środa, 20 czerwca 2018

Paryż przyszłości

Paryż przyszłości

Przybyli z Afryki inżynierowie wzięli się do pracy. Nowe domy jednorodzinne w Paryżu ( mieście zakochanych i miłości ) powstają z przedmiotów z recyklingu i ekologicznych materiałów odnawialnych. Wszystko zgodnie z najnowszymi trendami i wytycznymi UE.
Nieznane są zastosowane rozwiązania w dystrybucji elektryczności i wody. Nieznana jest technologia wykonania kanalizacji.
Na zdjęciu nowe osiedle w sercu Paryża !
Nowa architektura nie budzi zachwytu tubylców ale będą się musieli przyzwyczaić i zaakceptować nowe trendy trendy cywilizacyjne w Europie "mamusi" Merkel.

niedziela, 17 czerwca 2018

Międzypokoleniowa mobilność dochodowa

Międzypokoleniowa mobilność dochodowa

Przeciętnie w świecie trzeba aż pięciu generacji czyli 5 x 30 = 150 lat aby dzieci z biednej rodziny osiągnęły przeciętne dochody w danym kraju. Rozpiętość jest od 2 do 10 generacji.

Rzeczywiście w Dani bardzo wyrównany jest start wszystkich dzieci a w pracy nie ma żadnego znaczenia skąd pochodzisz. Liczy się to co potrafisz i twoje zaangażowania. Dania jest krajem dla ludzi zdolnych i pracowitych. 
To smutne ale Stany Zjednoczone nie są już krajem wielkich szans dla każdego chętnego do wytężonej pracy. USA coraz bardziej się petryfikują i zmierzają w stronę niezdrowych stosunków w III Świecie.
Polski nie ma na rysunku bowiem Polska  "nie zbiera i nie przetwarza tego typu danych".

sobota, 16 czerwca 2018

Gonienie Europy przez kraje postkomunistyczne

Gonienie Europy przez kraje postkomunistyczne

Szybkość i trwałość wzrostu gospodarczego w krajach postkomunistycznych jest od lat stałym tematem dyżurnym.
Tabela pokazuje PKB w parytecie siły nabywczej PPP w relacji do krajów EU15 w okresie 1989-2017.  Za poważną osobą: https://twitter.com/JoanHoeyEIU
Jak wygląda to gonienie Zachodu ?
1.Sytuacja większości krajów Zachodnich Bałkanów czyli republik byli byłej Jugosławii jest dramatyczna by nie powiedzieć tragiczna. To skutek dezintegracji gospodarczej systemu a następnie wojny a w tym humanitarnych bombardowań USA.
2. Najbogatsza Słowenia polepszyła swoją pozycje z 69.8% na 75.8%. Tempo doganiania śmiechu warte.
Czechy polepszyły swoją pozycje z 65.1% do 72%.
3. W 1989 roku od Polski biedniejsza była tylko trochę Bośnia - Hercegowina. To dlatego że kryzys zadłużenia zagranicznego Polski z 1978 roku a następnie stan wojenny przyniosły pogrom polskiej gospodarce. Przypomnieć należy że sprawców potwornych strat w osobie Jaruzela i Kiszczaka nie powiesiliśmy.
4. Dobry wynik Polski jest tylko pozorny. Gdyby nie kryzys mielibyśmy w 1989 roku poziom taki jak Litwa, Słowacja, Węgry czy Chorwacja czyli około 55%. Obecnie mamy 59.9%. Czyli zyskaliśmy do Zachodu 4.9% a więc nawet mniej niż Słowenia. 

Ciekawe i warte rozbioru są obecne pomysły rządu graniczące z obłędem. Mieliśmy już malutkie reaktory jądrowe w każdym miasteczku i milion wyprodukowanych samochodów elektrycznych w Polsce.
Są nowe ciekawostki. Na przykład pomysł "daniny solidarnościowej" czyli nowego podatku dla najbogatszych.
Każdy kierowca dopłaci 10 groszy nowego podatku do litra paliwa. Zebrany podatek pójdzie na 25 tysięcy dopłaty do każdego nowego samochodu elektrycznego, na które stać tylko najbogatszych. Najbogatsi zapłacą 4% podatku na najbardziej potrzebujących czyli niepełnosprawnych i odbiorą to sobie w nowym samochodzie... Czyli najbogatsi wyjdą na swoje albo nawet na plus.

Nowa opłata paliwowa uderzy w najuboższych. Uderzy też częściowo w niepełnosprawnych ponieważ rodzinom niepełnosprawnych samochód jest bardzo potrzebny do funkcjonowania !

Ale cymesem jest zebranie podatków od najbiedniejszych i danie go korporacjom. Na przykład rząd dał Mercedesowi 80mln złotych !

piątek, 15 czerwca 2018

E-mobilność jak lotnisko w Baranowie?

E-mobilność jak lotnisko w Baranowie?
https://kulturaliberalna.pl/2018/06/05/elektromobilnosc-samochod-elektryczny-pis-pawlowski-bodziony/
"Plan rozwoju elektromobilności miał być szansą dla polskiej gospodarki. Na razie jednak premier Morawiecki bezczynnie przygląda się, jak praca naukowców i biznesu staje się w najlepszym razie zakładnikiem politycznych rozgrywek, a w najgorszym – kolejnym przykładem tego, jak marnuje się duże publiczne pieniądze.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości ma skłonność do ogłaszania wielkich projektów, które w ciągu najbliższych lat mają fundamentalnie zmienić kraj. Ponad dwadzieścia nowych mostów na największych rzekach, odbudowa przemysłu stoczniowego, dziesiątki tysięcy nowych, tanich mieszkań, Centralny Port Komunikacyjny czy elektromobilność, która ma być „kołem zamachowym” polskiej gospodarki.

Każdy z tych projektów ma poważne wady. Już wiadomo, że do 2025 roku programu Mosty+ nie uda się zrealizować w pełni, choćby dlatego, że część projektowanych mostów przebiega przez rezerwaty przyrody. Powstanie Centralnego Portu Komunikacyjnego budzi kontrowersje nie tylko ze względu na koszty budowy, ale i leżące u jego podłoża przesłanki – CPK miałby obsługiwać dwa razy więcej pasażerów niż dziś wszystkie polskie lotniska razem wzięte. Nikt nie jest też w stanie powiedzieć, co stanie się z już istniejącymi lotniskami – takimi jak Modlin, Łódź czy warszawskie Okęcie – w modernizację, których zainwestowano setki milionów złotych.
Dopłaty dla bogatych?

Na tle tak wielkich i przemawiających do wyobraźni projektów jak CPK czy odbudowa stoczni, Plan Rozwoju Elektromobilności może wydawać się skromny. Nic bardziej mylnego. Tylko Fundusz Transportu Niskoemisyjnego, który zacznie działać w przyszłym roku i będzie finansowany między innymi z opłaty paliwowej ma dysponować budżetem wysokości około 6,5 miliarda złotych, a łącznie na promowanie elektromobilności rząd chce wyasygnować około 13 miliardów! Pieniądze te mają zostać przeznaczone między innymi na rozwój infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych. Ale nie tylko – znaczna suma może też powędrować na dopłaty do zakupu samochodów elektrycznych.

„W 2019 r. dopłaty do zakupu samochodu elektrycznego mogą już wynieść ok. 25 tys. zł na pojazd. W kolejnych latach wysokość wparcia będzie zależna od potrzeb klientów i kształtowania się rynku” – mówił jeszcze na początku maja minister energii Krzysztof Tchórzewski .

Słowa ministra Tchórzewskiego nie odzwierciedlają jednak stanowiska całego rządu. Minister przedsiębiorczości i technologii, Jadwiga Emilewicz, jest znacznie bardziej ostrożna. W rozmowie z „Kulturą Liberalną” twierdzi, że priorytetowe znaczenie mają nie dopłaty, ale właśnie rozwój infrastruktury, „która jest niezbędna do tego, by transport elektryczny mógł w ogóle istnieć”. Zdaniem Emilewicz rząd nie wyklucza jednak wprowadzenia dopłat, choć to „rozwiązanie kontrowersyjne”. Dlaczego? Choćby dlatego, że z takich dopłat mogliby korzystać przede wszystkim klienci zamożni, których stać na zakup bardzo drogiego auta, tyle że w wersji elektrycznej. Tę przeszkodę można próbować obejść, wprowadzając ograniczenia wartości samochodu, do której będzie można uzyskać dopłatę. Kupujący samochód „dla ludu” z dopłaty mógłby skorzystać, a samochodu luksusowego – już nie. Ale nawet w takim przypadku nowe samochody elektryczne i tak będą droższe niż przeciętne kupowane na polskim rynku. To z kolei rodzi problemy natury politycznej – jak wytłumaczyć przeciętnie zamożnym wyborcom, że na wsparcie rządu zasługują ci, których stać na zakup nowych, relatywnie drogich pojazdów?

Ograniczenie dopłat nie znosi też znacznie poważniejszej trudności. Elektromobilność miała być kołem zamachowym polskiej gospodarki. Trudno sobie wyobrazić, jak dopłacanie setek milionów złotych do samochodów produkowanych przez zagraniczne koncerny miałoby polską gospodarkę modernizować.
Teraz Polska?

W tym miejscu dochodzimy do pomysłu budowy polskiego samochodu elektrycznego. Realizacją tego zadania miała się zająć spółka ElectroMobility Poland [EMP], którą w październiku 2016 roku powołały do życia cztery spółki skarbu państwa – Energa, Enea, Tauron i PGE. Już na początku działalności EMP ogłosiła konkurs na budowę polskiego auta elektrycznego, a pierwszym etapem był konkurs na projekt nadwozia. Jak tłumaczył wówczas dyrektor zarządzający spółki, Krzysztof Kowalczyk, celem konkursu było wzbudzenie zainteresowania projektem. Kolejnym etapem miało być wyłonienie pięciu zwycięzców, którzy mieli otrzymać nagrody wysokości 50 tysięcy złotych, a ich projekty miały zostać zrealizowane w postaci krótkich serii pojazdów, po kilka sztuk każdy. Koszty homologacji tych pojazdów miała – twierdził Kowalczyk – pokryć EMP. Następnie planowano dokonać wyboru jednego pojazdu, który zostałby skierowany do seryjnej produkcji.

Stało się inaczej. Na konkurs wpłynęło 66 prac, ale wiele z nich – jak pisaliśmy po ich publikacji – przypominało „dziecięce mazaje”. O danych technicznych zgłoszonych projektów nie było wiadomo nic. Dziś na stronach EMP nie można nawet obejrzeć wszystkich zgłoszonych wówczas projektów. Mimo tych wszystkich niejasności we wrześniu 2017 roku faktycznie przyznano cztery nagrody wysokości 50 tysięcy złotych i dwa wyróżnienia. Potem jednak, zamiast przejść do kolejnego etapu procedury, EMP – z której w międzyczasie odszedł Krzysztof Kowalczyk – rozpisała postępowanie na budowę prototypu polskiego samochodu elektrycznego, do którego zaprosiło „profesjonalistów” mających doświadczenie w konstrukcji i budowaniu prototypów pojazdów”.

Jak czytamy na stronie EMP: „Uruchomione 27 listopada postępowanie jest nawiązaniem do konkursu na wizualizację miejskiego auta przyszłości zakończonego we wrześniu br., w którym nagrodzono cztery oraz wyróżniono dwa projekty wizualizacji nadwozia”.

„Nawiązanie” nie oznacza jednak, że któryś ze zwycięskich projektów zostanie wprowadzony w życie. Jak tłumaczy w rozmowie z „Kulturą Liberalną” nowy prezes EMP, Piotr Zaremba: „Nagrodzone projekty wizualizacji nadwozia zostały dopuszczone do postępowania, które rozpoczęliśmy w listopadzie. W rezultacie, jedno z nich m o ż e zostać wybrane na projekt, który konsorcjum zdecyduje się realizować”. Innymi słowy – 200 tysięcy złotych, które wydano na nagrody. nie musi mieć żadnego przełożenia na dalszy los wybranych projektów.

To jednak nie wszystko. W kwietniu 2018 roku po nominacji na prezesa EMP (wcześniej zajmował stanowisko dyrektora zarządzającego) Piotr Zaremba rozesłał list do uczestników postępowania, w którym informował, że również pośród podmiotów, które zgłosiły się do postępowania w listopadzie, żaden nie został wybrany.

„Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom części zespołów, postanowiono, że integrację projektu budowy samochodu elektrycznego zapewni spółka ElectroMobility Poland, przy maksymalnym wykorzystaniu potencjału zespołów uczestniczących w postępowaniu”, pisał Zaremba. Dalej czytamy, że EMP zaangażuje się w dialog z uczestnikami postępowania co do ostatecznej koncepcji „technicznej i biznesowej pojazdu”. O popłochu, jaki ta informacja wywołała wśród konkursowiczów, pisał wówczas „Puls Biznesu”.

„«Wygląda to tak, jakby EMP, zebrawszy cudzym kosztem wszystkie pomysły, chciała teraz zatrudnić u siebie tylko wybrane osoby i zrealizować cały projekt sama. Może to dla nas oznaczać, że zmarnowaliśmy dwa lata przygotowań i ponad pół miliona złotych, które wydaliśmy choćby na wynagrodzenia projektantów. Niepokoją mnie też kwestie związane z prawami autorskimi do proponowanych rozwiązań» — mówi jeden z uczestników postępowania, proszący o anonimowość”. Jak twierdziła gazeta, „uczestników, którzy żywią podobne obawy, jest więcej”.
Rząd wątpi sam w siebie?

Dziś EMP zapewnia, że udało jej się dojść do porozumienia, ale z kim projekt będzie realizowany i w jakiej formie, nie wiadomo. Prezes Zaremba zapewnia jednak, że harmonogram realizacji projektu nie jest zagrożony, a prototyp zobaczymy wiosną przyszłego roku.

W taki przebieg wydarzeń zdaje się wątpić jednak minister Emilewicz, która twierdzi, że polski samochód elektryczny może… w ogóle nie powstać.

„Nie będę oceniać możliwości dojścia do polskiego pojazdu elektrycznego w rok czy dwa lata. Myślę, że to jest niemożliwe i nie taką też ideę miał minister Kurtyka i Ministerstwo Energii”, mówi w rozmowie naszym tygodnikiem. „Z mojej perspektywy, jeśli w samochodach elektrycznych różnych znanych dziś marek będzie 60 proc. polskiej baterii i kilka innych polskich systemów, uznam to za sukces. Nie stawiam sobie celu, zgodnie z którym musimy mieć polską elektryczną Syrenkę czy inną markę. Jeśli uda się to zrobić, to bardzo dobrze, ale dochodźmy do tego celu po kolei, budując kolejne kompetencje”.

Minister Emilewicz może z pewnym dystansem odnosić się do projektu elektrycznego samochodu osobowego, ponieważ jej resort (najpierw Ministerstwo Rozwoju, a następnie Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii) kładł nacisk przede wszystkim na elektryczny transport publiczny, czyli głównie autobusy. Tu polskie doświadczenia produkcyjne, zasoby technologiczne i prestiż polskich marek na czele z Solarisem zdecydowanie zwiększa szanse na sukces, co potwierdzają eksperci do spraw rynku motoryzacyjnego.

Kłopot w tym, że – jak już wspominaliśmy – rynek autobusowy jest w porównaniu z rynkiem samochodów osobowych niewielki. Jak twierdzi minister Emielewicz, rząd chciałby, aby w 2021 roku w polskich miastach było… tysiąc autobusów elektrycznych. Na razie popyt na takie pojazdy jest, ale, jak pisze „Rzeczpospolita”: „Trzeba pamiętać, że wykreowanie popytu na elektryczne autobusy jest zasługą unijnych dopłat. Gdy się skończą, liczba chętnych może się gwałtownie zmniejszyć. Cena takiego pojazdu jest dwukrotnie wyższa niż w przypadku standardowego napędu spalinowego”.

Co gorsza, z perspektywy planów rządu, właściciele Solarisa planują sprzedać spółkę, a najpoważniejszymi oferentami są rzekomo spółki z Chin i Turcji. Wówczas promowanie elektromobilności jako specjalności polskiej gospodarki straciłoby kolejne uzasadnienie. Dlatego, jak twierdzi informator „Dziennika Gazety Prawnej”, na krótkiej liście chętnych do zakupu spółki znalazł się też kontrolowany przez władze… Polski Fundusz Rozwoju. Na razie jednak PFR szuka partnera do tej wartej około miliarda złotych transakcji.

Na rynku samochodowym, gdzie trzeba konkurować z globalnymi koncernami, sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana.
Auto nie jedno, ale dwa

Niestety, wbrew sugestiom minister Emilewicz, nie udało nam się dowiedzieć, jak z tymi wyzwaniami chce sobie poradzić Ministerstwo Energii, a w szczególności wiceminister Michał Kurtyka. Chociaż mail z prośbą o rozmowę wysłaliśmy do ministerstwa 24 kwietnia, przez kolejne tygodnie, w odpowiedzi na telefony, otrzymywaliśmy jedynie komunikat, że mail dotarł i „został przekazany dalej”.

Tymczasem jest o co pytać, ponieważ chaotyczne zmiany w EMP to nie jedyny dowód na bałagan w projekcie na budowę polskiego samochodu elektrycznego. Nie tak dawno okazało się bowiem, że polskie władze planują wyprodukować nie jeden, ale… co najmniej dwa samochody elektryczne.

Na początku kwietnia bieżącego roku podczas konferencji Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego Piotr Naimski, pełniący funkcje sekretarza stanu w kancelarii premiera i pełnomocnika rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej, oświadczył, że opracowanie prototypu polskiego samochodu elektrycznego jest wpisane w obecna strategię… Grupy Lotos. W dostępnym na stronie firmy dokumencie opisującym plany spółki w latach 2017–2022 próżno jednak szukać zapisu dotyczącego elektrycznego samochodu. Na 45 slajdach prezentacji elektromobilności poświęcony został jeden akapit, opatrzony nagłówkiem „Nowe obszary działalności”. Firma ma zaangażować się w rozwój projektów dotyczących przechowywania czystej energii i tankowania pojazdów elektrycznych, w tym w budowę stacji ładowania na głównych szlakach transportowych kraju. Ostatnim punktem w tym zakresie jest enigmatycznie brzmiący zapis o opracowaniu „nowych modelów biznesowych i rozwiązań wypracowanych przy udziale funduszu innowacyjności”.

Zakładając, że słowa przedstawiciela administracji rządowej nie są kłamstwem lub manipulacją, jeszcze większe zdziwienie budzi fakt, że działania Lotosu są niezależne od projektu spółki ElectroMobility Poland, co potwierdza rzeczniczka tej firmy, Aleksandra Baldys.

Czy to oznacza, że rząd planuje realizację dwóch prototypów polskiego auta elektrycznego? Jeśli tak, to dlaczego? Tego nie sposób się dowiedzieć, bo chociaż to minister Naimski, jako jedyny przedstawiciel administracji rządowej, wypowiedział się o ewentualnym prototypie auta elektrycznego stworzonego przez Lotos, to jego sekretariat uprzejmie poprosił nas „o przesłanie zaproszenia na rozmowę na temat elektromobilności, zgodnie z właściwością do Ministerstwa Energii”. Cierpliwie podążając za sugestiami ministerialnych urzędników, próbowaliśmy drogą telefoniczną i elektroniczną uzyskać komentarz w tym zakresie od wiceministra Kurtyki lub ministra Tchórzewskiego – bezskutecznie.

Strategiczne milczenie za metodę obrała również Grupa Lotos, której prezes w ciągu miesiąca nie znalazł czasu na rozmowę z nami. Ostatecznie firma zaproponowała, że na pytania może odpowiedzieć w formie tekstowej. Wysłaliśmy zagadnienia dotyczącego prototypu auta, które miałby zbudować Lotos, a w odpowiedzi otrzymaliśmy informacje, że spółka… „nie komentuje tematu lub wypowiedzi innych osób w tym zakresie”. To dziwne, tym bardziej że – jak zapowiadał Piotr Naimski – rząd już ma szukać miejsca pod fabrykę produkowanych przez Lotos samochodów.
Dokąd zmierzamy?

Opisane wyżej przykłady to tylko fragment większej całości. Pytań nie brakuje też w przypadku grantów przyznawanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego rozdysponowywanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Innomoto. W zeszłym roku jednym z największych ich beneficjentów była firma Fulco, która na budowę elektrycznego samochodu wyścigowego dostała od państwa ponad 15 milionów złotych. Projekt miała realizować wspólnie z mającą równie niewielkie doświadczenie w tej branży spółką Skytech Research z siedzibą w Gliwicach. Co udało się zrobić w ciągu roku?

Przedstawiciel Fulco, mimo wcześniejszych zapewnień, nie znalazł dla nas czasu przed zamknięciem tego numeru, a na stronach firmy, podobnie jak na stronach Skytech próżno szukać informacji o postępach w realizacji projektu. Jedynie w NCBiR dowiedzieliśmy się, że „wnioskodawca sygnalizował zmiany w strukturze podmiotów, które będą realizowały ten projekt”. Jakie zmiany? Nie wiadomo, bo te objęte są „tajemnicą biznesową”.

Plan rozwoju elektromobilności miał być szansą dla polskiej gospodarki. Na razie jednak Mateusz Morawiecki, rzekomo premier technokrata, bezczynnie przygląda się, jak praca naukowców i biznesu staje się w najlepszym razie zakładnikiem politycznych rozgrywek, a w najgorszym – kolejnym przykładem tego, jak łatwo marnuje się duże publiczne pieniądze."

czwartek, 14 czerwca 2018

Przestrzeganie praw pracowniczych w Europie

Przestrzeganie praw pracowniczych w Europie
Niestety ciągle jesteśmy w dziedzinie przestrzegania praw pracowniczych "dzikim krajem". Identyczna sytuacja jak u nas jest w Rosji. Znacznie gorzej jest na Ukrainie i Białorusi.
W sytuacji gdy w Polsce PIP wymierzy firmie 500 złotych grzywny we Francji można za to samo zapłacić 400 tysięcy euro !  

wtorek, 12 czerwca 2018

Żydzi - cytaty 4

Żydzi - cytaty 4

Za https://pl.scribd.com/document/46604976/Marek-Jan-Chodakiewicz-Po-Zag%C5%82adzie-Stosunki-polsko-%C5%BCydowskie-1944-1947

"W społeczności żydowskiej istniała też oddolna opozycja wobec udziału Żydów we władzach komunistycznych, szczególnie w aparacie bezpieczeństwa. Ortodoksyjny Żyd Zygmunt (Srul) Warszawer z Łaskarzewa stwierdzał: „Po wojnie źle tym kierowano. Tylu Żydów zapisało się do milicji i do UB. Ja bym na nich krzyknął: ludzie, czemu to robicie? Do czego wam to potrzebne? Chcecie bić i zabijać ludzi? To jedźcie do Izraela. Chcesz być jakimś pułkownikiem albo kimś w rządzie? To rób to w swoim kraju, ale nie tu. Została nas garstka, a wy się pchacie”.

Po przeanalizowaniu kadr UB na poziomie lokalnym (Katowice), John Sack absolutnie nie zgadza się ze stwierdzeniem, iż funkcjonariusze żydowscy stracili swoją świadomość narodowo - religijną. Sack polemizował zwłaszcza z poglądem wyrażonym przez jednego z profesorów z University of California, że ludzie ci mieli być „bardziej komunistami niż Żydami”, „komunistami z rodzin żydowskich”, „komunistami o żydowskich korzeniach” czy „komunistami pochodzenia żydowskiego”. „Znam tych ludzi od siedmiu lat i nigdy bym nie pomyślał, że przeczytam coś takiego. Zebrałem relacje od 27 Żydów, którzy pracowali w Urzędzie [Bezpieczeństwa] i jeden, tylko jeden, uznawał się w 1945 r. za komunistę. Zarówno on, jak i pozostali chodzili do szkół żydowskich, studiowali Torę, przeszli bar micwę, niektórzy mieli pejsy. W obozach niemieckich przygotowywali macę na Paschę, ryzykując życie, a w 1945 r. zapalali świece w szabas, urządzali wieczerze sederowe w święto Paschy, dęli w szofary w Rosz ha-Szana, stali pod chupą podczas ślubu, świętowali w Jom Kippur. Według jakich definicji nie byli Żydami? Nie według Talmudu i zdecydowanie nie według rządu Izraela czy hitlerowskich Niemiec. Gdyby zginęli w czasie Holocaustu, najpewniej zaliczono by ich do pozostałych sześciu milionów”
Mówiąc o tych „komunistach” żydowskiego pochodzenia Bernard  Weinryb zauważa, że „w okresie powojennym obchodzenie takich świąt jak [żydowski] Nowy Rok i Pascha stało się pewnego rodzaju sprawą publiczną, kiedy tysiące Żydów w tym również funkcjonariusze milicji i sił zbrojnych uczestniczyli w obrzędach w synagogach i w publicznych wieczerzach sederowych”
Jak pisała wroga komunizmowi Polka pochodzenia żydowskiego, „nie mogłam nie dostrzegać Żydów na eksponowanych pozycjach - w wojsku, w administracji, we władzach bezpieczeństwa. Ci sami, którzy dopiero niedawno opowiadali o mrozach i głodach, o łagrach i wszach, o nędzy, przekupstwie i oblodzonych eszelonach, szli teraz ochoczo w służbę ustroju wzorującego się na ideologii i praktyce kraju ich wygnania. Sporo też spostrzegłam nadgorliwości. Nie mogłam tego nie widzieć, w równym stopniu jak nie mogłam zrozumieć”
Jeden z nadgorliwców tłumaczy: „Pracowałem wtedy jako dziennikarz dla rzekomo apolitycznej gazety «Słowo Polskie», wydawanej we Wrocławiu. Odpowiadając za jej różne wydania lokalne, zostałem awansowany na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. Tak szybko awansować pozwoliły mi nie tyle moje zdolności, co fakt, iż byłem więźniem obozu koncentracyjnego i Żydem. Władze komunistyczne pomagały ludziom takim jak ja wychodzić na prowadzenie, gdyż nie ufały polskiej inteligencji katolickiej. Będąc najmłodszym z trzech zastępców redaktora naczelnego zatrudnionych w «Słowie Polskim», jednym z dwóch wysokonakładowych dzienników wrocławskich, osiągnąłem szczyt kariery zawodowej w wieku 23 lat. Najwyższe stanowiska były oczywiście zarezerwowane wyłącznie dla członków partii”."

niedziela, 10 czerwca 2018

Mężowie pani Mosbacher, Faberge i Armand Hammer czyli sukces a la USA

Mężowie pani Mosbacher, Faberge i Armand Hammer czyli sukces a la USA

https://www.salon24.pl/u/bobry7/872735,mezowie-pani-mosbacher-faberge-i-armand-hammer-czyli-sukces-a-la-usa
"Pan minister Szczerski był łaskaw poinformować, że pan Prezydent RP przyjmie listy uwierzytelniające pani Georgette Moschacher ambasador USA w Polsce, więc już czytamy wiele artykułów o „dynamicznej biznes woman”, co to może dużo a nawet jeszcze więcej.
Zjeżdża do nas siedemdziesięciojednolatka zrobiona na „gorącą czterdziestkę piątkę” i „kobieta sukcesu”, której sukces, jak głoszą złośliwe pisemka kobiece w USA, sprowadzał się do hojnych odpraw w nieruchomościach i gotówce, których nie żałowali trzej bardzo dojrzali i obrzydliwie bogaci ex-mężowie podczas trzech kolejnych rozwodów.

A ponieważ po rozwodzie z panią Georgette wszyscy trzej zaraz się ożenili mimo zaawansowanego wieku z jakimiś innymi paniami, istnieje podejrzenie graniczące z pewnością, że wcale po pani Georgette nie rozpaczali. Co oznacza, że sukces pani Mosbacher  wg kryteriów rynku matrymonialnego  był taki raczej częściowy.

W ostatniej umowie rozwodowej Pani Georgette zawarowała sobie  prawo używania nazwiska męża – Mosbacher, co wskazuje na czerpanie garściami z doświadczeń innej „poszukiwaczki skarbów” w układach matrymonialnych –  pani  Pameli Churchill Harriman, zmarłej jako ambasador USA w Paryżu po opublikowaniu przez rozgoryczonego ghost writera Christofera Ogdena jej bardzo soczystej  biografii  pt. „Życie jak bankiet”.

Oczywiście dla dziewczęcia z przedmieść Chicago pozycja i kariera pięknej Pameli to niedościgły wzorzec, ale jak to mówią „jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma”.

  W USA nie ma stosunkowo młodych i obrzydliwie bogatych koneserów damskich wdzięków jak w swoim czasie Agha Khan czy ten cały Agnelli od Fiata ale są za to starsi i obrzydliwie bogaci rozwodnicy po dwóch żonach poszukujący rozkosznej dziewuszki, która umili jesień życia.

Trzeba się tylko zakręcić koło tematu czyli znaleźć się w miejscu, które nawiedza namierzony rozwiedziony i  wyselekcjonowany starannie pod względem dochodów, pozycji towarzyskiej i hojności przy poprzednich rozwodach. .

Wszystko zaczęło się  w roku 1969, kiedy po ukończeniu Indiana University i  krótkim postoju w Detroit, gdzie pracowała w agencji reklamowej, panna Georgette Paulsin pożeglowała do Los Angeles, gdzie jej brat George Paulsin w wieku lat 16 w roku 1965 załapał się do jednego odcinka serialu kryminalnego „FBI”. Następna szansa filmowa miała mu się trafić w roku 1971, kiedy zagrał w filmie „Simon, King of the Witches” (Simon, król czarownic). A potem został przykładnym prawnikiem.

Panna Georgette zainstalowała się w mieszkaniu brata i wdrożyła projekt upolowania bogatego męża, dzięki któremu została opisana na 181 stronie dzieła pani Charlotte Hays pt. „The Fortune Hunters: Dazzling Women and The Men They Married”. ( Łowczynie Fortun: Błyskotliwe Kobiety i Mężczyźni, Których One Poślubiły).

 Otóż dzieweczka lat 22  udała się do domu aukcyjnego Sotheby’s, gdzie akurat odbywała się aukcja memorabiliów słynnego filmu wojennego „Tora, Tora, Tora”. Tam zwrócił jej uwagę pewien koneser, który dokonał zakupu makiet kilku okrętów wojennych. Wysłała brata do recepcjonistki czy innej sekretarki, żeby dowiedział się o nazwisko kupującego. Ta odmówiła. Wówczas panna Paulsin oznajmiła, że jest dziennikarką Time Magazine i chce przeprowadzić wywiad z kupującym owe okręty.

Był to pan Robert C. Muir właściciel dużej agencji nieruchomości, lat 40, rozwiedziony, mormon.
Panna Paulsin zadzwoniła do sekretariatu firmy i przedstawiła się jako dziennikarka Time Magazine i że chce przeprowadzić wywiad. Pan Robert C. Muir zaprosił ją do ekstrawaganckiej restauracji a wtedy „dziennikarka” wyznała, iż nie ma żadnych związków z gazetą Time.


Pan Robert C. Muir miał się roześmiać wesoło i znajomość potoczyła się sympatycznie: rok randek i w 1972 ślub i pierwsze luksusowe gniazdko: dom  w Beverly Hills.  Było też dla młodej żony luksusowe auto podarowane przez zauroczonego małżonka, który przejeżdżając obok salonu Rolls Royce’a na Wildshire Boulevard usłyszał od żonki świeżej jak wiosenny poranek wyznanie sentymentalne, że „jako dziecko wyobrażała sobie siebie jadącą Rollsem tam i tu”. Kochający mąż cofnął samochód, wszedł do salonu Rollsa i kupił Żorżetce błękitny dwudrzwiowy kabriolet Corniche. Właśnie zaczęli produkcję w 1971 r.

Sielanka trwała do roku 1975, kiedy pani Georgette Muir namierzyła znacznie bogatszego (i znacznie starszego)  kandydata na męża.  Był to urodzony w 1912 r. w Brooklynie muzyk samouk i handlowiec w branży kosmetycznej a z czasem właściciel firmy kosmetycznej Faberge Inc. , projektant linii kosmetycznych dla panów Brut, producent filmowy i kompozytor muzyki filmowej nominowany do Oscara i właściciel prywatnego samolotu: pan George Barrie z rodziny żydowskich emigrantów z Rosji.

Pan Barrie był już dwukrotnie żonaty: w latach 1936-1959 z panią Lucille Schlussel Barrie ( 2 dzieci)  a od roku 1960 z panią Glorią Barrie (1 dziecko).
Był majątkowo bardzo spełniony bowiem kiedy w latach 30-tych rzucił muzykę zawodową i zaczął pracować w fabryce kosmetyków do włosów Rayette, uznał, że to jest bardzo ciekawe i z czasem założył własną firmę a ostatecznie wykupił Rayette.

W roku 1964 wykupił za 26 mln USD od pana Samuela Rubina, urodzonego w Białymstoku (Rosja)  w roku 1901, przyjaciela Armanda Hammera firmę kosmetyczną o nazwie Faberge Inc.

Nieprzypadkowo kojarzy się ona z legendarną firmą jubilerską Faberge, albowiem nazwę tę w roku 1937 wykorzystał bez wiedzy rodziny Faberge, po ucieczce z Rosji Sowieckiej żyjącej więcej niż skromnie we Francji – pan  Samuel Rubin za poradą pana Armanda Hammera, który zdążył już zakupić po cenach oszałamiająco niskich aż 15 jajek Faberge spośród 71 wyprodukowanych ogółem a spośród 54 należących do rodziny carskiej. Kupował oczywiście w Rosji Sowieckiej dzięki wielkiej zażyłości z Lwem Trockim, kiedy rodzina carska spoczywała w anonimowej studni gdzieś w na Syberii.

Tymczasem w 1937 r. wybuchła wojna domowa w Hiszpanii, na którą już się szykował pan Sam Rubin ze swoją firmą handlową Spanish Trading Corporation. Jak można się domyślać, liczył na zwycięstwo rewolucji i jumę taką jak w Rosji w 1918 r., dzięki której będzie mógł skupować różne cenne drobiazgi i większe fanty z rabowanych pałaców, klasztorów i zamków. Tak jak pan Armand Hammer w sowieckiej Rosji w latach 20-tych.  Aby sprzedać potem fanty z dużą przebitką w Stanach.

Jak wiadomo, rewolucja poległa w 1939 r. i pan Sam Rubin porzucił marzenia o fortunie miliardowej na miarę Armanda Hammera i skupił się na handlu kosmetykami. Kiedy II WW się zakończyła, rodzina Faberge dowiedziała się o „samowolnym przywłaszczeniu marki Faberge” przez błyskotliwego pana Rubina i próbowała wytaczać procesy.

Ale rodzina Faberge była wtedy biedna, USA daleko a prawnicy drodzy. Kto kupuje luksusową biżuterię wg faktycznej wartości w zdemolowanym dwiema wojnami kraju.

Więc w 1951 r. zgodzili się w sądzie na zbójecką cenę 25.000 USD za prawo pana Rubina do używania nazwy „Faberge” w odniesieniu  WYŁĄCZNIE DO  PERFUM. Tymczasem zdolny pan Rubin z Białegostoku dodał do listy produktów Faberge kosmetyki i przybory toaletowe.  Tego w umowie nie było, ale co mogli mu zrobić biedni  jubilerzy? Może nawet o tym nie wiedzieli i cieszyli się kwotą 25 tysięcy USD, która po II WW była całkiem poważnym majątkiem we Francji aby żyć skromnie ale bez kłopotów.

W 1964 r. pan Rubin sprzedał za 26 mln USD firmę Faberge Inc panu Barrie i został „filantropem’.

Tymczasem pan Barrie miał mnóstwo pomysłów na nowe formy marketingu wyrobów kosmetycznych, które sam wymyślał, w tym słynną linię kosmetyków męskich „Brut”. Jeden z pomysłów polegał na kojarzeniu kosmetyku ze słynnym i prestiżowym nazwiskiem aktora/aktorki Hollywood. I takim sposobem jako „konsultant” w Faberge USA u pana Barrie zasiadł  np. Cary Grant.

A pan Barrie pożeglował do Hollywood, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym: komponował muzykę do filmów, produkował filmy i zatrudniał aktorów do kampanii reklamowych. M.in. Rogera  Moore, Muriel Hemingway, Jima Browna.

No i tak się składa, że  w roku 1976 pani Georgette Muir, dotąd przykładnie pomagająca mężowi w handlu nieruchomościami w Beverly Hills , nagle pojawia się na liście płac jednego odcinka serialu „Hunters” a następnie w  roku 1978 w filmie fabularnym o włoskiej mafii pt. „Fingers” (Palce), w którym główną rolę zagrał Harvey Keitel a grał też Jim Brown a producentem był pan George Barrie.

Wcześniej, bo w roku 1973 pan George Barrie skomponował muzykę do docenionej przez Akademię komedii „A Touch of  Class” , u nas znany pod dziwacznym tytułem „Miłość w godzinach nadliczbowych” z Glendą Jackson i Georgem Segalem.  A film wyprodukowała jego firma „Brut Productions”. Glenda Jackson zdobyła Oscara a pan Barrie był nominowany za muzykę.

Jak podaje pani Jill Gerston 22 września 1993 r. w Los Angeles Times w artykule pt. „Hurricane Georgette : Books: The Divine Mrs. M (Mosbacher) has a few tips for women who want to tap their 'feminine force.' Let's start with neutral nail polish.” ( Huragan Georgette: Książki: Boska Pani M. (Mosbacher) ma kilka wskazówek dla kobiet, które chcą odblokować ich „kobiecą siłę”), w roku 1980 kiedy w wieku 33 lat wychodziła za mąż za 67 letniego Barrie była „marketing executive” w  Faberge Inc.  Owej firmie z wyłudzoną za grosze od legendarnych jubilerów – nazwą.

Z panem Muirem rozwiodła się w 1977 r. W roku 1980 r. wyszła za mąż za pana Barrie i poczuła jak to jest być multimilionerową i latać prywatnym samolotem zwłaszcza na safari w Afryce.

A w roku 1981 doszło do separacji z panem Barrie a w 1982 do rozwodu. Jak utrzymuje pani Mosbacher z powodu skłonności pana Barrie do alkoholi oraz z powodu jednego uderzenia w twarz.
Z tym, że warto zwrócić uwagę, że pan Barrie był niższy  od pani Georgette o głowę i lżejszy o jakieś 15 kg.

W roku 1982 miała dopiero i już 35 lat. Trzeba było ruszyć na następne „polowanie na milionera”. Tym razem miała już przyjaciół w interesującej ją sferze i podpowiedziano jej, że akurat wolny jest pan Robert Mosbacher lat 55, szczęśliwie ożeniony  z pierwszą żoną, która zmarła w 1970 r. po 24 latach małżeństwa a po rozwodzie z drugą żoną w 1982, z rodziny  prominentnych Żydów niemieckich  ze Wschodniego Wybrzeża, którzy reprezentowali wielkie pieniądze a także wielkie wpływy polityczne na poziomie Białego Domu a konkretnie bliską znajomość z rodziną Bushów „po linii ropy naftowej i gazu”.

Do USA przypłynął pod koniec XIX w. dziadek Louis Mosbacher urodzony w 1867 w Eschau w Bawarii. A w 1896 r. urodził się w Nowym Jorku jego syn Emil Mosbacher Sr. , który został bardzo utalentowanym spekulantem giełdowym. Tak utalentowanym, że tuż przed krachem na giełdzie w 1929 r. wyprzedał się z akcji. Jak to mówią: sprzedał drogo a potem kupił tanio.

Emil Mosbacher gracz na giełdzie od początku celował towarzysko w najwyższe sfery amerykańskie, czego symbolem miała być przynależność do Knickerbocker Yacht Club, założony w 1874 r. Synów Emila juniora (ur. 1922) i Roberta (ur. 1927) posłał do najlepszych szkół jakie były dostępne dla dzieci ambitnych imigrantów w drugim pokoleniu. Konsekwentnie obaj synowie, również zapaleni żeglarze,  w czasie II WW zaciągnęli się ochotniczo do marynarki i służyli gdzieś na Pacyfiku.

Starszy syn Emil junior osiągał już w szkole niezwykłe sukcesy w żeglarstwie a w latach 50-tych zbierał wszystkie nagrody w lokalnych zawodach aby wylądować w zawodach America Cup, gdzie pojawiali się miliarderzy i prezydenci USA oraz piękne kobiety.
W efekcie Emil Junior, prywatnie zdolny przedsiębiorca został w 1969 r. Chief of Protocol of the United States przy prezydencie Nixonie.

Roberta ojciec Emil Sr. rzucił w ramach dywersyfikacji portfela kapitałowego na odcinek wydobycia ropy i gazu, z czego wynikło osiedlenie się  na stałe w Houston Teksas.  Pan Robert Mosbacher ożenił się przykładnie w 1946 r. z panną Jane Pennybacker z bardzo dobrego towarzystwa i przy tej okazji konwertował na prezbiterianizm.

Jako przykładny protestant, milioner i syn milionera oraz żeglarz i właściciel pól naftowych w Teksasie jak również weteran II WW na Pacyfiku pan Robert Mosbacher był niemal skazany na znajomość z Georgem Bushem seniorem. Trzykrotnie był odpowiedzialny za zbieranie funduszy na kampanie wyborcze Busha Seniora odpowiednio w roku 1970 w kampanii do Senatu oraz w roku 1980 i 1988 w kampaniach Busha na Prezydenta USA.

Bush odwdzięczył się Robertowi Mosbacherowi stanowiskiem Sekretarza ds. Handlu, na którym ten zasiadał   od 31 stycznia 1989 r. do 15 stycznia 1992 r.  Podobno jest autorem projektu układu NAFTA.

Pani Georgette doprowadziła pana Roberta Mosbachera do ołtarza czy raczej do sędziego w 1985 r. i dzięki temu została sekretarzową ds. handlu.  Było to apogeum jej kariery: spotykała prezydentów, premierów, wydawała przyjęcia i była zapraszana jako bardzo ważny gość na wiele bardzo prestiżowych imprez. I miała wstęp do Białego Domu głównym wejściem. Ale wyłącznie jako ŻONA SWOJEGO MĘŻA.

Zanim mąż objął stanowisko publiczne pani Georgette postanowiła sprawdzić się w biznesie i dokonała zakupu szwajcarskiej spółki La Prairie AG, produkującej od kilkudziesięciu lat najdroższe kosmetyki dla starzejących się desperatek z użyciem różnych tajemniczych składników, jak to  w Szwajcarii. Kosztowało to podobno 31 mln USD, co by wskazywało na zakup za pieniądze pana męża Mosbachera. Pani Georgette była szefem tej firmy około 3 lat i sprzedała ją do niemieckiej firmy Beiersdorrf AG (krem Nivea). Brak danych za ile.

Kiedy mąż odszedł ze stanowiska i powrócił do Houston pani Georgette była niepocieszona, bowiem życie w Nowym Jorku w apartmą w starych dekoracjach z kamerdynerem, kucharzem i pokojówkami było absolutnie fascynujące.

Pani Georgette popełniła wtedy drugi w swoim życiu fundamentalny błąd, którego nie popełniają tzw. zwykłe żony. Nie chciała starzeć się u boku męża w spokoju i luksusie „na prowincji” w Houston. Czarę goryczy przelała działalność literacko memuarystyczna naszej bohaterki, uwzględniająca w treści wątki związane z  poradnictwem matrymonialnym na bazie własnych doświadczeń.

 Jak wiadomo naprawdę wielkie pieniądze i wielka polityka potrzebują ciszy i wielkiej dyskrecji oraz unikania śmieszności. A pani Georgette napisała i wydała aż dwie książki wspomnieniowe, podobno bardzo szczere: w 1993 r. „Feminine Force: Release  The Power Within To Create The Life You Deserve” ( w luźnym tłumaczeniu: “Kobieca Siła: Uwolnij Moc aby wykreować życie, na jakie zasługujesz”) a w 1998 roku dzieło  „It Takes Money, Honey:  A Get-Smart Guide to Total Financial Freedom”.( To Daje Kasę Kochanie: Inteligentny Przewodnik do Totalnej Finansowej Wolności).

Drugie dzieło okazało się, jak wszystkie tego rodzaju „poradniki” sukcesem wydawniczym, ale słodycz sukcesu wydawniczego przykryła gorycz porażki małżeńskiej. Chociaż może nie do końca.
Pan Robert zażyczył sobie rozwodu, ale nie robił trudności.  Pani Georgette wyszła z tego małżeństwa z luksusowym apartamentem  w Nowym Jorku (jakieś 20 -30 mln USD),  domem  w Hamptons i chyba trzecim  na Florydzie. Oraz alimentami w wysokości 32 tysięcy USD miesięcznie. Zapewne aby utrzymać kamerdynera i pokojówki bo dzieci w związku nie było. No i najważniejsze: w umowie rozwodowej zachowała nazwisko Mosbacher.  Jak jej idolka Pamela Churchill.

Pani Georgette  oskarżała pana Mosbachera co prawda o „Inną Kobietę” ale oficjalnym powodem rozwodu było jakoby to, że „on mieszkał w Houston a ona nie chciała powrócić z Nowego Jorku  i Waszyngtonu”.

Aby pozostać w kręgu towarzyskim, który tak panią Georgette zachwycił, rzuciła się do kampanii politycznych Partii Republikańskiej.
A pan Robert Mosbacher ożenił się w 2000 roku z uroczą damą z wyższych sfer panią Michele „Micą” McChuchen, z którą pozostał do swojej śmierci w roku 2010.

Na co pani Georgette odpowiedziała zatrudnieniem się w charakterze szefowej firmy kosmetycznej Borghese Inc.
Było to dobre posunięcie, bowiem pan Robert Mosbacher zmarł był w 2010 r. i alimenta się skończyły. Plotka głosi, ze wcześniej zostały obcięte znacznie, bo pan Robert się wściekł, że pani Georgette zbierała fundusze na kampanię wyborczą McCaina, którego on nie znosił.

Biorąc wszystkie powyższe informacje pod uwagę, mam podejrzenie graniczące z pewnością,  iż  pani Mosbacher III dosłownie stanęła na głowie, aby pan prezydent Trump dał jej posadę ambasadora USA gdziekolwiek na świecie, albowiem pani Mosbacher IV czyli wdowa  po Robercie Mosbacherze  już od roku 2010  pełni funkcję  Honorowego Konsula Islandii. To  pani Michele „Mica” McCuchen Duncan Mosbacher blondynka młodsza o 6 lat.

Druga możliwość jest taka, że jest to skutek działań pani Georgette Mosbacher jako szefowej firmy kosmetycznej Borghese Inc.
Frima „Borghese Inc.” , założona została  w latach 50-tych XX w. przez małżonkę  księcia z jakiejś bocznej linii włoskiego rodu Borghese (Papież Paweł V i kilku kardynałów) księżnę Marcellę Borghese z domu Fazi, primo voto Maurizio,  pod światłym kierownictwem właściciela i szefa firmy Revlon pana Charlesa Haskella Revsona Żyda rodem z Litwy i działała w segmencie bogatych dam z towarzystwa ratujących resztki urody za duże pieniądze.

W roku 2010 r. szefowa firmy Georgette Mosbacher  skierowała przeciwko potomkom księżnej Marcelli, żyjącym w USA i prowadzącym na małą skalę jakiś kosmetyczny biznes internetowy – bardzo niezręczny pozew z żądaniem, aby rodzina Borghese zaprzestała w akcjach promocyjnych swoich produktów odwoływać się czy też zwyczajnie – przedstawiać historię swojej rodziny, bo ta jest zawarowana wyłącznie dla „marki Borghese” czyli dla szminek i innych pachnideł sprzedawanych przez Borghese Inc.

Sprawa zakończyła się umową pozasądową ale niesmak pozostał, bo książęta to książęta i długofalowy skutek marketingowy może być negatywny. I pani Georgette Mosbacher jakoś tak niedawno przestała być szefową firmy Borghese Inc.

Więc nie ma „to tamto” . Trzeba było szukać posady rządowej.  I niestety, padło na Polskę.  Taka jest moja osobista teoria spiskowa  w gorący czerwcowy wieczór.

Ponieważ  Polska i tak jest  „zarządzana bezpośrednio” z Waszyngtonu przez poważnych facetów o zimnych oczach i zimnych sercach, więc bez ryzyka większego nieszczęścia można było powierzyć tę posadę  damie z towarzystwa nowojorskiego, mającej doświadczenie głównie w sprzedaży kremów „z kawioru” i podobnych cudów. Oraz doświadczenie w zbieraniu funduszy na kampanie i wydawaniu dużych przyjęć.  No i doświadczenie w negocjacjach handlowych, jak dotąd głównie matrymonialnych i kosmetycznych.

Nie wydaje mi się, aby pani Mosbacher miała jakąś wiedzę na temat Polski, chociaż odwiedzała nas z Małżonkiem tuż przed „wielką jumą” kiedy był Sekretarzem ds. Handlu.  Ma zapewne długą na cztery metry ściągę, co ma mówić i czego żądać a czego unikać.

Natomiast niewątpliwie dama, która każe sobie TATUOWAĆ brewki w kolorze toffi i ma zupełnie: nowy nosek, nową bródkę, nowe czółko, nowe policzki , co czyni ją  siostrą bliźniaczą legendy Hollywood Ann- Margaret (grała z Elvisem w filmie „Viva Las Vegas”) w wieku lat 71, dostarczy nam wiele radości. Zwłaszcza kiedy będzie żądała od nas fantów w naturze „za Holocaust”.

My wtedy zapytamy  o sprawę praw do nazwy Faberge Inc. i o okoliczności zakupu  jajek Faberge przez Armanda Hammera obywatela USA.  Z ciekawości. Nie będziemy przecież pytać, dlaczego przywódca państwa –sojusznika Polski w czasie II WW – zaoferował 51% naszego terytorium innemu państwu w formie prezentu w Jałcie w 1945 r.   Wartość tego prezentu można szacować na parę bilionów złotych a może i dolarów.

https://www.nytimes.com/2013/06/16/business/borghese-v-borghese-battle-for-a-royal-name.html
https://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Mosbacher
https://web.archive.org/web/20040805183205/http://www.harpersbazaar.com/etoc/articles/2004/070104_3.html
https://books.google.pl/books?id=eCoEAAAAMBAJ&pg=PA164&dq=Dorothy+Bell+Paulsin&hl=en&sa=X&ei=MIqnVLb_CYS9yQTcwYKgAw&redir_esc=y#v=onepage&q=Dorothy%20Bell%20Paulsin&f=false
http://www.houstonpress.com/news/how-to-divorce-a-millionaire-6569355
https://alchetron.com/Georgette-Mosbacher
https://people.com/archive/eyes-on-the-prize-vol-40-no-16/
https://books.google.pl/books?id=WEjRKZ1nxSgC&pg=PA181&lpg=PA181&dq=robert+muir+georgette&source=bl&ots=CGddjuLOJy&sig=8ufexvrjEprH3wKBGvNh07qQT9o&hl=pl&sa=X&ved=0ahUKEwj6-KbFw7_bAhVJDSwKHfPjDLkQ6AEILzAB#v=onepage&q=robert%20muir%20georgette&f=false
https://www.telegraph.co.uk/news/obituaries/1413910/George-Barrie.html
http://articles.latimes.com/1993-09-22/news/vw-37834_1_georgette-mosbacher
https://www.nytimes.com/2010/01/25/business/25mosbacher.html"