Dawna smiertelnosc dzieci i dorosłych
Przy okazji chciałbym podziękować za pochwalne opinie o starym "Fault Tolerant"
https://drive.google.com/open?id=1N9hLzAi-rKcQqZdIhjijErmFIGJGnknE
Obecnie w cywilizowanym świecie śmiertelność niemowlaków (do 1 roku życia) i nastolatków (do 15 roku życia) nie przekracza <1%.
Artykuł "Infant and child death in the human environment of evolutionary adaptation" opublikowany na
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1090513812001237
daje przegląd historycznych danych o śmiertelności.
W starożytnym Rzymie 55% dzieci nie dożywało 15 roku życia. Taka tragiczna sytuacja była na ziemiach polskich jeszcze w 1875 roku co obrazuje skale naszego zapoźnienia po I RP stopniowo eliminowanego przez Prusy i Rosje !
W okresie przed współczesnym odsetek śmiertelności niemowlaków wynosił średnio 24% a nastolatków 46% !
wtorek, 9 kwietnia 2019
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
Moc elektrowni weglowych w budowie w 2018 roku w megawatch
Moc elektrowni weglowych w budowie w 2018 roku w megawatch
China: 128,650
India: 36,158
Indonesia: 11,466
Vietnam: 9,705
Japan: 8,724
South Africa: 5,429
South Korea: 5,429
Poland: 4,170
Pakistan: 3,300
Philippines: 2,890
(Global Energy Monitor)
China: 128,650
India: 36,158
Indonesia: 11,466
Vietnam: 9,705
Japan: 8,724
South Africa: 5,429
South Korea: 5,429
Poland: 4,170
Pakistan: 3,300
Philippines: 2,890
(Global Energy Monitor)
niedziela, 7 kwietnia 2019
Michal Tarasiejski Leszek Drozdz Marcontrel radca Bogdan Basarab
Michal Tarasiejski Leszek Drozdz Marcontrel radca Bogdan Basarab
Sąd
Rejonowy
Sygnatura akt...
Wniosek
dowodowy
Teza:
Michał Tarasiejski kierujący Marcontrel Sp.z o.o. i radca prawny
Bogdan Basarab jako przedstawiciele spółki Marcontrel przedłożyli
w sprawie..... sfałszowane dokumenty podlegające ochronie
prawnokarnej dotyczące pokrzywdzonego Jerzego Matusiaka
Dowód:
Akt Oskarżenia o sygnaturze.... Sądu Rejonowego Szczecin
Centrum.
Dowody
– ponumerowane dokumenty 1 i 1A, 2, 3.
W
(1) ktoś podpisał się za pokrzywdzonego. W (2) korektorem zamazano
oryginalny wpis i umieszczono nową treść. W (3) ktoś bezczelnie
podpisał się za pokrzywdzonego.
Działający
w imieniu Marcontrel radca prawny Bogdan Basarab przekazał
Prokuraturze z obszernej dokumentacji zaledwie trzy kartki w
oryginale. Oczywiście biegli nie mogą zbadać kserokopii.
Mój
wniosek aby siłą zająć dokumentacje Marcontrel niestety nie
zyskał akceptacji. Sfałszowanych dokumentów w Marcontrel może być
duża ilość.
Fałszywe
zeznania i fałszywe dokumenty służą czasem do realizacji oszustwa
procesowego.
Sprawy
o fałszowanie dokumentów i posługiwanie się nimi są z reguły
bardzo trudne dowodowo. Trywialne są jedynie sytuacje gdy głupiec
sam nieudolnie fałszuje dokument i się nim posługuje. Biegli dla
ustalenia fałszerza wymagają dużej ilości materiału
porównawczego, którego policja i prokuratura nie jest w stanie
dostarczyć a opinie biegłych są niejednoznaczne. Stąd
statystycznie oskarżenia obejmują bardzo niewiele przypadków
podejrzenia fałszerstwa dokumentów.
W
zorganizowanej przestępczości osoby posługujące się
sfałszowanymi dokumentami tłumaczą że nie miały pojęcia o
fałszerstwie.
Proszę
o sprowadzenie akt sprawy lub uzyskanie kopi aktu oskarżenia. Pokrzywdzony
po uzyskaniu informacji od prokuratury natychmiast wystąpił do Sądu
o status oskarżyciela posiłkowego bowiem jako pokrzywdzony nie ma
dostępu do akt.
Z
poważaniem
Zdaniem prokuratury i sądu był brutalnym mordercą zabijającym na zlecenie mafii. Był jednak niewinny
Zdaniem prokuratury i sądu był brutalnym mordercą zabijającym na zlecenie mafii. Był jednak niewinny
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/od-19-lat-siedzi-za-morderstwa-ktorych-nie-popelnil-prokuratura-to-juz-wieprzetrwalem/nwvreby
"Arkadiusz Kraska miał być, zdaniem prokuratury i sądu, brutalnym mordercą zabijającym na zlecenie mafii. Był jednak niewinny. W tej głośnej sprawie ze Szczecina rację przyznała mu właśnie sama prokuratura - pisze dla Onetu Ewa Ornacka.
Arkadiusz Kraska spędził za kratkami 19,5 roku. Wkrótce wyjdzie na wolność
Mężczyzna był niesłusznie skazany za dwa zabójstwa. Prokuratura ma dowody na jego niewinność
- Przetrwałem wszystko. Teraz oni pójdą siedzieć. Wreszcie będzie sprawiedliwość - mówi Ewie Ornackiej Arkadiusz Kraska
- W więzieniu stałem się wrogiem publicznym, człowiekiem niegodnym szacunku. Zaczęto mi grozić, straszyć śmiercią mojej rodziny. To mnie ostatecznie przekonało, że tak zwane przestępcze zasady to żadne zasady - mówi nam Krasko w wywiadzie, który publikujemy poniżej
Skazany na dożywocie Arkadiusz Kraska nie jest sprawcą mafijnej egzekucji sprzed lat, w której zginęli dwaj mężczyźni ze szczecińskiego półświatka. Ustaliła to bezsprzecznie Prokuratura Regionalna w Szczecinie, domagając się jego uniewinnienia. Wniosek w tej sprawie został złożony w Sądzie Najwyższym - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie.
Podpisana pod wnioskiem prokurator Barbara Zapaśnik, której akty oskarżenia w latach 90. posłały na długie lata tuzy przestępczości zorganizowanej, ustaliła nawet, kto naprawdę wtedy strzelał.
Podczas gdy on przez blisko dwie dekady siedział w celach dla niebezpiecznych więźniów, prawdziwi zabójcy pięli się po szczeblach gangsterskiej kariery, wykonując kolejne, mafijne wyroki. Niektórzy wciąż są na wolności. Stanowią śmiertelne zagrożenie, dlatego prokuratura pilnie strzeże informacji o wciąż trwającym śledztwie.
Sprawa egzekucji w centrum Szczecina 8 września 1999 r. zapewne toczyć się będzie przed sądem od początku. Tym razem przeciwko zabójcom, a nie wytypowanemu przez służby kryminalne kozłowi ofiarnemu.
Arkadiusz Kraska wkrótce opuści bowiem więzienne mury. - Żona kupiła mi szafę i obiecała, że będę miał w niej dużo fajnych ciuchów – cieszy się rzekomy killer mafii.
W dawnym procesie karnym przed Sądem Okręgowym w Szczecinie, który zakończył się skazaniem niewinnego człowieka, przewodniczącym składu orzekającego był sędzia Maciej Strączyński, były prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Na jego sali świadkowie incognito kłamali, inni mataczyli. W preparowaniu dowodów przeciwko Krasce brali udział – na etapie śledztwa - oficerowie służb kryminalnych z ówczesnej KWP w Szczecinie. Skandaliczną mistyfikację legalizowały kolejne instancje sądowe, zaś w następnych latach Sąd Najwyższy czterokrotnie odrzucał wnioski Arkadiusza Kraski i jego adwokata o ponowne rozpatrzenie sprawy.
Teraz wydarzenia przybrały diametralnie inny wymiar. O uniewinnienie Arkadiusza Kraski walczy sama prokuratura. Prokurator Zapaśnik zbierała dowody jego niewinności od kilkunastu miesięcy. We wniosku z 7 marca b.r. wykazuje, że w śledztwie sprzed lat popełniono przestępstwo, które wpłynęło na orzeczenie sądu.
Prokuratura Regionalna w Szczecinie nie ujawnia żadnych szczegółów. Nieoficjalnie przypuszczamy jednak, że policjanci złamali prawo: świadomie mataczyli w sprawie nakłaniając świadków do składania fałszywych zeznań groźbami, szantażem i zmuszaniem do seksu. Wiele z tych czynów uległo przedawnieniu, więc byli już funkcjonariusze policji mogą pozostać bezkarni.
Milczenie prokuratury ma związek z obawą śledczych o bezpieczeństwo świadków, którzy po latach zdecydowali się powiedzieć prawdę. Uwolnienie Kraski będzie bowiem początkiem prawdziwej batalii z polską mafią. Takich egzekucji było bowiem w tamtym czasie w Szczecinie znacznie więcej.
W egzekucji, za którą skazano Arkadiusza Kraskę, od kul zginęli dwaj mężczyźni: Marek Cisoń, złodziej samochodów i ulubieniec słynnego "Nikosia" oraz jego przyjaciel Robert Sajdak, kolarz z Berlina, karany wcześniej za przestępcze interesy z autami.
Arkadiusz Kraska, znany wśród kryminalistów jako "Willy", miał słabe alibi. Kojarzono go z jednym z gangów, toczących walkę o panowanie nad miastem. Sam o sobie mówił, że "nigdzie nie należał, za to wszędzie miał kolegów". Chodził na ustawki, szkolił się w walkach, był silny jak tur. To, że podczas strzelaniny siedział przed telewizorem i oglądał mecz Polska – Anglia potwierdzały dwie osoby, ale żadna z nich, zdaniem śledczych, nie była wiarygodna.
W marcu 2001 r. w Sądzie Okręgowym w Szczecinie zapadł najwyższy z przewidzianych w polskim prawie wyrok. Kiedy na sali sądowej wybrzmiało słowo „dożywocie”, mężczyzna zatoczył się krzycząc: - Co wy robicie?! Skazujecie niewinnego człowieka!.
- Coś mnie wtedy tknęło i pomyślałam, że sąd się pomylił – powiedziała autorce, w reportażu telewizyjnym TV4 „Kobiety i mafia” matka Marka Cisonia. - Wyprowadzany z sali "Willy" padł przede mną na kolana i uderzając się w pierś zapewniał: „Pani Ewo, ja go nie zabiłem! Przecież Marek był moim przyjacielem!”. Sprawa przed sądem była zakłamana. Świadkowie plątali się w zeznaniach lub nic nie mówili, bo się bali.
Jej słowa, wielokrotnie powtarzane w mediach, nie mogły być jednak dla organów ścigania wskazówką, że doszło do pomyłki sądowej. W Polsce jedynie Sąd Najwyższy może po prawomocnym wyroku skierować sprawę do ponownego rozpatrzenia. Takie przypadki należą do rzadkości. Skargę kasacyjną mógł wnieść Rzecznik Praw Obywatelskich, ale ten odmówił interwencji.
Pani prokurator od mafii
Prokurator Barbara Zapaśnik posyłała za kratki pionierów przestępczości zorganizowanej, m.in. Marka K. ps. "Oczko', rezydenta tzw. Pruszkowa na Pomorzu Zachodnim, Jacka P. "Ślepaka", a wcześniej Leszka K. ps. "Kasza". Dla znawców tematu to znaczące postaci. To ona najskuteczniej w Polsce pacyfikowała zorganizowane gangi. Hurtowo stawiane zarzuty, ciasna ława oskarżonych i walka o wysokie wyroki – to jej zawodowa specjalizacja.
- Kiedy jesienią 1999 r. aresztowano mojego brata, pani prokurator Zapaśnik prowadziła inną sprawę karną związaną z zabójstwami w szczecińskim półświatku – opowiada Dorota Berg, siostra Arkadiusza Kraski. – Już wtedy docierały do niej informacje, że ktoś wrabia Arka. Poszłam do niej, prosiłam o pomoc i wiem, że ona chciała się tym zająć. Informowała przełożonych o swoich wątpliwościach, ale nie pozwolono jej prowadzić nowego śledztwa.
Prokurator, któremu wtedy powierzono sprawę, bezgranicznie zaufał policji. Dożywocie dla Arkadiusza Kraski przypieczętowały zeznania kobiety, która najpierw go broniła. Szantażowana przez policjantów, że „jak nie zezna na Kraskę, to jej mąż długo nie wyjdzie z więzienia”, zmieniła wersję wydarzeń.
Kilka lat temu Barbara Zapaśnik odeszła w stan spoczynku. W 2016 r. stanęła przed kamerami serialu „Kobiety i mafia” i bez ogródek stwierdziła, że według jej wiedzy na dożywocie skazano niewinnego człowieka.
Jej wypowiedź była przełomowa, dodała odwagi świadkom. Niektórzy przyjechali z zagranicy i opowiedzieli autorce reportażu, w jaki sposób zmuszono ich do kłamstw w śledztwie i na procesie. Ich relacje, poświadczone u notariusza, znalazły się w prokuraturze.
Zbiegło się to w czasie z powrotem pani prokurator do zawodu (dobrowolnie zrezygnowała ze świadczeń emerytalnych). - Prokurator regionalny Artur Maludy złożył mi propozycję, a ja ją przyjęłam – odpowiadała zdawkowo prokurator Zapaśnik, pytana o kulisy powrotu do prokuratury.
- Dla mnie to wojownik w kruchym ciele – mówi o niej Arkadiusz Kraska. - Sprawiła, że chociaż wciąż tu jestem [w Areszcie Śledczym w Szczecinie] już czuję się wolnym człowiekiem.
Stare grzechy
Pogłoski o „polowaniu” na Arkadiusza Kraskę, zleconym w środowisku więziennym przez prawdziwych zabójców Cisonia i Sajdaka, docierały do prokuratury od dłuższego czasu. Nieoficjalnie mówiono, że jego życie jest zagrożone.
Do fizycznego ataku doszło przed rokiem w Zakładzie Karnym w Goleniowie. Jeden z osadzonych, z wyrokiem za zabójstwo, rzucił się na niego. W wyniku tego starcia Arkadiusz Kraska miał złamaną rękę i wstrząśnienie mózgu.
Prokurator Zapaśnik sprowadziła go wówczas do Aresztu Śledczego w Szczecinie. Rozpoczęła śledztwo. Nad jej ustaleniami musi się teraz pochylić Sąd Najwyższy.
Nieoficjalnie mówi się, że sprawców zabójstw z 1999 r. było kilku. W półświatku od lat łączy się ich z zabójstwami na zlecenie, m.in. w Niemczech i Hiszpanii. W ostatnich miesiącach byli bardzo blisko świadków tamtej egzekucji, którzy zdecydowali się na współpracę z prokurator Zapaśnik.
- Jednego z nich mijałem niedawno na schodach aresztu – powiedział autorce w rozmowie telefonicznej Arkadiusz Kraska. – Zatrzymano go za granicą, oficjalnie za narkotyki. Siedzieliśmy przez kilka tygodni na tym samym oddziale. Nie wiem, co z innymi, ale podobno jest gorąco. Życzliwi ludzie ostrzegli mnie że „tamci się na mnie szykują” i że na wolności już „Ruscy na mnie czekają”. Mam to gdzieś. Niedługo wracam do domu. Mam wiele do nadrobienia.
Rozmowa
Ewa Ornacka: Jakie to uczucie, gdy człowiek wie, że lada moment będzie wolny, oczyszczony z zarzutów?
Arkadiusz Kraska: Chciałbym powiedzieć, że to wielka radość, ale mam mieszane uczucia. Ponad 19 lat w kryminale zrobiło swoje – mój organizm funkcjonuje według tutejszego rozkładu dnia i nocy. Kiedy rano myję się i golę staram się nie patrzeć w lustro, żeby mnie krew nie zalewała, bo człowiek się starzeje, a wciąż tu jest. Wyjdę i będę cieniem bez świadczeń, dla społeczeństwa i państwa kimś nieużytecznym, nieporadnym.
Świat się zmienił, sporo w nim nowinek technicznych.
No właśnie, będę musiał nauczyć się wszystkiego od podstaw. Ale tego się nie boję, żona mnie podszkoli. Gorzej z przystosowaniem się do życia bez krat. Nawet w moim zawodzie wszystko się zmieniło, pewnie nikt już nie gotuje jak kiedyś. Mogę się nie połapać (śmiech).
Jest pan kucharzem?
I to całkiem niezłym. Pokażę pani, jak się gotuje w warunkach więziennych, kroi cebulę i mięso plastikowym nożem, a posiłki przygotowuje w workach, na przykład ryż zalewany wrzątkiem, który wychodzi na sypko. Od lat nie jem więziennych dań, wszystko kupuję w kantynie i robię po swojemu.
Teraz modne są programy telewizyjne o gotowaniu, może zrobi pan karierę.
Takich sztuczek jak moje pewnie nikt nie zna (śmiech). Chętnie podzielę się doświadczeniem.
Kim pan jest, panie Arkadiuszu?
Człowiekiem, który był figurą w środowisku przestępczym, bo siedziałem za podwójne zabójstwo i chociaż nie ja naciskałem na spust, to honorowo wziąłem wyrok na klatę.
Co to za honor siedzieć za nieswoje?
No właśnie, ale tak tu jest, żeby karę za innych odbywać w milczeniu. Wtedy jest się kimś, mają do człowieka szacunek. Któregoś dnia powiedziałem sobie, że pieprzę taki honor. Przecież to moje życie, które mi ukradli. W imię jakich zasad mam siedzieć cicho? Ja tu gniję, a oni czerpią z życia garściami. Zabili mi przyjaciela, przecież Marek Cisoń był dla mnie jak rodzina. Mam im to darować? Znosić z pokorą niesłuszne dożywocie? Przecież to frajerstwo, a nie żaden honor.
Nie identyfikuję się z takimi zasadami. Zresztą nawet na wolności, gdy pracowałem na bramkach w klubach nocnych i ochraniałem agencje towarzyskie, nigdy nie wpuszczałem do środka ludzi, którzy wyszli z kryminału. Znałem ich mentalność, wiedziałem, że same z nimi problemy.
Tak więc któregoś dnia postanowiłem w więzieniu, że czas z tym skończyć, zacząć walczyć o prawdę. Nie zawalczyłem przed sądem w swojej sprawie karnej licząc na to, że prawda sama się objawi. Pomyślałem, że czas to naprawić i właśnie wtedy przyjechała pani do mnie z kamerą, a pani prokurator Barbara Zapaśnik powiedziała w reportażu najważniejsze słowa, jakie usłyszałem w życiu. Potem wszystko się ruszyło, chociaż i tak procedury trwały ponad dwa lata.
Przestał pan być figurą w półświatku?
Stałem się wrogiem publicznym, człowiekiem niegodnym szacunku. Zaczęto mi grozić, straszyć śmiercią mojej rodziny. To mnie ostatecznie przekonało, że tak zwane przestępcze zasady to żadne zasady. Każdego dnia w więzieniu musiałem mieć oczy z tyłu głowy. Byłem gotowy, by w każdej chwili walczyć o siebie. Moje pięści były gotowe, żeby puścić je w ruch.
W pewnym momencie pani prokurator powiedziała, abym schował ręce do kieszeni: „Już nie musi pan walczyć, teraz inni walczą o pana, proszę mi zaufać”. Rozpoczęło się śledztwo, przeniesiono mnie z Zakładu Karnego w Goleniowie do szczecińskiego aresztu. Byłem chroniony.
Nie potrafiłem uwierzyć, że wreszcie mam sprzymierzeńców, że to się dzieje naprawdę. Miałem naprawdę wiele szczęścia.
Przetrwałem wszystko. Teraz oni pójdą siedzieć. Wreszcie będzie sprawiedliwość.
Uda się panu. Ma pan rodzinę i przyjaciół.
Bez nich byłoby po mnie. Skończyłem 45 lat, ale czuję się jak dziecko. Wiem, że dopiero teraz zaczynam żyć. Mam kontakt z synem, który ma dzisiaj 20 lat i jest niezły w tajskim boksie. Zna kilka języków, nieźle się uczy. Rozmawialiśmy już ze sobą na Skype. Patrzyłem na niego i duma mnie rozpierała. Pomyślałem, że matka wychowała go na porządnego człowieka.
Kiedy mnie aresztowano był jeszcze malutki. Powiedziałem jego mamie, żeby go zawinęła w pieluchy i uciekała jak najdalej, bo tu ją dopadną bardzo źli ludzie. Od tamtej pory nie widziałem swojego syna. Pewnie myślał tak jak wszyscy, że jestem zabójcą z mafii. Nie pisałem do niego z więzienia. Nie chciałem mu burzyć życia. Teraz to wszystko nadrobimy."
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/od-19-lat-siedzi-za-morderstwa-ktorych-nie-popelnil-prokuratura-to-juz-wieprzetrwalem/nwvreby
"Arkadiusz Kraska miał być, zdaniem prokuratury i sądu, brutalnym mordercą zabijającym na zlecenie mafii. Był jednak niewinny. W tej głośnej sprawie ze Szczecina rację przyznała mu właśnie sama prokuratura - pisze dla Onetu Ewa Ornacka.
Arkadiusz Kraska spędził za kratkami 19,5 roku. Wkrótce wyjdzie na wolność
Mężczyzna był niesłusznie skazany za dwa zabójstwa. Prokuratura ma dowody na jego niewinność
- Przetrwałem wszystko. Teraz oni pójdą siedzieć. Wreszcie będzie sprawiedliwość - mówi Ewie Ornackiej Arkadiusz Kraska
- W więzieniu stałem się wrogiem publicznym, człowiekiem niegodnym szacunku. Zaczęto mi grozić, straszyć śmiercią mojej rodziny. To mnie ostatecznie przekonało, że tak zwane przestępcze zasady to żadne zasady - mówi nam Krasko w wywiadzie, który publikujemy poniżej
Skazany na dożywocie Arkadiusz Kraska nie jest sprawcą mafijnej egzekucji sprzed lat, w której zginęli dwaj mężczyźni ze szczecińskiego półświatka. Ustaliła to bezsprzecznie Prokuratura Regionalna w Szczecinie, domagając się jego uniewinnienia. Wniosek w tej sprawie został złożony w Sądzie Najwyższym - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie.
Podpisana pod wnioskiem prokurator Barbara Zapaśnik, której akty oskarżenia w latach 90. posłały na długie lata tuzy przestępczości zorganizowanej, ustaliła nawet, kto naprawdę wtedy strzelał.
Podczas gdy on przez blisko dwie dekady siedział w celach dla niebezpiecznych więźniów, prawdziwi zabójcy pięli się po szczeblach gangsterskiej kariery, wykonując kolejne, mafijne wyroki. Niektórzy wciąż są na wolności. Stanowią śmiertelne zagrożenie, dlatego prokuratura pilnie strzeże informacji o wciąż trwającym śledztwie.
Sprawa egzekucji w centrum Szczecina 8 września 1999 r. zapewne toczyć się będzie przed sądem od początku. Tym razem przeciwko zabójcom, a nie wytypowanemu przez służby kryminalne kozłowi ofiarnemu.
Arkadiusz Kraska wkrótce opuści bowiem więzienne mury. - Żona kupiła mi szafę i obiecała, że będę miał w niej dużo fajnych ciuchów – cieszy się rzekomy killer mafii.
W dawnym procesie karnym przed Sądem Okręgowym w Szczecinie, który zakończył się skazaniem niewinnego człowieka, przewodniczącym składu orzekającego był sędzia Maciej Strączyński, były prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Na jego sali świadkowie incognito kłamali, inni mataczyli. W preparowaniu dowodów przeciwko Krasce brali udział – na etapie śledztwa - oficerowie służb kryminalnych z ówczesnej KWP w Szczecinie. Skandaliczną mistyfikację legalizowały kolejne instancje sądowe, zaś w następnych latach Sąd Najwyższy czterokrotnie odrzucał wnioski Arkadiusza Kraski i jego adwokata o ponowne rozpatrzenie sprawy.
Teraz wydarzenia przybrały diametralnie inny wymiar. O uniewinnienie Arkadiusza Kraski walczy sama prokuratura. Prokurator Zapaśnik zbierała dowody jego niewinności od kilkunastu miesięcy. We wniosku z 7 marca b.r. wykazuje, że w śledztwie sprzed lat popełniono przestępstwo, które wpłynęło na orzeczenie sądu.
Prokuratura Regionalna w Szczecinie nie ujawnia żadnych szczegółów. Nieoficjalnie przypuszczamy jednak, że policjanci złamali prawo: świadomie mataczyli w sprawie nakłaniając świadków do składania fałszywych zeznań groźbami, szantażem i zmuszaniem do seksu. Wiele z tych czynów uległo przedawnieniu, więc byli już funkcjonariusze policji mogą pozostać bezkarni.
Milczenie prokuratury ma związek z obawą śledczych o bezpieczeństwo świadków, którzy po latach zdecydowali się powiedzieć prawdę. Uwolnienie Kraski będzie bowiem początkiem prawdziwej batalii z polską mafią. Takich egzekucji było bowiem w tamtym czasie w Szczecinie znacznie więcej.
W egzekucji, za którą skazano Arkadiusza Kraskę, od kul zginęli dwaj mężczyźni: Marek Cisoń, złodziej samochodów i ulubieniec słynnego "Nikosia" oraz jego przyjaciel Robert Sajdak, kolarz z Berlina, karany wcześniej za przestępcze interesy z autami.
Arkadiusz Kraska, znany wśród kryminalistów jako "Willy", miał słabe alibi. Kojarzono go z jednym z gangów, toczących walkę o panowanie nad miastem. Sam o sobie mówił, że "nigdzie nie należał, za to wszędzie miał kolegów". Chodził na ustawki, szkolił się w walkach, był silny jak tur. To, że podczas strzelaniny siedział przed telewizorem i oglądał mecz Polska – Anglia potwierdzały dwie osoby, ale żadna z nich, zdaniem śledczych, nie była wiarygodna.
W marcu 2001 r. w Sądzie Okręgowym w Szczecinie zapadł najwyższy z przewidzianych w polskim prawie wyrok. Kiedy na sali sądowej wybrzmiało słowo „dożywocie”, mężczyzna zatoczył się krzycząc: - Co wy robicie?! Skazujecie niewinnego człowieka!.
- Coś mnie wtedy tknęło i pomyślałam, że sąd się pomylił – powiedziała autorce, w reportażu telewizyjnym TV4 „Kobiety i mafia” matka Marka Cisonia. - Wyprowadzany z sali "Willy" padł przede mną na kolana i uderzając się w pierś zapewniał: „Pani Ewo, ja go nie zabiłem! Przecież Marek był moim przyjacielem!”. Sprawa przed sądem była zakłamana. Świadkowie plątali się w zeznaniach lub nic nie mówili, bo się bali.
Jej słowa, wielokrotnie powtarzane w mediach, nie mogły być jednak dla organów ścigania wskazówką, że doszło do pomyłki sądowej. W Polsce jedynie Sąd Najwyższy może po prawomocnym wyroku skierować sprawę do ponownego rozpatrzenia. Takie przypadki należą do rzadkości. Skargę kasacyjną mógł wnieść Rzecznik Praw Obywatelskich, ale ten odmówił interwencji.
Pani prokurator od mafii
Prokurator Barbara Zapaśnik posyłała za kratki pionierów przestępczości zorganizowanej, m.in. Marka K. ps. "Oczko', rezydenta tzw. Pruszkowa na Pomorzu Zachodnim, Jacka P. "Ślepaka", a wcześniej Leszka K. ps. "Kasza". Dla znawców tematu to znaczące postaci. To ona najskuteczniej w Polsce pacyfikowała zorganizowane gangi. Hurtowo stawiane zarzuty, ciasna ława oskarżonych i walka o wysokie wyroki – to jej zawodowa specjalizacja.
- Kiedy jesienią 1999 r. aresztowano mojego brata, pani prokurator Zapaśnik prowadziła inną sprawę karną związaną z zabójstwami w szczecińskim półświatku – opowiada Dorota Berg, siostra Arkadiusza Kraski. – Już wtedy docierały do niej informacje, że ktoś wrabia Arka. Poszłam do niej, prosiłam o pomoc i wiem, że ona chciała się tym zająć. Informowała przełożonych o swoich wątpliwościach, ale nie pozwolono jej prowadzić nowego śledztwa.
Prokurator, któremu wtedy powierzono sprawę, bezgranicznie zaufał policji. Dożywocie dla Arkadiusza Kraski przypieczętowały zeznania kobiety, która najpierw go broniła. Szantażowana przez policjantów, że „jak nie zezna na Kraskę, to jej mąż długo nie wyjdzie z więzienia”, zmieniła wersję wydarzeń.
Kilka lat temu Barbara Zapaśnik odeszła w stan spoczynku. W 2016 r. stanęła przed kamerami serialu „Kobiety i mafia” i bez ogródek stwierdziła, że według jej wiedzy na dożywocie skazano niewinnego człowieka.
Jej wypowiedź była przełomowa, dodała odwagi świadkom. Niektórzy przyjechali z zagranicy i opowiedzieli autorce reportażu, w jaki sposób zmuszono ich do kłamstw w śledztwie i na procesie. Ich relacje, poświadczone u notariusza, znalazły się w prokuraturze.
Zbiegło się to w czasie z powrotem pani prokurator do zawodu (dobrowolnie zrezygnowała ze świadczeń emerytalnych). - Prokurator regionalny Artur Maludy złożył mi propozycję, a ja ją przyjęłam – odpowiadała zdawkowo prokurator Zapaśnik, pytana o kulisy powrotu do prokuratury.
- Dla mnie to wojownik w kruchym ciele – mówi o niej Arkadiusz Kraska. - Sprawiła, że chociaż wciąż tu jestem [w Areszcie Śledczym w Szczecinie] już czuję się wolnym człowiekiem.
Stare grzechy
Pogłoski o „polowaniu” na Arkadiusza Kraskę, zleconym w środowisku więziennym przez prawdziwych zabójców Cisonia i Sajdaka, docierały do prokuratury od dłuższego czasu. Nieoficjalnie mówiono, że jego życie jest zagrożone.
Do fizycznego ataku doszło przed rokiem w Zakładzie Karnym w Goleniowie. Jeden z osadzonych, z wyrokiem za zabójstwo, rzucił się na niego. W wyniku tego starcia Arkadiusz Kraska miał złamaną rękę i wstrząśnienie mózgu.
Prokurator Zapaśnik sprowadziła go wówczas do Aresztu Śledczego w Szczecinie. Rozpoczęła śledztwo. Nad jej ustaleniami musi się teraz pochylić Sąd Najwyższy.
Nieoficjalnie mówi się, że sprawców zabójstw z 1999 r. było kilku. W półświatku od lat łączy się ich z zabójstwami na zlecenie, m.in. w Niemczech i Hiszpanii. W ostatnich miesiącach byli bardzo blisko świadków tamtej egzekucji, którzy zdecydowali się na współpracę z prokurator Zapaśnik.
- Jednego z nich mijałem niedawno na schodach aresztu – powiedział autorce w rozmowie telefonicznej Arkadiusz Kraska. – Zatrzymano go za granicą, oficjalnie za narkotyki. Siedzieliśmy przez kilka tygodni na tym samym oddziale. Nie wiem, co z innymi, ale podobno jest gorąco. Życzliwi ludzie ostrzegli mnie że „tamci się na mnie szykują” i że na wolności już „Ruscy na mnie czekają”. Mam to gdzieś. Niedługo wracam do domu. Mam wiele do nadrobienia.
Rozmowa
Ewa Ornacka: Jakie to uczucie, gdy człowiek wie, że lada moment będzie wolny, oczyszczony z zarzutów?
Arkadiusz Kraska: Chciałbym powiedzieć, że to wielka radość, ale mam mieszane uczucia. Ponad 19 lat w kryminale zrobiło swoje – mój organizm funkcjonuje według tutejszego rozkładu dnia i nocy. Kiedy rano myję się i golę staram się nie patrzeć w lustro, żeby mnie krew nie zalewała, bo człowiek się starzeje, a wciąż tu jest. Wyjdę i będę cieniem bez świadczeń, dla społeczeństwa i państwa kimś nieużytecznym, nieporadnym.
Świat się zmienił, sporo w nim nowinek technicznych.
No właśnie, będę musiał nauczyć się wszystkiego od podstaw. Ale tego się nie boję, żona mnie podszkoli. Gorzej z przystosowaniem się do życia bez krat. Nawet w moim zawodzie wszystko się zmieniło, pewnie nikt już nie gotuje jak kiedyś. Mogę się nie połapać (śmiech).
Jest pan kucharzem?
I to całkiem niezłym. Pokażę pani, jak się gotuje w warunkach więziennych, kroi cebulę i mięso plastikowym nożem, a posiłki przygotowuje w workach, na przykład ryż zalewany wrzątkiem, który wychodzi na sypko. Od lat nie jem więziennych dań, wszystko kupuję w kantynie i robię po swojemu.
Teraz modne są programy telewizyjne o gotowaniu, może zrobi pan karierę.
Takich sztuczek jak moje pewnie nikt nie zna (śmiech). Chętnie podzielę się doświadczeniem.
Kim pan jest, panie Arkadiuszu?
Człowiekiem, który był figurą w środowisku przestępczym, bo siedziałem za podwójne zabójstwo i chociaż nie ja naciskałem na spust, to honorowo wziąłem wyrok na klatę.
Co to za honor siedzieć za nieswoje?
No właśnie, ale tak tu jest, żeby karę za innych odbywać w milczeniu. Wtedy jest się kimś, mają do człowieka szacunek. Któregoś dnia powiedziałem sobie, że pieprzę taki honor. Przecież to moje życie, które mi ukradli. W imię jakich zasad mam siedzieć cicho? Ja tu gniję, a oni czerpią z życia garściami. Zabili mi przyjaciela, przecież Marek Cisoń był dla mnie jak rodzina. Mam im to darować? Znosić z pokorą niesłuszne dożywocie? Przecież to frajerstwo, a nie żaden honor.
Nie identyfikuję się z takimi zasadami. Zresztą nawet na wolności, gdy pracowałem na bramkach w klubach nocnych i ochraniałem agencje towarzyskie, nigdy nie wpuszczałem do środka ludzi, którzy wyszli z kryminału. Znałem ich mentalność, wiedziałem, że same z nimi problemy.
Tak więc któregoś dnia postanowiłem w więzieniu, że czas z tym skończyć, zacząć walczyć o prawdę. Nie zawalczyłem przed sądem w swojej sprawie karnej licząc na to, że prawda sama się objawi. Pomyślałem, że czas to naprawić i właśnie wtedy przyjechała pani do mnie z kamerą, a pani prokurator Barbara Zapaśnik powiedziała w reportażu najważniejsze słowa, jakie usłyszałem w życiu. Potem wszystko się ruszyło, chociaż i tak procedury trwały ponad dwa lata.
Przestał pan być figurą w półświatku?
Stałem się wrogiem publicznym, człowiekiem niegodnym szacunku. Zaczęto mi grozić, straszyć śmiercią mojej rodziny. To mnie ostatecznie przekonało, że tak zwane przestępcze zasady to żadne zasady. Każdego dnia w więzieniu musiałem mieć oczy z tyłu głowy. Byłem gotowy, by w każdej chwili walczyć o siebie. Moje pięści były gotowe, żeby puścić je w ruch.
W pewnym momencie pani prokurator powiedziała, abym schował ręce do kieszeni: „Już nie musi pan walczyć, teraz inni walczą o pana, proszę mi zaufać”. Rozpoczęło się śledztwo, przeniesiono mnie z Zakładu Karnego w Goleniowie do szczecińskiego aresztu. Byłem chroniony.
Nie potrafiłem uwierzyć, że wreszcie mam sprzymierzeńców, że to się dzieje naprawdę. Miałem naprawdę wiele szczęścia.
Przetrwałem wszystko. Teraz oni pójdą siedzieć. Wreszcie będzie sprawiedliwość.
Uda się panu. Ma pan rodzinę i przyjaciół.
Bez nich byłoby po mnie. Skończyłem 45 lat, ale czuję się jak dziecko. Wiem, że dopiero teraz zaczynam żyć. Mam kontakt z synem, który ma dzisiaj 20 lat i jest niezły w tajskim boksie. Zna kilka języków, nieźle się uczy. Rozmawialiśmy już ze sobą na Skype. Patrzyłem na niego i duma mnie rozpierała. Pomyślałem, że matka wychowała go na porządnego człowieka.
Kiedy mnie aresztowano był jeszcze malutki. Powiedziałem jego mamie, żeby go zawinęła w pieluchy i uciekała jak najdalej, bo tu ją dopadną bardzo źli ludzie. Od tamtej pory nie widziałem swojego syna. Pewnie myślał tak jak wszyscy, że jestem zabójcą z mafii. Nie pisałem do niego z więzienia. Nie chciałem mu burzyć życia. Teraz to wszystko nadrobimy."
sobota, 6 kwietnia 2019
piątek, 5 kwietnia 2019
Michal Tarasiejski Leszek Drozdz Marcontrel radca Bogdan Basarab
Michal Tarasiejski Leszek Drozdz Marcontrel radca Bogdan Basarab
WYROK
W IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
Dnia 13 września 2018 r.
Sąd Rejonowy Szczecin-Prawobrzeże i Zachód w Szczecinie w IV Wydziale Karnym w
składzie:
Przewodniczący: SSR Radosław Lorenc
Protokolant: Agata Lipniewska
po rozpoznaniu na rozprawie w dniach 2 marca 2017 r., 27 kwietnia 2017 r., 22 czerwca 2018 r. i 31
sierpnia 2018 r. sprawy
Jerzego Matusiaka
...........................................
............................................
oskarżonego o to, że:
w dniu 27 marca 2014 r. w Szczecinie przy ul. Modrej 77, groził Michałowi
Tarasiejskiemu popełnieniem przestępstwa na jego szkodę ( pozbawieniem życia ),
która to groźba wzbudziła w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona,
to jest o czyn z art. 190 § 1 kk
orzeka
I uniewinnia oskarżonego Jerzego Matusiaka od popełnienia zarzucanego mu czynu;
II na podstawie art. 632 pkt 1 kpk w zw. z art. 640 § 1 kpk koszty procesu ponosi oskarżyciel
subsydiarny Michał Witold Tarasiejski
WYROK
W IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
Dnia 13 września 2018 r.
Sąd Rejonowy Szczecin-Prawobrzeże i Zachód w Szczecinie w IV Wydziale Karnym w
składzie:
Przewodniczący: SSR Radosław Lorenc
Protokolant: Agata Lipniewska
po rozpoznaniu na rozprawie w dniach 2 marca 2017 r., 27 kwietnia 2017 r., 22 czerwca 2018 r. i 31
sierpnia 2018 r. sprawy
Jerzego Matusiaka
...........................................
............................................
oskarżonego o to, że:
w dniu 27 marca 2014 r. w Szczecinie przy ul. Modrej 77, groził Michałowi
Tarasiejskiemu popełnieniem przestępstwa na jego szkodę ( pozbawieniem życia ),
która to groźba wzbudziła w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona,
to jest o czyn z art. 190 § 1 kk
orzeka
I uniewinnia oskarżonego Jerzego Matusiaka od popełnienia zarzucanego mu czynu;
II na podstawie art. 632 pkt 1 kpk w zw. z art. 640 § 1 kpk koszty procesu ponosi oskarżyciel
subsydiarny Michał Witold Tarasiejski
Kryzys w NATO
Kryzys w NATO
Niemcy i Francuzi pytani w sondażu https://twitter.com/YouGov, odpowiadają że w razie agresji Rosji nie będą bronić Ukrainy, Rumunii i Turcji. Niemcy nie chcą bronić USA co jest szokujące ! Brytyjczycy wahają się co do obrony Turcji.
Niemcy i Francuzi pytani w sondażu https://twitter.com/YouGov, odpowiadają że w razie agresji Rosji nie będą bronić Ukrainy, Rumunii i Turcji. Niemcy nie chcą bronić USA co jest szokujące ! Brytyjczycy wahają się co do obrony Turcji.
czwartek, 4 kwietnia 2019
Najwieksi producenci wegla
Najwieksi producenci wegla
Udział w światowej produkcji w 2017 roku:
China: 46.4%
United States: 9.9%
Australia: 7.9%
India: 7.8%
Indonesia: 7.2%
Russia: 5.5%
South Africa: 3.8%
Colombia: 1.6%
Poland: 1.3%
Kazakhstan: 1.3%
Germany: 1%
Canada: 0.8%
Vietnam: 0.6%
Ukraine: 0.4%
Czech Republic: 0.4%
(BP)
Udział w światowej produkcji w 2017 roku:
China: 46.4%
United States: 9.9%
Australia: 7.9%
India: 7.8%
Indonesia: 7.2%
Russia: 5.5%
South Africa: 3.8%
Colombia: 1.6%
Poland: 1.3%
Kazakhstan: 1.3%
Germany: 1%
Canada: 0.8%
Vietnam: 0.6%
Ukraine: 0.4%
Czech Republic: 0.4%
(BP)
wtorek, 2 kwietnia 2019
Blitzkrieg z przypadku
Blitzkrieg z przypadku
https://www.focus.pl/artykul/blitzkrieg-z-przypadku
"Kiedy 10 maja 1940 roku III Rzesza rozpoczęła kampanię na froncie zachodnim, nie spodziewała się, że złamanie Francji przyjdzie tak łatwo. Niemcy wcale nie planowali prowadzić działań według doktryny Blitzkriegu, „wojny błyskawicznej” – ona narodziła się w toku tej kampanii.
Blitzkrieg z przypadku
Formalnie wojna na froncie zachodnim zaczęła się osiem miesięcy wcześniej. 3 września 1939 roku Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę III Rzeszy. O ile na morzu i w powietrzu doszło do starć, to na lądzie nie przeprowadzano żadnej większej operacji – rychło tę wojnę ochrzczoną mianem „dziwnej wojny” albo z niemiecka Sitzkrieg, „wojny na siedząco”.
Francuskie dowództwo na czele z generałem Maurice’em Gamelinem, delikatnie mówiąc, nie kwapiło się do działań ofensywnych. Jedyne, na co było je stać to wypad kilka kilometrów w głąb Rzeszy. Poza tym francuska armia gnuśniała. Kiedy korespondent agencji Reutera zapytał żołnierzy, czemu nie strzelają do Niemców, usłyszał w odpowiedzi: „Oni nie są źli. Jeśli będziemy strzelać, oni odpowiedzą ogniem”. Jednocześnie francuscy dowódcy dbali o to, by czas spędzony na froncie umilały występy aktorów i śpiewaków, chociażby pieśniarki Édith Piaf i tancerki Josephine Baker.
Cięcie sierpem
Hitler chciał zaatakować Francję już w listopadzie 1939 roku. Generałowie przekonywali go, że to zły pomysł. Po wojnie z Polską należało uzupełnić braki w amunicji i sprzęcie. Również jesienna aura średnio sprzyjała prowadzeniu działań wojennych. Termin ataku odraczano 29 razy, doszło do niego ostatecznie 10 maja 1940 roku.
Niemiecki plan, określany mianem Sichelschnitt, „cięcie sierpem”, opracował generał Erich von Manstein. Pierwsza grupa niemieckich wojsk miała zaatakować Holandię i Belgię, aby przyciągnąć tam wojska francuskie i brytyjskie. Druga grupa miała przejść przez neutralny Luksemburg i górzystą część południowej Belgii, by uderzyć na francuski Sedan. Następnie miała odbić na zachód, ruszyć w stronę Amiens i Abbeville, aby zamknąć aliantów w okrążeniu na terenie północnej Francji, Belgii i Holandii. Trzecia grupa, maszerująca przez południowy Luksemburg, miała osłaniać drugą, aby ta mogła dopiąć celu.
Plan należało utrzymać w tajemnicy, więc do działania weszły niemiecki wywiad i propaganda. Pogłoski, że celem ataku będą Holandia i Belgia w pewnym sensie odpowiadały oczekiwaniom Francuzów, którzy woleliby, aby ich kraj nie był teatrem działań wojennych. Wprawdzie już 30 kwietnia 1940 roku sztab Gamelina otrzymał informację od szwajcarskiego wywiadu, że Niemcy uderzą na Sedan, lecz puszczono ją mimo uszu.
Sedanu i przepływającej przezeń rzeki Mozy pilnowały stosunkowo niewielkie siły. Francuskie fortyfikacje w tej okolicy pozostawiały wiele do życzenia. Jak pisze amerykański historyk Anthony Beevor w monumentalnej książce Druga wojna światowa: „betonowe umocnienia nad Mozą, budowane przez cywilnych podwykonawców, nie miały nawet otworów strzelniczych skierowanych w odpowiednim kierunku. Pola minowe i zasieki z drutu kolczastego były zupełnie niewystarczające, a sugestie utworzenia na leśnych drogach na wschodnim brzegu rzeki doraźnych zapór ze ściętych drzew odrzucono, gdyż mogły one przeszkodzić francuskiej kawalerii w kontrnatarciu”.
Bomby nad Rotterdamem
10 maja 1940 roku, tak jak przewidywali alianci, III Rzesza zaatakowała Holandię i Belgię, a niemieckie samoloty ruszyły bombardować lotniska w tych krajach oraz we Francji. „Kraj tulipanów” bronił się krótko. Wprawdzie na początku Holendrzy odnieśli pewne sukcesy: udało się obronić Hagę i wysadzić mosty koło Maastricht, lecz 14 maja głównodowodzący holenderskiej armii Henri Winkelman ugiął się pod groźbą zbombardowania Rotterdamu i rozpoczął negocjacje. Część jednostek Luftwaffe nie otrzymało informacji o prowadzonych rozmowach i zrzuciło bomby na miasto. Zginęło ponad 800 osób (holenderski minister spraw zagranicznych zawyżył liczbę ofiar do 30 tysięcy!). Akcja ta przyśpieszyła kapitulację Holendrów. Jedynie Zelandia, region położony w zachodniej części kraju, broniła się do 17 maja.
W Belgii niemieckie postępy były wolniejsze, przede wszystkim z tego względu, że Francja i Wielka Brytania skierowały tam swoje wojska. Już 12 maja alianckie media odtrąbiły sukces, dając do zrozumienia, że ofensywa wroga została powstrzymana. W rzeczywistości dopiero się rozpędzała, lecz na innym odcinku frontu.
10 maja niemieckie siły wkroczyły na teren neutralnego Luksemburga, następnego dnia rozpoczęły forsowanie Mozy. 12 maja w pobliżu miejscowości Houx żołnierze jednego z niemieckich oddziałów znaleźli starą groblę i stworzyli pierwszy przyczółek po drugiej stronie rzeki.
13 maja niemiecka 7. Dywizja Pancerna generała majora Erwina Rommla po ciężkich walkach pod Dinant zdobyła drugi przyczółek. Jej dowódca wykazał się przy tej okazji nie lada pomysłowością. „Zorientowawszy się, że w jego opancerzonym pojeździe nie ma granatów dymnych, rozkazał swoim żołnierzom podpalić kilka pobliskich domów, by wiatr niósł dymy pożarów nad przeprawę” – pisze Anthony Beevor.
Trzeci przyczółek Niemcy zdobyli pod Sedanem, głównie za sprawą niesubordynacji generała wojsk pancernych Heinza Guderiana, który pokłócił się ze swoim przełożonym, generałem pułkownikiem Ewaldem von Kleistem. Guderian namówił Luftwaffe do ataku lotniczego na Sedan, podczas gdy jego ludzie rozpoczęli przeprawę – zakończoną sukcesem.
W efekcie 14 maja wyłom na froncie zachodnim rozciągał się na długości 80 kilometrów. Francuzi sądzili, że Niemcy będą kierować się na południe na tyły Linii Maginota, sieci fortyfikacji odgradzającej granice „trójkolorowych” od ich wschodnich sąsiadów. Mając to na uwadze, przegrupowali wojska. Nieświadomie pomogli wrogowi, zmierzającemu na zachód.
Niemieckie dowództwo obawiało się, aby wysunięte za bardzo dywizje pancerne nie nadziały się na francuski kontratak. Z tego powodu chciało zatrzymać je aż nadejdzie wystarczająca liczba dywizji piechoty. Generał wojsk pancernych Heinz Guderian nie miał zamiaru tracić czasu, chciał zatrzymać się dopiero nad kanałem La Manche.
„Noc [z 15 na 16 maja], wbrew moim oczekiwaniom minęła bardzo niespokojnie, jednakże nie z powodu działań nieprzyjaciela, lecz na skutek trudności z naszym własnym dowództwem” – wspominał. – „Grupa pancerna Kleista rozkazała przerwać natarcie i ograniczyć się do otrzymania przyczółku na Mozie. Nie chciałem ani nie mogłem pogodzić się z tym rozkazem, który oznaczał rezygnację z momentu zaskoczenia i przekreślenie całego już osiągniętego sukcesu początkowego”. Skontaktował się z samym von Kleistem. „Rozmowa miała przebieg bardzo gwałtowny i kilkakrotnie była przerywana. W końcu generał von Kleist zezwolił na kontynuowanie natarcia przez jeszcze jedną dobę w celu rozszerzenia przyczółka do rozmiarów potrzebnych dla podciągnięcia korpusów piechoty”.
Guderian naciskał dowódcę także dlatego, że dzień wcześniej wpadł w ręce hitlerowców francuski rozkaz, w którym znalazła się fraza „Czas nareszcie zatrzymać potok niemieckich czołgów!”. „Rozkaz ten umocnił mnie w przekonaniu, że należy wszystkimi siłami kontynuować natarcie, gdyż zdolność Francuzów do dalszego oporu zaczęła widocznie budzić poważny niepokój w ich własnym Naczelnym Dowództwie” – wyjaśniał Guderian. – „Teraz tylko się nie wahać, działać bez chwili przerwy!”.
Następnego dnia generał wykłócał się o to z przełożonymi, zrezygnował nawet z dowództwa. Rezygnację przyjęto, lecz szybko cofnięto decyzję o jej przyjęciu. Postanowiono, że sztab XIX Korpusu, dowodzonego przez Guderiana, pozostanie na miejscu, lecz generał na czele „wartościowych formacji rozpoznawczych” mógł ruszyć dalej. „Szybki Heinz” – jak nazywano Guderiana – jak tylko mógł, pędził na zachód. Nie licząc własnego dowództwa, jedyny poważny opór w drodze do wybrzeża napotkał 17 maja pod Montcorner. Tego dnia został zaatakowany przez 4. Dywizję Pancerną pułkownika Charlesa de Gaulle’a, lecz z pomocą lotnictwa zmusił Francuzów do wycofania się.
Akcja Guderiana zapisała się w annałach. „Było to pierwsze w historii wojen »operacyjne« zastosowanie broni pancernej: całe dywizje wysforowały się daleko naprzód z nastawieniem na »niespodziewane natarcie«. Nie chodziło już o to, żeby z pomocą kilku czołgów zyskać lokalną taktyczną przewagę, lecz o to, by wykorzystać jako atut przeważającą mobilność o dalekim zasięgu. Motto brzmiało: »Operacja to ruch!«”– pisał popularyzator historii Guido Knopp w książce Wehrmacht. Od inwazji na Polskę do kapitulacji.
20 maja 1940 roku niemieccy czołgiści dotarli do Amiens i Abbeville. Brytyjski Korpus Ekspedycyjny, siły belgijskie i część francuskich zostały wzięte w potrzask. Losy kampanii były już w praktyce rozstrzygnięte. Guderian chciał szybko zająć porty nad kanałem La Manche, lecz nie znalazł zrozumienia wśród przełożonych. Między innymi dlatego Brytyjczykom w ramach operacji „Dynamo” między 26 maja a 4 czerwca udało się ewakuować większość alianckich żołnierzy otoczonych przez niemieckie wojska.
Nie zmieniło to biegu kampanii. W międzyczasie poddała się Belgia. 14 czerwca Niemcy wkroczyli do Paryża. 22 czerwca Francja skapitulowała. Bilans sześciu tygodni walk był dla III Rzeszy oszałamiający. Pokonano trzy państwa, przepędzono Brytyjczyków z kontynentu, samych francuskich żołnierzy wzięto do niewoli dwa miliony!
Blitzkrieg po „Blitzkriegu”
Dziś kampania wiosenna 1940 roku jest nierozłącznie związana z pojęciem Blitzkriegu, „wojny błyskawicznej”, ale dokonano tego niejako post factum. Współcześnie określenie to definiowane jest jako szybki i zmasowany atak lądowych wojsk pancernych, poprzedzony zdobyciem przewagi w powietrzu. W niemieckiej prasie pojawiało się już w latach trzydziestych. Zachodnie media używały go w kontekście kampanii wrześniowej, lecz spopularyzowały na szerszą skalę właśnie w odniesieniu do wydarzeń na froncie zachodnim z wiosny 1940 roku.
Jak przekonuje niemiecki historyk wojskowości Karl-Heinz Frieser, ofensywy 1940 roku nie planowano według filozofii Blitzkriegu, lecz to właśnie pod jej wpływem ową filozofię sformułowano. „Kampania zachodnia sprawiła, że wszystkie przestarzałe doktryny legły w gruzach jak podczas trzęsienia ziemi, a na polu bitwy dokonała się rewolucja w sposobie prowadzenia wojny” – pisze w dobrze przyjętej wśród specjalistów pracy Legenda blitzkriegu. Kampania zachodnia 1940.
Wskazuje, że na sukces Niemców złożyło się kilka czynników, w tym samowola oficerów, szczególnie Guderiana, który wyrwał się z przyczółka pod Sedanem i błyskawicznie dotarł do zachodniego wybrzeża. Spora w tym „zasługa” nieudolnego francuskiego dowództwa, które zmarnowało przewagę nad atakującymi niemal w każdym aspekcie. Alianci w maju 1940 roku mieli nawet więcej czołgów od Wehrmachtu: 4204 wobec 2429.
Samo pojęcie Blitzkrieg po klęsce Francji w 1940 roku, tak chętnie powtarzane przez zachodnie media, rychło zostało podchwycone przez nazistowską propagandę. Nie trwało to długo. Kiedy wojna ze Związkiem Radzieckim, wbrew niemieckim nadziejom na szybki sukces, przemieniła się w długi i krwawy konflikt, odcięto się od Blitzkriegu. Hitler zarzekał się, że nigdy nie używał tego określenia. W tym czasie niemiecka prasa zapewniała: „Pojęcie Blitzkrieg wymyślili Brytyjczycy. My nigdy nie mówiliśmy, że to najpotężniejsze ze wszystkich zmagań odbędzie się kiedykolwiek w błyskawicznym tempie.”.
https://www.focus.pl/artykul/blitzkrieg-z-przypadku
"Kiedy 10 maja 1940 roku III Rzesza rozpoczęła kampanię na froncie zachodnim, nie spodziewała się, że złamanie Francji przyjdzie tak łatwo. Niemcy wcale nie planowali prowadzić działań według doktryny Blitzkriegu, „wojny błyskawicznej” – ona narodziła się w toku tej kampanii.
Blitzkrieg z przypadku
Formalnie wojna na froncie zachodnim zaczęła się osiem miesięcy wcześniej. 3 września 1939 roku Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę III Rzeszy. O ile na morzu i w powietrzu doszło do starć, to na lądzie nie przeprowadzano żadnej większej operacji – rychło tę wojnę ochrzczoną mianem „dziwnej wojny” albo z niemiecka Sitzkrieg, „wojny na siedząco”.
Francuskie dowództwo na czele z generałem Maurice’em Gamelinem, delikatnie mówiąc, nie kwapiło się do działań ofensywnych. Jedyne, na co było je stać to wypad kilka kilometrów w głąb Rzeszy. Poza tym francuska armia gnuśniała. Kiedy korespondent agencji Reutera zapytał żołnierzy, czemu nie strzelają do Niemców, usłyszał w odpowiedzi: „Oni nie są źli. Jeśli będziemy strzelać, oni odpowiedzą ogniem”. Jednocześnie francuscy dowódcy dbali o to, by czas spędzony na froncie umilały występy aktorów i śpiewaków, chociażby pieśniarki Édith Piaf i tancerki Josephine Baker.
Cięcie sierpem
Hitler chciał zaatakować Francję już w listopadzie 1939 roku. Generałowie przekonywali go, że to zły pomysł. Po wojnie z Polską należało uzupełnić braki w amunicji i sprzęcie. Również jesienna aura średnio sprzyjała prowadzeniu działań wojennych. Termin ataku odraczano 29 razy, doszło do niego ostatecznie 10 maja 1940 roku.
Niemiecki plan, określany mianem Sichelschnitt, „cięcie sierpem”, opracował generał Erich von Manstein. Pierwsza grupa niemieckich wojsk miała zaatakować Holandię i Belgię, aby przyciągnąć tam wojska francuskie i brytyjskie. Druga grupa miała przejść przez neutralny Luksemburg i górzystą część południowej Belgii, by uderzyć na francuski Sedan. Następnie miała odbić na zachód, ruszyć w stronę Amiens i Abbeville, aby zamknąć aliantów w okrążeniu na terenie północnej Francji, Belgii i Holandii. Trzecia grupa, maszerująca przez południowy Luksemburg, miała osłaniać drugą, aby ta mogła dopiąć celu.
Plan należało utrzymać w tajemnicy, więc do działania weszły niemiecki wywiad i propaganda. Pogłoski, że celem ataku będą Holandia i Belgia w pewnym sensie odpowiadały oczekiwaniom Francuzów, którzy woleliby, aby ich kraj nie był teatrem działań wojennych. Wprawdzie już 30 kwietnia 1940 roku sztab Gamelina otrzymał informację od szwajcarskiego wywiadu, że Niemcy uderzą na Sedan, lecz puszczono ją mimo uszu.
Sedanu i przepływającej przezeń rzeki Mozy pilnowały stosunkowo niewielkie siły. Francuskie fortyfikacje w tej okolicy pozostawiały wiele do życzenia. Jak pisze amerykański historyk Anthony Beevor w monumentalnej książce Druga wojna światowa: „betonowe umocnienia nad Mozą, budowane przez cywilnych podwykonawców, nie miały nawet otworów strzelniczych skierowanych w odpowiednim kierunku. Pola minowe i zasieki z drutu kolczastego były zupełnie niewystarczające, a sugestie utworzenia na leśnych drogach na wschodnim brzegu rzeki doraźnych zapór ze ściętych drzew odrzucono, gdyż mogły one przeszkodzić francuskiej kawalerii w kontrnatarciu”.
Bomby nad Rotterdamem
10 maja 1940 roku, tak jak przewidywali alianci, III Rzesza zaatakowała Holandię i Belgię, a niemieckie samoloty ruszyły bombardować lotniska w tych krajach oraz we Francji. „Kraj tulipanów” bronił się krótko. Wprawdzie na początku Holendrzy odnieśli pewne sukcesy: udało się obronić Hagę i wysadzić mosty koło Maastricht, lecz 14 maja głównodowodzący holenderskiej armii Henri Winkelman ugiął się pod groźbą zbombardowania Rotterdamu i rozpoczął negocjacje. Część jednostek Luftwaffe nie otrzymało informacji o prowadzonych rozmowach i zrzuciło bomby na miasto. Zginęło ponad 800 osób (holenderski minister spraw zagranicznych zawyżył liczbę ofiar do 30 tysięcy!). Akcja ta przyśpieszyła kapitulację Holendrów. Jedynie Zelandia, region położony w zachodniej części kraju, broniła się do 17 maja.
W Belgii niemieckie postępy były wolniejsze, przede wszystkim z tego względu, że Francja i Wielka Brytania skierowały tam swoje wojska. Już 12 maja alianckie media odtrąbiły sukces, dając do zrozumienia, że ofensywa wroga została powstrzymana. W rzeczywistości dopiero się rozpędzała, lecz na innym odcinku frontu.
10 maja niemieckie siły wkroczyły na teren neutralnego Luksemburga, następnego dnia rozpoczęły forsowanie Mozy. 12 maja w pobliżu miejscowości Houx żołnierze jednego z niemieckich oddziałów znaleźli starą groblę i stworzyli pierwszy przyczółek po drugiej stronie rzeki.
13 maja niemiecka 7. Dywizja Pancerna generała majora Erwina Rommla po ciężkich walkach pod Dinant zdobyła drugi przyczółek. Jej dowódca wykazał się przy tej okazji nie lada pomysłowością. „Zorientowawszy się, że w jego opancerzonym pojeździe nie ma granatów dymnych, rozkazał swoim żołnierzom podpalić kilka pobliskich domów, by wiatr niósł dymy pożarów nad przeprawę” – pisze Anthony Beevor.
Trzeci przyczółek Niemcy zdobyli pod Sedanem, głównie za sprawą niesubordynacji generała wojsk pancernych Heinza Guderiana, który pokłócił się ze swoim przełożonym, generałem pułkownikiem Ewaldem von Kleistem. Guderian namówił Luftwaffe do ataku lotniczego na Sedan, podczas gdy jego ludzie rozpoczęli przeprawę – zakończoną sukcesem.
W efekcie 14 maja wyłom na froncie zachodnim rozciągał się na długości 80 kilometrów. Francuzi sądzili, że Niemcy będą kierować się na południe na tyły Linii Maginota, sieci fortyfikacji odgradzającej granice „trójkolorowych” od ich wschodnich sąsiadów. Mając to na uwadze, przegrupowali wojska. Nieświadomie pomogli wrogowi, zmierzającemu na zachód.
Niemieckie dowództwo obawiało się, aby wysunięte za bardzo dywizje pancerne nie nadziały się na francuski kontratak. Z tego powodu chciało zatrzymać je aż nadejdzie wystarczająca liczba dywizji piechoty. Generał wojsk pancernych Heinz Guderian nie miał zamiaru tracić czasu, chciał zatrzymać się dopiero nad kanałem La Manche.
„Noc [z 15 na 16 maja], wbrew moim oczekiwaniom minęła bardzo niespokojnie, jednakże nie z powodu działań nieprzyjaciela, lecz na skutek trudności z naszym własnym dowództwem” – wspominał. – „Grupa pancerna Kleista rozkazała przerwać natarcie i ograniczyć się do otrzymania przyczółku na Mozie. Nie chciałem ani nie mogłem pogodzić się z tym rozkazem, który oznaczał rezygnację z momentu zaskoczenia i przekreślenie całego już osiągniętego sukcesu początkowego”. Skontaktował się z samym von Kleistem. „Rozmowa miała przebieg bardzo gwałtowny i kilkakrotnie była przerywana. W końcu generał von Kleist zezwolił na kontynuowanie natarcia przez jeszcze jedną dobę w celu rozszerzenia przyczółka do rozmiarów potrzebnych dla podciągnięcia korpusów piechoty”.
Guderian naciskał dowódcę także dlatego, że dzień wcześniej wpadł w ręce hitlerowców francuski rozkaz, w którym znalazła się fraza „Czas nareszcie zatrzymać potok niemieckich czołgów!”. „Rozkaz ten umocnił mnie w przekonaniu, że należy wszystkimi siłami kontynuować natarcie, gdyż zdolność Francuzów do dalszego oporu zaczęła widocznie budzić poważny niepokój w ich własnym Naczelnym Dowództwie” – wyjaśniał Guderian. – „Teraz tylko się nie wahać, działać bez chwili przerwy!”.
Następnego dnia generał wykłócał się o to z przełożonymi, zrezygnował nawet z dowództwa. Rezygnację przyjęto, lecz szybko cofnięto decyzję o jej przyjęciu. Postanowiono, że sztab XIX Korpusu, dowodzonego przez Guderiana, pozostanie na miejscu, lecz generał na czele „wartościowych formacji rozpoznawczych” mógł ruszyć dalej. „Szybki Heinz” – jak nazywano Guderiana – jak tylko mógł, pędził na zachód. Nie licząc własnego dowództwa, jedyny poważny opór w drodze do wybrzeża napotkał 17 maja pod Montcorner. Tego dnia został zaatakowany przez 4. Dywizję Pancerną pułkownika Charlesa de Gaulle’a, lecz z pomocą lotnictwa zmusił Francuzów do wycofania się.
Akcja Guderiana zapisała się w annałach. „Było to pierwsze w historii wojen »operacyjne« zastosowanie broni pancernej: całe dywizje wysforowały się daleko naprzód z nastawieniem na »niespodziewane natarcie«. Nie chodziło już o to, żeby z pomocą kilku czołgów zyskać lokalną taktyczną przewagę, lecz o to, by wykorzystać jako atut przeważającą mobilność o dalekim zasięgu. Motto brzmiało: »Operacja to ruch!«”– pisał popularyzator historii Guido Knopp w książce Wehrmacht. Od inwazji na Polskę do kapitulacji.
20 maja 1940 roku niemieccy czołgiści dotarli do Amiens i Abbeville. Brytyjski Korpus Ekspedycyjny, siły belgijskie i część francuskich zostały wzięte w potrzask. Losy kampanii były już w praktyce rozstrzygnięte. Guderian chciał szybko zająć porty nad kanałem La Manche, lecz nie znalazł zrozumienia wśród przełożonych. Między innymi dlatego Brytyjczykom w ramach operacji „Dynamo” między 26 maja a 4 czerwca udało się ewakuować większość alianckich żołnierzy otoczonych przez niemieckie wojska.
Nie zmieniło to biegu kampanii. W międzyczasie poddała się Belgia. 14 czerwca Niemcy wkroczyli do Paryża. 22 czerwca Francja skapitulowała. Bilans sześciu tygodni walk był dla III Rzeszy oszałamiający. Pokonano trzy państwa, przepędzono Brytyjczyków z kontynentu, samych francuskich żołnierzy wzięto do niewoli dwa miliony!
Blitzkrieg po „Blitzkriegu”
Dziś kampania wiosenna 1940 roku jest nierozłącznie związana z pojęciem Blitzkriegu, „wojny błyskawicznej”, ale dokonano tego niejako post factum. Współcześnie określenie to definiowane jest jako szybki i zmasowany atak lądowych wojsk pancernych, poprzedzony zdobyciem przewagi w powietrzu. W niemieckiej prasie pojawiało się już w latach trzydziestych. Zachodnie media używały go w kontekście kampanii wrześniowej, lecz spopularyzowały na szerszą skalę właśnie w odniesieniu do wydarzeń na froncie zachodnim z wiosny 1940 roku.
Jak przekonuje niemiecki historyk wojskowości Karl-Heinz Frieser, ofensywy 1940 roku nie planowano według filozofii Blitzkriegu, lecz to właśnie pod jej wpływem ową filozofię sformułowano. „Kampania zachodnia sprawiła, że wszystkie przestarzałe doktryny legły w gruzach jak podczas trzęsienia ziemi, a na polu bitwy dokonała się rewolucja w sposobie prowadzenia wojny” – pisze w dobrze przyjętej wśród specjalistów pracy Legenda blitzkriegu. Kampania zachodnia 1940.
Wskazuje, że na sukces Niemców złożyło się kilka czynników, w tym samowola oficerów, szczególnie Guderiana, który wyrwał się z przyczółka pod Sedanem i błyskawicznie dotarł do zachodniego wybrzeża. Spora w tym „zasługa” nieudolnego francuskiego dowództwa, które zmarnowało przewagę nad atakującymi niemal w każdym aspekcie. Alianci w maju 1940 roku mieli nawet więcej czołgów od Wehrmachtu: 4204 wobec 2429.
Samo pojęcie Blitzkrieg po klęsce Francji w 1940 roku, tak chętnie powtarzane przez zachodnie media, rychło zostało podchwycone przez nazistowską propagandę. Nie trwało to długo. Kiedy wojna ze Związkiem Radzieckim, wbrew niemieckim nadziejom na szybki sukces, przemieniła się w długi i krwawy konflikt, odcięto się od Blitzkriegu. Hitler zarzekał się, że nigdy nie używał tego określenia. W tym czasie niemiecka prasa zapewniała: „Pojęcie Blitzkrieg wymyślili Brytyjczycy. My nigdy nie mówiliśmy, że to najpotężniejsze ze wszystkich zmagań odbędzie się kiedykolwiek w błyskawicznym tempie.”.
poniedziałek, 1 kwietnia 2019
Największa równość płci
Największa równość płci
Gender equality, 2018.
1. Iceland
2. Norway
3. Sweden
12. France
14. Germany
15. UK
16. Canada
19. South Africa
29. Spain
48. Bangladesh
50. Mexico
51. US
70. Italy
75. Russia
85. Indonesia
95. Brazil
103. China
108. India
130. Turkey
141. Saudi Arabia
148. Pakistan
(WEF)
Gender equality, 2018.
1. Iceland
2. Norway
3. Sweden
12. France
14. Germany
15. UK
16. Canada
19. South Africa
29. Spain
48. Bangladesh
50. Mexico
51. US
70. Italy
75. Russia
85. Indonesia
95. Brazil
103. China
108. India
130. Turkey
141. Saudi Arabia
148. Pakistan
(WEF)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


