość
wynosi +-70mV/pH a zakres napięć wynosi +-490 mV.
Biurko programisty-elektronika nie jest dobrym miejscem dla posługiwanie się roztworami.
Bateryjka 1.5V wraz z dwoma rezystorami i potencjometrem (wszystkie od dość dużych wartościach) daje (jałowo) regulowane napięcie +-750 mV a z załączonym DVM (jego obciążająca oporność ) mniejsze. Czyli napięcie jest większe nawet od tego w temperaturze 80C i może udawać stany awaryjne. Napięcie podano do systemu analogowego (wejściowy kondensator 2.2 nF ) poprzez dwa szeregowo połączone rezystory 68 MOhm zwierane Jumperami. Zatem układ dobrze udaje sensor pH. Równie prosty układ udaje oporność elektrody referencyjnej do metalu wraz z małym regulowanym napięciem. Układ elektroniczny stosujący idee z „Patent 41” współpracuje z systemem z mikrokontrolerem 80C552. W układzie zastosowano umiarkowane nowości z tamtych czasów i nawet obecnie układ nie jest anachroniczny. System (1992 rok !) ma duży wyświetlacz LCD 2x40 znaków, 5 przycisków a z komputerem PC komunikuje się poprzez RS232. Mimo iż rozdzielczość przetwornika ADC mikrokontrolera wynosi tylko 10 bit to odczyt po stanie przejściowym ani drgnie i w prezentacji napięcia jest identyczny jak pokazuje DVM. Wynik pomiaru oporności Rm zależy od „mierzonego pH” ale błąd rzędu 8% jest zdumiewająco mały. Gdy jednak w czasie pomiaru Rm mocno zmienimy pH to błąd jest duży toteż decyzji diagnostycznej nie wolno podjąć na podstawie jednego pomiaru. Wyjście napięcia poza zakres skorygowany o Temperaturę jest uznane za błąd. Gdy Jumperem zewrzemy rezystory 68 MOhm i za szybko pokręcimy potencjometrem to też zostanie uznane za błąd bo to jest zachowanie uszkodzonego sensora. Pomiar Rr jest trochę dokładniejszy. Temperaturę mierzy termistor NTC 100 K. Zasilanie jest 5 Voltowe i takie też są sygnały logiczne. Dostępny program jest wykonany w C. Część analogowa ma też interface do innych ciekawych sensorów i tym się nie interesujemy.
Zamiast układu symulatora sondy pH można z ciekawości dołączyć sondę pH w roztworze o pH=4. Pomiar jej Rm (około 90 MOhm przy temperaturze 22C) nie zaburza (po czasie ustalania) pracy sensora czyli jest dla niego bezpieczny.
Zamiast systemu z 80C552 należy użyć systemu uruchomieniowego PIC32 z zasilaniem 3.3V. Zamiast RS232 jest teraz USB a zamiast wyświetlacza 2x40 znaków jest teraz graficzny wyświetlacz od telefonu komórkowego.
-Jakie zmiany trzeba wprowadzić w systemie analogowym
-Ze zmienionym systemem zmień program aby system działał podobnie jak pierwotny.
-Ulepsz (jeśli to jest możliwe ) algorytm pomiaru Rm i Rr oraz cały algorytm diagnostyczny.
Chrześcijański syjonizm
Chrześcijański syjonizm
Chrześcijański syjonizm stworzyli w XVII wieku europejscy imigranci na tereny dzisiejszych USA. Początkowo sekta była nieliczna. Gwałtownie znaczenia i liczebności nabrała w czasie prezydentury Reagana głównie za sprawa szemranej działalności papieża JP2.
Długotrwały proces tworzenia Starego Testamentu rozpoczął się w 622 p.n.e. za króla Judy. Cały kanon Starego Testamentu został ustalony pod koniec I wieku naszej ery.
W USA wyznawcami chrześcijańskiego syjonizmu jest kilkanaście milionów wiernych. Podawana liczba 60 milionów wyznawców jest bardzo wątpliwa. Wiara chrześcijańskich syjonistów w dużym uproszczeniu polega na uznaniu aktualności przyrzeczeń danych plemieniu Abrahama i jego następców przez Jahwe. Żydzi i chrześcijańscy syjoniści nie uznają Nowego Testamentu
Turbo chrześcijański syjonizm wyznają ludzie otaczający prezydenta Trumpa
Porównanie przez izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu Palestyńczyków do Amalekitów oznacza, że Premier Izraela wzywa do realizacji zawartych w Biblii następujących wersów: „Dlatego teraz idź, pobijesz Amaleka i obłożysz klątwą wszystko, co jest jego własnością; nie lituj się nad nim, lecz zabijaj tak mężczyzn, jak i kobiety, młodzież i dzieci, woły i owce, wielbłądy i osły.”
Co więcej Jehowa miał pokarać Izraelitów za to, że oszczędzili „najlepsze owce i większe bydło”.
Fragment rozdziału 12 Księgi Rodzaju: „Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię; staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli i ja będę złorzeczył.” i fragment rozdziału 15 Księgi Rodzaju: „Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem, mówiąc: „Potomstwu twemu daję ten kraj, od Rzeki Egipskiej (Nil ) aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat.” - kazał chrześcijańskim syjonistom zniszczyć m.in Syrie i teraz Iran.
Cytowana Księga Rodzaju jest pierwszą z Pięcioksiągu Mojżesza o PRAWIE.
Prof. Witold Modzelewski: Mit uszczelniania systemu podatkowego
Prof. Witold Modzelewski: Mit uszczelniania systemu podatkowego
https://gf24.pl/47340/mit-uszczelniania-systemu-podatkowego/
"Od co najmniej dziesięciu lat – a być może nawet dłużej – w systemie podatkowym można zaobserwować wyraźne zjawisko, szczególnie widoczne w podatkach dochodowych, choć nie ograniczające się wyłącznie do nich. Pochłonęło ono ogromne zasoby: czas milionów osób, zaangażowanie setek tysięcy podmiotów, a także pracę księgowych i organów podatkowych. Chodzi o proces systematycznego wprowadzania do ustaw podatkowych tzw. przepisów uszczelniających.
Podatki są częścią prawa stanowionego, co oznacza, że ich treść wynika z przepisów uchwalanych w procesie legislacyjnym i publikowanych w Dzienniku Ustaw. To właśnie te przepisy stanowią podstawowe źródło wiedzy dla obywateli i podmiotów prawa podatkowego. Proces legislacyjny obejmuje tworzenie, stanowienie i ogłaszanie prawa – dopiero w tym momencie regulacje stają się obowiązujące.
Mechanizm „uszczelniania” polegał na tym, że do ustaw podatkowych – takich jak podatek dochodowy od osób fizycznych, podatek dochodowy od osób prawnych czy VAT – wprowadzano szczegółowe przepisy opisujące określone zachowania, które wcześniej rzekomo pozostawały poza opodatkowaniem. Założenie było proste: objęcie tych działań regulacjami miało zwiększyć wpływy budżetu państwa. Koncepcja ta przeniknęła zarówno do języka polityki, jak i potocznego rozumienia systemu podatkowego, utrwalając przekonanie, że poprawa systemu podatkowego polega przede wszystkim na identyfikowaniu i opisywaniu w przepisach zachowań nieopodatkowanych.
Część regulacji powstawała w dobrej wierze, w przekonaniu, że wprowadzenie odpowiednich przepisów rzeczywiście pozwoli opodatkować to, co dotąd pozostawało poza systemem, a tym samym zwiększyć dochody państwa. W dużej mierze jednak przepisy były przyjmowane niejako „na wiarę”, bez szczegółowych danych empirycznych o skali zjawisk, które miały zostać objęte regulacjami. Wielu z tych przepisów było implementacją dyrektyw unijnych mających przeciwdziałać tzw. erozji podstawy opodatkowania. Państwa członkowskie zobowiązywano do wprowadzania mechanizmów, które w założeniu miały zwiększyć wpływy budżetowe, choć w praktyce skuteczność tych działań była ograniczona.
Lista instrumentów uszczelniających jest długa i obejmuje zarówno przepisy dotyczące podatku od towarów i usług, jak i podatków dochodowych. W VAT wprowadzono m.in. krajowe odwrotne obciążenie, które funkcjonowało przez prawie siedem lat, co miało przeciwdziałać nieprawidłowościom w rozliczeniach. W podatkach dochodowych pojawiły się rozwiązania takie jak zagraniczne jednostki kontrolowane (CFC), tzw. exit tax, podatek od nieruchomości komercyjnych, podatek minimalny czy podatek od przerzuconych dochodów. Ich wdrożenie wymagało ogromnych nakładów pracy zarówno ze strony administracji publicznej, jak i podatników.
Podatnicy musieli prowadzić szczegółową ewidencję, dokumentować zdarzenia gospodarcze, sporządzać raporty i przekazywać liczne informacje. Równocześnie aparat skarbowy monitorował przestrzeganie nowych przepisów, co generowało dodatkowe koszty i obciążenia. Warto zwrócić uwagę, że czas poświęcony na legislację jest zasobem ograniczonym, a alokowanie go na przepisy o ograniczonej skuteczności oznacza mniejsze możliwości zajęcia się kwestiami rzeczywiście istotnymi dla efektywności systemu podatkowego.
Pomimo tych działań efekty fiskalne były minimalne. Dochody budżetowe wynikające z przepisów uszczelniających były liczone w ułamkach procenta wpływów lub w granicach kilku, kilkunastu milionów złotych, co w kontekście budżetu rzędu dziesiątek miliardów złotych jest wartością praktycznie śladową. Jednocześnie wprowadzanie skomplikowanych regulacji tworzyło złudzenie skuteczności i prewencyjnego działania przepisów, które w praktyce często dotyczyły zachowań marginalnych lub hipotetycznych.
Z perspektywy czasu można stwierdzić, że wiele przepisów miało charakter reakcji na wyolbrzymione lub teoretyczne zagrożenia. Tworzenie regulacji mających opodatkować zjawiska marginalne rodzi pytania o sens i proporcjonalność legislacji. Stosowanie restrykcyjnych przepisów w stosunku do działań o minimalnym znaczeniu skutkuje niewspółmiernością wysiłku administracyjnego wobec uzyskiwanych efektów fiskalnych.
Podstawowa refleksja, którą nasuwa obserwacja tego fenomenu, jest następująca: prawo podatkowe wymaga pielęgnacji, aktualizacji i dostosowania do zmieniających się realiów, ale nie po to, by penalizować marginalne lub hipotetyczne zjawiska. Legalizm w podatkach oznacza, że opodatkowany jest wyłącznie ten obszar, który faktycznie podlega opodatkowaniu. Tworzenie przepisów mających na celu ukaranie domniemanych zachowań jest nieuzasadnione i podważa zaufanie do systemu podatkowego.
Kończąc, warto podkreślić prostą zasadę: nie należy zajmować się sprawami zbędnymi ani opodatkowywać zdarzeń marginalnych lub nieistniejących. W przeciwnym razie wysiłek legislacyjny i administracyjny nie przynosi realnych efektów, a skomplikowane przepisy zamiast wzmacniać system podatkowy, mogą go osłabiać. Świadomość ta powinna kierować tworzeniem prawa podatkowego w przyszłości, aby kolejne nowelizacje były efektywne, proporcjonalne i dostosowane do rzeczywistych potrzeb budżetu państwa."
piątek, 20 marca 2026
Trump przegra wybory uzupełniające
Trump przegra wybory uzupełniające
https://gf24.pl/47294/trump-przegra-wybory-uzupelniajace/
"Obecny prezydent USA znacznie zaostrzy wojnę z Iranem, wysyłając wojska lądowe, albo się wycofa, ogłaszając fałszywe zwycięstwo.
Nie da się dokonać zmiany reżimu wyłącznie siłą powietrzną, a jednak wysłanie dużej ilości wojsk lądowych mogłoby doprowadzić do krwawej łaźni. Mimo to dziesiątego dnia wojny Trump sugeruje, że może po prostu ogłosić zwycięstwo i odejść.
Niektórzy Amerykanie zaczynają mądrzeć i rozumieć, że najskuteczniejszym sposobem przewidywania przyszłych wydarzeń pod rządami obecnego prezydenta Donalda J. Trumpa jest słuchanie tego, co ma do powiedzenia, i oczekiwanie, że wydarzy się coś odwrotnego.
Trump powiedział, że będzie „prezydentem pokoju”. Rozpętał więcej wojen, śmierci i zniszczeń gospodarczych, niż świat widział od dziesięcioleci, a sytuacja prawdopodobnie będzie się tylko pogarszać. Dopiero się rozkręcił. Czas więc na solidną dawkę realizmu, która obali nieustanne kłamstwa płynące ze strony tej administracji.
Trump powiedział 25 lutego, trzy dni przed rozpoczęciem wojny z Iranem, że jeśli Iran nie zaakceptuje żądań jego jednostronnego porozumienia pokojowego, to nie ma się czym martwić, ponieważ wojna z Iranem byłaby szybka i „łatwa do wygrania”. Okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie, wojna ta jest trudna i przewlekła, bez wyjścia ani jasnej deklaracji, jak miałoby wyglądać zwycięstwo poza „bezwarunkową kapitulacją” reżimu irańskiego, co prawdopodobnie nigdy nie nastąpi po tym, jak Trump zamordował ajatollaha i uczynił z tego wojnę religijną przeciwko całemu szyickiemu islamowi. Ta wojna okazuje się tak trudna, że Trump podobno rozważa teraz wprowadzenie wojsk lądowych. Podpułkownik w stanie spoczynku Daniel Davis jest jednym z tych, którzy przewidują, że jeśli Trump zatwierdzi dużą inwazję lądową na Iran, skończy się to krwawą łaźnią dla Amerykanów. Davis zauważa, że Trump nawet zadzwonił 9 marca do prezydenta Rosji Putina, prosząc go o pomoc w zakończeniu wojny z Ukrainą, prawdopodobnie dlatego, że wojna z Iranem przebiega tak źle. Rzeczniczka Trumpa Karoline Leavitt nie wykluczyła nawet przywrócenia poboru do wojska.
Po ogłoszeniu jesienią ubiegłego roku planu pokojowego dla Strefy Gazy Trump stwierdził, że świat wkrótce ujrzy okres „wiecznego pokoju” na Bliskim Wschodzie i że zamierza osobiście zainaugurować ten okres za pośrednictwem swojej nowo utworzonej Rady Pokoju, co oczywiście okazało się kompletną szarlatanerią.
Trump powiedział w niedzielę 8 marca, że drastyczny wzrost cen benzyny wywołany wojną z Iranem będzie „niewielką ceną do zapłacenia” i że „tylko głupcy” martwiliby się tak niewygodnymi faktami, jak brak możliwości prowadzenia samochodu. Ceny benzyny wzrosły już o około 30 proc. i przewiduję, że jeśli wojna potrwa jeszcze kilka tygodni, możemy spodziewać się cen w przedziale od 5 do 7 dol. Nawet gdyby wojna miała się zakończyć w ciągu kilku najbliższych dni, infrastruktura naft owa całego regionu Zatoki Perskiej leży w gruzach i jej przywrócenie do pełnej sprawności może zająć miesiące. Jednak Trump żyje w innym świecie, stwierdzając w swoim niedzielnym wpisie: „Krótkoterminowe ceny ropy, które gwałtownie spadną, gdy minie niszczenie irańskiego zagrożenia nuklearnego, to bardzo niewielka cena za USA, świat, bezpieczeństwo i pokój”, po czym zauważył: „TYLKO GŁUPCY MYŚLĄ INACZEJ!”. Ale poczekaj chwilę, zdaje mi się, że pamiętam, jak Trump po zbombardowaniu Iranu w czerwcu 2025 r. mówił, że program nuklearny tego kraju został „zniszczony”.
W zeszłym tygodniu Trump został zapytany o nasze zapasy amunicji i powiedział, żeby się nie martwić, bo Ameryka ma możliwość prowadzenia wojen na Bliskim Wschodzie „na zawsze”, ponieważ dysponujemy „praktycznie nieograniczonymi” zapasami broni i amunicji. To kolejne absurdalne stwierdzenie, które zostało zdemaskowane jako kompletna fi kcja przez wykształconych analityków wojskowych, takich jak Davis, płk Douglas MacGregor i były analityk CIA Larry Johnson.
Trump powiedział w niedzielę, że 171 zamordowanych uczennic w wieku od 7 do 12 lat zabitych w wyniku ataku pociskiem manewrującym na ich szkołę w południowym Iranie pierwszego dnia wojny, było winą Iranu. Iran to zrobił. Jego pociski znane są z problemów z „celnością” – powiedział. Nie ma na to żadnych dowodów. Sygnatura pocisku zdecydowanie sugeruje, że to amerykański pocisk Tomahawk trafi ł w szkołę.
Trump stwierdził, że irańscy żołnierze i policja muszą „złożyć broń i poddać się, albo ponieść pewną śmierć”. Powiedział też, że każdy nowy przywódca będzie musiał być akceptowalny dla Stanów Zjednoczonych i dla niego osobiście, dodając: „Chcemy, żeby mieli dobrego przywódcę. Mamy ludzi, którzy moim zdaniem wykonaliby dobrą robotę”. Prawda jest taka, że większość Irańczyków będzie walczyć na śmierć i życie, nawet jeśli nie lubią obecnego reżimu islamskiego, przeciwko Amerykanom, Izraelczykom lub jakimkolwiek innym zagranicznym siłom atakującym. To zdrowy rozsądek i nie inaczej jest tutaj w Ameryce. Niezależnie od tego, czy byśmy kochali, czy nienawidzili naszego obecnego rządu, walczylibyśmy do gorzkiego końca, broniąc naszej ziemi przed obcym najeźdźcą, który twierdzi, że wie, co jest dla nas najlepsze.
Ten sam poziom oszustwa, którego Trump i jego poplecznicy/ pomocnicy używają do opisywania sytuacji wojennej, został zastosowany do gospodarki USA. Trump twierdzi, że sytuacja fi – nansowa Amerykanów nigdy nie była lepsza, że wkroczyliśmy w nową złotą erę pokoju i dobrobytu. Nie jestem pewien, o jakich Amerykanach mówi, ale z pewnością nie o klasie robotniczej. Raport o zatrudnieniu, który ukazał się w zeszły piątek, wykazał utratę 92 tys. miejsc pracy w lutym, podczas gdy ekonomiści, najwyraźniej ulegli fałszywemu optymizmowi Trumpa, przewidywali wzrost o około 55 tys. miejsc pracy. Może miliarderzy i multimilionerzy mają się dobrze, nie wiem. Trump to człowiek zupełnie oderwany od rzeczywistości, a jego administracja najwyraźniej karmi jego ignorancję, przedstawiając mu fałszywe raporty, tak aby uwierzył w niektóre ze swoich kłamstw na temat tego, jak wspaniale sprawy mają się pod jego przywództwem.
Prawda jest taka, że Trump chwieje się w posadach i traci poparcie społeczne. Jego niesprowokowana wojna z Iranem nie idzie dobrze, a gospodarka, która już przed jej rozpoczęciem była w kiepskim stanie, będzie tylko bardziej cierpieć z powodu kierunku, w jakim zmierza ta wojna. Jedyne, co musi zrobić irański reżim, to przetrwać amerykańsko-izraelski atak bombowy, aby udaremnić działania Trumpa i uniemożliwić mu zaprezentowanie najnowszej zagranicznej awantury Ameryki jako jej zwycięstwa.
Jak zauważył jeden analityk wojskowy w poście na portalu X: „Dopóki Cieśnina Ormuz nie zostanie otwarta, a żegluga nie wróci do poziomu z 27 lutego, PRZEGRYWAMY. Nawet jeśli zbombardujemy Teheran, zamieniając go w gigantyczną Gazę albo Drezno”. To może nie powstrzymać Trumpa przed próbą prostego ogłoszenia zwycięstwa w pewnym momencie. Jednak dopóki mułłowie nie odsuną się od władzy i cieśnina nie będzie w pełni bezpieczna dla żeglugi, nie sądzę, żeby większość Amerykanów uwierzyła w to, że „świat stał się bezpieczniejszym miejscem” dzięki Donaldowi Trumpowi.
Jeśli wojna potrwa kilka miesięcy, a irański reżim nadal będzie się trzymał władzy i będzie w stanie zakłócić przepływ ropy, uważam, że bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że obecny reżim izraelski ucieknie się do ataku nuklearnego na Iran. Byłoby to katastrofalne w skutkach, ale naprawdę uważam, że dla szaleńców w Waszyngtonie byłoby to lepsze niż przyznanie się przed światem, że Ameryka ma ograniczone możliwości obalania rządów krajów, których jej przywódcy nie lubią.
Tak czy inaczej, Trump straci twarz, wiarygodność wśród sojuszników i wrogów na całym świecie i oczywiście przegra wybory uzupełniające, stając w obliczu natychmiastowej procedury impeachmentu.
Trump znalazł się w tej niepewnej sytuacji, ponieważ uwierzył niewłaściwym osobom w sprawie Iranu. Trump posłuchał fałszywych patriotów, takich jak Lindsey Graham i inni przedstawiciele neokonserwatywnego skrzydła swojej partii, zamiast prawdziwych patriotów i zwolenników idei Ameryki, takich jak Rand Paul, Th omas Massie i Marjorie Taylor Greene. Posłuchał premiera Izraela Netanjahu i niektórych osób o motywacjach religijnych, takich jak ambasador USA w Izraelu Mike Huckabee, którzy uważają, że nadszedł idealny moment dla Izraela, aby rozszerzył swoje terytoria, atakując i niszcząc za wszelką cenę kilka krajów Bliskiego Wschodu, w tym Syrię, Jemen i Iran.
Według eksperta ds. Rosji i analityka geopolitycznego Andrieja Martianowa, administracja Trumpa również posłuchała grupy dysydentów irańskich, mieszkających na Zachodzie, którzy przedstawiali wypaczony obraz kraju i jego rządu. Stwierdzili, że kraj jest słaby i gotowy do upadku. – „Opierają się na wszelkiego rodzaju dysydentach i opozycjonistach, którzy mówią im to, co chcą usłyszeć, a oni chcą wierzyć w tę bajkę o Iranie. I najwyraźniej nie rozumieją łańcucha sukcesji” – powiedział.
Martianov opisał następnie osoby wspierające Trumpa, mówiąc: „Ci ludzie są głupi, jasne? Działają wyłącznie w oparciu o swoich lobbystów i klasę darczyńców, która kontroluje Trumpa i jego administrację”. Sam Trump „jest człowiekiem prymitywnym” – powiedział. „Nigdy w życiu nie przeczytał ani jednej książki. Nie rozumie, z czym ma do czynienia. W rezultacie Stany Zjednoczone są teraz w trudnej sytuacji, nie mając żadnych zasobów. Zaczynają kłamać i rozprzestrzeniać panikę w Białym Domu, a także w Pentagonie”.
Trump zapłaci za całą swoją ignorancję i arogancję oraz za to, że uwierzył niewłaściwym osobom, od premiera Izraela, przez irańskich dysydentów, którzy nie mieszkają w tym kraju od dekad, po neokonserwatywnych polityków motywowanych niepohamowaną chciwością i żądzą krwi. Jego prezydentura przejdzie do historii jako najgorsza i najbardziej destrukcyjna siła, jaka kiedykolwiek przejęła władzę w Ameryce.
Trump, jak już wspominałem w poprzednich artykułach, a nikt nie chciał mi uwierzyć, jest przede wszystkim niszczycielem. Prawdopodobnie został postawiony na tym stanowisku przez miliarderów- globalistów-elitarystów właśnie w tym celu: by wywołać chaos i zniszczyć to, co pozostało ze starego porządku świata, by stworzyć czystą kartę, z której elity wprowadzą swój Wielki Reset – przerażający cyfrowy gułag, stworzony, by zapewnić całodobowy nadzór nad każdą jednostką w skrajnie wyludnionym świecie. Jak głosi stare przysłowie Illuminati: „Z chaosu rodzi się porządek”.
Jedynym zaskoczeniem jest to, w jakim stopniu Trump wydaje się być skłonny do odgrywania roli destruktora, pokazując, że jest w stanie zniszczyć nawet własną prezydenturę i dziedzictwo."




