Magdalenka nie skończyła się w 1989. Kakistokracja po polsku: cwani u góry, słupy na dole — i jedno rozwiązanie, o którym nikt nie chce mówić.
https://bogaty.men/daily/2026-11-03_magdalenka-kakistokracja-spolki-skarbu/
"Podsumowanie
Trzydzieści siedem lat od Magdalenki, a w radach nadzorczych polskich spółek Skarbu Państwa wciąż zasiadają ludzie dobrani według tego samego klucza — tylko partyjny szyld się zmienia. Nowy rząd obiecał odpolitycznienie. Analizy z 2026 roku pokazują że politycy nadal siedzą w zarządach, zwłaszcza w spółkach zbrojeniowych i kolejowych.
To nie przypadek. To działanie mechanizmu który ma nazwę od 1644 roku: kakistokracja, rządy najgorszych. Nie najgłupszych — najgorszych według kryteriów lojalności, bezwzględności i gotowości do służalczości. *The Economist* ogłosił to słowo słowem roku 2024, bo nazywa coś co widać gołym okiem na całym świecie. W Polsce ma bardzo konkretny adres: spółki Skarbu Państwa.
W tym tekście:
— mechanizm: cwani budują system, słupy podpisują i odpowiadają
— wojna o spółki Skarbu Państwa — Magdalenka jako symbol, nie przeszłość
— kapitalizm kompradorski: dlaczego zmiana ekipy nie zmienia systemu
— druga armia: dlaczego przestrzeń antysystemu jest pełna ekspertów i aktorów trzecioplanowych dziwaków
— test ośmiu pytań — jak rozpoznać kakistokrację u siebie
— jedno rozwiązanie o którym żadna partia nie chce rozmawiać
Pełna Analiza
Słowo pojawiło się po raz pierwszy w 1644 roku, w kazaniu wygłoszonym w Oksfordzie podczas angielskiej wojny domowej — kaznodzieja przeciwstawiał "dobrze wyważoną monarchię" "szalonej kakistokracji". Odżyło w XIX wieku u Thomasa Love'a Peacocka jako świadome przeciwieństwo arystokracji: jeśli aristos znaczy "najlepszy", to kakistos znaczy "najgorszy". W 2024 roku The Economist ogłosił je słowem roku. Cztery wieki, a mechanizm który opisuje nie zestarzał się ani trochę.
Cwani i słupy: anatomia mechanizmu
Kakistokracja rzadko zaczyna się od ogłoszenia że od dziś rządzić będą najgorsi. Zaczyna się od drobnych przesunięć: obsadzenia kluczowych stanowisk ludźmi lojalnymi, osłabienia kontroli, przekonania społeczeństwa że "wszyscy tak robią". Ale żeby to działało, potrzeba dwóch różnych typów ludzi, nie jednego.
Pierwsza grupa to cwaniacy i stratedzy. Ludzie inteligentni, sprawni organizacyjnie, pozbawieni hamulców etycznych. Nie muszą być geniuszami — są mistrzami w rozpoznawaniu słabości instytucji i ludzkich ambicji. Budują sieci zależności. Mówią jednym językiem do wyborców, innym do biznesu. Rozumieją że nie trzeba osobiście kraść, jeśli można kontrolować przepływ kontraktów, nominacji i informacji. Rzadko stoją w pierwszej linii skandalu — tworzą mechanizm w którym inni podpisują, wykonują i biorą na siebie ryzyko.
Druga grupa to słupy — ludzie obsadzani na widocznych stanowiskach nie dlatego że są najlepsi, tylko dlatego że są zależni, posłuszni, łatwi do kontrolowania. Podpisują decyzje których nie rozumieją. Powtarzają komunikaty których nie weryfikują. Stają się ludzkimi tarczami gdy sprawa wybuchnie. Gdy pojawia się dochodzenie, strateg mówi "nie wiedziałem", "to decyzja podwładnego". Sługa zostaje z dokumentem podpisanym własnym nazwiskiem.
To jest najbardziej cyniczna strona całego mechanizmu: strateg otrzymuje władzę bez osobistego ryzyka, sługa otrzymuje stanowisko i poczucie znaczenia — i to on płaci rachunek gdy wszystko się wyda. Obaj mogą mówić że "działają dla kraju", choć realnie obsługują prywatny układ.
Magdalenka jako symbol, nie przeszłość
"Wojna polsko-polska od Magdalenki" to potoczne określenie, ale ujawnia coś realnego: przekonanie że najważniejsze decyzje zapadają poza jawną debatą, w układach osobistych, partyjnych i biznesowych. Przez długie lata obowiązywała, a w dużej mierze nadal obowiązuje, niepisana zasada: my nie ruszamy waszych, a wy nie ruszacie naszych. Elity postkomunistyczne i postsolidarnościowe dogadały się że nie będą się nawzajem niszczyć zbyt mocno, bo obie strony mają swoje strefy wpływów, stanowiska, spółki i układy.
Władza stała się nie tyle służbą publiczną, ile systemem rotacji i podziału łupów. Zasady są proste: obsadzić jak najwięcej kluczowych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa, agencjach, funduszach, radach nadzorczych, zarządach. Tam jest grosz — kontrakty, premie, odprawy, doradztwo, dostęp do informacji. Przy okazji wycisnąć państwo na maksimum: rozdęte budżety, regulacje faworyzujące swoich, prywatyzacje i renacjonalizacje według klucza politycznego.
Pisaliśmy już jak dokładnie ten mechanizm wygląda w skali gminnej — "Wójt Mireczek" z Gminy Zajebiszcze, spółki komunalne, kontrakty dla szwagra. Ta sama logika, tylko mniejsza skala.
Prawo przewiduje że osoby powiązane zawodowo z biurami parlamentarnymi czy organami partii nie powinny trafiać do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Praktyka pokazuje że przepisy i deklaracje nie zawsze kończą się realnym odpolitycznieniem.
Zmiana ekipy, nie zmiana systemu
Po ostatniej zmianie władzy deklarowano odpolitycznienie spółek Skarbu Państwa. Umowa koalicyjna zawierała zapis o wprowadzeniu czytelnych kryteriów naboru na stanowiska zarządcze. Ministerstwo Aktywów Państwowych ogłosiło Kodeks Dobrych Praktyk Nadzoru Właścicielskiego — jasne reguły zamiast uznaniowości, neutralność polityczną, standardy kompetencji.
Analizy z 2026 roku pokazują co z tego wyszło w praktyce: politycy nadal zasiadają w zarządach i radach nadzorczych, zwłaszcza w spółkach zbrojeniowych i kolejowych — byli ministrowie, parlamentarzyści, samorządowcy, działacze partyjni. Sama przynależność partyjna nie przesądza o braku kompetencji, ale powiązania polityczne są wciąż wyraźnie widoczne.
Zapytany pod koniec października o te właśnie nominacje, minister aktywów państwowych Wojciech Balczun odpowiedział krótko: "Nie widzę takich przykładów". Ten sam minister, który w tej samej rozmowie ogłaszał zaostrzenie wymogów KDPNW — siedem lat doświadczenia zamiast pięciu, ograniczenie MBA jako substytutu realnego stażu, zakaz dla posłów w radach nadzorczych. Rzeczpospolita, relacjonując tę rozmowę, ujęła ją w tytule który sam jest gotowym hookiem: "Koniec paśników dla tłustych kotów?". To jest właściwe pytanie tego tekstu: czy to naprawdę koniec paśnika, czy tylko zmiana tego, kto przy nim akurat stoi.
To jest bolesna prawda tego mechanizmu: zmiana ekipy nie zawsze oznacza zmianę systemu. Często polega jedynie na wymianie beneficjentów. Jedni zostają odsunięci, inni wprowadzeni, jedni rozliczani, inni obsadzani. Mechanizm "państwo jako źródło nominacji" trwa dalej, niezależnie od tego która strona sceny politycznej akurat rozdaje karty.
W Polsce po 1989 roku ten układ bywa nazywany kapitalizmem kompradorskim — systemem w którym o dostępie do rynku i bogactwa decyduje przynależność do sitwy, nie przedsiębiorczość. Elity lokalne pełnią rolę pośredników między państwem a kapitałem, wzbogacając się na prowizjach i przywilejach, podczas gdy gospodarka realnie konkuruje gdzie indziej. To nie jest jeden rząd ani jedna partia. To struktura która przetrwała każdą zmianę władzy od trzech dekad, bo obaj gracze mają w niej ten sam interes: zachować mechanizm, zmienić tylko to kto go akurat obsługuje.
Słowo "komprador" nie jest przypadkowe — oznacza dosłownie pośrednika między kapitałem zagranicznym a rynkiem lokalnym, nie pośrednika w ogóle. Nasi swojscy cwaniacy wieszają się na klamce u silniejszych ośrodków decyzyjnych za granicą, za co dostają relatywnie drobne pieniądze — ułamek wartości, którą sami pomagają wytransferować na zewnątrz. Część z nich najwyraźniej nie do końca rozumie w czym bierze udział i traktuje to jak zwykły biznes. Gorszy wariant: rozumieją dokładnie i mimo to to robią — a to już nie jest korupcja w zwykłym sensie tego słowa, to sytuacja bliska zdradzie stanu, bo są wtedy pionkami realizującymi interes obcego ośrodka decyzyjnego, nie polski. Dla kraju różnica między tymi dwoma wariantami jest żadna — efekt końcowy, transfer bogactwa i decyzyjności na zewnątrz, wychodzi identyczny.
Druga armia: przyjaciele Królika
Zapewne zauważyłeś, że przestrzeń tak zwanego antysystemu — komentatorzy, "niezależni eksperci", influencerzy polityczni, różnej maści analitycy — od lat pełna jest postaci które mają realny wpływ na setki tysięcy, a czasem miliony ludzi w internecie. To już nie tylko dziwacy i aktorzy trzecioplanowi rzucający się w oczy swoją niezręcznością. To ludzie którzy kształtują poglądy, budują narracje i decydują co jest "oczywiste", a co "podejrzane".
Warto zadać sobie pytanie które rzadko kto zadaje wprost: skąd bierze się ich stałość, zasięg i pewność siebie, skoro bycie "niezależnym głosem antysystemu" rzadko samo się finansuje? W świecie w którym nic nie dzieje się za darmo, to pytanie ma sens.
Jest taka postać z Kubusia Puchatka: Królik, który ma dużo miodu, zawsze ma wielu przyjaciół. Mechanizm jest taki sam jak przy radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa, tylko przesunięty o piętro niżej, i nie wymaga jednej teorii spiskowej ani jednej centrali wydającej rozkazy: władza, niezależnie od szyldu, ma interes w tym, żeby przestrzeń opozycyjna wyglądała na chaotyczną i niewiarygodną, bo wiarygodna, kompetentna opozycja jest dla niej realnym zagrożeniem, a karykaturalna — nie. Wystarczy że system nagradza hałas, lojalność i gotowość do powtarzania właściwych haseł — czy robi to świadomie, czy po prostu dlatego że takie postaci generują najwięcej emocji, a emocje to waluta w którą opłaca się inwestować.
Płatne wpływanie na debatę publiczną w sieci — opłacani influencerzy, "niezależni eksperci" z niejawnym finansowaniem, fundacje i organizacje pozarządowe utrzymywane z grantów których pochodzenia nikt nie pyta — to udokumentowany, globalny mechanizm, nie polska ciekawostka ani spiskowa fantazja. Naiwnością byłoby zakładać że akurat polska przestrzeń medialna jest od tego wolna, skoro ta sama logika ekonomiczna — wpływ jest towarem, towar ma cenę, ktoś za niego płaci — działa tu dokładnie tak samo jak wszędzie indziej. Czy konkretne twarze z polskiego internetu świadomie wiedzą że są przyjaciółmi Królika, czy po prostu nie zadają sobie pytania skąd płynie miód — tego nie da się ustalić bez dokumentów księgowych których nikt nie publikuje. Ale nawet władza ma ograniczony budżet na miód. I czasem to widać — gdy rola okazuje się o numer za duża dla aktora który ją dostał, albo gdy ktoś nagle przestaje być "niezależny" w tym samym tygodniu, w którym kończy się finansowanie.
Dlaczego to groźniejsze niż zwykła korupcja
Zwykła korupcja jest zła, ale można ją ograniczyć — sądy, audyty, dziennikarze i wybory mogą ją ujawnić. Kakistokracja jest groźniejsza, bo atakuje same mechanizmy wykrywania błędów. Degraduje jakość decyzji, bo kluczowe stanowiska obejmują ludzie bez wiedzy i doświadczenia. Wynagradza lojalność zamiast efektywności. Niszczy kariery uczciwych ludzi którzy nie chcą brać udziału w układzie. Rozmywa odpowiedzialność w sieci zależności tak skutecznie że nikt konkretny nigdy za nic nie odpowiada.
Najgroźniejsze jest to że nie potrzebuje jednej wielkiej zdrady. Wystarczą tysiące drobnych decyzji: kandydat bez kompetencji dostaje stanowisko, kontrola zostaje złagodzona, krytyk zostaje odsunięty, kontrakt trafia do znajomego, a każdy skandal zostaje nazwany polityczną nagonką ze strony przeciwnika.
Większość z nas wchodzi w dorosłość z obrazkiem polityki prosto z podręcznika: rządzenie to szlachetna służba, a ktoś kto chce zarządzać państwem, z definicji chce robić to dobrze, dla ludzi. Podział na rządzących i rządzonych traktujemy jako coś z góry dane, neutralne technicznie, niewinne — po prostu tak muszą być zorganizowane duże wspólnoty, bo inaczej się nie da, ktoś musi podejmować decyzje za wszystkich. To założenie jest tak powszechne, że prawie nikt go nie kwestionuje. A to właśnie w nim, nie w konkretnych partiach czy politykach, leży korzeń problemu.
Friedrich Hayek zburzył tę sielankę już w 1944 roku, w rozdziale "Drogi do zniewolenia" zatytułowanym wprost "Dlaczego najgorsi dochodzą do władzy". Jego diagnoza w jednym zdaniu brzmi tak: państwo z samej swojej natury dzieli społeczeństwo na rządzących i rządzonych, przyznając rządzącym władzę i dostęp do zasobów niedostępnych dla zwykłych obywateli — a stanowiska te przyciągają nie tylko ludzi motywowanych służbą publiczną, ale przede wszystkim tych, którzy chcą wykorzystać aparat państwa do zdobycia bogactwa i kontroli nad innymi. Ci drudzy są zwykle bardziej przebiegli i bezwzględni niż ci pierwsi — co daje im systematyczną przewagę w każdej walce o władzę, niezależnie od ustroju i epoki.
Innymi słowy: sam fakt że podział na rządzących i rządzonych "musi" gdzieś istnieć, nie znaczy że powinien przyciągać akurat tych ludzi, i nie znaczy że rola rządzącego jest z definicji czymś pięknym tylko dlatego że ktoś wchodzi w nią z pięknym życiorysem wyborczym w ręku. Mechanizm selekcji nie pyta o intencje na starcie — pyta, kto jest skuteczniejszy w walce o samo stanowisko. A w tej konkretnej walce, bezwzględność wygrywa z ideałami praktycznie za każdym razem.
Test ośmiu pytań
Nie każdy rząd który popełnia błędy jest kakistokracją. Warto stosować prosty test:
Czy na kluczowe stanowiska trafiają osoby kompetentne, czy lojalne?
Czy krytyka prowadzi do korekty błędu, czy do zemsty na krytyku?
Czy kontrakty publiczne są przyznawane przejrzyście?
Czy media publiczne informują, czy prowadzą wojnę polityczną?
Czy odpowiedzialność ponoszą decydenci, czy jedynie podwładni?
Czy prawo jest stosowane jednakowo wobec sojuszników i przeciwników?
Czy państwowe zasoby służą obywatelom, czy sieci wpływów?
Czy po zmianie władzy następuje realna reforma, czy tylko wymiana ludzi?
Im więcej odpowiedzi wskazuje na lojalność, uznaniowość i bezkarność, tym większe ryzyko kakistokracji — niezależnie od tego czy akurat rządząca ekipa nazywa się prawicową, lewicową, liberalną czy antysystemową.
Rozwiązanie o którym żadna partia nie chce rozmawiać
Tu dochodzimy do sedna, bo diagnoza bez recepty to tylko narzekanie. Mechanizm "cwani i słupy" działa, bo nominacje na kluczowe stanowiska zapadają w zaciszu gabinetów partyjnych, poza realną kontrolą tych, w czyim imieniu władza rzekomo jest sprawowana. Rozwiązanie które faktycznie przerywa ten mechanizm jest proste do opisania i trudne do zaakceptowania przez kogokolwiek kto akurat ma władzę: demokracja bezpośrednia, w której najważniejsze stanowiska w państwie są obsadzane przez suwerena w powszechnych, bezpośrednich referendach — i tym samym mechanizmem mogą być z nich odwoływane.
Logika jest prostsza niż się wydaje, bo już dziś korzystamy z niej — tylko w niepełnym zakresie. Wybieramy bezpośrednio prezydenta. Wybieramy bezpośrednio posłów i senatorów. Jeśli ten mechanizm ma sens dla tych stanowisk, nie ma żadnego powodu żeby nie miał sensu dla kilku innych, równie kluczowych dla funkcjonowania państwa — bo dziś, głosując raz na cztery lata na listę partyjną, de facto głosujemy nie na te instytucje, tylko na partiokrację: na to, który układ partyjny obejmie kontrolę nad obsadą stanowisk, które na kartę do głosowania nigdy formalnie nie trafiają.
Nie chodzi przy tym o wybieranie prezesów spółek handlowych z udziałem Skarbu Państwa — PKP, Orlenu i podobnych. Spółka to wciąż organizacja gospodarcza, która potrzebuje zarządu wybieranego kompetencyjnie, nie plebiscytowo — problem z nimi leży gdzie indziej (patrz sekcja o cwaniakach i słupach wyżej) i rozwiązuje go realny nadzór właścicielski, nie wybory powszechne. Chodzi wyłącznie o kluczowe organy samego państwa — te, których niezależność od aktualnej większości parlamentarnej jest fundamentem systemu, a które dziś i tak obsadza się politycznie, tylko bez pytania obywateli o zgodę. Przykładowe, ale ważne stanowiska, które powinien wybierać suweren, a nie struktury partyjne, to:
prezes Narodowego Banku Polskiego;
sędziowie Sądu Najwyższego;
sędziowie Trybunału Konstytucyjnego;
prezes i sędziowie Naczelnego Sądu Administracyjnego;
prokurator generalny i prezes Najwyższej Izby Kontroli;
prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i prezes Narodowego Funduszu Zdrowia — ogromne pieniądze publiczne, bezpośredni wpływ na życie milionów ludzi;
prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych — coraz ważniejszy organ w erze cyfrowej;
szef Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego — organ organizujący wybory powinien mieć maksymalną legitymację społeczną;
Rzecznik Praw Obywatelskich i Rzecznik Praw Dziecka.
To nie jest lista wyczerpująca, tylko ilustracyjna. Można długo spierać się które jeszcze instytucje powinny się na niej znaleźć — Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, szefowie regulatorów branżowych jak UOKiK czy regulator energetyki, prezesi mediów publicznych, Instytut Pamięci Narodowej, sędziowska część Krajowej Rady Sądownictwa, Rada Polityki Pieniężnej — i to jest dokładnie dyskusja, którą trzeba odbyć publicznie, nie w zaciszu gabinetu. Już sama lista powyżej pokazuje skalę tego, co dziś rozdaje się po partyjnym kluczu, a co mogłoby zamiast tego podlegać bezpośredniej, permanentnej rozliczalności.
Jedno zastrzeżenie, zanim ktokolwiek zrobi z tego karykaturę: dla stanowisk czysto technicznych — prezesa NBP, szefów regulatorów branżowych — pełna kampania wyborcza od zera ma realną wadę, bo premiuje umiejętność występowania w telewizji, nie modelowanie monetarne czy prawo konkurencji, a sędzia czy bankier centralny czasem musi podjąć decyzję niepopularną, ale konieczną, więc nadmierna presja bieżącej opinii publicznej na starcie może być problemem, nie rozwiązaniem. Sedno tej propozycji nie leży więc koniecznie w samym akcie wyboru, tylko w tym co dziś nie istnieje wcale: w realnej, łatwej do uruchomienia możliwości odwołania — referendum przy jasno określonym, osiągalnym progu podpisów obywateli, dostępne permanentnie, nie raz na kilka lat przy okazji innych wyborów. Można się spierać o to, czy obsada startowa ma być pełnym głosowaniem powszechnym, czy procedurą odporną na klucz partyjny połączoną z takim referendum — ale bez działającego mechanizmu odwołania, każda z tych wersji wraca do punktu wyjścia: do partii decydujących kto siedzi na stołku, tylko z nową pieczątką legitymizacji.
Techniczne przeszkody dziś praktycznie nie istnieją. Bezpieczne systemy identyfikacji cyfrowej, zweryfikowane głosowanie mobilne, mechanizmy referendalne które można przeprowadzić szybko i tanio — to wszystko jest dostępne już teraz. Problem nie leży w technologii. Leży wyłącznie w braku woli politycznej obecnych elit, które na takim systemie straciłyby dokładnie to co dziś jest ich głównym kapitałem: monopol na obsadzanie stanowisk i rozdawanie wpływów.
Dlatego żadna duża partia, niezależnie od tego po której stronie sceny politycznej akurat stoi, nie zgłasza tego postulatu poważnie. Nie dlatego że to niewykonalne. Dlatego że to jedyne rozwiązanie które naprawdę zagraża mechanizmowi "my nie ruszamy waszych, a wy nie ruszacie naszych" — bo nie da się go już dogadać w zaciszu gabinetów i podzielić stanowisk według klucza. Trzeba by przekonać miliony ludzi, i to nie raz, tylko permanentnie, przy każdej kadencji i każdej próbie odwołania. To dokładnie ten rodzaj odpowiedzialności, którego cwaniacy z pierwszej sekcji tego tekstu najbardziej się boją — nie dlatego że są głupi, tylko dlatego że są wystarczająco inteligentni żeby wiedzieć co by to dla nich oznaczało.
W demokracji suweren to naród. Jeśli to zdanie ma znaczyć cokolwiek więcej niż slogan z podręcznika, to suweren musi móc realnie wybierać i realnie odwoływać tych, którzy w jego imieniu zarządzają wspólnym majątkiem — nie raz na cztery lata przy okazji list partyjnych, tylko bezpośrednio, stanowisko po stanowisku, z realną możliwością odwołania gdy zaufanie zostanie zdradzone.
Na radar
Czy reforma rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa realnie ograniczy polityczne obsadzanie stanowisk, czy tylko zmieni kto rozdaje nominacje
Kolejne analizy składu zarządów i rad nadzorczych w 2027 roku — czy udział osób z powiązaniami partyjnymi faktycznie spadnie
Czy jakakolwiek partia parlamentarna poważnie zgłosi postulat bezpośredniego wyboru choćby jednego kluczowego stanowiska
Fundusz Kościelny i podobne projekty powiązania finansowania z realną rozliczalnością — czy to wzorzec do przeniesienia gdzie indziej
Czy znasz z imienia i nazwiska prezesa spółki Skarbu Państwa która jest właścicielem Twojego dostawcy prądu — i czy wiesz dlaczego akurat on tam jest?"
piątek, 6 listopada 2026
Magdalenka nie skończyła się w 1989. Kakistokracja po polsku: cwani u góry, słupy na dole — i jedno rozwiązanie, o którym nikt nie chce mówić.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
STAŁO SIĘ! Cyrk pod Trybunałem był tylko zasłoną dymną! Przed chwilą klepnęli DRUK 3003
OdpowiedzUsuńhttps://www.youtube.com/watch?v=UpmWceYVh1w
…czyli miałem rację, już od paru ładnych lat uważając, że żyjemy w państwie faszystowskim.
To razcej koniec wolności .Sprzedali ją za srebrniki. Ludzie są podli. Mamy nadzieje że prezydent zawetuje.
UsuńPolitycy są oderwani od obywateli jak wszędzie na Zachodzie. Problemem jest klasa polityczna, która w większości nie ma kompetencji do zajmowania jakichkolwiek stanowisk. W żadnej firmie prywatnej nikt takich nie zatrudnia, więc idą w politykę. Tam są duże pieniądze, dobrze płatne posady w państwowych firmach a kwalifikacje i kompetencje się nie liczą. Politycy to towarzystwo wzajemnej adoracji wzajemnie się wspierające. Bez wprowadzenia egzaminów kompetencyjnych dla wszystkich kandydatów na urzędników wszelkich szczebli, nigdy nie pozbędziemy się durni z władz państwowych.
OdpowiedzUsuńW polityce panuje taka zasada, jak z Maruszewiczem z „Lalki”:
UsuńWokulski: Co pan umiesz?
Maruszewicz: Nic – ale mam dobre instynkta…
Agencja S&P potwierdziła rating Polski w walucie obcej na poziomie "A-", obniżyła jednak perspektywę do negatywnej.
OdpowiedzUsuńNadchodzi bankructwo polin.