Imigracjonizm – ostatnie stadium
https://gf24.pl/50146/imigracjonizm-ostatnie-stadium/
"Czy w sensie społecznym wzrost PKB – tego współczesnego ekonomicznego fetyszu – jest wart ceny, jaką za chwilę wszyscy zapłacimy, a częściowo zaczynamy płacić już teraz? Czy na dłuższą metę nie warto rozwijać się wolniej, ale za to bezpieczniej, zachowując spoistość społeczną, zamiast podkładać pod nią migracyjną bombę z opóźnionym zapłonem?
Patrząc na stojące w ogniu francuskie miasta, dewastowane przez hordy współczesnych barbarzyńców, na zamieszki rozlewające się na ościenne kraje, warto mieć świadomość dwóch spraw. Po pierwsze, mamy przed oczyma ostatnie stadium polityki imigracjonizmu, zapoczątkowanej na Zachodzie kilkadziesiąt lat temu masowym sprowadzaniem taniej siły roboczej. Po drugie, nas również za jakiś czas to czeka, jeśli nie zawrócimy w porę z samobójczej drogi. Od państw zachodniej Europy różni nas bowiem jedynie zapóźnienie – to, co oni mają dziś, my będziemy mieli za jakieś 15-20 lat, ponieważ niepokojąco szybko nadrabiamy dystans, powtarzając przy okazji te same błędy, jakie na Zachodzie legły u źródeł społecznych problemów generowanych przez masową imigrację. Tam również zaczęło się od imigracji legalnej, ponieważ wykrwawiona dwiema wojnami światowymi Europa potrzebowała rąk mających pracować na wzrost PKB – brzmi znajomo, nieprawdaż? Podobnie jak u nas, założenie było takie, że gastarbeiterzy popracują i wrócą do siebie. Nie wrócili. Osiedlili się na stałe, a dzisiejsze dzielnice bezprawia zachodnich miast zaludniają ich potomkowie w drugim i trzecim pokoleniu, nieodczuwający najmniejszej więzi z krajami, w których żyją i których, formalnie rzecz biorąc, są obywatelami. Na powyższe oczywiście nałożyła się imigracja nielegalna z ostatnich lat, potęgująca patologiczne zjawiska, lecz pierwotne źródło tkwi jednak w migracji jak najbardziej legalnej, co do której państwa przyjmujące łudziły się, że będą miały ją pod kontrolą.
Toteż, kiedy słyszę, że Polsce brakuje rąk do pracy, że bez masowego napływu siły roboczej nie utrzymamy obecnego tempa wzrostu, nieodmiennie zadaję sobie pytanie: czy warto? Czy w sensie społecznym wzrost PKB – tego współczesnego ekonomicznego fetyszu – jest wart ceny, jaką za chwilę wszyscy zapłacimy, a częściowo zaczynamy płacić już teraz? Czy na dłuższą metę nie warto rozwijać się wolniej, ale za to bezpieczniej, zachowując spoistość społeczną, zamiast podkładać pod nią migracyjną bombę z opóźnionym zapłonem? Co nam po dzisiejszym wzroście PKB, jeśli za pół pokolenia będziemy mieli płonące ulice? Były okresy, gdy mieliśmy dynamiczny wzrost PKB, a mimo to większość Polaków klepała biedę i emigrowała za granicę (co również jest jedną z przyczyn tak niskiej dzietności – to odłożony w czasie skutek naszej sławetnej „transformacji”). Różni „Janusze biznesu” i siedzące w specjalnych strefach ekonomicznych zagraniczne korporacje do dziś z łezką w oku wspominają tamte czasy „rynku pracodawcy”. Nic więc dziwnego, że są żywotnie zainteresowani jak największą ilością „tanich rąk do pracy”, choćby z Marsa. Natomiast politykom wzrost PKB służy za „podkładkę” do dalszego zadłużania – ponieważ dług publiczny liczy się w relacji do PKB, to im wyższe PKB, tym więcej można pod ten „zastaw” pożyczyć. Tak więc i oni są zainteresowani sprowadzaniem siły roboczej. Obie te grupy – świat biznesu i polityki – łączy jedno: „dojutrkowa” mentalność spod znaku „liczy się tu i teraz, a po nas choćby potop”.
Co gorsza, polskie państwo de facto abdykowało z kontrolowania migracyjnego procederu przejętego przez prywatne agencje pracy, nad którymi nie ma żadnego nadzoru. Agencje te często stosują praktyki rodem z handlu żywym towarem – zatrzymując pracownikom dokumenty tożsamości, trzymając ich pod kluczem czy wymuszając haracze. Innymi słowy, mamy do czynienia z zalegalizowanymi grupami przestępczymi zajmującymi się współczesnym odpowiednikiem handlu niewolnikami na transkontynentalną skalę. Tego nie widać jeszcze w największych miastach, za to doskonale widoczne jest w „Polsce powiatowej”, tam, gdzie zlokalizowane są różne centra logistyczne i strefy przemysłowe. W moim powiecie obcokrajowcy stanowią 15,9 proc. zatrudnionych, ale to nic przy takiej Mławie, gdzie stanowią oni 27,8 proc. ogółu mieszkańców, czy Mszczonowie, gdzie ten odsetek wynosi 31,7 proc. Skutki? Ograniczona liczba miejsc pracy dla lokalnej ludności, bo pracodawcom wygodniej jest zatrudnić hurtem obcokrajowców na kontrakt, nie mówiąc już o szybujących w kosmos cenach mieszkań. To są koszty, które już dziś płaci polska prowincja za tę wieżę Babel zafundowaną jej pod dyktando biznesowego lobby.
Biznesowe organizacje w rodzaju Związku Przedsiębiorców i Pracodawców od lat domagają się „imigracji osiedleńczej”, żądając przyjęcia na stałe 5 mln przybyszów. Trzeba powiedzieć sobie jasno: jest to przepis na trwałe rozerwanie tkanki społecznej i bezpowrotną utratę spoistości, którą jeszcze się cieszymy. Ta spoistość jest niezbędnym warunkiem istnienia „demosu”, a bez „demosu” nie ma obywatelskiej świadomości i poczucia wspólnoty, a co za tym idzie – demokracji. Skutki zniszczenia tej fundamentalnej społecznej wartości obserwujemy dziś we Francji. Mówiąc „Kisielem” – to nie kryzys, to rezultat. Dziś widzimy u siebie pierwsze stadia imigracjonizmu. Obyśmy nie musieli doświadczać na własnej skórze stadium ostatniego."
poniedziałek, 2 listopada 2026
Imigracjonizm – ostatnie stadium
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Czekamy na "ubogacenie" maczetą i koktajlem Mołotowa.
OdpowiedzUsuńJeszcze wjechaniem ciezarowka w tłum tubylców.
Usuń>bezpowrotną utratę spoistości
OdpowiedzUsuńw polsce spoistości nie ma od 37 lat, być może nawet i dłużej przez patologiczne rozwarstwienia dochodowe i zafałszowane statystyki przedstawiajace alternatywna rzeczywistość, masowe złodziejstwo, rażąca niesprawiedliwość, postępująca debilizacje spoleczenstwa itd, dorzucenie do tego miksu najgorszego 3-ciego świata to już naprawdę jedynie wisienka na torcie
nie bardzo rozumiem czego autor by oczekiwał, polskie państwo trwa w najlepsze w totalnym limbo i nie jest w stanie zrobić absolutnie niczego, co chociażby ukazał epizod z RCB. ludzie zarządzający tym "państwem" sa zainteresowani jedynie inkasowaniem pieniędzy wyrwanym warstwom ludowym i tym co rzuci im do koryta wielki kapital, ustanawianiem polityki migracyjnej zajmują się… zachodni lobbyści przekupujący decydentow.
najzabawniejsze ze to dzieje się w momencie, gdy neoliberalizm zdycha w zachodnich częściach kontynentu, a w ameryce obiera się kurs na protekcjonizm po totalnych porażkach i niemożności konkurencji z chińskim kapitałem
niemniej jednak warstwy ludowe polski nie maja nic do gadania w tej sprawie i wydaje mi się, ze kurs jest przesadzony - wielki kapitał przecież nie inwestował pieniędzy w "transformacje" ustrojowa w polsce po to żeby zwykli ludzie mogli mu przeszkadzać jakimś pojękiwaniem, polecam jedynie wymienić zamki w drzwiach i przygotować się zawczasu
„Toteż, kiedy słyszę, że Polsce brakuje rąk do pracy” — w Polsce nie brakuje „rąk do pracy”, tylko frajerów do „zap…dalania za miseczkę ryżu”.
OdpowiedzUsuńJak ktoś „rąk do pracy” nie może znaleźć w Polsce, to znaczy tylko tyle, że b. słabo płaci; niech da to samo ogłoszenie z oferowaną pensją 2-3x wyższą, a ręczę za pozytywny efekt.
A jeśli ktoś chce jakichś Kolumbijczyków zatrudniać — „bo taniej” — to niech wynosi się ze swoim biznesem do Kolumbii, zamiast robić nam Kolumbię w Polsce. Czy Bangladesz jakiś.
Mam mieszane odczucia... ktoś ma jakieś informacje jak zachowuje się drugie czy trzecie pokolenie Wietnamczyków? Identyfikują się z Polską czy Wietnamem? I "grozi" nam, że do menu na Wigilię dojdzie sajgonka? Czy jednak powstaje getto? Czy problemem jest bardziej sama imigracja czy kultura z której imigrant pochodzi?
OdpowiedzUsuńInna sprawa, że korporacje dążą do uberyzacji pracy i prywatyzacji zysków a uspołecznienia kosztów czemu trzeba się przeciwstawić.
A PKB to jest nawet nie fetysz, tylko jakiś dość marny wskaźnik w zasadzie potrzebny tylko rządzącym do ustalania relacji między PKB a długiem i majstrują różnymi sposobami aby podnieść PKB i zafałszować obraz.
TT
Nie mam jakiegokolwiek kontaktu z jakimkolwiek pokoleniem Wietnamczyków w Polsce — ale z moich obserwacji wynika, że np. ich znajomość języka polskiego jest, można powiedzieć, najczęściej „słaba do średniej”. Nigdy nie zdarzyło mi się zamienić paru słów z Wietnamczykiem, o którym mógłbym powiedzieć, że mówił po polsku doskonale (nie wykluczam wszakże, że takie przypadki w przyrodzie mogą się zdarzyć).
UsuńA z tego faktu wnoszę, że raczej nie ma pośród nich „parcia” na wspomnianą „identyfikację z Polską”. Oni po prostu „tutaj mieszkają”, tutaj robią pieniądze na jakichś swoich podejrzanych „interesach” (bo widział kto kiedykolwiek Wietnamczyka w Polsce przy pracy? Np. w okienku, czy przy kasie?) — i nic więcej.
kto normalny identyfikowałby się z polin? trzeba cierpieć na jakąś odmianę syndromu sztokholmskiego albo mieć fetysz totalnego zdominowania
UsuńPolacy są dumni z Prezydenta Karola Nawrockiego. Brawo !
OdpowiedzUsuń