"Nauki humanistyczne" to wodolejstwo i oszustwo. Nie ma czegoś takiego jak Nauki humanistyczne.
https://kielce.tvp.pl/83211697/byly-prorektor-ujk-zwolniony-dyscyplinarnie-odpowiadal-min-za-slynny-raport-napisany-przez-ai
"Były prorektor UJK zwolniony dyscyplinarnie. Jarosław Karpacz odpowiadał swego czasu za „słynną” analizę przygotowaną dla Uniwersytetu Wrocławskiego…. przy pomocy chatbota i programów AI.
Profesor Jarosław Karpacz był podpisany pod dokumentem przekazanym w kwietniu 2023 roku dla Uniwersytetu Wrocławskiego. Dotyczył on połączenia wrocławskiej uczelni z tamtejszym Uniwersytetem Medycznym. Za autorski dokument UJK miało otrzymać ponad milion złotych.
Po otrzymaniu raportu naukowcy z Wrocławia sugerowali, że UJK przygotowało dokument, wykorzystując chatboty i sztuczną inteligencję. Wartość analizy opisywano jako iluzoryczną. Sprawa wywołała ogromny skandal w kręgach naukowych."
Raport "Polaków portret własny" wywołał burzę. Autorka przyznała: wykorzystywałam AI. Po publikacji pojawiły się bardzo krytyczne komentarze dotyczące jakości publikacji „Polaków portret własny. Raport z badań DNA marki Polska” dr hab. Barbary Mróz-Gorgoń, obecnej pełnomocniczki rządu ds. promocji marki Polski.
Oszustka tłumaczyła, że dokument, który komentują eksperci i publicyści „rzeczywiście nie powinien się znaleźć nigdy w przestrzeni publicznej”. Oszustka świetnie pasuje do nie-rządu Platformy Oszustów.
Poseł Błaszczak: PiS złoży zawiadomienie do CBA i prokuratury ws. raportu „Polaków portret własny”
„Do promocji marki Polska, (premier Donald) Tusk wysyła osobę, która wygenerowała pełen błędów raport w AI i bez skrupułów zainkasowała 200 tys. zł od (ministra Jakuba) Rutnickiego z MSiT. Barbara Mróz-Gorgoń powinna zostać błyskawicznie zdymisjonowana. Prawo i Sprawiedliwość złoży zawiadomienie do CBA i prokuratury o zbadanie tej sprawy” - czytamy we wpisie szefa klubu PiS.
„Swoją drogą, kto doradzał Tuskowi wybór Mróz-Gorgoń do promocji marki Polska? (Kanclerz Niemiec Friedrich) Merz? Chcąc skompromitować Polskę, mógł jeszcze dorzucić (Dorotę) Wysocką-Schnepf i Jacka Murańskiego” - dodał.
Matusiak
piątek, 21 sierpnia 2026
"Nauki humanistyczne" to wodolejstwo i oszustwo. Nie ma czegoś takiego jak Nauki humanistyczne.
Kowalik: Najlepsza działka na globie
Kowalik: Najlepsza działka na globie
https://myslpolska.info/2026/08/18/kowalik-najlepsza-dzialka-na-globie/
"Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie/ Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie/ Nową przypowieść Polak sobie kupi/ Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi
Jan Kochanowski, Pieśń o spustoszeniu Podola
Jeśli dzieje Polski czegoś uczą, to tego, że położenie geograficzne nie gwarantuje sukcesu politycznego. Częściej można się spotkać z przekonaniem, że Polska leży na „najlepszej działce na globie” niż z przykładami wykorzystania tego przywileju dla własnej korzyści. Wielokrotnie ponosiliśmy koszty naszego usytuowania. Skoro więc Polska leży na obszarze o wyjątkowym znaczeniu geopolitycznym, dlaczego od czterystu lat częściej na tym traci niż zyskuje?
Brytyjski geograf Halford John Mackinder (1861-1947) scharakteryzował „najlepszą działkę na globie” w dziele „Ideały demokratyczne i rzeczywistość” (Democratic Ideals and Reality, 1919), gdzie napisał znamienne słowa: „Kto panuje we wschodniej Europie – panuje nad sercem Eurazji. Kto panuje nad sercem Eurazji, ten panuje nad wyspą światową. Kto panuje nad wyspą światową, ten panuje nad światem”. Słynną teorię Heartlandu (serca Eurazji) sformułował już w 1904 roku w artykule „Geograficzna oś historii”, opublikowanym przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne. Do dzisiaj stanowi ona podstawę dla rozumienia stosunków międzynarodowych, a w Stanach Zjednoczonych stała za doktryną powstrzymywania Związku Radzieckiego i Chin. Obecnie pomaga wyjaśnić geopolityczne tło rywalizacji amerykańsko-rosyjskiej. Najkrwawszym jej polem stała się Ukraina, po tym jak demokratycznie wybrany prezydent Wiktor Janukowycz opowiedział się za przystąpieniem Ukrainy do Azjatyckiego Obszaru Gospodarczego, a nie stowarzyszeniem z Unią Europejską. Polska bierze udział w tej wojnie po stronie Zachodu, ponieważ po 1989 roku została do niego inkorporowana.
Kolorowa rewolucja, czyli nihil novi sub sole
Jak zauważa Hans-Hermann Hoppe, po upadku socjalizmu Europa Wschodnia stała się obszarem otwartym dla zachodniej ekspansji kapitałowej. Proces transformacji oznaczał nie tylko prywatyzację majątku państwowego, ale również przyjęcie instytucji finansowych wzorowanych na modelu zachodnim. W jego interpretacji stworzyło to mechanizm zależności gospodarczej, w którym kapitał i system kredytowy stały się narzędziami utrwalania przewagi Zachodu nad gospodarkami regionu. „Wraz z upadkiem socjalizmu, kraje Europy Wschodniej miały nagle coś do zaoferowania [..] część wschodnioeuropejskiego majątku stała się z dnia na dzień do wzięcia” („Demokracja – bóg, który zawiódł”, 2006, str. 191).
Transformacja znaczona w Polsce nazwiskiem Balcerowicza była przeprowadzana przez ludzi dobrze rozumiejących, że zyski są większe neoliberalnej gospodarce Zachodu niż w centralnie planowanych gospodarkach państw bloku wschodniego. Dość inżynierów budujących fabryki w epoce towarzysza Gierka, było na zagranicznych stażach, żeby różnicę znać z autopsji. Profesor Andrzej Targowski główny projektant i inicjator systemu PESEL, odsunięty na boczny tor przez PZPR za projekty m.in. Infostrady (prototypu Internetu zakładającego zagrażający cenzurze i monopolowi partii swobodny przepływ informacji) twierdził nawet, że to właśnie szeroka grupa inżynierów po powrocie z Zachodu (i po niewątpliwym kontakcie z CIA) była podstawą ruchu „Solidarność”. Obłożony zakazem publikacji i odsunięty od kluczowych projektów Targowski wyjechał na Zachód, gdzie pracował dla koncernu IBM. Pozostali podjęli wieloletni proces integracji Polski z gospodarkami zachodnimi, rozpoczęty od zaciągnięcia kredytów i zakupu licencji. Można wątpić, czy zdawali sobie sprawę z geopolitycznego kontekstu przeprowadzanych przez siebie zmian (vide: Paweł Bożyk „Apokalipsa według Pawła. Jak zniszczono nasz kraj”, Wektory, 2015).
Czy w pełni zdawali się sobie z niego sprawę myśliciele polityczni? Roman Dmowski w „Niemcy, Rosja i kwestia polska”, Adolf Bocheński w „Między Niemcami a Rosją” czy Aleksander Bocheński w „Dziejach głupoty w Polsce” zawarli analizy położenia politycznego Polski (choć nie zawsze dawali trafne predykcje). Jednak zmienność tego położenia była przez nich przyjmowana po prostu jako dana empiryczna, do której należy się przystosować. Tak właśnie rozumiany jest w Polsce realizm polityczny. Realiści nie zajmują się przyczynami tej zmienności. Stąd operacyjny, nakierowany na optymalizację środków, a nie strategiczny, identyfikujący przyczyny celowe charakter analiz. W polskiej pamięci historycznej wyprawa Napoleona na Moskwę będzie romantyczną krucjatą, sentymentalnie wspominaną w mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” a nie cesarską próbą domknięcia kontynentalnej blokady Anglii. Bez szerokiego kontekstu geopolitycznego wojny napoleońskie są równie niepojęte jak długotrwały pokój między zaborcami w niezrozumiałym momencie przerwany I wojną światową.
Brak strategicznego myślenia jest obecny zarówno w dawnej jak i najnowszej historii Polski. O Rzeczypospolitej przedrozbiorowej pisze się w kategoriach polityki dynastycznej lub religijnej, odrzucając sugestie geopolityczne jako niedorzeczne (patrz dalej casus Zygmunta III Wazy). Tradycji powstańczej trudno w ogóle nadać sensowną polityczną interpretację. W II RP pojawiają się oderwane od rzeczywistości mocarstwowo – kolonialne urojenia, które można rozumieć jako protezę myślenia geopolitycznego poniewczasie. Natomiast w PRL brak strategii stanowi zasadę ustrojową narzuconą przez Moskwę, którą po 1989 roku wykorzystał Zachód.
Trudności w traktowaniu historii jako nauki, znane były już Arystotelesowi. Zdawał sobie on sprawę, że wyjaśnienie naukowe domaga się konieczności i ogólności a tymczasem na historię (tj. dzieje) składają się przygodne wydarzenia. Fakty mogą się zdarzyć, jak zdarzyła się insurekcja kościuszkowska lub nie zdarzyć, jak nie miało miejsca zwycięstwo powstania listopadowego. Jakie prawa mogłyby regulować coś tak przygodnego?
Choć trudno jest traktować historię w kategoriach naukowych to nie znaczy, że się nie da. Przekonują o tym realizm ofensywny Johna Mearsheimera i kliodynamika Petera Turchina, które można zastosować do analizy polskiego przypadku. Historia Polski ilustruje bowiem powtarzający się mechanizm: państwo położone między wielkimi centrami siły płaci cenę, gdy nie potrafi wyzyskać swego położenia. Łatwiej jednak popada się w mitologizację historii, jak w przypadku gloryfikacji powstań „narodowych”. Niezależnie od wersji (mesjanistycznej dla wierzących, a prometejskiej dla ateuszy) czyni się to zawsze w oderwaniu od geopolitycznego kontekstu.
Ślepy spichlerz Europy
Mackinder nie powiedział niczego odkrywczego. Podsumował kilkusetletnie funkcjonowanie nowatorskiego systemu finansowego w chwili, gdy skutki stały się widoczne na mapie politycznej. Teza Mackindera o globalnym znaczeniu Europy Wschodniej dostarcza klucza interpretacyjnego pozwalającego na wyjaśnienie dziejów Rzeczypospolitej w spójny sposób, choć słabo obecny w polskim piśmiennictwie.
W XVI wieku Rzeczpospolita uważała się za potęgę, ale z systemowego punktu widzenia była ślepa i bezbronna. Wielkie odkrycia geograficzne przeniosły środek ciężkości życia gospodarczego z handlu kontynentalnego na handel morski. „W przeciwieństwie do Polski, która w następstwie podbojów tureckich została de facto odcięta od jedwabnego szlaku, zachód Starego Kontynentu posiadał swobodny dostęp handlowy do Chin, czy Indii” (J. Woziński, „Od ujścia Wisły po Morze Czarne. Handlowo – gospodarcze tło dziejów Polski 1572-1795”, t.2, str. 175). Warto pamiętać, że do końca XVIII wieku Chiny były największą gospodarką świata. Dopiero rewolucja przemysłowa w Anglii zmieniła ten stan rzeczy. Polska szlachta, oddając kontrolę nad ujściem Wisły obcym kupcom i rezygnując z budowy floty morskiej, skazała olbrzymie obszarowo państwo na rolę dostawcy półproduktów rolnych i leśnych.
Holendrzy a potem Brytyjczycy doskonale rozumieli, że kontrolowanie terytorium generuje olbrzymie koszty (utrzymanie armii, tłumienie powstań itd.). Wobec wielkości zajmowanych obszarów jest czasem niemożliwe, jak przekonali się o tym Napoleon Bonaparte i Adolf Hitler. Efektywniej jest kontrolować punkty węzłowe globalnego handlu (porty i wybrzeża) oraz oraz obsługujące go rynki finansowe. Problemy polityczne można rozwiązywać z pomocą lokalnych wojen toczonych przez tubylców. To jest istotą koncepcji Wybrzeża (Rimlandu) i zabezpieczającej go potęgi morskiej (Sea Power). Jej zasady wypracowywano właśnie w relacjach z Rzeczypospolitą. Za pomocą autonomicznego pośrednika, jakim był Gdańsk, narzucono Polsce asymetrię wymiany handlowej. Rzeczpospolita eksportowała nisko przetworzone surowce o niskiej wartości dodanej (produkty rolne i leśne), a importowała drogie dobra luksusowe, sukno, wino i korzenie. Ponieważ Polska nie posiadała własnej floty handlowej, marża z transportu morskiego, ubezpieczeń i obrotu giełdowego zostawała w Amsterdamie a potem w Londynie. Brytyjski model neokolonialny opierał się zatem na mechanizmie opisanym przez cytowanego Hoppe’go w odniesieniu do transformacji po 1989 roku: narzuceniu kontrolowanej z zewnątrz ekspansji kredytowej. Kraj eksploatowany zostaje wciągnięty w spiralę zadłużenia. W tym momencie lokalna praca i produkcja stają się zabezpieczeniem dla odsetek wypłacanych zachodnim syndykatom. Szlachcie zostaje tylko podnoszenie wymiaru pańszczyzny.
Polacy wychowani na sienkiewiczowskiej lub martyrologicznej wizji historii, utożsamiają kolonializm z podbojem militarnym. Myślą o obcych (niedawno ukraińskich) flagach powiewających nad urzędami i fizycznej okupacji. Nie rozumieją natomiast istoty kolonizacji finansowej i handlowej. W tym mechanizmie podziału pracy państwo zachowuje formalne atrybuty niepodległości, takie jak godło, rządy i granice. Jednak jego krwiobieg ekonomiczny zostaje wykorzystany przez zewnętrzne ośrodki kapitałowe. Władcy wykazujący się rozumieniem tej problematyki nie zyskują uznania dziejopisów. Mam na myśli Zygmunta III Wazę. Podręcznikowe klisze każą widzieć w nim katolickiego fanatyka, który marnował polską krew w dynastycznych wojnach o koronę szwedzką i moskiewskim samodurstwie. Tezę, że Waza chciał ogromnemu, osadzonemu wyłącznie na lądzie państwu dać suwerenne instrumenty handlowe nie jest nawet rozważana.
Jakub Woziński zarzuca polskiej historiografii, że ta nie pojmuje koncepcji tego władcy. Unia Polski, Litwy i Rosji pod jednym berłem oznaczałaby stworzenie potężnego imperium od Wisły po Kamczatkę. Wyposażenie takiego lądowego giganta w instrumenty polityki morskiej zapewniało udział w światowym handlu, w tym handlu bez zachodnich pośredników ze Wschodem, gdzie znajdowała się największa gospodarka świata. Zygmunt III Waza miał rozumieć, że dopóki Rzeczpospolita jest tylko spichlerzem spławiającym Wisłą zboże do Gdańska, dopóty pozostaje gospodarczą kolonią, na której pasie się obóz protestancki. Jego polityka bałtycka, budowa floty wojennej i handlowej oraz plany celne były próbą przejęcia kontroli nad dystrybucją dóbr na korzyść obozu katolickiego. Chodziło zatem o narzucenie Zachodowi własnych warunków podziału pracy na pomoście bałtycko-czarnomorskim.
Dla zamorskich potęg handlowych zjednoczenie zasobów Polski i Rosji połączone z ambicjami morskimi oznaczało koniec marzeń imperialnych. Byłby to anglosaski koszmar Heartlandu zrealizowany trzysta lat przed jego wyartykułowaniem przez Mackindera. Dlatego Zachód musiał ten projekt rozbić. Nie nastąpiło to serią decyzji politycznych, po których zostają ślady w archiwach, lecz dokonało się logiką samego systemu finansowego, jaki powstał na Zachodzie. Dla tradycyjnych metod historycznych proces ten może być niewidoczny, ale jest wykrywalny dla cybernetyki historycznej. Nie jest przypadkiem, że pierwszy bank centralny powstaje w Sztokholmie (1668), kolejny w Londynie (1694) a prototypem dla obu jest obsługujący „matkę wszystkich handlów” – jak określali handel bałtycki Żydzi, bank giełdowy w Amsterdamie (1609). Kapitał handlowy z Amsterdamu czy Londynu nie potrzebował rozkazów Cromwella, aby drenować Europę Wschodnią. Działał poprzez samą różnicę potencjałów. Tam, gdzie pieniądz był tańszy i lepiej zorganizowany (Zachód), tam zasysało realne dobra z obszarów o prymitywnej strukturze finansowej i gospodarczej (Rzeczpospolita). Kupiec z Londynu, kupując polskie zboże, realizował logikę maksymalizacji zysku i akumulacji kapitału, sterowaną przez powstający właśnie system bankowy. Ponieważ Polska – w odróżnieniu od Prus – nie odpowiedziała na to ekonomiczne wyzwanie, doprowadziło to do podziału pracy znanego jako dualizm na Łabie.
Bezpiecznik mocarstw i jego wyłączenie
Gdy projekt Wazy upadł, Rzeczpospolita osuwała się stopniowo w wewnętrzny paraliż. To co nie udało się Zygmuntowi III w Warszawie zrealizował Piotr I w Sankt Petersburgu, który założył w 1703 roku na bagnistych terenach u ujścia rzeki Newy do Zatoki Fińskiej, odebranych Szwecji podczas III wojny północnej. „Wielkim atutem Rosji było to, że nie miała na swoim terytorium Gdańska, tak jak Polska, dlatego wpływy z handlu mogły zasilać najbardziej istotne dla państwa obszary. Ekspansja terytorialna Rosji w XVII wieku doprowadziła ostatecznie do tego, że istotny dla losów całej Europy problem dostępu do niezwykle rozwiniętych rynków Chin, Indii czy tez Persji wszedł w zupełnie nową fazę. […] Przez pewien czas wydawało się, że wielkim konkurentem w zakresie handlu ze wschodem dla Holandii, czy też Portugalii stanie się Rosja.[…] Niemniej jednak konkurencja handlowa ze strony Rosji zostanie z biegiem czasu dostrzeżona przez zachodnie potęgi, które będą starały się na różne sposoby jej przeciwdziałać” (J. Woziński, „Od ujścia Wisły…” str. 175).
Od końca XVII wieku i wojny północnej Polska była de facto protektoratem Rosji. Petersburg kontrolował całą przestrzeń Europy Wschodniej, przejmując handel bałtycki i budując na tym swoją mocarstwowość. Powstaje pytanie, dlaczego u schyłku XVIII wieku doszło do rozbiorów Polski, skoro caryca Katarzyna II i tak rządziła w Warszawie? Proponowana teza brzmi tak, że rozbiory były wynikiem przeciwdziałania powstaniu potęgi euroazjatyckiej. Wyłączna dominacja Rosji nad Polską godziła przede wszystkim Prusy, Holandię oraz Wielką Brytanię. Gdyby Rosja utrzymała swój protektorat nad Polską, zyskałaby kontrolę nad korytarzem wschodnioeuropejskim. Zaaranżowane przez Prusy rozbiory wymuszały podzielenie się łupem. Geopolityczny mechanizm ubezpieczeniowy polegał na rozczłonkowaniu Rzeczypospolitej na trzy odrębne organizmy prawne i gospodarcze. Rozbiory stanowiły gwarancję, że nikt nie zdobędzie przewagi w newralgicznej geopolitycznie Europie Wschodniej. Polska była zatem ceną płaconą za utrzymanie mocarstw w stanie równowagi.
Wzmocnienie Prus kosztem Polski zrodziło ostatecznie nowego potwora w Europie, czyli II Cesarstwo Niemieckie kanclerza Bismarcka. Dynamiczny wzrost Niemiec, oparty poniekąd na zaprzeczeniu anglosaskich „wolnorynkowych” paradygmatów, doprowadził do złamania równowagi sił w kluczowym geopolitycznie miejscu i rzucenia wyzwania brytyjskiemu imperium morskiemu. Wraz z drugim czynnikiem, którym było uprzemysłowienie imperium carów prowadziło to do wybuchu I wojny światowej. Zindustrializowane Niemcy uświadomiły sobie to, co Mackinder zapisał w 1919 roku. Berlin opracował koncepcję niemieckiej dominacji politycznej i gospodarczej między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Adriatykiem (Mitteleuropa), zamierzającą do opanowania bramy do Heartlandu a kolejną wersję tego projektu zaproponowała III Rzesza. I wojna światowa była nieuchronnym skutkiem tego pęknięcia równowagi. Anglosasi musieli podpalić Europę Wschodnią, aby nie dopuścić do współpracy Niemiec i Rosji. Rzeczypospolita została odtworzona w 1918 roku z inicjatywy USA, jako nowego hegemona, nie z powodu sprawiedliwości dziejowej, ale jako kordon sanitarny – bufor mający fizycznie rozdzielić Berlin od Moskwy.
Divide et impera
Zagospodarowanie polskiego położenia wymaga zrozumienia mechanizmów geopolitycznych rządzących przestrzenią między Europą a Azją. Historycznie Rzeczpospolita była przedmurzem, które sztucznie dzieliło strefę brzeżną od serca Eurazji. Rola zderzaka wojennego położonego między potęgami na równinie środkowoeuropejskiej zawsze kończy się drenażem zasobów i biologiczną katastrofą. Żeby wykorzystać położenie „najlepszej działki na globie”, Polska musiałaby stać się łącznikiem, dokładnie tak, jak zakładała to koncepcja Zygmunta III Wazy.
Peter Turchin w swojej teorii imperiogenezy dowodzi, że wielkie imperia (jak Rzym, Rosja czy USA) nigdy nie rodzą się w bezpiecznym centrum, ale zawsze na uskokach cywilizacyjnych, czyli na granicach metaetnicznych, gdzie dochodzi do gwałtownego ścierania się odmiennych kultur i cywilizacji. To właśnie w takich zderzeniach rodzi się asabijja, definiowana przez Turchina w książce „Wojna i pokój i wojna” jako najwyższa solidarność (współpraca) społeczna, napędzająca budowę imperium. Dawna Rzeczpospolita leżała na takim, podręcznikowym wręcz uskoku. Na jej terytorium mieszały się wpływy łacińskie, bizantyjskie i turańskie. Miała zatem wszelkie dane, aby wyrosnąć na imperium, pod warunkiem, że przetworzyłaby to cywilizacyjne starcie w imperialną strukturę.
Odrzucone katolickie koncepcje Wazy oraz ich późniejsze jednoznaczne potępienie świadczą o tym, że Polska nie zachowała łacińskiego programu. Nominalnie uchodziła za kraj katolicki. Ale już Zygmunt Krasiński demaskował pozory, kpiąc bezlitośnie z tolerancji religijnej, która doprowadziła Polskę do cybernetycznego bezwładu. „Po śmierci dopiero nam się żyć zachciało (…) Że wojen religijnych u nas nie było, to tylko dowód, że nikt w nic nie wierzył mocno. O to, w co ludzie wierzą, biją się. Wojna jest znakiem życia. Naród polski zawsze bywał leniwy do wojny, do pospolitego ruszenia, lubił wygódki. Ale za to fanfaron wielki – bo ten tylko się chełpi, który czuje niedostatek rzeczy z której się chełpi; ale za to małpa – bo ten tylko naśladuje, kto nie ma nic własnego” („Wybór listów politycznych”, 2013, str. 47).
Współistnienie odmiennych kultur pod jednym dachem z natury osłabia bodźce etyczne i spójność społeczną. Aby taki system nie rozpadł się osłabienie należało zrekompensować powiększeniem sterowania prawnego (vide: Prusy). Jednak cenioną przez szlachtę tolerancję religijną i ustrojową wolność postawiono wyżej niż budowę silnych instytucji. W efekcie państwo kończyło się na „fantomowym ciele króla”, jeśli użyć metafory Jana Sowy („Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą”, 2011). Natomiast według Jarosława Bratkiewicza Polska zamiast zachować swoją zachodnią (piastowską) matrycę turanizowała się, czego efektem była jałowa kultura sarmacka (vide: „Euazjatyzm na wspak. Polscy tradycjonaliści przeglądają się w zwierciadle Eurazji i udają, że to nie oni”, 2021). Na to samo zwracał uwagę Feliks Koneczny, znajdując w dziejach Polski potwierdzenie swojej (kontrowersyjnej zresztą) zasady, że nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Polskiemu sarmatyzmowi przeciwstawiały się wszak wpływy zachodniego oświecenia, które (cywilizowany na dwa sposoby?) Koneczny przeoczył. Reformy stanisławowskie na czele z Komisją Edukacji Narodowej, Konstytucja 3 Maja, czy insurekcja kościuszkowska (z jej próbą założenia banku centralnego) są tu oczywistymi przykładami.
Wspomniana wyżej tolerancja (przy sporym udziale poczucia niższości) doprowadziła do charakterystycznego dla polskiej świadomości pomieszania cywilizacji katolickiej (łacińskiej) z cywilizacją zachodnią. Już Adam Mickiewicz prekursorsko łączył ideały rewolucji francuskiej z katolicyzmem w konglomerat, który zlaicyzowany dzisiaj Watykan nazywa „kościołem synodalnym”. Jak zauważył Józef Bocheński „kościół polski na długo przed soborem był posoborowy” (chodzi o II Sobór Watykański 1962-1965, przyp. W.K). Jednak podczas spotkania poety z papieżem Piusem IX w marcu 1848 roku, gdy Mickiewicz wykrzyczał słynne słowa, że Duch Boży jest dzisiaj „w bluzach paryskiego ludu”, zszokowany i urażony Pius IX próbował uciszać wieszcza słowami „Piano, piano!” (Ciszej, ciszej!) oraz „Zapominasz się!”, a po spotkaniu nazwał Mickiewicza „biednym człowiekiem”. Papieskie podsumowanie można by odnieść do całego narodu.
W konsekwencji osłabienia elementu etycznego i prawnego dominującą rolę zaczęła odgrywać motywacja witalna, typowa dla Polaków do dzisiaj, a często sentymentalnie mylona z moralnością. Witalne uleganie wpływom obcym jest równoznaczne z utratą zdolności do sterowania się systemu społecznego we własnym (systemowym) interesie. W konsekwencji elity polskie same wybrały dla siebie rolę „przedmurza” (izolatora), co skutecznie zablokowało mechanizm imperiogenezy. Nie przetwarzając energii metaetnicznego uskoku na czynnik własnej potęgi, Polska stała się areną, na której jej energię spalały we własnym interesie sąsiednie mocarstwa. Opisany przez Kalinkę klientyzm elit epoki stanisławowskiej stał się oczywistym tego wyrazem (ks. Walerian Kalinka, „Przyczyny upadku Polski. Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta”, 2023).
Kontemplując upadek
Upadek Rzeczypospolitej Szlacheckiej wpisuje się w teorię cykli sekularnych (trwających 200–300 lat) oraz cykli generacyjnych (30–40 lat) Petera Turchina. Pierwszymi charakteryzuje się proces cywilizacyjny a drugimi cyrkulacja elit w ramach tego procesu. Każdy cykl sekularny składa się z fazy integracji (wzrostu), fazy stagnacji, kiedy nadmiernie rozmnożone elity zaczynają walczyć o zasoby oraz fazy depresji/chaosu. Cykle generacyjne są reakcją na stabilizację lub chaos (faza odwetowa trwa ok. 2-3 dekady). Od połowy XVI wieku „dawne rody możnowładcze traciły coraz bardziej na znaczeniu, a ich miejsce zajmowały rody magnackie, które swoją potęgę materialną zdobyły dzięki rewolucji protestanckiej i ekspansji na wschodzie” (J. Woziński, tamże, str. 174). Nadprodukcja elit rywalizujących o wysysane przez Gdańsk zasoby, przy słabej władzy królewskiej, generowała rokosze i konfederacje rozrywając państwo szukaniem zagranicznych protekcji przez poszczególne „familie”.
Pokazany na wstępie przykład z inżynierami Gierka i transformacją ustrojową może być współczesną ilustracją fazy nadprodukcji elit. Inżynierowie, którzy wrócili z Zachodu (i zobaczyli różnicę poziomów życia), stali się konkurencyjną elitą, generującą kryzys starego systemu, możliwy do wykorzystania przez establishment, zajmujący po temu odpowiednią pozycję polityczną i gospodarczą, a zarazem ignorujący koszty w postaci poświęcenia suwerenności. Pokolenie ojców transformacji (Balcerowicz i beneficjenci po 1989 roku) zbudowało obecny system poddaństwa wobec Zachodu w imię świętego spokoju i konsumpcji. Pokolenie synów wchodzi teraz w fazę gwałtownego, emocjonalnego odreagowania w postaci prowojennego mesjanizmu, przygotowując grunt pod kolejną fazę kliodynamicznej depresji.
Dzisiejsza Polska w odróżnieniu od tej dawnej jest niepodzielnie częścią Zachodu (NATO i UE), ale mentalność jej klasy politycznej jest podobna jak elit Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Nie potrafiąc określić strategii państwa, uzależnia się od zachodnich sojuszników w sposób całkowicie bezalternatywny. Może okazać się to strukturalną pułapką. Jeżeli Zachód wygra globalne starcie o Eurazję, Polska prawdopodobnie zostanie ostatecznie zasymilowana przez globalny kapitał i przestanie istnieć jako podmiot (zgodnie z oficjalną agendą Wielkiego Resetu i realizowanym równolegle do niej głębokim resetem). Gdy Zachód przegra, Polska stanie się krwawym przedmurzem w miejsce wykrwawionej Ukrainy. Znajdujemy się zatem w położeniu, w którym tradycyjny brak własnej strategii może przekształcić położenie geograficzne w źródło zagrożenia o charakterze egzystencjalnym.
John Mearsheimer twierdzi, że państwa są racjonalnymi graczami, którzy dążą do maksymalizacji swojej potęgi. Celem ostatecznym jest status hegemona w swoim regionie, ponieważ hegemonia globalna jest nieosiągalna. Gdy w XVIII wieku Rosja zyskała wyłączny protektorat nad całą Rzeczpospolitą, była blisko osiągnięcia regionalnej hegemonii w Europie. Z perspektywy realizmu ofensywnego rozbiory nie były aktem irracjonalnej nienawiści, jak chciałby Mickiewicz, ale strukturalnym balansem sił ze strony Prus i Austrii (za przyzwoleniem Wielkiej Brytanii). Mocarstwa musiały dokonać rozbioru, aby odebrać Rosji monopol nad korytarzem wschodnioeuropejskim i zapobiec narodzinom euroazjatyckiego superhegemona. Nie oznacza to oczywiście moralnej legitymizacji rozbiorów, lecz tylko próbę wyjaśnienia ich logiki w systemie równowagi sił.
Podobnie dzisiaj dla USA, jako globalnego hegemona Ukraina, a teraz Polska, to jedynie narzędzia do przerzucania kosztów wojny lądowej na peryferie, mające na celu osłabienie Rosji i Chin. Zgodnie z logiką realizmu ofensywnego, jeśli Zachód przegra, to poświęci Polskę, aby kupić czas na konsolidację własnych sił. Historia polityki mocarstw pokazuje, że państwa hegemoniczne podporządkowują swoje zobowiązania sojusznicze własnym interesom strategicznym. Stany Zjednoczone nie stanowią tu wyjątku. Ich polityka zagraniczna, podobnie jak polityka innych imperiów, podporządkowana jest przede wszystkim utrzymaniu korzystnego układu sił. Czy w takiej sytuacji Polakom pozostanie za Janem Kochanowskim kontemplować własną bezmyślność?"
środa, 19 sierpnia 2026
Nauka czyli jej brak
Nauka czyli jej brak
W 2022 roku na liście szanghajskiej ( Academic Ranking of World Universities ) było 11 polskich uczelni a w 2026 roku jest ich siedem. Najlepszy z polskich Uniwersytet Warszawski, jest dopiero w przedziale 501–600.
Trwa coroczne rytualne opłakiwanie naszej wstydliwej pozycji na liście szanghajskiej.
Coraz mocniejsi w nauce są Chińczycy. Wśród tysiąca najlepszych szkół 257 jest chińskich, a w pierwszej setce znalazło się 18 z nich (w 2025 roku było ich 13). Chiny mają o 70 uczelni więcej w rankingu niż USA.
Polska ma cztery razy więcej wyższych "uczelni" na milion mieszkańców niż średnia światowa. Nie mają natomiast te uczelnie żadnych osiągnięć naukowych, gospodarczych czy społecznych.
Otoczony wrogami mikroskopijny Izrael, którego połowa to pustynia, ma po dwie uczelnie w pierwszej i drugiej setce. Nawet Ben Gurion na skraju pustyni Negew stoi wyżej niż Uniwersytet Warszawski, a Bar Ilan powyżej Wrocławia, Politechniki Warszawskiej, Poznania i AGH
Powstają Orwellowskie twory jak "Rada Doskonałości Naukowej" Więcej biurokracji i sprawozdawczości! Więcej tabelek i słupków!
Mamy doktora habilitowanego i profesora belwederskiego a świat tego nie ma. Mamy korupcje, feudalizm i nepotyzm w uczelniach a świat tego nie ma. Mamy dużo drukarni dyplomów i lewych szkół wszystkiego finansowanych z funduszów unijnych.
Cały czas obniżane są wymagania. Aby zdać maturę z matematyki trzeba zdobyć aż 30% punktów a testy są coraz prostsze. Jest dużo studentów z najgorszego III Świata.
Z tak „wybitną” kadrę profesorską to dziwne że tak wysokie lokaty polskie uczelnie zajmują. Portfele profesorów, którzy nic nie wnoszą, mają się świetnie ! Zdumiewająco dużo wśród profesury było Tajnych Współpracowników SB !
Kolegium Tumanum najszybciej w świecie wydaje za pieniądze dyplom bez studiowania.
Droższe są doktoraty sprzedawane za 15 tysięcy złotych.
Problemem nie jest za niskie finansowanie uczelni.
https://www.rp.pl/opinie-ekonomiczne/art44621241-leszek-pacholski-czy-uniwersytet-w-riverside-w-kalifornii-jest-lepszy-od-bogatszego-warszawskiego
Leszek Pacholski: Czy uniwersytet w Riverside w Kalifornii jest lepszy od bogatszego Warszawskiego
W Polsce dominuje niepoparte danymi przekonanie, że źródłem słabości naszych uczelni jest brak pieniędzy i nadmiar studentów. Porównanie z Kalifornią obnaża zupełnie inne problemy strukturalne.
wtorek, 18 sierpnia 2026
Miała być cenna amunicja dla NATO i Ukrainy. W zamian Amerykanom wyszła katastrofa za pół miliarda
Miała być cenna amunicja dla NATO i Ukrainy. W zamian Amerykanom wyszła katastrofa za pół miliarda
https://wiadomosci.gazeta.pl/swiat/7,198075,32973072,miala-byc-cenna-amunicja-dla-nato-i-ukrainy-w-zamian-amerykanom.html
"Roboty regularnie paliły się, czasem wyrywały spod kontroli. Mało rzeczy działało tak, jak powinno, a ciężki młot stał się rutynowym narzędziem do "napraw". Futurystyczna fabryka amunicji wyszła Amerykanom tak, że nic nie wyprodukowała. Pół miliarda dolarów później winnych brak.
Zakład w Mesquite na przedmieściach Dallas w Teksasie uroczyście otwarto 29 maja 2024 roku. Byli ważni politycy, były przemowy. Głównie o tym, jak Pentagon i koncern General Dynamics wspaniale, sprawnie i szybko odpowiedzieli na historyczne wezwanie, gwałtownie zwiększając produkcję amunicji kalibru 155 milimetrów. Nowa fabryka miała szybko zacząć produkować ich po 30 tysięcy miesięcznie. Sprawa ważna nie tylko dla USA, ale też całego NATO i Ukrainy.
Dzisiaj wiemy, że nie wyprodukowała nawet jednego użytecznego korpusu pocisku artyleryjskiego kalibru 155 mm. Skala defektów miała być taka, że wielu pracowników na linii produkcyjnej dosłownie usypiała z nudów, bo do ich stanowisk praktycznie nic nie docierało po odrzuceniu felernych półproduktów na wcześniejszych etapach.
Miało być szybciej i lepiej
Afera dotycząca zakładów w Mesquite wybuchła z wielką siłą jednak dopiero teraz. Najpierw w połowie lipca opublikowano wewnętrzny audyt Pentagonu, który stwierdził jednoznacznie, że przez prawie dwa lata teoretycznego funkcjonowania fabryki nie wyprodukowała ona nic użytecznego. Pomimo wydania na ten cel przez podatnika 469 milionów dolarów. W raporcie brakowało jednak stwierdzenia, dlaczego właściwie tak się stało i kto ponosi za to winę. Teraz światło na to rzuca szczegółowe śledztwo portalu ProPublica.org, którego dziennikarz niezależnie od Pentagonu badał sprawę już od miesięcy. Udało mu się porozmawiać z 36 osobami zaangażowanymi w projekt, w tym byłymi pracownikami fabryki. To, co opowiadają, może budzić niemałe zdziwienie, że takie rzeczy mogą się dziać w USA przy priorytetowym projekcie zbrojeniowym.
Kontrakt na budowę fabryki przyznano koncernowi General Dynamics jeszcze w 2022 roku, kiedy świat zachodni obudził się i zdał sobie sprawę, jak bardzo zaniedbał kwestię produkcji podstawowej amunicji artyleryjskiej. Ukraińcy zużywali ją na skalę, o jakiej nikt od dekad nie myślał. Arsenały NATO szybko się opróżniały. Sytuacja była paląca, Waszyngton pozwolił więc Pentagonowi porzucić wszelką tradycyjną ostrożność i zasady przyznawania oraz nadzorowania kontraktów, byleby było szybciej. Firat Gezen, szef oddziału General Dynamics zajmującego się produkcją amunicji, był na to przygotowany. Wcześniej przez lata na tyle skutecznie kultywował relacje z odpowiednimi osobami w Pentagonie i wykupywał potencjalną konkurencję, że stał się wyłącznym dostawcą podstawowej amunicji dla wojska USA. W tym artyleryjskiej. Kiedy więc nagle trzeba było drastycznie zwiększyć jej produkcję, to on stał się naturalnym partnerem dla wojska. - Firat przyjaźnie obejmuje cię ramieniem i miło z tobą rozmawia. Jednak jednocześnie jest wyłącznym dostawcą kluczowych produktów. Ma cię usidlonego na zawsze - mówił ProPublica.org anonimowy oficer.
Biznesmen przekonał Pentagon, żeby zaryzykować i nie budować nowej fabryki przy wykorzystaniu klasycznej technologii produkcji grubych metalowych korpusów pocisków artyleryjskich. Takiej, która jest wykorzystywana choćby w fabryce General Dynamics w Scranton, która od dekad była ich głównym producentem w USA. W zamian zaproponował kupienie całej linii produkcyjnej od tureckiej firmy Repkon, wykorzystującą nowe technologie i daleko posuniętą automatyzację. Akurat Turcy mieli jedną gotową na sprzedaż. Efektem miała być wyraźnie szybsza produkcja. Przed podpisaniem kontraktu Pentagon nie sprawdził praktycznie w ogóle, czy obietnice biznesmenów mają coś wspólnego z rzeczywistością. Choć na przykład dotychczas linie produkcyjne Repkon wytwarzały pociski starszego rodzaju, z innej stali. Nie było czasu, presja z Waszyngtonu na pośpiech była ogromna. Kontrakt podpisano. I to nie na jedną linię produkcyjną, ale od razu trzy.
Jedna wielka z katastrofa
Byli pracownicy fabryki w Mesquite mają teraz wiele opowieści o tym, jaką katastrofą od początku był cały projekt. Same budynki przy skrzyżowaniu autostrad, wyglądające jak każde inne hale produkcyjne lub magazynowe na przedmieściach miast w Europie i USA, miały szybko zacząć się rozłazić w szwach. Głównie z powodu najwyraźniej nieodpowiedniego osadzenia ich w gruncie. W ścianach budynku pojawiły się szpary i pęknięcia, drzwi szorowały o podłogę, a każdy większy deszcz oznaczał zalanie wnętrza. Kompletnie niewydolna okazała się wentylacja. Do tego stopnia, że przy niektórych maszynach temperatura na stanowiskach operatorów sięgała momentami 60 st. C. Jednocześnie drażniące opary i dym towarzyszące rozgrzewaniu do czerwoności stali oraz jej formowaniu, unosiły się grubą chmurą pod dachami hal. Do tego stopnia, że normą po zmianie miało być wydmuchiwanie grubej warstwy sadzy z nosa. Kiedy mówienie o tym przełożonym nie dało rezultatu, robotnicy zaalarmowali OSHA, amerykański odpowiednik Państwowej Inspekcji Pracy. Według ich relacji jakoś tak się jednak złożyło, że kiedy inspektorzy przybyli na kontrolę, to akurat tego dnia kilka największych, najgorętszych i produkujących najwięcej wyziewów maszyn nie działało. - Pamiętam, że mówiłem sobie, że to jest dosłownie piekło - mówi anonimowy pracownik fabryki w rozmowie z ProPublica.org.
To jednak tylko mała część problemów. Znacznie więcej sprawiały tureckie maszyny. Najbardziej zapadły w pamięć robotników roboty przemysłowe, które manipulowały obrabianymi korpusami pocisków pomiędzy maszynami je formującymi. Miały nieustannie mocno ciec, a łatwopalny płyn hydrauliczny regularnie zapalał się, powodując pożary, które ciągle trzeba było gasić. Roboty miały też regularnie wymykać się spod kontroli i na przykład demolować stojące obok obrabiarki, przewracać korpusy pocisków czy uderzać w ogrodzenia ochronne. Kiedy indziej Amerykanie zdali sobie sprawę, że robot jest bez ich wiedzy zdalnie sterowany z najprawdopodobniej Turcji, więc doraźnie zniszczyli część jego elektryki, aby odciąć go od sieci. Jedna z kluczowych maszyn do formowania pocisków miała nieustannie się zacinać, więc standardową praktyką miało stać się uderzanie w nią ciężkim młotem, który stał się stałym wyposażeniem robotników. Lista problemów miała ciągnąć się prawie bez końca. Gubiące się automatyczne wózki dostawcze, niezamykające się bramy bezpieczeństwa, pękające rury, części w opinii pracowników wykonane z niespełniającej wymogów chińskiej stali.
Nieustanne problemy pogłębiał brak prawdziwej komunikacji z Turkami przysłanymi do uruchomienia linii produkcyjnej. Według relacji Amerykanów uśmiechali się, przytakiwali, odpowiadali gładkimi zdaniami, ale niewiele więcej. Za to podczas "bardzo częstych przerw na papierosa" przed budynkiem mieli zawsze zażarcie o czymś dyskutować po turecku. Jednocześnie mieli ograniczać Amerykanom dostęp do systemów kontroli i konfiguracji maszyn. Usuwanie problemów miało więc zajmować zdecydowanie więcej czasu, niż by mogło. Do tego stopnia, że właściwie nigdy linia produkcyjna nie zadziałała, jak powinna. Pociski były seryjnie odrzucane na wstępnych etapach z powodu defektów. Pracownicy mający się zajmować ich wykańczaniem nie mieli co robić. - Siedzieliśmy, gapiąc się w ścianę, bo zabronione było korzystanie z komórek. Potem zakazano nam też rozwiązywać choćby krzyżówki, a kiedy ludzie zaczęli przysypiać, zabrano nam krzesła. To było marnowanie naszego czasu i pieniędzy publicznych - mówi "ProPublica" jeden z byłych pracowników.
Odpowiedzialnych brak
Jednocześnie w oficjalnych wypowiedziach wszystko było super. W kwietniu 2024 roku szefowa General Dynamics Phebe Novakovic mówiła inwestorom, jak to firma "gwałtownie zwiększa produkcje amunicji, dzięki otwarciu zakładu w Teksasie". Tak naprawdę do tego momentu nie podjęto nawet próby produkcji partii seryjnej. Miesiąc później uroczyście otwarto zakład. Prezentowane wówczas pociski były albo z plastiku, albo skądś przywiezione. W czerwcu Novaković zapewniała, że linia produkcyjna działa i "produkuje zgodnie z przewidywaniami". Według rozmówców ProPublica.org nic takiego się nie działo. We wrześniu 2024 roku szef zamówień US Army Doug Bush zapewniał, że "nie ma istotnych opóźnień" w programie zwiększenia wytwarzania amunicji artyleryjskiej, w którym kluczowym elementem były zakłady w Mesquite. W październiku miała ruszyć pełna produkcja seryjna, ale nie wyprodukowano nawet partii próbnej.
W styczniu 2025 roku Gezen odszedł na emeryturę. Rozmówcy ProPublica.org twierdzą, że najpewniej było to związane z katastrofą projektu Mesquite. On sam temu zaprzecza. Nie zgodził się jednak na pełną rozmowę z dziennikarzami. W kwietniu tegoż roku wojsko po cichu zawiesiło wszelkie prace w zakładach na przedmieściach Dallas. Większość pracowników zwolniono, przez co dziennikarzom łatwiej było znaleźć chętnych rozmówców. Dzisiaj mają trwać prace nad przebudową pierwszej linii do używania starszej technologii wykorzystywanej też w Scranton. Przy jednoczesnym wzbogaceniu jej o "sztuczną inteligencję" przy pomocy młodej firmy Deterrence, która nie ma żadnego doświadczenia w programach zbrojeniowych.
Nie ma informacji, aby ktokolwiek poniósł jakieś konsekwencje. Poza być może przedwcześnie wysłanym na emeryturę Gezenem. Koncern General Dynamics otrzymał na cały projekt łącznie 533 miliony dolarów. Nic nie zwracał. Wręcz przeciwnie, za sprawą jego kluczowej pozycji w ekosystemie produkcji uzbrojenia, regularnie otrzymuje kolejne kontrakty, bo nie ma alternatyw. Co więcej, amerykańska spółka-córka tureckiego Repkon otrzymała kolejny kontrakt na prawie pół miliarda dolarów, aby zbudować w USA fabrykę trotylu. Według ProPublica.org wszystko sprowadza się do tego, że Waszyngton domaga się szybkich rezultatów i wzrostu produkcji amunicji, przemysł obiecuje złote góry bez pokrycia, Pentagon nie potrafi i nie jest w stanie tego weryfikować, a koniec końców za nieuniknione problemy i tak płaci podatnik. Amerykańscy dziennikarze stwierdzają, że strach się bać, jaka będzie skala marnotrawstwa, kiedy Pentagon dostanie budżet zwiększony o prawie połowę do 1,5 biliona dolarów, tak jak chce Donald Trump."
niedziela, 16 sierpnia 2026
Imigranci muzułmańscy przynoszą Danii szkody
Imigranci muzułmańscy przynoszą Danii szkody
Ministerstwo Finansów Danii opublikowało oficjalne dane na temat wkładu fiskalnego netto imigrantów z 36 różnych krajów.
24 z 26 narodów niemuzułmańskich przynosi korzyści podatnikom. Szkody przynoszą w tej grupie tylko Jugosławia i Erytrea
Wszystkie 10 krajów muzułmańskich kosztowało Danię duże pieniądze.
czwartek, 13 sierpnia 2026
Polacy nie będą bronić agenturalno - mafijnej kleptokracji
Polacy nie będą bronić agenturalno - mafijnej kleptokracji
W sondażu IBRiS na zlecenie Radia Zet z sierpnia 2026 roku 27% Polaków stanęłoby do obrony kraju. Odpowiedź "zdecydowanie tak" wybrało jednak tylko 11.7% badanych. W pytaniu o osobiste zaangażowanie 58,1 % twardo odpowiedziało "nie".
Komentarze:
-Poczekam, aż najpierw pójdą politycy, sędziowie, prokuratorzy, i ci wszyscy, co drenują budżet i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Jak ich wytłuką na froncie, wtedy się zastanowię.
-W razie wojny to się niech zgłoszą wpierw ci z rządu bo to oni ją wywołują a nie szarzy obywatele
-Nie nigdy za ten rząd co pcha do nie naszej wojny
-Ja za Politykow walczyć nie bede bo to Politycy wciągają nas do wojny
-Politycy najpierw narobią chlewu a potem pierwsi będą spierdalać gdzie popadnie z tymi swoimi ukradzionymi milionami, a zwykły szary obywatel …
Czyli Polacy uważają że koryta powinni bronić ci co z niego żrą. Raczej nikt nie będzie chciał oddać życia za układ agenturalno - mafijny.
Niemcy atakując Polskę w 1939 roku stracili 16843 osób. Część Niemców (około 40%) zginęła w wypadkach i od własnego ognia ponieważ armia dopiero praktycznie uczyła się walki. W operacji Barbarossa w 1941 roku Niemcy atakując ZSRR stracili 743 tysiące osób. Stosunek strat Niemców w obu konfliktach wyniósł 44.1 raza i to mimo tego że niemiecka armia w 1941 roku był wielokrotnie silniejsza i lepiej wyszkolona niż w 1939 roku.
Polska wojna obronna była więc totalnie BEZOBJAWOWA. Polacy nie chcieli bronić II RP !
"Mniejszości" (faktycznie tam większości) narodowe w 1939 roku witały wkraczające oddziały Armii Czerwonej z entuzjazmem, co wynikało z poczucia krzywdy społecznej i narodowej do II Rzeczypospolitej.
Google AI:
"Entuzjazm mniejszości: Część Ukraińców, Białorusinów i Żydów witała żołnierzy radzieckich jak wyzwolicieli. Wynikało to z trudnej sytuacji ekonomicznej i poczucia dyskryminacji w przedwojennej Polsce.
Akty poparcia: W niektórych miejscowościach lokalni mieszkańcy organizowali komitety powitalne, stawiali bramy triumfalne i witali wkraczających żołnierzy chlebem i solą...
Oficjalna narracja ZSRR: Wkroczenie Armii Czerwonej było oficjalnie nazywane „wyprawą wyzwoleńczą”, a propaganda głosiła chęć niesienia pomocy „braciom Białorusinom i Ukraińcom”."
Oficerowie armii radzieckiej opuszczając Polskę w 1993 roku mówili że jeszcze będziecie nas błagać o wyzwolenie ?
Faktycznie sytuacja w Polsce robi się nieznośna.
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Grupa trzymająca zdrowie
Grupa trzymająca zdrowie
https://gf24.pl/49193/grupa-trzymajaca-zdrowie/
"Pora na ukrócenie obecnej „wolnej amerykanki”. Limit godzinowy zarobków – to raz. Dwa – należy wprowadzić maksymalny wymiar czasu pracy, bo poza wszystkim innym przemęczony lekarz to zagrożenie dla pacjentów. Trzy – zakaz łączenia prywatnej praktyki z pracą w publicznych placówkach. Cztery – zwiększenie naboru na studia medyczne i specjalizacje, przed czym środowisko medyczne broni się rękami i nogami, niczym niegdyś zawody prawnicze – i z dokładnie tych samych powodów.
Gdy ten numer „Gazety Finansowej” trafi do Państwa rąk, najprawdopodobniej miną dwa miesiące, odkąd lekarz Dawid Kacprzyk nie został przesłuchany przez prokuraturę w sprawie afery warszawskiego Szpitala Południowego – wygląda więc na to, że jedynym obiektem prokuratorskiego zainteresowania pozostanie sygnalista, dr Emil Jędrzejewski. Wspomniana afera okazała się zarazem wierzchołkiem góry lodowej, bo na jej fali media zaczęły ujawniać nieprawidłowości w szpitalach, jak Polska długa i szeroka, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, iż przypadek Dawida Kacprzyka z jego milionowymi zarobkami nie jest bynajmniej odosobniony, lecz raczej potwierdza szerszą patologię, podobnie jak to, że placówki medyczne są kolejnym politycznym łupem, na którym żerują tabuny lokalnych partyjnych działaczy. Sprawy takie jak działalność spółki neurochirurgów wystawiającej rachunki opiewające w przeliczeniu na 26 tys. zł za godzinę, co doprowadziło szpital w Mogilnie do bankructwa, czy lekarza z Braniewa, który miał dyżurować 72 godziny na dobę, są szczególnie bulwersujące, ale i pomniejsze przypadki z lekarzami zarabiającymi po sto kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie czy zatrudnionymi w kilku szpitalach jednocześnie nie pozostają daleko w tyle. Wszystko to sprawia wrażenie jakiejś pajęczyny, swoistej „grupy trzymającej zdrowie”, oplatającej polską opiekę zdrowotną i wykorzystującej luki w systemie pozwalające m.in. na multiplikowanie bez żadnej kontroli dyżurów w szpitalach czy dopisywanie sobie do rachunku niewykonanych procedur medycznych – czyli, mówiąc wprost, wyłudzanie publicznych pieniędzy – o horrendalnych stawkach nie wspominając. Swoją drogą, chętnie zobaczyłbym szacunki pokazujące, jaki odsetek wydatków NFZ stanowią wynagrodzenia personelu medycznego, ale takich statystyk nikt nie prowadzi, co zresztą jest osobnym skandalem.
Mówi się, że okazja czyni złodzieja – i faktycznie, w wielu przypadkach uczyniła. Dawid Kacprzyk może wręcz czuć się kozłem ofiarnym, bo przecież nie robił niczego, czego nie robiliby inni. Cóż się jednak dziwić, skoro przykład idzie z samej góry? Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda nie miała żadnych oporów, by zainkasować kilkaset tysięcy złotych z tytułu zakazu konkurencji na mocy uchwały Zarządu Województwa Pomorskiego wydanej z mocą wsteczną. Trudno oczywiście wyrokować, jaką część środowiska lekarskiego stanowią cwaniacy łaszący się na lewą kasę, ale jeśli ich tolerowano przez lata, to siłą rzeczy opinia rzutuje na całą grupę zawodową. Dopiero teraz zaproponowano tak elementarne rozwiązania, jak raportowanie przez szpitale do NFZ godzinowych grafików pracy lekarzy czy udziału wynagrodzeń w budżetach placówek medycznych, co pokazuje, z jakim bezhołowiem mieliśmy dotąd do czynienia.
Co gorsza, jeśli potraktować głosy lekarzy aktywnych w mediach społecznościowych jako reprezentatywne dla całego środowiska, to należałoby przyjąć, że doczekaliśmy się kolejnej „nadzwyczajnej kasty” – grupy przekonanej o swoim wyjątkowym statusie, która nie ma sobie nic do zarzucenia. Szczególną wściekłość wywołała propozycja ustanowienia limitu wynagrodzeń w publicznej opiece zdrowotnej na poziomie 240 zł/godz., co przekłada się na ponad 40 tys. zł miesięcznie za „goły” etat (480 tys. rocznie bez nadgodzin). Przypomnę, że 40 tys. zł brutto to poziom 1 proc. najlepiej zarabiających Polaków – więcej niż prezydent czy premier. Przy tej okazji posypały się tradycyjne groźby o masowych wyjazdach medyków za granicę. Otóż nie, nie wyjadą, a to z kilku prostych powodów. Po pierwsze, wszelkie dostępne dane (np. raport OECD z 2025 r.) mówią, że polscy lekarze nie zarabiają gorzej od swych zachodnich kolegów – zwłaszcza po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej. Po drugie, lekarz na Zachodzie funkcjonuje w bardziej restrykcyjnym otoczeniu prawnym dotyczącym czasu pracy czy możliwości łączenia praktyki prywatnej z pracą w publicznych placówkach, do czego dochodzą jeszcze często ograniczenia wynikające z układów zbiorowych. Po trzecie, tam publiczna służba zdrowia nie jest na poły prywatnym żerowiskiem. Tam nie da się przyjąć pacjenta „prywatnie”, by potem położyć go poza kolejką w szpitalu i dalej leczyć już na publicznym sprzęcie i za publiczne pieniądze, a za „lewe” dyżury idzie się do więzienia.
Podsumowując, pora na ukrócenie obecnej „wolnej amerykanki”. Limit godzinowy zarobków – to raz. Dwa – należy wprowadzić maksymalny wymiar czasu pracy, bo poza wszystkim innym przemęczony lekarz to zagrożenie dla pacjentów. Trzy – zakaz łączenia prywatnej praktyki z pracą w publicznych placówkach. Cztery – zwiększenie naboru na studia medyczne i specjalizacje, przed czym środowisko medyczne broni się rękami i nogami, niczym niegdyś zawody prawnicze – i z dokładnie tych samych powodów. Nawet po tych ograniczeniach lekarze będą stanowili absolutną elitę finansową, a jeśli komuś mało, to znaczy, że minął się z powołaniem i może faktycznie niech szuka szczęścia gdzie indziej."
niedziela, 9 sierpnia 2026
Uśmiechnij się
Uśmiechnij się
Najsmutniejsza bajka świata?
"Sto konkretów na sto dni".
Dlaczego doktor Kacprzyk to najuczciwszy działacz Platformy?
Usiłował oddać jedną czwartą tego co ukradł.
Dlaczego Szpital Południowy to najnowocześniejsza placówka medyczna na świecie?
Badania przesiewowe prowadzą już na recepcji.
Proszę Państwa, odkryłem dlaczego lekarz rodzinny przez trzy lata Uśmiechniętej Polski jeszcze do mnie nie zadzwonił.
To przez PiS! Obawia się Pegasusa.
Przychodzi kobieta w powikłanej ciąży na recepcję w Szpitalu Południowym.
- Dzień dobry, gdzie tu się mieści patologia?
- Wszędzie.
Czym różni się pospolity złodziej od działacza Platformy?
Pospolity złodziej liczy się z odsiadką.
Najbardziej konsekwentną rzeczą w polskiej polityce są obietnice rozliczeń.
Zmieniają się tylko ci, którzy "rozliczają" i mają być rozliczani.
Stołeczny ratusz opublikował wyniki audytów Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych miejskich szpitali. Najwięcej nieprawidłowości wykazała kontrola w Warszawskim Szpitalu Południowym gdzie pracował Dawid Kacprzyk. Najwyższe wynagrodzenie osiągnęło tam wartość ponad 1 miliona złotych, a drugie co do wysokości – prawie 919 tys. zł.
https://wydarzenia.interia.pl/mazowieckie/news-kontrola-warszawskich-sor-ow-najgorzej-bylo-tam-gdzie-pracow,nId,23526198
Przestępstwa kryminalne dotyczą całej zorganizowanej grupy przestępczej w całej Polsce. Akceptująca po cichu, kontrolująca i wypłacająca te zdefraudowane miliardy z naszych podatków.
piątek, 7 sierpnia 2026
Wojna Polaków z III RP
Wojna Polaków z III RP
Polacy z sektora prywatnego czyli znakomita większość na codzień toczą małej intensywności wojnę partyzancką ze zrakowaciałym, pasożytniczym sektorem publicznym pożerającym środki niczym czarna dziura.
Reformy likwidujące miliony synekur są chyba niemożliwe do przeprowadzenia bez użycia przemocy bowiem stwarzają egzystencjalne zagrożenie synekurantom. Oni niczego użytecznego nie potrafią zrobić i w uczciwym świecie są zbędni a zdemoralizowani chęci do normalnej pracy nie mają żadnej. Potrafią tylko brać pieniądze za NIC.
Część Polaków może upadek III RP przyjąć z ulgą. Mało kto będzie chciał jej bronić. Możliwe że nikt.
Komentarz z YT: "3RP
Tylko sztuczne etaty, które szukając dla siebie roboty, niszczą społeczeństwo i utrudniają nam życie!
Czy władza w III RP naprawdę nie ogarnia, że problemem jest jej własny nepotyzm i epicka niegospodarność?
Na ten moment państwo woli pompować publiczne pieniądze w 4 miliony etatów z przywilejami „z nadania królika” oraz na wiejskie tańce, hulanki i swawole.
Oto czarno na białym przykłady tego absurdu:
1. Armia urzędnicza kontratakuje W latach 50. i 60. w Polsce wystarczało ok. 99 tysięcy urzędników.
W 1990 roku było ich 150 tysięcy. Dziś samych urzędasów jest PÓŁ MILIONA! I to pomimo komputerów, systemów i rzekomej cyfryzacji.
To efekt ultra-nepotyzmu, który niszczy kraj. Reforma samorządowa stworzyła blisko 2500 gmin, 314 powiatów i 16 województw – a każdy ten folwark potrzebuje własnej armii: skarbników, sekretarzy i całych gmachów do obsługi samych siebie.
W każdej wiejskiej szkole po 20 sekretarek? Większość „nowych” urzędników to nie pracownicy ministerstw, ale lokalne pociotki w urzędach miast i starostwach. Tu jest pies pogrzebany!
2. Edukacyjna fikcja i bezczelne mnożenie etatów W 1946 roku 67 tysięcy nauczycieli ogarniało 50-osobowe klasy i dało się!
W 2005 roku było ich ponad 500 tysięcy, a dziś mamy PONAD 700 TYSIĘCY. Ta armia rośnie, choć dzieci drastycznie ubywa!
Liczba tych ludzi rośnie odwrotnie proporcjonalnie do liczby uczniów.
Jeden belfer widnieje w papierach po 2-3 razy jak lekarz w szpitalach, byle tylko mnożyć wypłaty.
Liczebność klas tnie się do absurdu, żeby Krysia z biblioteki miała gdzie udawać, że tyra.
Wymyśla się sztuczne etaty logopedzi, terapeuci, „kulturalni” od pajacyków i wszystko dla pociotków, bo Jóźka nic innego nie potrafi.
Na świecie AI uczy dzieci, a w III RP zatrudnia się kolejne tysiące, bo znajomy królika chce odbębnić 2x45 minut i iść do domu.
Utrzymanie tego molocha kosztuje nas rocznie ok. 125 miliardów złotych!
To studnia bez dna do przepalania podatków, gdzie pensje i przywileje (80-90% budżetu), czyli PONAD 100 miliardów złotych rocznie, idzie na „gołe” pensje, trzynastki, stażowe i ponad 20 innych przywilejów.
Koszty stałe to ok. 25 miliardów złotych na prąd, ogrzewanie i remonty.
Wszystko w imię kłamstwa, że każdy nowy etat to dobro dziecka!
PS; W KOREI płd gdzie NAUKA jest TOP 1 dzieci było w klasach do szkoły po 50 i sie dało, teraz jest średnio 36 z powodu zapaści demografii dużo większej niż w 3rp
3. Bezczelny szyld „szerzenia kultury i sportu” Polskie samorządy bezkarnie przepalają w piecu astronomiczne miliardy!
Według oficjalnych danych GUS roczne wydatki na tę pseudo-kulturę przekroczyły już granicę 21 miliardów złotych!
Większość tej fortuny jest bezmyślnie marnowana na utrzymanie niemal czterech tysięcy absurdalnych domów kultury.
21 miliardów złotych marnowanych rocznie na domy kultury aż 85% idzie na gołe pensje dyrektorów z partyjnego nadania i ich pociotków, czyniąc z tych placówek luksusowe przetrwalnie dla lokalnych klik.
Ta potężna machina urzędnicza z czego blisko 60% placówek ulokowano w małych gminach i na wsiach służy w rzeczywistości jako luksusowa przetrwalnia dla politycznych pociotków, znajomych królika i dyrektorów z partyjnego nadania.
Finansujemy armie sekretarek, asystentów oraz służbowe auta, które zamiast instrumentów wożą leniwemu zarządowi pizzę na obiad.
Cała ta fikcja opiera się na ordynarnej ściemie, gdzie za publiczne miliardy opłaca się „sztukę” walki z bibułą, malowania szyszek i lepienia ludzików z kasztanów.
Te same, infantylne zajęcia mogłyby odbywać się całkowicie bezkosztowo w pustych po lekcjach szkołach, w ramach regularnych etatów nauczycielskich.
Korupcja instytucjonalna nie kończy się na kulturze. Szczytem bezczelności pozostaje pompowanie setek milionów złotych z kas miejskich prosto na konta prywatnych, komercyjnych klubów piłkarskich.
Lokalni włodarze bezwstydnie kupują w ten sposób głosy kilku tysięcy kiboli na najbliższe wybory samorządowe, podczas gdy na realny sport dla dzieci i młodzieży nie trafia nawet ułamek tej kwoty.
Za tę skrajną niegospodarność nikt nie ponosi odpowiedzialności. Najwyższy czas całkowicie zaorać i zlikwidować te fikcyjne domy kultury!
Natychmiastowe przeniesienie realnych zajęć do szkół pozwoli uratować miliardy, które zamiast paść tłuste brzuchy lokalnych klik, powinny natychmiast trafić do konającej służby zdrowia!
Wszystkie realne kółka zainteresowań można bezkosztowo przenieść do pustych po lekcjach szkół, zamiast utrzymywać dwa osobne molochy biurokratyczne do tego samego celu.
4. Wcześniejsze emerytury to bezczelne plucie w twarz ludziom pracy!Norma to 60/65 lat, ale budżetówka ucieka z systemu średnio w wieku 44 lat, zaledwie po 20 latach.
W tym samym czasie wraki z budów czy marketów harują na ten chory układ, bo brakowało im układów, by zasiąść przy korycie.
Oficjalnie co trzeci mężczyzna u prywaciarza nie dożywa 65 lat! Oddają fortunę w składkach i umierają z wycieńczenia bez choćby złotówki.
Tymczasem budżet przepala na tych młodych „emerytów” 18 miliardów rocznie. Średnie świadczenie? Ok. 7000 zł – czyli o 3/4 więcej niż nędza z ZUS!
Najbardziej kuriozalne, że ci kolesie w sile wieku natychmiast idą dorabiać do sektora prywatnego. Wcześniejsze emerytury nie są im potrzebne do przeżycia?
A podnoszenie wieku powyżej 65 lat to dla tyrających w firmach i korpo zwykły wyrok śmierci na stanowisku.
Ta chora polityka wygania młodych na emigrację, bo jedyną perspektywą jest tyranie aż do grobu. Ostatni gasi światło?
5. Tak III RP wykrwawia polskiego pacjenta
Dla 69% Polaków to największy problem państwa!
Mimo tego na służbę wydaje się raptem 6% PKB, a na zdrowie powinno się wydawać 10-12% z PKB. Ale inne głupoty i zabawy kosztują?
Państwo polskie zachowuje się jak bankrut-altruista: wydaje od 1 do 2 mln zł na wykształcenie jednego specjalisty, po czym lekką ręką oddaje go bogatym krajom Zachodu.
Jeśli ktoś dostał od narodu darmowe wykształcenie za miliony, powinien mieć obowiązek odpracowania tego przez 12 lat w publicznym systemie!
Marnotrawstwo w szpitalach to już nie błąd, to metoda. Publiczne placówki stały się darmowymi „naganialniami” klientów do prywatnych gabinetów.
To patologiczny układ, w którym publiczny szpital pokrywa koszty i generuje straty, a prywatna praktyka spija śmietankę.
Absurd „limitów NFZ” to zbrodnia na gospodarce. Szpitale odsyłają pacjentów z kwitkiem, bo „pieniądze się skończyły”, podczas gdy nowoczesny sprzęt stoi bezczynnie i rdzewieje.
Zamiast leczyć ludzi, by pracowali i płacili podatki, system pozwala im gnić w kolejkach, zmieniając ich w dożywotnich rencistów.
Koszt ich późniejszego leczenia i wypłacanych zasiłków jest dziesięciokrotnie wyższy niż cena natychmiastowej operacji. Do tego kraje rozwinięte wydają na służbę zdrowia 8-12% z PKB,
a w Polsce zamiast tego lepiej zatrudnić milion pociotków od niczego w urzędach i szkołach lub przebawić, a potem nie ma na cukier w szpitalu do herbaty?
6. Polityczny cyrk zamiast zysków i wydajności
Sektor państwowy przedkłada cele polityczne nad zysk, co niszczy presję na innowacyjność i wydajność.
Nadmiar procedur sprawia, że proces decyzyjny inżyniera trwa miesiącami zamiast godzin.
Sztuczne etaty wynikają z braku mechanizmów rynkowych, które wymuszają zwalnianie nieefektywnych osób, a NEPOTYZM to 12x podkręca!
W budżetówce 12 osób wykonuje czynności, które w firmie prywatnej realizuje jeden specjalista.
Wydajność w państwowych gigantach jest dwukrotnie niższa niż w prywatnej konkurencji.
7. Koszt utraconych szans i bilionowa pętla zadłużenia III RP
30 lat etatyzmu to sabotaż strategicznych inwestycji na rzecz tuczenia biurokracji.
Przez 30 lat elektrownię atomową budowano tylko na papierze, wypłacając pociotkom miliony za „analizy”, przez co dziś mamy najdroższy prąd w regionie.
Blokowano też Głębokowodny Terminal w Świnoujściu, oddając miliardy z ceł portom w Hamburgu.
Gdzie podziały się te pieniądze?
Przez ostatnie 30 lat utrzymanie stale rosnącej armii pociotków po nadaniu królika a dziś nam króliki się rozmnożyły do astronomicznej liczby 500 tys. urzędników i 700 tys. nauczycieli
– pochłonęło w dzisiejszej wartości pieniądza z inflacją, trzynastkami i przywilejami porażające 2,5 biliona złotych OFICJALNIE!
DWA I PÓŁ BILIONA ZŁOTYCH!
Gdyby połowę tego wydano na inwestycje, to Polska byłaby pod każdym względem w czołówce świata do swojej skali!
Zamiast na twardy rozwój, te fundusze zostały przejedzone, a to, co zostało po PRL, sprywatyzowane/zlikwidowane lub się zestarzało i ledwo zipie!
Efekt? Państwowy dług publiczny (wg kryteriów UE) przebił barierę 2,44 biliona złotych (ok. 60% PKB). I tak dalej.................................... I KRAJ Z KARTONU ?
Na koniec drogie nieruchomości i śmieciówki BtB dobiją demografię i Putin za 5 lat powie sprawdzam i po temacie ??? "
czwartek, 6 sierpnia 2026
Styropianowy Chaos i zidiocenie
Styropianowy Chaos i zidiocenie
Posłowie i senatorowie TKM (=POPIS) pytani o to jak przegłosowano buble Kodeks Karny i Kodeks Postępowania Karnego odpowiadali że użyto podstępu i wprowadzono ich w błąd. Nie wiedzieli za czym głosują !
Google AI: "Od momentu wejścia w życie w 1998 roku, Kodeks karny (KK) był nowelizowany ponad 140 razy, natomiast Kodeks postępowania karnego (KPK) przeszedł ponad 160 nowelizacji. Obie ustawy z 6 czerwca 1997 roku należą do najczęściej i najgłębiej modyfikowanych aktów prawnych w Polsce, a dokładna, zmieniająca się z miesiąca na miesiąc liczba zależy od tego, czy zlicza się wyłącznie duże reformy, czy także drobne zmiany dostosowawcze (wynikające np. z wyroków Trybunału Konstytucyjnego lub reform innych urzędów).
Kluczowe statystyki i dynamika zmian
Skala modyfikacji: Liczba zmian w samych artykułach jest liczona w tysiącach. Przykładowo, tylko jedna z głośnych reform (tzw. wielka nowelizacja prawa karnego) zmieniła przepisy KK w ponad 250 miejscach.
Wydania kodeksów: Oficjalne wydawnictwa prawnicze, takie jak Wydawnictwo C.H. Beck, publikują już ponad 60. wydania komentarzy i tekstów kodeksów, co obrazuje potężną dynamikę zmian na przestrzeni ostatnich dekad.
Teksty jednolite: Z powodu ogromnej liczby poprawek Marszałek Sejmu regularnie publikuje obwieszczenia w sprawie ogłoszenia tekstów jednolitych (np. obwieszczenie dla KPK w Dzienniku Ustaw), aby sędziowie i prokuratorzy mogli połapać się w aktualnym stanie prawnym."
O cyrku prawnym z pijanymi kierowcami mówi się od prawie 30 lat ! Ale Styropian nie uznał za celowe zająć się sprawą.
Zatrzymany kierowca Volkswagena miał 2,5 promila alkoholu i osiem sądowych zakazów kierowania pojazdów a w tym 6 zakazów dożywotnich. "Stanowi zagrożenie" słusznie twierdziła prokuratura. Sąd odmówił jednak aresztowania potencjalnego mordercy. Prokuratura chce złożyć zażalenie na to skandaliczne postanowienie. Czy prokuratura bada już podejrzenia korupcji ?
Co ten sądowy zakaz oznacza? Ze pijanemu wolno jeździć dopóki się kogoś nie zabije? Sądy tolerują to, że ich wyroki są bezczelnie lekceważone. Zupełnie nadzwyczajna sędziowska kasta ma się świetnie.
Aż 23 sądowe zakazy prowadzenia pojazdów, w tym 15 aktywnych i 6 dożywotnich ma 30-letni kierowca z powiatu bolesławieckiego na Dolnym Śląsku ! Łapano go jak jeździł po pijanemu. Skala lekceważenia sądowych zakazów przez kierowców jest ogromna. 52 kierowców w Polsce ma 10 i więcej czynnych zakazów prowadzenia pojazdów. Więcej niż jeden zakaz – około 40 tysięcy. Dożywotnio za kierownicę nie może siąść 75 tysięcy osób. W sumie osób z aktywnym zakazem prowadzenia pojazdów w Polsce jest 209918, dożywotnich zakazów zaś 75064.
Adoptuj psa i otrzymaj wsparcie 1500 zł na start dla najwierniejszego towarzysza - zachęca gmina Sońsk na Mazowszu. Zapowiadany od początku 2026 roku program "Becikowe na 4 łapy" już działa. Maksymalne wsparcie w ciągu roku to 3000 zł na rodzinę.
Koniecznie trzeba stworzyć fundusz "Emerytura od pieska !" z którego będą wypłacane emerytury dla rodziców Psiecko i Kocórka !
