wtorek, 30 sierpnia 2016

Biedniejsi niz rodzice

Biedniejsi niz rodzice

 McKinsey Global Institute zbadał jak ostatnio wygladaja realne dochody gospodarstw domowych w 25 najbardziej rozwiniętych gospodarkach swiata obejmujacych 560 mln osób.
http://www.mckinsey.com/global-themes/employment-and-growth/poorer-than-their-parents-a-new-perspective-on-income-inequality

"The real incomes of about two-thirds of households in 25 advanced economies were flat or fell between 2005 and 2014. Without action, this phenomenon could have corrosive economic and social consequences. "
Dochody ponad 2/3 ( 66-70% ) gospodarstw domowych w 25 najbogatszych krajach swiata stagnuja lub wrecz spadly w okresie 2005-2014. Taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy od zakonczenia II Wojny Swiatowej. W poprzedniej dekadzie 1993-2005 realnego wzrostu dochodow nie odnotowało tylko 2% gospodarstw domowych w tych krajach.  McKinsey uwaza ze to skutek kryzysu finansowego.

Ja uwazam ze to nie jest zaden kryzys tylko rezultat prowadzonej od ponad 40 lat oblednej polityki neoliberalizmu:
- ulgi podatkowe dla najbogatszych i generowane przez to luki budzetowe i zadluzenie panstw
- likwidacja przemyslu ( oraz dobrych miejsc pracy ) i przeniesienie go do Chin oraz zwiazana z tym polityka wolnego handlu
- korupcyjne przyzwolenie na gigantyczne oszustwa podatkowe ( "optymalizacja podatkowa" ) i raje podatkowe
- coraz wiecej i wiecej ze swiatowego tortu zasobow i produkcji wykrawaja sobie Chiny
- malejacy udzial plac w PKB przechwycony przez pasozytniczy "przemysl finansowy" oraz zachamowanie wzrostu plac
- oglupianie spoleczenstw propaganda przez media
- starzenie sie spoleczenstwa i zanik rzeczywistej  innowacyjnosci na ktorej zachod bezwzglednie  budowal  swoja przewage od 500 lat 
- kryzys demograficzny jako prosty rezultat dzialania systemu ubezpieczen spolecznych gwarantujacego takie same emerytury takze bezdzietnym
- kryzys demograficzny jako rezultat pauperyzacji spoleczenstwa ktore nie chce aby ich dzieci byly biedne i nie podejmuje prokreacji
- pojawianie sie coraz wiekszej ilosci miejsc niby-pracy
- dezaktywizacja pracujacych i upowszechnienie biernosci i oczekiwan co do pomocy spolecznej nie zwiazanej z praca
- import ludnosci obcej kulturowo, ktora jest tylko konsumentem dochodu narodowego i generuje potezne koszty a przy tym rozbija spojnosc spoleczenstwa
Najlepsza sytuacja jest w Szwecji, USA i Francji. Najgorsza jest we Włoszech, Holandii i Wielkiej Brytanii.
PKB rosnie ( czy oby napewno ? ) a zyje sie coraz gorzej.

Zyjemy obecnie w epoce interregnum. Okopany na swoich pozycjach hegemon broni swojej uprzywilejowanej pozycji w kazdy sposob. Takze siejac chaos, smiec i cierpienie. W grupie osob trzezwych nie ma juz chyba nikogo kto wierzy w dobre intencje USA, ktora zaprowadzaly demokracje, przynoszac setkom milionow ludzi nedze i smierc.

Archiwum - SENSORY 25

Archiwum - SENSORY 25

 Przeplywomierze ultradzwiekowe
wykorzystuja efekt Dopplera lub efekt zmiany czasu propagacji miedzy nadajnikiem i odbiornikiem fali ultradzwiekowej w medium, w zaleznosci od szybkosci jego przeplywu. Moga pracowac na rurociagach o srednicy do 200 cm.
Typowy zintegrowany przeplywomierz ultradzwiekowy ma ksztalt wydluzonego prostopadloscianu ktory wprost montuje sie na rurociagu co jest ogromna zaleta. Miejsca gdzie przylegaja piezoelektryczne nadajniki - odbiorniki ultradzwiekowe musza byc oczyszczone. Nieinwazyjny sposob montazu jest ogromna zaleta oszczedzajaca czas i koszty.  Sa one takze dosc trwale. Pomiar w ogole nie zakloca przeplywu.
Przeplywomierz mierzacy roznice czasow propagacji fali ultradzwiekowej pracuje impulsowo. Sensory sa uzywane naprzemiennie i mierzona jest roznica czasow przejscia fali ultradzwiekowej przez plynace rurociagiem medium. Sensory sa kierunkowe o kacie stozka emsji - odbioru około 5 stopni. Przy braku przepływu medium czasy przejscia fali w obu kierunkach sa oczywiscie  jednakowe. Gdy fala rozchodzi sie przeciwnie do kierunku płynacej cieczy, predkosc propagacji jest mniejsza niz w kierunku zgodnym z ruchem cieczy. Z tego wynikają mierzone różnice czasów propagacji i predkosc przeplywu medium V  wynosi, V = ( t1 - t2 ) / ( t1t2 ) / ( 2 cos Fi) , gdzie Fi to kat miedzy odcinkiem laczacym sensory a linia rurociagu.

Paczka nadawcza typowo zawiera 8-16 pelnych sinusoid o czestotliwosci 0.5-10Mhz a typowo 1-2Mhz. Im wieksza srednica rurociagu tym z reguly  mniejsza czestotliwosc fali ultradzwiekowej Oczywiscie im wieksza jest dobroc sensora piezoelektrycznego tym dluzsza musi byc paczka impulsow wzbudzajacych nadajnik. Mierzone roznice czasow propagacji sa niewielkie. Mozna je mierzyc szybko taktowanymi licznikami albo stosowac analogowe interpolatory czasu jak chocby podwojny noniusz elektroniczny tam gdzie wymagania sa wysokie.    

Effect Dopplera zostal odkryty w 1842 przez austriackiego fizyka Christiana Dopplera, ktory zauwazyl roznice tonow ( czyli czestotliwosci ) gwizdka parowozu w zaleznosci od tego czy parowoz sie zblizal czy oddalal od obserwatora. Sensor nadawczy i odbiorczy sa umieszczone blisko siebie. Odbiornik odbiera fale odbita od przeciwleglej scianki rurociagu lub przez zanieczyszczenia ( takze pecherzyki ) plynace razem z medium. Ten rodzaj przeplywomierza nadaje sie do brudnych mediow. 
Przeplywomierz dopplerowski pracuje z fala ciagla. Sygnal z sensora odbiornika miesza sie z czestotliwoscia nadajnika otrzymujac sygnal o malej czestotliwosci proporcjonalnej do szybkosci przeplywu medium. Sygnal ten dopiero trzeba poddac dalszej obrobce.

Przeplymomierz ultradzwiekowy tak jak kazdy inny sensor uzyty w systemie automatyki powiniem miec standardowy interfejs. Moze miec takze wyjscie impulsowe, gdzie impuls odpowiada okreslonej ilosci medium.

Pierre Curie odkryl zjawisko piezoelektryczne w 1880 roku. Po tym jak w latach piecdziesiatych  szeroko zaczeto stosowac piezoelektryczne wkladki gramofonowe nastapila ogromna popularyzacja sensorow. Sensory piezoelektryczne uzywane sa do pomiaru cisnienia, przyspieszenia, naprezenia , sily i temperatury. Sa osobnym rozwijajacym sie tematem. Niezastapione w elektronice sa rezonatory kwarcowe i filtry piezoelektryczne dla radiowych  torow FM i AM  i z fala powierzchniowa SAW dla odbiornikow telewizyjnych
Zasade dzialania systemu podwojnego noniusza elektronicznego objasniono przy pomiarze odleglosci.

sobota, 27 sierpnia 2016

Od szmalcownika do kamienicznika

Od szmalcownika do kamienicznika

Zdecydowana wiekszosc budynkow wybudowana w okresie miedzywojennym w Warszawie posiadala hipoteki czesto o wartosciach wiekszych niz objete nimi budynki.

Warszawa ucierpiala podczas wojny obronnej 1939 roku a nastepnie podczas jej niszczenia przez niemcow po powstaniu warszawskim. Budynki trafione bomba lotnicza lub pociskiem artyleryjskim duzego kalibru nawet jesli nie runa w calosci to trzeba je pozniej wyburzyc. Fala uderzeniowa wybuchu uszkadza sciany sasiednich domow podobnie jak czasem  wstrzas wywolany walacym sie budynkiem na malo stabilnym gruncie.

Caly narod obudowywal swoja stolice. Na Dolnym Slasku burzono cale budynki aby pozyskac cegle dla Warszawy. Mnostwo pociagow z materialami budowlanymi odprawiono ze zrujnowanego nalotami Szczecina.

Po wojnie trzeba bylo zapanowac nad chaosem i przystapic do odbudowy miast.
Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m. st. Warszawy wydano w dniu 26 października 1945 roku przez Krajową Radę Narodową , której prezydentem był Bolesław Bierut.
Dekret nie dotyczył budynków a tylko gruntow . Budynki znajdujące się na przejetych gruntach miały pozostać własnością dotychczasowych właścicieli. Czesto jednak  bezprawnie zabierano właścicielom budynki lub poddawano je obowiązkowi kwaterunku.

W czasie niemieckiej okupacji Polski szmalcownicy wymuszali potezny okup na ukrywających się Żydach, Za okup obiecywali nie doniesc okupantowi.
Francuzi po wyzwoleniu szybko i brutalnie rozprawili sie z kolaborantami. Pozniej chec do rozliczen im ustala.  Szmalcownikom obcinali głowy na gilotynie.  Uwazano ze wyzbyli sie on swojego czlowieczenstwa. Szmalcownikowi nie dawano przed egzekucja lyka aloholu ani papierosa. Nie wolano ksiedza. Grzebano ich hurtem.
Nieruchomościowy biznes Mossakowskich zaczal sie w nocy okupacji 1942 roku. Kilka dni przed akcją likwidacji getta Zyd pojawia się u notariusza.  Nie mial dokumentow, ale dwóch "świadków" potwierdza jego tozsamosc. Udziela pełnomocnictwa do zarządzania majątkiem, w tym kamienica przy Jaracza na Powiślu, również po jego śmierci, babce Marka Mossakowskiego.
Zyd tak sobie opuszcza getto na parę dni przed likwidacją i idzie do notariusza zadysponować swoim majątkiem. Bez dokumentów, ale z dwoma "świadkami".
W  1945 roku  cały udział babka sprzedaje w imieniu właściciela swojemu synowi Zygmuntowi, czyli ojcu Marka Mossakowsiego. Oświadcza u notariusza, że właściciel nie żyje, ale dostał pieniądze za majatek.
Wyjasnilo sie skąd antykwariusz z PRL mia nagle w III RP milion złotych na zakupy od prezydenta Piskorskiego. Kapitał założycielski szmalcownika to kamienica wyciągnięta od obywatela spalonego w Treblince !

Najbardziej ochydna rzecza jako zrobili sowieci rzadzacy poczatkowo PRL-em to przejecie agentury Gestapo jako swojej. Ta agentura to takze szmalcownicy. Zamiast zawisnac na stryczku agenture promowano, szczegolnie w tak zwanym wymiarze sprawiedliwosci, ktory byl gnojowiskiem.

Zabrane grunty powinny byc dawno oddane wlascicielom lub rozsadnie splacone spadkobiercom.
Nalezalo uregulowac sprawe zabranych kamienic w takim stanie w jakim byly one po wojnie, oczywiscie przed odbudowa albo zbudowaniu na nowo.

TW Alek czyli "magister", "filipinczyk" " i "golen" czyli sliski prezydent  Kwasniewski, zdecydował nie podpisac ustawy reprywatyzacyjnej i zostawic sprawy w rekach sądów. A sądy, wiadomo sa skorumpowane jak diabli. Pytany o to w telewizji kłamał i wił sie jak piskorz.

Dokumenty falszowali takze notariusze i adwokaci. Sady ( czesc sedziow to progenitura szmalcownikow )  za lapowke prostytuowaly sie.

Skad oszust Mossakowski i inni wiedzili, ktore kamienice maja nieuregulowana kwestie wlascicielska ? Otoz sprzedal mu je i innym  byly prezydent Warszawy Piskorki.

Dlaczego Gazeta Wyborcza pisze o tysiacach oszustw dokonanych w sprawie  wyludzania kamienic i gruntow w Warszawie.
1. Mossakowscy to szmalcownicy.  Na razie o tym glosno sie nie mowi. Polacy , katolicy. Cos bezgranicznie wstretnego i obrzydliwego. Insekty, robactwo a nie ludzie.
2. Duza czesc wyludzonych kamienic nalezala do Zydow, ktorzy wyjechali do panstw z ktorymi Polska nie podpisala omów idemnizacyjnych.  Przemysl Holocaustu dostanie strumien wody na swoj mlyn. Polacy rozkradli mienie Zydow !  To cale ich panstwo z lapowkarskimi sadami to kupa gowna. Maja Zydom zaplacic 65 mld dolarow za ukradzione mienie i nie otwierac oblesnej mordy.

Mecz Herrenvolk z mniej wartosciowa rasa tubylcza

Mecz Herrenvolk z mniej wartosciowa  rasa tubylcza

 Do mediow wyciekla kompromitujaca i oskarzycielska korespondencja Emailowa szajki politykow - przestepcow, udajacych sedziow Trybunalu Konstytucyjnego.
Podniosło sie wycie mediow Ubekistanu ze to godzenie w podstawy państwa prawa, dzialania kryminalne, naruszenie tajemnicy sluzbowej  i panstwowej , naruszenie tajemnicy prywatnej (!) korespondencji.
Dlaczego prokuratura siepacza Ziobry pozwala na takie zbrodnie godzace w swietosc ajatollacha Rzeplinskiego i Nadludzi trybunalu.

Te same media Ubekistanu  przez ostatnie pol roku delektowaly sie starannie dawkowanym przeciekiem z komisji weneckiej i komisji europejskiej na temat tego jak negatywnie oceniaja zachowanie rządu wobec konieczności publikacji orzeczeń TK.
Pierwszy publikowal umilowany przez sprzedawczykow Organ Michnika niczym kiedys moskiewska "Prawda" i funkcjonariusze medialni wiedzieli juz co maja myslec. W slad za gadzinka przeciekiem delektowaly sie stacje telewizyjne TVN zalozone przez WSI na pieniadze FOZZ, Polsat posiadany przez posiadacza kilku ksyw agenturalnych SB, niemieckie polskojezyczne portale Onet.pl, WP.pl, Interia.pl, RadioZet, RMF, Polityka, Newsweek no i oczywiscie lokalne w 90% niemieckie gadzinowki. „Państwo polskie zdało egzamin” na 6 albo nawet na siodemke. Przynajmniej w opini osoby z "deficytami intelektualnymi"

Gdy wyciekly podsluchy ktore pograzyly platformerski rzad i sama Partie Oszustow to Tusk oswiadczył, że "pisane były cyrylicą".  TW Oskar  zwracając się do Sejmu o wotum zaufania podjął próbę przejęcia inicjatywy w kryzysie wywołanym aferą podsłuchową. Wskazał przy tym przywódców spisku mającego obalić jego rząd. I nie są nim żadni kelnerzy bowiem skrypt byl napisany cyrylica.

Matka Rosjanka , ojciec prawnik.
Rasa panów, nadludzie, Herrenvolk nigdy sie nie myla i nie popelniaja przestepstw.
Z 8619 skarg ( ogromna wiekszosc to faktycznie  Zawiadomienia o przestepstwie ) na działalność „sądów” przesłanych do Krajowej Rady Sądownictwa w okresie 2005-2010, za słuszną nie uznano ani jednej. Byly tylko bezzasadne i calkowicie bezzasadne i pelne insynuacji. Wynik meczu 8619 : 0.
Jazda Nadczlowieka po pijanemu a nawet proba przejechania policjanta czy potracenie pieszego na pasach to nic zlego. Kradziez w sklepie to drobiazg niewarty uwagi. Lapowka 24 tysiace to nic. 
W 2012 roku prokurator generalny a raczej ukladowy błazen,  Andrzej Seremet podał, że w Polsce skazuje się 98,25% oskarżonych o cokolwiek przez Herrenvolk tubylcow. Prokuratura kierowała do sądów akty oskarżenia i przegrała tylko 1,75% spraw. I duren Seremet uznal ze 1.75% to za duzo. Pewnie byłby zadowolony ze 120%. Powinien sie nazywac Wyszynski i dzialac w stalinowskim ZSRR.
W okresie 2001-2010 na kilkadziesiat tysiecy skarg na prokuratorow, ich koledzy zgodę na sciganie karne wydali 5 razy !

W walsiawce skutkiem kryminalnej reprywatyzacji zostalo pokrzywdzonym około 40 tysiecy Polakow. ABW, CBA, CBS, Policja, prokuratura i urzedy skarbowe mialy surowo przykazane zeby sprawa sie nie interesowac i wszystko Nadludzie mieli umarzac w podskokach.  Pytam sie czemu media Ubekistanu nie wyly dzien i noc o przekrecie stulecia i nie walily w Tam-Tamy.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Ubekistan. Bija dzieci i wyludzaja kase

Ubekistan. Bija dzieci i wyludzaja kase

Szczecin 2003. 69 listow do pokrzywdzonych.

Szanowni Panstwo

Na poczatku 1999 roku otrzymalismy jako pokrzywdzeni kradzieza z wlamaniem obszerne Postanowienie sadu rejonowego oznaczone  RVIII Npw 345/98. W pismie wymieniajacym 69 pokrzywdzonych i przestepstwa kradziezy z wlamaniem  jestesmy na pozycji 18.
Sprawca 69 kradziezy z wlamaniem, nieletni w dacie czynow Pawel S. w pismie sadu okreslony jest jako uposledzony w stopniu lekkim co dawniej nazywano debilizmem. Nazwa ta jest niestosowana z uwagi na negatywne znaczenie w języku potocznym.  Poziom intelektualny usposledzonych osób dorosłych jest charakterystyczny dla 11 roku życia a nieletnich jest taki jak dzieci.

W 2000  roku rozmawialem z kilkoma pokrzywdzonymi z pisma i nikt zadnych skradzionych przedmiotow nie odzyskal. Uslyszalem opinie ze cala ta checa to oszustwo - nie ma paserow, nie ma przedmiotow a jest debil  jako sprytny super wlamywacz - hurtownik.

Rzekomemu sprawcy kradziezy Pawlowi S, wytoczylem cywilna sprawe sadowa o odszkodowanie za skradziony nowy rower gorski. Pawel S. przed sadem zeznal ze niczego nie ukradl a  Pawel S2. (drugi Pawel S.), byl katowany przez Policje i opowiadal rozne brednie.
Przed sadem Pawel S. zachowywal sie jak dziecko. Wnioslem o przesluchanie go z udzialem psychologa  lub psychiatry uwazajac ze albo jest opozniony i sprawe trzeba umorzyc bowiem z mojej strony byloby niemoralne przesladowanie dziecka  albo Pawel S. robi sobie z sadu zarty w dodatku pomawiajac policjantow  V KP Szczecin Dabie o zbrodnie. Sad odebral mi glos.

Sad zobowiazal mnie aby zapoznal sie ze sprowadzonymi  aktami sprawy karnej o sygnaturze IVK748/98 i wskazal dowody. Ale tam nie ma zadnych dowodow. Wiec pozostalo przesluchanie Pawla S2.

Pawel S2. byl sadzony i skazany za zabojstwo ! Z tego wzgledu sad zrezygnowal z bezposredniego przesluchania swiadka Pawla S2, ktory w drodze odezwy zostal przesluchany w Zakladzie Karnym w Potulicach. Tam zeznal ze  byl z Pawlem S.  tylko na jednym wlamaniu przy ul Marmurowej. Zeznal ze byl przesluchiwany przez policje w Dabiu i zmyslal. Z protokolu zeznania mozna wnosic ze tez jest uposledzony.
Wpierw sie przyznal a pozniej zaprzeczyl ze zabil ciotke.

Takie sa "dowody" w sprawie 68 kradziezy z wlamaniem. Nie ma niczego. Policja statystycznie wykryla 68 kradziezy z wlamaniem. Premie, nagrody, awanse.

 Uprzejmie prosze o poinformowanie mnie czy otrzymaliscie Panstwo zwrot ukradzionych Wam podczas wlaman przedmiotow  o ktorych mowa w pismie sadowym.
Bylismy ofiarami kilku kradziezy z wlamaniem i nigdy Policja niczego nie wykryla.
Prosze o informacje czy Panstwo cos kiedykolwiek odzyskaliscie. Z gory dziekuje

Z powazaniem
Jerzy Matusiak
Adres, telefon




Rozmowa telefoniczna - 6 rozmow w tym stylu
- Czy pan Matusiak
- Tak, Dzien dobry
- Imie nazwisko, przyslal mi pan list o tych kradiezach
- Tak. Jak u Pana bylo
- Tak samo jak u Pana. Ide do piwnicy po rower a tam pusto
- Odzyskal pan cos.
- Panie, co pan. Rower to 600 zł ale ide do nowego samochodu a tam wyrwane radio, komputer albo nie ma tablic. Po miesiacu przysylaja ze nic nie znalezli i gites
- Ja  tez mam takie kwity
- Ta policja w Dabiu to nieroby, pijacy i oszusci. Jedyne co potrafia to bic i klamac
- Kto ich chroni ?
- Wszedzie w Polsce robia cuda z papierami ale tutaj to horror
- Ja napisalem skarge do Komedy Wojewodzkiej. Odpisal mi ten Naruszkiewicz ze wszystko jest w porzadku a z tym zlodziejem debilem S, to policjant wykazal inwencje i wykryl wszystkie wlamania.  Zadzwonilem do tego Naruszkiewicza i pytam go co to jest ta inwencja. A on mi ze troche przycisneli podejrzanego i sie przyznali. Dupa nie szklanka. hihi To jest normalny bandytyzm.
- Chroni to prokuratura. Wielu ludzi pisalo skargi.  Zadzwonilem tam zapytac co moge odebrac i co to za cyrk z debilem wlamywaczem a prokurator zaczela mi wygrazac ze jak ja pojde do prasy albo telewizji to ona mi pokaze. Ona mnie nauczy rozumu. Ja poszedlem do Kuriera a tam redaktorek ze oni wiedza ze tak jest ale  nie chca zadzierac z policja
- Pamieta pan nazwisko tego prokuratora.
- Malkowska sie nazywala
- Ja rozmawialem z  Lorencem z prokuratury. Tez mi zaczal wygrazac. Co za dzicz.
-  Slaboscia Polakow jest to ze nie umiemy sie organizowac. Podziwiam Pana za odwage. Ktos z tych 70 osob gdzie pan wyslal list to policjant i leci im piana z pyska, maja wscieklizne ze ktos im  pokazal ze sa oszustami. Prosze uwazac na siebie.
- Fajnie ze to sad w tym pismie podal adresy i nazwiska i mozna sie bylo skontaktowac. Ludzie sie boja. Tylko kilka listow dostalem w odpowiedzi  
- I jak u innych ?
- To samo co u pana
- Mozemy sie zrzucic na adwokata ale warszawka z powrotem odsyla wszystkie zawiadomienia. Prawdziwi zlodzieje i badyci sa w warszawie
- Kilka osob to za malo. Chociaz ze 20-30 zeby bylo pokrzywdzonych.
- Ja mam nadzieje ze z ubekami sie kiedys policzymy jak nalezy. Bo na takich skurwysynow co bija dziecko - debila i kaza mu sie przyznawac do wszystkiego jak leci to jest tylko olow.  Milo sie rozmawialo.
- Pozdrawiam

środa, 24 sierpnia 2016

Budownictwo 3

Budownictwo  3

 Najwazniejszymi czynnikami wyznaczajacymi skale budownictwa mieszkaniowego sa:
- Kataklizmy historyczne. Skutkiem II Wojny Swiatowej Polska lezala w gruzach. Takze po wojnie wdrozono w europie zachodniej programy odbudowy i rozbudowy w wielkiej skali 
- Demografia. Oczywiscie rozrastajace sie spoleczenstwo potrzebuje wiecej mieszkan. "Bez gniazd nie ma pisklat" Z kolei w starzejacych sie spoleczenstwach gdzie mlodzi bardzo dlugo siedza pod skrzydlami rodzicow, nowe  mieszkania sa zbedne. Wiecej potrzeba tez mieszkan gdy stare panny i starzy kawalerowie nazywani dowcipnie singlami chca prowadzic niezalezne gospodarstwa domowe
- Bogactwo i aspiracje cywilizacyjne mieszkancow krajow

Budowane mieszkania sa bardzo rozne co do powierzchni, funkcjonalnosci i wyposazenia. Miara wysilku w  zaspokajania potrzeb mieszkaniowych spoleczenstwa jest zarowno ilosc oddawanych mieszkan oraz izb i sumaryczna wybudowana powierzchnia. 
Statystyka jedynie powierzchownie dotyka tematu jakosci i funkcjonalnosci. Trudno jest uznac za tyle samo warty metr kwadratowy powierzchni zagrzybionej i rozlatujacej sie rudery jak i pieknego, funkcjonalnego mieszkania  

W Europie w niektorych krajach popularny jest wynajem mieszkan.  Aby poprawnie funkcjonowal masowy wynajem mieszkan potrzebne jest nieskorumpowane panstwo, dobre regulacje i kulturalne, dojrzale spoleczenstwo.
Interesy wlasciciela i wynajmujacego musza byc rozsadnie wywazone i chronione.  Tam gdzie nie funkcjonuje panstwo nie funkcjonuje tez cywilizowany rynek najmu mieszkan.
Wykres [ za forsal.pl  ] pokazuje  odsetek nieruchomosci zamieszkalych przez wlascicieli.
W krajach UE ponad 70% mieszkańców posiada własny dom lub mieszkanie a w Polsce 83%.
W Szwajcari 56% osób wynajmowało mieszkania. W UE wynajem jest najpowszechniejszy w Niemczech i Austrii, gdzie to rozwiazanie wybrało ponad 40% mieszkańców.

Zwrocmy uwage ze kwota placona za oficjalny wynajem mieszkania  jest wliczana do PKB podczas gdy osoby mieszkajace we wlasnym mieszkaniu nie tworza PKB. Sytuacje ta zauwazono w USA i podpompowano PKB wliczajac "implikowana" kwote za jaka moznaby mieszkanie wynajmowac !
Tam wiec mieszkajacy we wlasnym mieszkaniu jakby wynajmuja mieszkanie i tworza PKB.
W Polsce do PKB doliczono juz szara i czarna strefe. Pora doliczyc fikcyjny wynajem mieszkania

piątek, 19 sierpnia 2016

Witold Modzelewski: Interesy kilku bankow wciaz są wazniejsze od interesow setek tysiecy obywateli

Witold Modzelewski: Interesy kilku bankow wciaz są wazniejsze od interesow setek tysiecy obywateli

http://www.polskatimes.pl/magazyny/magazyn-polski/a/witold-modzelewski-interesy-kilku-bankow-wciaz-sa-wazniejsze-od-interesow-setek-tysiecy-obywateli,10519602/

"Witold Modzelewski: Interesy kilku banków wciąż są ważniejsze od interesów setek tysięcy obywateli
Projekt ten nie tylko nie zadowala frankowiczów, ale przede wszystkim nie rozwiązuje problemu. W państwie, które jest rządzone w sposób racjonalny, interes obywatela jest interesem nadrzędnym - mówi prof. Witold Modzelewski Jest Pan zadowolony z projektu ustawy pomocowej dla frankowiczów? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Sądzę, że większość uważa, że problem odwalutowania kredytów jako takich jest problemem ważnym, i że te kredyty należy odwalutować. Projekt, który tego nie realizuje, nie spotka się z jakąkolwiek pozytywną oceną. Rozwiązuje on jeden z problemów, choć nie chcę powiedzieć, że jest nieważny. Spready. To nawet nie żadne spready, bo nie było sprzedaży walut. Czyli cała operacja była „sprzedażą” zapisów księgowych, w dodatku z zyskiem. Są to więc ważne problemy: należy obywatelom zwrócić nienależnie pobrane marże, których banki nigdy nie miały prawa pobrać z tytułu sprzedaży walut, bo niczego takiego nie sprzedawały. Ale to nie rozwiązuje zasadniczej wady tych kredytów. Frankowicze oczekiwali więcej, ale czy było to możliwe? Może mimo wszystko interesy banków okazały się ważniejsze? To, że interesy banków okazują się wciąż ważniejsze, to świetnie wiemy i to jest właśnie chorobą obecnej sytuacji. Jeśli interes w sumie kilku banków jest ważniejszy od interesu obywateli - kilkuset tysięcy kredytobiorców, a łącznie z rodzinami są to prawie dwa miliony ludzi - to znaczy, że źle się dzieje w naszym kraju. W ten sposób nasz ustrój jest demokracją fasadową. Trzeba pamiętać, że politycy zadeklarowali tu określone zobowiązania. Gdyby ich nie przyjęli, nie można by mieć nawet śladowych pretensji: nie chcą tego robić - trudno. Ale politycy przyjęli zobowiązania, oświadczając, że rozwiążą ten problem. Jeżeli banki są tak silne, że potrafią przekonać polityków do swoich partykularnych interesów wbrew ich zobowiązaniom, to im wyjątkowo szkodzą. Zaszkodziło to nie tylko konkretnym grupom ludzi, ale również demokracji w Polsce. Słynne stały się żarty: „Po co mamy wybierać polityków, wybierzmy przedstawiciela banków, bo i tak one faktycznie rządzą”. Zgódźmy się, to są prawdziwe słowa i niekoniecznie pochodzące od frankowiczów. To, że banki mają tak ogromne wpływy, jest właśnie chorobą ustroju naszego kraju. Pana słowa jeżą włos na głowie. Ale dlaczego, jak Pan myśli, politycy podporządkowują się bankom i ich interesom? Mogę tylko powiedzieć, jak to diagnozuję. Od samego początku istnienia naszej nowej państwowości w obecnej wersji - od 25 lat - nasze władze działały wyłącznie w interesie banków. Nie znajdzie pani ustawy, która by regulowała jakikolwiek problem banków wbrew ich interesom. Czyli przez te 25 lat zostały one zdemoralizowane słabością i uległością naszego państwa. Pamiętam w 1993 r., jak banki lobbowały za tym, aby od rezerw tworzonych z tytułu zagrożonych kredytów nie było podatku dochodowego. To szczegół, ale diabeł tkwi w szczegółach. Proszę zauważyć, jak to było dawno, a lobbing był tak silny, aby nie pobierano podatku dochodowego od tych rezerw. A zatem ktoś źle prowadzi interesy, źle pożycza pieniądze, a jego straty z tego tytułu mają nie podlegać opodatkowaniu. Banki chciały to sobie wywalczyć i częściowo zresztą wywalczyły. Jako wiceminister finansów sprzeciwiałem się wtedy temu i przynajmniej częściowo nie udało im się przeforsować tego rozwiązania. Banki jednak mają zbyt duże wpływy w systemie politycznym naszego kraju, i to od lat. To nie jest żadną tajemnicą, to jest fakt. Niedawno poprzedni prezes banku centralnego powiedział: „Banki rządzą” - nie mam co do tego żadnych złudzeń. Nie tylko zresztą w naszym kraju, jeśli kogoś to pociesza. Najważniejsze więc jest, by ta grupa interesów przestała mieć tak wielkie wpływy, bo żadna inna grupa biznesu nie ma aż tak silnej pozycji. Ta asymetria jest groźna dla polskiej demokracji. Z zainteresowaniem obserwuję te wszystkie nasze, polskie spory o demokrację i zastanawiam się, o którą demokrację się kłócimy? O tę, którą mamy, tę fasadową? Przepraszam, ale sądzę, że ludzie, którzy walczą w obronie demokracji, nie zawsze wiedzą, że walczą w obronie czegoś, co politolodzy nazywają oligarchiczną demokracją lub oligarchią demokratyczną, co zresztą nie to samo znaczy, z bankami w roli głównej.
Prezes Związku Banków Polskich, z którym niedawno rozmawiałam, tłumaczył, że przecież banki służą rozwojowi polskiej gospodarki, że to system naczyń połączonych, krwiobieg, w którym musi być równowaga, że nierozsądne działania mogą ten system zachwiać i gospodarka się zawali. Pan z kolei mówi, że gospodarka wali się wtedy, kiedy ludzie, zamiast wydawać swoje pieniądze na potrzebne im rzeczy, płacą bankom haracze. To jak to jest? Ręce opadają, jeżeli słyszymy tego rodzaju ogólniki: bo jaka jest ich wartość? Mówimy przecież o problemie kilku banków, które udzieliły bezspornie wadliwych kredytów, co znalazło się nawet w uzasadnieniu do projektu ustawy opracowanego przez Kancelarię Prezydenta. Wadliwych nie tylko w sensie ekonomicznym, ale też prawnym, o moralnym już nie mówię. Wadliwych w sensie konstrukcyjnym, co przyniosło również negatywne skutki. Ocena jest jednoznaczna - jest to zło, które trzeba wyeliminować. Czy argumenty, które przed chwilą pani zacytowała, dotyczą tego problemu? Nie. Niech banki prowadzą swoje interesy, niech zajmują się tradycyjną bankowością. Czyli przyjmowaniem depozytów i udzielaniem kredytów. Ale takich kredytów, w których wielkość kapitału jest taka sama w momencie jego udzielenia i spłaty. To znaczy tyle musisz zwrócić, ile ci pożyczono, plus odsetki i prowizja. Ale kapitał nie ulega zmianie. Gdyby banki postępowały w ten sposób, tego sporu, o którym mówimy, nie byłoby. Jak się domyślam, za narracją przytaczaną przez panią skrywa się szantaż: „Możemy robić, co chcemy, nie wolno politykom wystąpić przeciwko naszym interesom, bo jeżeli zostaną one naruszone, to system bankowy się zawali”. Mogę tylko pogratulować autorowi tej tezy najgorszej recenzji polskiego systemu bankowego. Bo to oznacza, że problem kilkuset tysięcy kredytobiorców decyduje o tym, czy może on przetrwać, czy też nie. Czy on jest w aż tak złym stanie, że wszystkie jego korzyści wynikają tylko z kredytów frankowych? Zgódźmy się, że trudno to traktować jako poważną debatę na ten temat. Dziwi mnie, bo przecież jest Pan jednym z tych, którzy pracowali nad projektem tej ustawy. Przedstawiliście kilka wersji, miała to być operacja zaplanowana na wiele lat, dlaczego więc stało się tak, że do Sejmu poszedł projekt z taką wersją, która tych frankowiczów nie zadowala, i Pana nie zadowala? Sądzę, że projekt ten nie tylko nie zadowala frankowiczów, ale przede wszystkim nie rozwiązuje problemu. W państwie, które jest rządzone w sposób racjonalny, interes obywatela jest interesem nadrzędnym. Czyli demokracja polega na tym, że interes obywatela ma pierwszeństwo w stosunku do interesów partykularnych. Jedynym ograniczeniem jest tu interes publiczny. Taka jest aksjologiczna hierarchia demokratycznego państwa rządzonego w sposób racjonalny. Tu nie chodzi więc tylko o „zadowolenie” tej grupy obywateli, choć jej interesy są bardzo ważne. Idzie o to, że nierozwiązywanie tego problemu w jakimś sensie podważa w ogóle wizerunek demokracji w naszym kraju. Pani pyta, jak to się mogło stać. Prawdopodobnie - bo przecież kuluarów nie znam - właśnie dlatego mogło się tak stać, bo banki mają zbyt wielkie wpływy i potrafią szantażować opinię publiczną, i szantażować polityków. I ten szantaż okazuje się skuteczny. A o tym, że dane, którymi się posługują, są nierzetelne, niech świadczy to, co ustalono w związku z tym projektem. Mianowicie: banki przez rok mają same zrestrukturyzować te kredyty i można je zmusić do tego za pomocą określonych zabiegów bilansowych. Jeżeli więc można to zrobić w ciągu roku, to cóż warte są wszystkie kwoty „strat”, którymi szantażowano opinię publiczną i polityków, a które ma pociągnąć jakoby ta restrukturyzacja? Przecież cel tych działań jest ten sam - tylko jego osiągnięcie ma nastąpić nie za pomocą zapisów ustawowych, lecz instrumentami nadzoru nad instytucjami finansowymi. A zatem jest to problem dużo prościej rozwiązywalny, niż przedstawiano to opinii publicznej. Bo mówiono, że jest on niemożliwy do rozwiązania. Tymczasem okazuje się, że można to zrobić w ciągu roku. To jest takie proste? Jestem sceptykiem co do tezy, że ktoś jest w stanie zmusić banki do tego, aby restrukturyzowały te kredyty w ciągu jednego roku. Ale nikt nie zakwestionował stwierdzenia, że w ciągu roku za pomocą instrumentów nadzoru można banki zmusić do tej restrukturyzacji. A jeśli banki tego nie zrobią, to wrócimy do sposobu ustawowego. Ale to stwierdzenie dezawuuje przecież wszystkie katastroficzne wizje, którymi szantażowano opinię publiczną, o czym pani wspomniała, mówiąc, że zagrozi to „krwiobiegowi gospodarki”. I co się okazuje? Jeżeli problem można rozwiązać w ciągu roku za pomocą instrumentów nadzoru, to nie może on powodować tych strat, o których mówiono, bo gdyby tak było, to banki powinny protestować przeciwko scenariuszowi zaproponowanemu przez Kancelarię Prezydenta. A tu cisza. Nikt z nich nie protestuje. Zniszczono więc całkowicie wiarygodność wszystkich katastrof, które jakoby nam groziły. Politycy spodziewają się, że banki same odwalutują kredyty, same się zrestrukturyzują, same wszystko naprawią. Czy takie myślenie jest jednak słuszne? Wyrażam tu swój pogląd: zupełnie nie wierzę w ten scenariusz, ponieważ banki nieraz udowodniły w sporach, o których mówimy, że nawet obowiązujące wyroki polskich sądów nie są dla nich istotne. Potrafią zlekceważyć nie tylko prawo stosowane przez wymiar sprawiedliwości, mają tak silną pozycję, że mogą zignorować działanie władzy publicznej. Jeżeli władza twierdzi, a banki nie protestują, że można za pomocą instrumentów nadzoru, które są w rękach KNF, przez rok doprowadzić do rozwiązania tego problemu, a przecież wiemy, że to proces wieloletni - to gdzieś tu jest nieprawda. Albo z góry wiadomo, że te instrumenty są nieskuteczne, albo zostaną zignorowane, co oznacza, że za rok spotykamy się w tym samym punkcie. Albo wizje o katastrofie banków są nieprawdziwe. Brak sprzeciwu banków tym bardziej potwierdza tezę, że nie powinniśmy iść tą drogą. Należy wrócić do sposobu, o którym mówi się w Polsce od kilku lat: tylko za pomocą prawa stanowionego można rozwiązać ten problem.

Czy w czasach, kiedy banki na masową skalę udzielały kredytów bankowych, ów nadzór nad nimi był Pana zdaniem prawidłowy, czy zawiódł? Przez większość czasu kompletnie zawiódł. Bo kiedy kredyty walutowe zaistniały na polskim rynku, jeden z wysokich przedstawicieli banków powiedział władzy: „Albo tego zakażcie, bo jeśli nie zakażecie, to będziemy to robić”. Nadzór publiczny w tamtym czasie, czyli od 2000 r., chociaż apogeum osiągnięto w latach 2007-2008, skompromitował się w tej roli. I również inni aktorzy tej sceny popełnili elementarne błędy. Nadzór publiczny nie umiał zareagować: on nigdy nie działał w interesie obywateli. To po pierwsze.

Nadzór publiczny jest na tyle silny, że gdyby władza chciała, to mogłaby powiedzieć: „Nie”. Jednak nie powiedziała. Banki twierdzą, że w tym czasie, stosując niezakazany instrument, poinformowały wszystkich kredytobiorców o ryzyku kursowym, a jednocześnie przyznają, że nie były w stanie przewidzieć tak silnego osłabienia złotego w stosunku do franka. Czyli dokładnie potwierdzają to, że wprowadziły klientów w błąd. Albowiem jeśli nie przewidziały osłabienia złotego (zakładając, że mówią w tym przypadku prawdę), to nie poinformowały o możliwym załamaniu kursu złotego. Poinformowano więc błędnie kredytobiorców o ryzyku. Banki były na tyle niekompetentne, że nie były w stanie przewidzieć tego rodzaju zjawisk ekonomicznych, które miały miejsce, czyli nie wykazały się należytym profesjonalizmem. Niektórzy uważają, że banki dobrze przewidywały, wprowadzając klientów w błąd, ale tego sporu nie rozstrzygnie się inaczej jak w procedurach formalnych. Ale trzymajmy się tej bankowej narracji - jeżeli w tym czasie i nadzór nie spełnił swojej funkcji, nie umiał ocenić ryzyka, i banki informowały wadliwie o tym ryzyku, to znaczy, że wszyscy ci, którzy są za tę sytuację odpowiedzialni, zawinili. Czy zawinili z winy umyślnej, czy nieumyślnej, to odrębna opowieść. Najważniejsze, że zawinili. To oczywiste, że co nie jest zabronione, to jest dozwolone. I to rozbestwiło banki. Ale rynek instrumentów finansowych i rynek kredytowy to tak zwany rynek regulowany. Nie jest więc to rynek pełnej swobody prowadzenia działalności. Ma pani rację, mówiąc o efekcie rozbestwienia, permisywności władzy. Władza w Polsce od lat tolerowała i akceptowała działania banków, mimo prawa do ich regulacji. Szkoda, że teraz nie dzieje się inaczej, bo sądziliśmy, że powinno się tu coś zmienić, a przynajmniej tak uważała część obywateli, która głosowała za „dobrą zmianą”. Efekt demoralizacji jest oczywisty. Lata zaniedbań powodują to, że między innymi mam zaszczyt z panią o tym dziś rozmawiać. Już w 2013 r. mówił Pan o 700 tys. Polaków nabitych w butelkę przez banki. To chyba jeden z najczęściej czytanych wywiadów, których udzielił Pan wówczas „Polsce”. Dziękuję, że pani o nim pamięta.

Wygląda na to, że już wtedy znał Pan te mechanizmy, które teraz wychodzą na jaw, opisują je dziennikarze, jak np. Paweł Reszka w książce „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy”. Paradoks polega na tym, że nie odkrywamy żadnej Ameryki. Mówimy o rzeczach powszechnie znanych - to nie jest żadną tajemnicą: mamy tylko efekt zagadania problemu. Został on zagadany przez tych, którzy chcieli zniekształcić obraz rzeczywisty, odwrócić uwagę, stworzyć fałszywą świadomość. To, w jak patologiczny sposób funkcjonuje każdy silny sektor gospodarki, którego władza nie kontroluje w interesie publicznym, jest wiedzą znaną. Demoralizujący wpływ władzy przyzwalającej na robienie interesów dzięki ustawodawstwu - zarabiam dlatego, że ustawodawca nie chroni interesu publicznego, interesu obywateli, tylko moje interesy - to mechanizm znany od wieków. Zagadano nas fałszywą narracją, że krytyczna diagnoza jest niepoważna, bo „struktura działa biznesowo”. Pamięta pani dyrdymały opowiadane, że biurokracja państwowa jest zła, a biurokracja bankowa jest dobra. Zwłaszcza kiedy tą biurokracją bankową rządzą byli politycy. To się naprawdę w głowie nie mieści. Byli urzędnicy Ministerstwa Finansów, byli premierzy rządzą biurokracją bankową i to jest świetna biurokracja rynkowa. A jeżeli ci sami politycy byli po drugiej stronie, to już jest źle. Zgódźmy się, że jesteśmy głęboko, w konsekwentny sposób ogłupiani. Przecież każdy z nas dostrzega zło, które tu istnieje. To nie jest zło utajone. Mały biznes w Polsce kieruje się takim powiedzeniem: „jeśli chcesz sukcesu, trzymaj bank daleko od interesu”. Boimy się tych instytucji, boimy się ich nieobliczalności. Przez pewien czas jako podstawowe zagrożenie dla firmy postrzegano fiskusa. Teraz kredytobiorcy bardziej się boją banków, bo ci, którzy spłacają kredyty, robią to najczęściej kosztem niespłacanych podatków i jakoś państwo to toleruje. Tu akurat władza zachowuje się w sposób, nazwijmy to, wyrozumiały. Dziwi również jej wyrozumiałość dla tych, którzy na tym nieszczęściu robią interesy. Można powiedzieć, że w debacie publicznej brakuje rzetelnej oceny, którą zastępujemy lobbingiem intelektualnym. Ma on na celu tworzenie innego wizerunku rzeczywistości. Dlaczego więc nasi mali przedsiębiorcy są najsilniejszym sektorem gospodarki? Bo się trzymają z daleka od banków. Cała sytuacja związana z frankowiczami, ale nie tylko, bo i nabitymi w butelkę Polakami, których wkręcono w inne instrumenty finansowe, jak polisolokaty, może sprawić, że ludzie zaczną się od banków odwracać. A to oznacza też katastrofę wizerunkową dla samych banków, a nawet więcej. Bo jeśli ludzie będą zabierać swoje oszczędności z takich nierzetelnych banków, to będą one upadać. Wydaje się więc logiczne, że banki powinny zmienić swój sposób działania. Trudno nie podpisać się pod pani myślą. Paradoks polega na tym, że nasze (i nie tylko nasze) spostrzeżenia nie mają żadnej siły perswazyjnej. To nikogo nie obchodzi. Możemy tak mówić, sądzę zresztą, że sami zainteresowani po drugiej stronie świetnie to wiedzą. Frankowicze zniszczyli wizerunek banków na pokolenia. Mogę zacytować tysiące wypowiedzi z ich strony: mówią, że ich dzieci i wnuki zaprzysięgną w testamencie, żeby nigdy w życiu nie miały kontaktów z żadnym bankiem, a i gorzej - bo mówią, że trzeba stąd uciekać, bo jest to kraj, który ich nie chroni, nie dostrzega zła. Nie mówimy przecież o problemach, które znamy tylko na podstawie odosobnionych sygnałów. Ale nie ma to żadnego znaczenia. I są na ten temat dwie hipotezy. Po pierwsze, że w istocie te banki, które działają w Polsce, są ekspozyturami obcych interesów, dla których tego rodzaju refleksje miejscowego społeczeństwa nie mają znaczenia i oni się tym nie przejmą. Nie ma znaczenia, bo ci, którzy o tym decydują, nie kierują się tego rodzaju kryteriami. Być może jest inny powód, który ma swoją przyczynę w błędnej, działającej wadliwie strukturze, niebędącej w stanie racjonalnie ocenić sytuacji. Może prawidłowo diagnozują oni swoje wpływy w systemie politycznym, natomiast wadliwie, niezgodnie z własnymi interesami oceniają skutki swoich działań. Ten, kto nie jest w stanie rzetelnie zdiagnozować swoich interesów, popełnia błąd pierwotny. Bo przecież postępując tak dalej, można doprowadzić do dużo gorszego scenariusza niż ten, który jest. Ten jest zły, ale może być jeszcze gorszy - jak na przykład akcja niespłacania kredytów. Tak się stanie, to nie jest żadną tajemnicą. Odpowiedzią kredytobiorców może być również odwołanie się do obywatelskiej solidarności mającej na celu przenoszenie depozytów z tych banków, które są zaangażowane w wadliwe kredyty, do innych banków. Niektórzy złośliwie twierdzą, że inaczej się nie da. Ale tego rodzaju wojna, już z góry wiemy, będzie tylko szkodzić. Nie tylko gospodarce. Otworzy się kolejny spór, który w ten czy inny sposób uderzy w interesy autorów tej sytuacji. Potrzebny był kompromis, do którego wszyscy nawoływali. Kredytobiorcy wysyłali do banków propozycje zawarcia ugody. Zostało to zlekceważone, co pokazuje, że w tym sporze jedna ze stron działa nieracjonalnie - również ze swojego punktu widzenia.
Frankowicze trzymają się jednego: „Pan prezydent obiecał”. I co teraz będzie? Ciągle jestem przekonany, że to zobowiązanie jest aktualne. To, co się stało, jest niedobrym sygnałem, ale z każdej sytuacji trzeba szukać lepszego wyjścia. Jeżeli naprawdę politycy chcą takiego rozwiązania, że teraz banki zwracają spready, potem przymuszamy je do dobrowolnego - nie ustawowego - rozwiązania problemu, a za rok, jeśli banki nie zrestrukturyzują kredytów, wracamy do nakazu ustawowego, to proponuję postawić już teraz kropkę nad i. Uchwalamy dziś przepisy ustawowe odwalutowujące kredyty - jest wiele wariantów. Jako zbiorowość jesteśmy na tyle przygotowani, że potrafimy to zrobić dobrze. Jeśli politycy uważają, że należy dać jeszcze szansę bankom przez najbliższy rok, aby to zrobiły z własnej inicjatywy, to w porządku. Nie zgadzam się z tym, ale potrafię zrozumieć taką postawę. Ale dlaczego nie można by uchwalić tych przepisów już teraz, z okresem vacatio legis przez ten rok - niech to już będzie w ustawie jako prawo odroczone. Na pewno pomogłoby to w szybszym rozwiązaniu tego problemu metodą ugodową. Myśli Pan, że tak się stanie? Jako człowiek zajmujący się problematyką finansową, zwłaszcza podatkową, specjalizuję się w sprawach beznadziejnych. (śmiech) To życiowa specjalizacja. A ten, kto się specjalizuje w beznadziejnych sytuacjach, nie powinien tracić nadziei i ponawiać próby. Nil desperandum."