sobota, 17 sierpnia 2024

Idealny kandydat PIS na prezydenta

 Idealny kandydat PIS na prezydenta

 Rasowy pisowiec  z krwi i kości, wierny pisowskim ideałom, przede wszystkim uważa że mu się NALEZY. Jemu, jego rodzinie, kochankom... kościołowi kat.
 Nie ma  lepszego kandydata PIS na prezydenta od Radosława Piesiewicza.

 Od kwietnia 2023 r. prezes PKOl Piesiewicz wraz z rodziną aż 35 razy na koszt podatnika skorzystał z odprawy VIP na lotnisku Chopina w Warszawie. Oczywiście należały im się najlepsze hotele świata.
 Żona prezesa za okres kilka miesięcy  w państwowym banku Pekao SA dostała ( przecież nie zarobiła ! ) 1 mln 150 tys. zł. (w umowie nie umieszczono jej nawet zakresu obowiązków). Można powiedzieć że dostała forse na rozkaz Kaczynesku jako fundusz wyborczy przyszłego prezydenta.
 Tuż przed zgaszeniem znicza olimpijskiego Piesiewicz opowiadał, że "PKOl nie odpowiada za przygotowanie sportowców".
Nie da wglądu ministrowi w listę wydatków i listy podróżnych. Minister czyli podatnik jest tylko od płacenia.  
Wystawienie go w wyborach prezydenckich jest konieczne.
Nawet Janusz Kowalski ani Ryszard Czarnecki nie są tak dobrzy w pisizmie.

Gdyby prokuratura chciała kryształa oskarżyć to sam siebie ułaskawi jako prezydent !
Na pewno ułaskawi też skazanych przez sędziów mściwej Volksdeutsch Partei pisoskich patriotów. Wetując będzie sypał piach w niemieckie tryby rządu Volksdeutsch Partei.  

Jako sprawny w podróżach napewno ucieknie z Polski przed okupantem wzorem sanacyjnego prezydenta Mościckiego.
Oczywiście ze złotem Glapińskiego do Londynu gdzie urządzi rząd emigracyjny.   

Lepiej aby miał ciocie w Hajfie i  dzieci posyłał do żydowskich szkół jak Moradziecki  ale nie można żądać za wiele. To musiałby być KRYSZTAŁ pisoski.   

Patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców.
Patriotism is the last refuge of a scoundrel.
Źródło: Biografia Life of Johnson vol. II, James Boswell, 1791

piątek, 16 sierpnia 2024

Wkrecanie Polski w maszynke do miesa 11

 Wkrecanie Polski w maszynke do miesa 11

1. Media w Korei podają że w Polsce wyciekła tajna dokumentacja do zakupionych czołgów i można ją kupić ! To raczej uderzenie wyprzedzające na wypadek gdyby Polska chciała składać reklamacje co do skuteczności kupionej broni.

2.Nowoczesne i drogie armatohaubice kalibru 155 mm ( w tym Krab) miały być bardzo celne i groźne. Ilość wystrzelonych na Ukrainie pocisków może dojść do miliona a realna skuteczność w zderzeniu z reklamami producentów jest bardzo, bardzo mała.
Skuteczność wszystkich Wunderwaffe okazuje się zdumiewająco słaba !

3."Prezydent USA Joe Biden jest "otwarty", by przekazać Ukrainie rakiety manewrujące JASSM"
Ponieważ zaczęło przygasać pod ukraińskim kotłem, trzeba zatem dołożyć kolejną Wunderwaffe aby wrzało. Taka jest polityka wujka Joe: zamiast dążyć do pokoju, eskalujemy, podkładamy, aby właściciele koncernów zbrojeniowych mieli za co żyć.

Dążymy do wojny totalnej, co będzie miało straszne konsekwencje.
Rosja stara się nie atakować cywilów, wbrew fałszywie głoszonej zachodniej propagandzie. Według danych ONZ przez ponad 2 lata wojny zginęło tylko 11,520 ukraińskich cywilów
Ponieważ USA (i Polska) przyklaskują  atakom ukraińskim na obiekty cywilne w Rosji spirala może się rozkręcić i jedynym skutecznym odwetem Rosji mogą się stać ataki na cywilów. Wówczas liczba ofiar może sięgnąć milionów.

4.Sojusz militarny jest uzupełnieniem układu wspólnych interesów. Oszukańczy Sojusz Egzotyczny służy silniejszemu do wystawienia słabszego na atak wspólnego wroga. Tak było w 1939 roku gdy Anglia wystawiła Polske na sprowokowane niemieckie uderzenie.
W 1920 roku mieliśmy zawarte z Francją i innymi krajami układy o pomocy wojskowej. Cala Europa zachodnia pozostała głucha na polskie błagania o pomoc i odmawiając praktycznie poparła Rosję radziecką. Jedynie Wegrzy próbowali przesłać uzbrojenie, ale zablokowała to Czechosłowacja.
W 1939 roku mieliśmy zawarte układy z Francją i Wlk. Brytanią gwarantujące Polsce bezpieczeństwo...
Teraz też mamy sojusz NATO z słynnym art. 5.  Hiszpania i Portugalia albo Włochy  wyślą kilkadziesiąt  dywizji na front do Polski ?

Według "The Wall Street Journal" gazociągi NS wysadzili Ukraińcy mimo sprzeciwu Waszyngtonu.
Pomysł wysadzenia gazociągu miał się narodzić spontanicznie w małym gronie ukraińskich wojskowych w maju 2022 r., podczas świętowania odparcia rosyjskiego uderzenia. Ze strony wojskowej operację miał nadzorować generał Walerij Załużny, kilka miesięcy temu odwołany przez prezydenta Zełenskiego z funkcji głównodowodzącego ukraińską armią. Prezydent miał operację początkowo zatwierdzić.
Informację o niej miał powziąć za sprawą swoich kontaktów holenderski wywiad wojskowy MIVD  i przekazać ją CIA, która z kolei poprzez kanały polityczne zażądała od Kijowa, aby z niej zrezygnować. Zełenski miał tę decyzję zakomunikować Załużnemu, który jednak oznajmił, że jest za późno, grupa sabotażowa została już wysłana i dla bezpieczeństwa nie ma z nią kontaktu.
Grupa złożona z doświadczonych żołnierzy i cywilów – w tym z ukraińskiego instruktora nurkowania, mieszkającego w Polsce – przemieściła się do Rostocku, gdzie wynajęła 15-metrowy jacht „Andromeda”. Rejs po Bałtyku trwał od 7 do 23 września, w jego trakcie, 19 września, zawinięto do Kołobrzegu, gdzie załoga wzbudziła podejrzenia. Została sprawdzona przez Straż Graniczną, wylegitymowała się unijnymi paszportami i została puszczona dalej. Polska miała następnie odmówić współpracy z niemiecką policją, prowadzącą śledztwo w sprawie sabotażu, nie przekazując jej nagrań z portowych kamer, a potem twierdząc, że zostały skasowane.
Na gazociąg założono materiał wybuchowy HMX (oktogen) z zapalnikami czasowymi. Wybuchy nastąpiły 26 września, już po powrocie jachtu do Rostocku. Załoga śpieszyła się i nie wyczyściła „Andromedy”, co  pomogło niemieckim śledczym, którzy znaleźli ślady materiału wybuchowego oraz DNA członków załogi.

Strona polska nie współpracowała z Niemcami również wtedy, gdy wystawili oni niejawny nakaz zatrzymania wspomnianego Ukraińca, mieszkającego w Polsce. Nakaz został przez polskie służby zignorowany, Ukrainiec zniknął w swoim kraju.

Andrzej Duda był zamieszany w sprawę przeprowadzenia zamachu na gazociąg Nord Stream - takie stwierdzenie przedstawił w rozmowie z reporterem "Die Welt" były szef niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND).
I na koniec wszyscy sojusznicy nas opuszcza . Po co było wychodzić przed szereg Polsko !

Polska i kraje NATO nie są w stanie wojny z Rosją !
Zamieszanie Polski w tą terrorystyczną akcje byłoby szalenie niebezpieczne dla Polski.

Niemcy podliczą straty w niemieckiej to  znaczy unijnej gospodarce. Dodają utracone korzyści, koszta odbudowy gazociągów Nord Stream oraz  straty środowiskowe i przyjdą z rachunkiem do wykonawców ataku terrorystycznego na krytyczną infrastrukturę europejską. Każdy Trybunał każe Polsce zapłacić. Trzecia gospodarka świata nie odpuści tak bezczelnego i bezpośredniego uderzenia w swoje istotne interesy. Niemcy mają pieniądze i środki do skutecznego działania

Trzeba przeprosić i pomoc w śledztwie. Miejsce dla zamieszanych w to Polaków (także Duda) jest w areszcie wydobywczym.
 
5.Rosja zrobiła się  samowystarczalna i ma duże nadwyżki różnych towarów chętnie kupowanych na świecie.
    -Od 2014 do 2023 roku produkcja rolna w Rosji wzrosła o 33,2 proc., a produkcja w sektorze spożywczym o 42,9 proc.
    -W ciągu dziesięciu lat eksport produktów rolnych wzrósł 2,6-krotnie i na koniec 2023 roku osiągnął 43,5 miliarda dolarów w porównaniu do 17,1 miliarda w 2013 roku.
    -W okresie embarg zbiory zbóż wzrosły prawie dwukrotnie, nasion oleistych – 2,3 razy, ziemniaków – 1,6 razy, warzyw – 1,7 razy, owoców i jagód – 2,8 razy.
    -Produkcja żywca i drobiu wzrosła o 35,6 proc. (w produkcji mięsa zajęli czwarte miejsce na świecie), mleka o 13,2 proc.
Oczywiście produkcja uzbrojenia wzrosła ogromnie.

Korzyści z wojny odnoszą USA.
Europa nałożyła na siebie zabójcze sankcje.

TKM-owy patriota prof. Alojzy Nowak

 TKM-owy patriota prof. Alojzy Nowak

 PIS zdeprecjonował patriotyzm wprowadzając jego nową kategorię "prawdziwego patrioty" czyli oszusta. Kto nie był po ich stronie "prawdziwym patriotą", ten był albo patriotą drugiego gatunku albo antypatriotą.

 Zaściankowe, amoralne zdegenerowane środowiska "naukowej nędzy" są głęboko zdemoralizowane. Realnie nie mają żadnej wiedzy i autorytetu. To ludzki śmietnik oszustów.

Conajmniej pięciu  rektorów „uczelni” aktualnie siedzi w areszcie – czekając na wyrok i pasiak w pierdlu. Wszyscy rektorzy "uczelni"  uwikłani są w lokalne układy mafijne oczekując nerwowo na poranną wizytę policji.
Śmierdzący na odległość staruszek rektor Uniwersytetu Warszawskiego Alojzy Nowak jest członkiem  mnóstwa "ekumenicznych" rad nadzorczych.
 Tylko kilka informacji a w  mediach szczegóły.
Prof. Alojzy Nowak, ekonomista i obecny rektor Uniwersytetu Warszawskiego:
– „lex Nowak” to nowelizacja ustawy m.in. wydłużająca z 67 do 70 lat limit wieku rektora w chwili rozpoczęcia kadencji,
– zasłynął ze złożenia do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez dra Marka Michalewicza, byłego szef Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW. Przed rokiem w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” krytycznie odniósł się on do prac podkomisji smoleńskiej.
– członek rady dyrektorów norweskiej spółki Orlenu,
– prezesa Akademickiego Związku Sportowego,
– prezydenckiej Rady ds. Szkolnictwa Wyższego, Nauki i Innowacji,
– członka rady naukowej Instytutu Nowej Ekonomii Strukturalnej państwowego chińskiego Uniwersytetu w Pekinie,
– jako przedstawiciel skarbu państwa zasiada w radzie nadzorczej Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW),
– od 2018 r. prof. Alojzy Nowak zasiada także w radzie nadzorczej prywatnego Banku Millennium, kontrolowanego przez portugalski bank BCP.
– od połowy 2020 r. ma też miejsce w radzie nadzorczej spółki energetycznej ZE PAK, kontrolowanej przez miliardera Zygmunta Solorza.
– zgłoszony do rady ZE PAK jako przedstawiciel towarzystwa emerytalnego „Złota Jesień” PZU – dwa miesiące po tym, jak zrezygnował z pracy w radzie nadzorczej samego PZU.
– latem 2021 r. został powołany do rady nadzorczej firmy Cyfrowy Polsat,
– członek rady nadzorczej Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”,
– członek rady nadzorczej spółki Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne,
– w 2022 Ministerstwo Edukacji i Nauki w odpowiedzi na poselską interpelację przedstawiło listę wynagrodzeń rektorów uczelni publicznej. Według tego wykazu jako rektor UW prof. Alojzy Nowak dostawał miesięcznie 36 206 zł wynagrodzenia (ponad 435,5 tys. zł rocznie).
– drugie tyle rektor UW może dorobić za pracę w radach nadzorczych. Według ostatnich dostępnych danych za pracę w radzie JSW w 2021 r. otrzymał 79,3 tys. zł (rok wcześniej 82,2 tys. zł), w ZE PAK jego wynagrodzenie wynosi 10 tys. zł miesięcznie, a w Banku Millennium za pracę w 2022 r. dostał 180 tys. zł (rok wcześniej – 160 tys. zł). Cyfrowy Polsat swojego sprawozdania za zeszły rok czyli 2022 jeszcze nie ogłosił.

W radzie dyrektorów norweskiej spółki Orlenu wynagrodzenie ma wynosić „parę tysięcy euro miesięcznie”, mówił Daniel Obajtek w Radiu Zet”. (Andrzej Kublik, Daniel Obajtek zaangażował rektora UW. Ekumeniczna rada norweskiej spółki Orlenu)

czwartek, 15 sierpnia 2024

Armia w ruinie

 Armia w ruinie
https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/zolnierze-mowia-wprost-co-by-sie-stalo-gdyby-doszlo-do-wojny-fragment-ksiazki/dz48rn7,79cfc278
"Żołnierze mówią wprost, co by się stało, gdyby doszło do wojny [FRAGMENT KSIĄŻKI]

— Oczywiście politycy PiS-u oszukiwali społeczeństwo, wmawiając ludziom, że stworzą trzystutysięczną armię. Jeśli już rzeczywiście tworzono nowe struktury, to metodą kanibalizmu. To jest rzecz, za którą i politycy, i wojskowi powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Bo jednostki, które miały zdolności bojowe, dziś ich nie mają — mówi oficer wojsk lądowych. — Co się stanie, jakby Ruscy do nasz weszli? Co mam odpowiedzieć? Giniemy pięknie w okopach, bo amunicja nie dojedzie, bo nie ma skąd dojechać, a sami jej przecież nie produkujemy — dodaje kolejny oficer w książce dziennikarki Onetu pt. "Armia w ruinie".
Doświadczony oficer, wykładowca akademii wojskowej: W jakim stanie jest dziś polska armia? Odpowiedź strategiczna: w stanie nieakceptowalnym. Ze względu na poziom współczesnych zagrożeń i wyzwań, jakie przed nią stoją, jej stan jest nieakceptowalny i niewystarczający. Wojsko jako komponent militarny nie jest w stanie realizować postanowień Konstytucji, czyli nie jest w stanie skutecznie bronić granic państwa.Ten rozkład nie zaczął się osiem lat temu. Obserwujemy go od dwudziestu lat. Po wejściu do NATO politycy zaczęli wprowadzać społeczeństwo w błąd. Mówili, że nie musimy rozwijać sił zbrojnych. Przypominam, że jak wchodziliśmy do NATO, mieliśmy sto dziewięćdziesiąt osiem tysięcy, jeszcze była też zasadnicza służba wojskowa. Potencjał, zdolności i zasoby, również rezerwowe, były dużo, dużo wyższe niż teraz.

Najważniejszym zasobem każdej armii, o czym często zapominamy, bo dyskutujemy o umowach, sprzęcie, modernizacji, są zasoby osobowe. Mówiąc wprost – żołnierze. Trzeba zacząć od tych, którzy dowodzą i zarządzają – od generalicji. Co tu mamy? Wyjątkowo słaby poziom przygotowania i wyszkolenia. Spowodowały to czystki wśród generalicji z 2016 roku, a później przyspieszony system awansowania. Nie dano często bardzo wartościowym oficerom rozwijać się w takim tempie, w jakim powinni zdobywać kompetencje zawodowe. Tu też kłaniają się przyspieszone, zaoczne "tajne komplety" sobotnio-niedzielne.

Przypominam, że wcześniej kurs generalski to był prawie rok ciężkiej, wytężonej pracy. Oficerowie spędzali codziennie po osiem, dziesięć godzin na wykładach, były podróże studyjne. Jeździli do najważniejszych jednostek wojskowych. Bywali w Kwaterze Głównej NATO, w dowództwie do spraw operacji, w NATO Defense College i innych ważnych instytucjach sojuszniczych oraz unijnych. Teraz to już nie funkcjonuje. Generałowie, którzy obecnie dowodzą armią, są kiepsko do tego przygotowani. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Pod względem jakościowym mamy tutaj potężne tąpnięcie.

To był szczebel strategiczno-operacyjny. Teraz jedźmy w dół. Szczebel operacyjno-taktyczny, tu też historia się powtarza. Nie twierdzę, że przed 2016 rokiem było dobrze. Nie, nie było. Wcześniej armia też była niszczona, osłabiana, włączano niewłaściwe programy modernizacyjne. Ale to, co stało się po 2016 roku, było już świadomym niszczeniem zasobów osobowych w korpusie oficerów starszych. Awansowano młodzież w przyspieszonym tempie, bo chodziło o to, by statystycznie wszystko się zgadzało. Dlatego mamy tutaj bardzo podobną sytuację do tej w korpusie generalskim.Bardzo wiele niekompetentnych osób po przyspieszonych awansach znalazło się na ważnych stanowiskach. Do tego dołóżmy niewydolne szkolnictwo wojskowe, które zajmuje się głównie kształceniem osób cywilnych, a nie żołnierzy. Mało tego, ważniejsze jest to, by żołnierz miał tytuł licencjata czy magistra niż zawodowe kompetencje do tego, aby dowodzić armią.
"Zaprzepaściliśmy ogromną szansę"

Solą ziemi czarnej w każdej armii jest korpus podoficerski. Oficerowie wypinają piersi do orderów, jeśli osiągną sukces. Nigdy go jednak nie osiągną, jeśli armia nie będzie miała profesjonalnych zmotywowanych, dobrze opłacanych, zawodowych i rezerwowych podoficerów. Na nich stoi wojsko. Tymczasem my w ostatnim czasie straciliśmy podoficerów po służbie w Iraku i Afganistanie. To była naprawdę wielka siła.Jeśli ktoś był w strefie działań wojennych, wykonując tam różne funkcje, miał świadomość, że z dnia na dzień jego życie jest zagrożone, to wartość takiego żołnierza, jego wiedza, którą przekazywał podwładnym, jest bezcenna. To byli ludzie z realnym doświadczeniem bojowym. Ich obecność w jednostkach bardzo owocowała w procesie szkolenia.

Co mamy teraz? Do młodych żołnierzy przychodzi teoretyk, który się czegoś naczytał, naoglądał albo wziął udział w kilku szkoleniach, które też prowadzili teoretycy. Z tej mąki chleba nie będzie. Gdzieś po drodze zaprzepaściliśmy więc ogromny zasób i ogromną szansę strategiczno-szkoleniową w postaci weteranów ostatnich wojen. Powód? Armia szukała oszczędności, ale nie tam, gdzie powinna. Dlatego korpus podoficerski, tak jak oficerski, również wygląda dziś bardzo słabo.Zejdźmy już na sam dół wojskowej hierarchii. Korpus szeregowych. Dlaczego miałoby być tu dobrze, skoro wszędzie indziej jest źle? Fakt, wiele osób zaciąga się dziś do wojska. Na przykład przychodzą jesienią, biorą pieniądze i pełne umundurowanie. Wszyscy się cieszą. Słupki rosną. Tyle że na początku roku, po szkoleniu podstawowym, wielu z tych gości już w armii nie ma. Tak się dzieje i w dobrowolnej służbie wojskowej, i w WOT. Ci ludzie idą do wojska tylko po to, by poprawić swoją sytuację finansową przed świętami, ale to się nie przekłada na zdolności armii, choć kosztuje ją bardzo dużo. Statystycznie też nieźle to wygląda, bo mamy przeszkolonego żołnierza, ale jaki jest jego poziom wyszkolenia, poziom motywacji? Bardzo niski.Był taki minister, Mariusz Błaszczak się nazywał. Mówił, że mamy sto osiemdziesiąt sześć tysięcy żołnierzy pod bronią. To nieprawda. Może tak to wygląda statystycznie, ale to nie są żołnierze, którzy stanowią realny zasób militarny. Jeśli dziś wciąga się do statystyk wojskowych osoby po pięćdziesiątym roku życia, kucharki, księgowe, sprzątaczki, które mami się podwyżkami, by włożyły mundur, to coś tu jest nie tak.Nie twierdzę, że osób starszych w wojsku ma nie być, ale jak obserwuję ostatnie przysięgi, to wyraźnie widać, że proporcje są zachwiane. Trzon armii to ma być grupa ludzi między dwudziestym a trzydziestym piątym rokiem życia. Wszyscy pozostali będą ważnym, cennym uzupełnieniem, wsparciem dla tych warriorów, którzy naprawdę mogą coś zrobić na polu walki, jeśli się ich dobrze przygotuje.
Rak, który zżera polską armię

Oficer wojsk lądowych: Najgorszy jest brak wizji rozwoju armii zarówno u wojskowych, jak i polityków. To jest rak, który zżera nas od środka. Żeby była jasność, nie mam nawet aż tak dużej pretensji o to do polityków. Oni robią wszystko pod publikę i wybory, ale mam pretensje do naszych generałów, że oni nie mają wizji tego, jak siły zbrojne powinny wyglądać. Żaden z nich nie wziął na siebie ciężaru odpowiedzialności, nie walczy o wojsko, o bezpieczeństwo Polski. Zaczynając od góry, mamy kryzys przywództwa. Nie mamy już w armii prawdziwych liderów, którzy cieszą się autorytetem, szacunkiem wśród żołnierzy, ale również potrafią balansować, rozmawiając z politykami, by załatwiać nasze sprawy.
Po gen. Gocule, który był ostatnim prawdziwym żołnierzem i jednocześnie twardym negocjatorem interesów armii, przyszedł gen. Surawski. Pierwszorzędny oficer liniowy, szkoleniowiec, ale bez kompetencji na stanowisko szefa sztabu. Potem trafił nam się może i zdolny, na pewno młody, ale niedoświadczony gen. Andrzejczak. Zamiast twardo walczyć o swoje pomysły, o naprawę systemu szkolenia wojska i rezerw, o zmiany w korpusie podoficerskim i szereg innych rzeczy, obraził się na polityków i zamknął na szklanej górze. Po nim przyszedł już naprawdę prawdziwy naturszczyk, za to wytrawny populista – gen. Kukuła.Jak budował WOT, to w mediach zaczęto snuć opowieść, która niewiele miała wspólnego z rzeczywistością, ale była miła dla ucha. Polacy to kupili. Ale czym dziś jest WOT? Nie wiadomo, bo te wojska nie zostały nigdy rzetelnie sprawdzone. Może wkrótce przejdą z podporządkowania ministrowi obrony pod szefa sztabu. Zadam teraz podchwytliwe pytanie: kto jest szefem sztabu? No właśnie, szefem sztabu jest twórca tych wojsk, gen. Kukuła. Dla mnie to jest kuriozum i żenada.Kto teraz te wojska porządnie i przede wszystkim uczciwie scertyfikuje? Jeżeli wcześniej nie zostały sprawdzone na poziomie plutonu, kompanii, brygady, to jak teraz zostanie sprawdzony cały WOT? Znowu, tak jak za PiS-u, wszystko robione jest pod publikę, bo polityk, w tym przypadku minister Kosiniak-Kamysz powiedział, że WOT ma być sprawdzony. No i wojskowi to robią, chociaż na kilometr pachnie to oszustwem."Najgorszy dla armii jest strach dowódców przed politykami"

Emerytowany generał: Przyszedł Macierewicz. Zaczął WOT budować. Wszyscy narzekali na niego. Ja również narzekałem, bo jako dowódca brygady straciłem wtedy prawie setkę ludzi, którzy poszli do WOT-u po pieniądze i awanse. Ale ja, w przeciwieństwie do moich wielu kolegów, z dzisiejszej perspektywy uważam, że to było potrzebne. Należało powołać WOT, bo jest to spory potencjał dla przeciwnika do odstraszania. Potem była budowa 18. Dywizji. To też było potrzebne, bo na wschodzie była luka. Ale to, co później Błaszczak nakręcił – budowa 1. Dywizji, 8. Dywizji – to już był populizm. Te formacje nigdy nie powstaną. One nawet nie mają racji bytu. Siłą rzeczy mamy dziś siły zbrojne pełne frazesów, pełne niezrealizowanych, niedokończonych projektów.Mamy zakupy pół tysiąca HIMARS-ów, tysięcy czołgów, które nigdy do nas nie dojadą. Fizycznie nie jest możliwe wyprodukowanie takich ilości sprzętu w tak krótkim czasie. Amerykańska armia ma mniej HIMARS-ów, niż my zamówiliśmy, a jest od naszej dziesięciokrotnie większa. To wszystko jest napompowane populizmem. A najgorsze jest to, że generałowie, którzy dowodzą dziś armią, powielają ten populizm. Nikt tak naprawdę nie wie, do czego nasze siły zbrojne mają się przygotowywać, do jakiej wojny.Doświadczony oficer, wykładowca akademii wojskowej: Mamy chroniczny brak kompetencji. Sztabem generalnym dowodzi człowiek, który nie miał czasu nauczyć się ani strategii, ani taktyki, mało tego, nie brał udziału w ćwiczeniach, nie kierował niczym, niczym nie dowodził. On po prostu awansował z politycznego nadania. Najgorszy dla armii jest strach dowódców przed politykami, którym zawdzięczają wszystko. Od bardzo wielu lat generałowie nawet nie próbują przekonywać polityków do swoich racji, jak to się dzieje w wielu armiach na świecie. U nas milczą i wykonują polecenia. Głos odzyskują dopiero wtedy, gdy już z armii odejdą.Na Zachodzie generalicja mówi do swoich ministrów: "Tak, to pan wytycza kierunki, mówi, jakie są cele polityczne, ale jak to zrealizować, to my wiemy, bo pan przecież nie ma o tym zielonego pojęcia". U nas tak się nie dzieje. Oficerowie kładą uszy po sobie, żeby tylko zachować stanowisko i apanaże. Nie dyskutują. Do takiego stanu politycy doprowadzili polskich generałów. To nie są przywódcy, którzy prowadzą za sobą siły zbrojne. Nie, to są panowie, którzy próbują lepiej czy gorzej się ustawić.A wie pani dlaczego? Bo nie mają alternatywy w cywilu. W Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Francji generałowie są natychmiast zatrudniani przez państwo w różnej formie. A w Polsce w najlepszym razie stają się akwizytorami obcego sprzętu zbrojeniowego i to przez krótki czas, dopóki nie zostaną wyeksploatowani. Później wszyscy o nich zapominają. Wiem, że to przykra diagnoza, ale tak to u nas działa od ponad dwudziestu lat. To nie do końca jest wina generałów. Owszem, to, że się boją, są spolegliwi i nie walczą o wojsko i państwo, to jest ich wina i odpowiedzialność, ale to, że nikt o nich nie dba, jak odchodzą z armii, to już jest grzech państwa.
"Politycy PiS-u oszukiwali społeczeństwo"

Oficer wojsk lądowych: Jeśli chodzi o rozlokowanie sił zbrojnych, to powiem tak: do 2016 roku ciągle broniliśmy się przed NATO. Nasze najsilniejsze związki taktyczne, dywizje były rozlokowane na zachodzie Polski. To, co było na wschodzie, czyli 1. Dywizja w Legionowie, która miała bronić stolicy, na początku XXI wieku została rozwiązana. W Wesołej pod Warszawą została tylko brygada pancerna, ta, do której Macierewicz przeniósł później czołgi z Żagania. Snem szaleńca są jednak papierowe dywizje 1. i 8., które przed wyborami zaczął tworzyć Błaszczak. Dobrze wiemy, że poziom zgrywania pododdziałów jest na szczeblu plutonu i na szczeblu drużyny. Przy czym drużyna to dziesięć osób, pluton to trzydzieści osób, a my mówimy o dywizji, która powinna liczyć kilkadziesiąt tysięcy ludzi.Oczywiście politycy PiS-u oszukiwali społeczeństwo, wmawiając ludziom, że stworzą trzystutysięczną armię. Tyle że nikt nie powiedział, ile to będzie brygad, a właśnie z tych brygad wynikałaby liczba dywizji. Natomiast jeśli już rzeczywiście tworzono nowe struktury, to metodą kanibalizmu. To jest rzecz, za którą i politycy, i wojskowi powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Bo jednostki, które miały zdolności bojowe, dziś ich nie mają.Oficer ze sztabu: Uważam, że jeśli nie stać nas na wszystko, a nigdy nie będzie nas stać na wszystko, to odpowiedzmy sobie na pytanie, po co mamy siły zbrojne? Jaki jest ich cel? Odpowiedź na to pytanie powinny dawać dokumenty strategiczne, których nie mamy. Nie mamy strategii obronnej. Strategia bezpieczeństwa jest słaba, bo ona była jeszcze za Macierewicza pisana na kolanie na potrzeby polityczne. Tam jest dużo frazesów, a nie ma konkretów."Mijają dwa lata wojny w Ukrainie, nic się nie dzieje"

Doświadczony oficer, wykładowca akademii wojskowej: Żebyśmy wiedzieli, dokąd zmierza polskie państwo i siły zbrojne, to musimy mieć aktualne dokumenty strategiczne. Podstawową cezurą dla bezpieczeństwa Polski i Europy jest 24 lutego 2022 roku. Po wybuchu pełnospektaklowej wojny na Ukrainie wszyscy, którzy mają świadomość zagrożeń, jakie się z tym wiążą, zmienili lub poprawili swoje dokumenty strategiczne. Także NATO wydało wówczas nową strategię.

Można dyskutować, czy dobrą, czy złą, ale ona jest. W polskim państwie nic się nie zadziało. Najpóźniej do lutego 2023 roku powinniśmy mieć ten dokument, choć jako państwo przyfrontowe powinniśmy to zrobić nawet wcześniej. A wojsko nie przeprowadziło nawet przeglądu obronnego, żeby sprawdzić, na czym stoimy. A nie zrobiono tego, bo wyszłyby wtedy te wszystkie błędy, niedostatki, niedoinwestowania, a to psułoby obraz wojska.Mijają dwa lata wojny, nic się nie dzieje, armia nadal nie ma własnego przeglądu obronnego. Mało tego, nawet nic nie słyszymy na temat prac nad takim dokumentem ze strony władz. Jak nie mamy strategii, to chociaż moglibyśmy opracować na szybko jakąś koncepcję i na jej podstawie działać. Gdyby zebrać ekspertów, to moglibyśmy ją opracować w miesiąc. A tu nic, kompletnie nic się nie dzieje.Jak nie mamy tych podstawowych dokumentów, to doktryna obronna czy wszystkie plany współpracy wojska z instytucjami cywilnymi w razie wojny również nie mogą zostać opracowane, bo na jakiej podstawie? Gotujemy potrawę bez przepisu i mamy nadzieję, że może ona będzie do zjedzenia. Wcale nie musi taka być, choć zawsze można udawać, że smakuje.

Jeszcze raz podkreślam, podstawowym dokumentem w państwie jest strategia bezpieczeństwa narodowego. Natomiast jeśli jest na to czas, to świetnie, jeżeli jest ona poprzedzona wydaniem tzw. białej księgi. Opisuje ona zagadnienia strategiczne w sposób szerszy, tłumaczy pewne zjawiska i procesy. To bardzo ważny dokument dla społeczeństwa. Ale ostatnia biała księga została wydana w 2013 roku.Pół biedy, gdybyśmy dziś mogli powiedzieć: "Nie mamy aktualnych dokumentów, ale trwają przeglądy. Zespoły ekspertów intensywnie pracują". Ale zapewniam, że gdyby je pisano, tobym o tym wiedział. Na razie nic na ten temat nie słyszałem. Obecny minister obrony wytknął tylko poprzednikom, że tego nie zrobili, i bardzo słusznie. To jest ich grzech śmiertelny i podstawowy. Za to naprawdę powinni odpowiedzieć. Ale wytknięcie błędów to za mało.Sytuację mamy więc taką: odziedziczyliśmy po poprzednikach auto. Wkrótce odkryliśmy, że jest zepsute. Pogroziliśmy palcem i dalej jedziemy. Jak stanie, to znów zwalimy winę na poprzedników.

Oficer wojsk pancernych: Jeżeli na wojsko popatrzymy systemowo, to to, co było osiem, dziesięć lat temu, może nie było najlepsze, ale przynajmniej było spięte w jakiś system. Mniej więcej dekadę temu zaczęto jednak siły zbrojne reformować i do dziś trwa ta niekończąca się odyseja reform, które doprowadziły do tego, że dziś jesteśmy w całkowitym rozkładzie.

Na początek zaczął się dewastować proces szkolenia. Nasiliło się to, kiedy na stanowiska dowódcze przyszli ludzie, którzy wcześniej niczym nie dowodzili. Śmiało można powiedzieć, że najbardziej to dotknęło jednostki wojskowe nie za Macierewicza, bo on tylko wymieniał górę, ale za Błaszczaka. Błaszczak sam wyznaczał oficerów już od pułkownika. Jeżeli kadrowiec, który przez całe wojskowe życie siedział w biurze, zostaje wówczas dowódcą brygady, to jak w tej armii ma być dobrze?Kiedy na dowódców brygad poszli ludzie, którzy niczym nie dowodzili, nie mają doświadczenia, ominęli cały system, a awansowali tylko ze względów polityczno-barowo-restauracyjnych, to jest ten moment, od którego armia dołuje. Sami zniszczyliśmy standardy.
"Złamaliśmy wszystkie obowiązujące standardy"

Oficer wojsk lądowych: Co mnie boli? Chyba najbardziej to, że złamano system szkolenia, stąd tyle wypadków na poligonach. Wojsko nie znosi próżni. Wypadki, jeszcze w takiej liczbie jak ostatnio, wynikają z tego, że system szkolenia umarł. Śmierć następowała powoli. Zaczęło się od tego, że na stanowiska wyznaczano ludzi kompletnie nieprzygotowanych, którzy nigdy nie prowadzili szkoleń. Nie może mi teraz pan Kukuła mówić o budowaniu systemu rezerw, kiedy on sam nie przeszedł ćwiczenia mobilizacyjnego rezerwy, nie uczestniczył w szkoleniu rezerwy. On nie wie, jak to wygląda.Siły zbrojne bardzo często porównuję do medycyny, a żołnierzy do lekarzy. Jeżeli jesteś studentem medycyny, kończysz studia, wchodzisz do systemu, tak jak młody podporucznik. W medycynie musisz jednak przechodzić wszystkie kolejne staże, kolejne etapy, zanim zaczniesz operować, zostaniesz ordynatorem czy profesorem. A w armii? To tak, jakby człowiek bez wykształcenia, czyli student piątego roku medycyny, został ordynatorem, a lekarz rezydent został dzisiaj głównym lekarzem kraju. To jest problem naszej armii, że złamaliśmy wszystkie obowiązujące standardy. Mamy lukę pokoleniową. W siłach zbrojnych nadal jest garstka starych oficerów, którzy pamiętają jeszcze dawny system szkolenia, ale za nimi ławą już idą ludzie, którzy tylko z pobudek politycznych zostali awansowani.

Spójrzmy teraz na te nasze zakupy dla armii z perspektywy domowego gospodarstwa. Mamy mały dom pod miastem z niewielkim ogródkiem. W takich warunkach potrzebujemy auta. Po co więc dodatkowo kupujemy ciągnik, koparkę i spycharkę? Ten sprzęt nawet na naszą działkę nie wjedzie, do garażu się nie zmieści. A armia nakupowała różnego sprzętu, w dodatku od różnych dostawców. Mamy sprzęt amerykański, koreański, niemiecki, postsowiecki. Mówiąc wprost, rozwaliliśmy logistykę w drobny mak. Ona nie istnieje.

Ukraina natomiast pokazuje, że bez logistyki nie wygramy żadnej wojny. Tam najważniejsze jest odtwarzanie zdolności bojowych. Mówimy tu nie tylko o ludziach, o rezerwie, ale również o sprzęcie, który trzeba remontować, naprawiać, usprawniać. Żeby to robić, trzeba mieć części zamienne i co najważniejsze, własne zdolności naprawcze, specjalistów. U nas to nie istnieje, bo nasz system logistyczny dawno temu przestawiliśmy na system pokojowy. Nie mamy wojennego systemu logistycznego. Nikt się tym nie zajmuje nawet po wybuchu wojny w Ukrainie."Za kulawy system dowodzenia odpowiada PO"

Oficer ważnej instytucji wojskowej: Dziś gen. Kukuła, szef sztabu, krzyczy o rezerwach osobowych. Oprócz krzyczenia nic więcej z tym nie robi, bo tego systemu zwyczajnie nie zna. Mówi o szkoleniu ludzi. Dobrze. Ale zapomina o logistyce czasu wojennego, która dziś u nas nie funkcjonuje, bo nawet nie mamy jak zmobilizować zakładów przesyłowych. Jeśli coś się wydarzy, to wszystko będzie robione ad hoc. Do tego dochodzi jeszcze nasz niewydolny system dowodzenia, bo on jest naprawdę niewydolny. No i mamy ogromną skalę dramatu.

Przy czym należy powiedzieć to jasno i wyraźnie, że nie PiS, a Platforma Obywatelska odpowiada za kulawy system dowodzenia. To za ich rządów powstało dowództwo generalne i operacyjne, których utworzenie było bardzo akademickim, a nie praktycznym podejściem do kwestii sił zbrojnych. Od momentu wejścia w życie tej reformy mamy cały czas spory kompetencyjne pomiędzy szefem sztabu, dowódcą operacyjnym i generalnym.

Na szczytach armii funkcjonuje trzech ludzi, których zadania się nakładają, dlatego PiS rozgrywał generałów na prawo i lewo. Teraz koalicja robi to samo. Oni się w tym niczym nie różnią od PiS-u. Rozgrywają dowódców jak pionki na szachownicy. Wszystko dlatego, że nie ma jednoosobowej odpowiedzialności. Każdy z tych trzech panów chce się przypodobać politykom. Nigdy nie będzie dobrze, dopóki nie ustalimy, kto dowodzi. To ma być jeden człowiek, jeden generał, a nie tak jak teraz – trzech. Tylko jeden dowódca ma wskazywać cele, ma określać kierunki rozwoju.Już od dawna aż się prosi o dużą reformę systemu dowodzenia sił zbrojnych, a co się szykuje? Jakieś dowództwo transformacji gen. Kukuła wymyśla. My lubujemy się w tym, że najpierw wymyślamy dowództwo, a potem oficerom, który tam służą, szukamy roboty. Za dużo wodzów, żadnych Indian. Za ministra Kosiniaka-Kamysza wracamy do tego samego, co było. Do mieszania herbaty, lecz ona od tego słodsza nie będzie. Bez wizji i jasno sprecyzowanych zadań sił zbrojnych nigdy nic nie osiągniemy. Dlatego mój obraz naszej armii jest mało optymistyczny.Doświadczony oficer, wykładowca akademii wojskowej: Struktury armii są niewydolne. Błąd popełnił rząd Platformy Obywatelskiej, który przeforsował reformę systemu dowodzenia, próbując dublować armię amerykańską. Włączono do wojska absolutnie obcą strukturę zarówno w wymiarze tradycji, jak i kultury organizacyjnej. Jeśli ma się milionową armię, jak Amerykanie, która działa na wszystkich teatrach wojennych w wymiarze globalnym, to sztab połączony, operacyjny ma tam uzasadnienie. Ale jeżeli chodzi o średnie państwo w Europie, to wprowadzono bardzo niewłaściwy system. On po prostu nie działa. Wyraźnie to było widać podczas przeróżnych ćwiczeń. Dowódcy, zamiast współpracować, rywalizowali ze sobą, bo nie wiadomo było, kto komu podlega. Przy tym nawzajem się wyszydzali, robili sobie przytyki, złośliwości.

Po 2016 roku system dowodzenia trochę poprawiono. Wprowadzono zmianę polegającą na tym, że wszyscy dowódcy podlegają szefowi sztabu generalnego. Wówczas pojawił się jednak kolejny problem. Poszczególni szefowie sztabu zostali zmarginalizowani przez cywilne kierownictwo resortu obrony. Najpierw wojskiem dowodził ręcznie Macierewicz, potem Błaszczak, a szefowie sztabu siedzieli cicho jak myszy pod miotłą."Doszło do tego, że pułkownik dowodził generałem"

Emerytowany generał: Niszczenie wojska to nie było jedno wydarzenie, to był proces. Te wszystkie zjawiska narastały. Wcześniej też nie było lekko, ale wojsko jeszcze się wzajemnie szanowało od pierwszego żołnierza, czyli od szefa sztabu generalnego w dół. Politycy wcześniej też w różny sposób oddziaływali, też podejmowali głupie decyzje bez konsultacji z wojskiem, przez lata nie było podwyżek. Mógłbym tu jeszcze szereg innych powodów dawać, natomiast wojsko jako instytucja trzymało się – od szeregowego do generała.Natomiast to, co robiło PiS od dojścia do władzy, a zaczęło się od zrezygnowania z Caracali, pisma dowódcy Garnizonu Warszawa, żeby oglądać wiadomości tylko w TVP Info, przez rozporządzenie ministra, że żołnierza można awansować o dwa stopnie wyżej, po prostu nas dobiło. Doszło do sytuacji, że pułkownik w korpusie dowodził generałem. Rozumie pani?

Być może takim gwoździem do trumny były te pikniki, a szczególnie ten z udziałem dowódcy 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Uniejowie, gdzie żołnierze stali z tyłu na scenie, a z przodu stał Jarosław Kaczyński i pluł na opozycję i innych Polaków. Wróg u bram, wojna na Ukrainie, a żołnierze robią za statystów. Od razu przypomniałem sobie rok 1989 i kampanię wyborczą przed wyborami 4 czerwca. Wówczas wojsko tak samo instrumentalnie było wykorzystywane przez Siwickiego i Kiszczaka. Też robili takie właśnie różne przedsięwzięcia. Śmiechu to było warte. Ale to był 89 rok. Myśmy wychodzili z komunizmu. A tutaj mamy rok 2023 i co? Wojsko w takiej samej sytuacji się znalazło jak za komuny. Zatoczyliśmy przez te kilkadziesiąt lat koło i jesteśmy w tym samym miejscu. Najsmutniejsze, że za demokracji.

Były oficer wojsk lądowych: My żołnierze, oficerowie byliśmy pierwszą grupą społeczną, która powiedziała PiS-owi nie. Wielu z nas służyło za różnych ministrów i różnych prezydentów. Mirek Różański, po tym jak odszedł z wojska, powiedział, że najważniejsza jest Konstytucja. Jednocześnie pokazał, że ma trzy gwiazdki, każdą wręczył mu inny prezydent. Pierwszą dostał od Kwaśniewskiego, drugą od Kaczyńskiego, trzecią od Komorowskiego. To jest taki symbol, że w wojsku jest ciągłość. Nagle przychodzi ekipa rewolucjonistów i całą wierchuszkę armii albo wyrzuca, albo zmusza do odejścia.Jeśli dziś pani pyta o obraz naszej armii, to jest to obraz jak po przegranej bitwie. Armia jest słaba, rozedrgana i upolityczniona. Najgorsze jest jednak to, że nowe władze w Ministerstwie Obrony nie chcą tego dostrzec i wziąć byka za rogi.

Oficer ze sztabu: W grudniu 2023 roku zmieniają się władze w MON-ie. Wojskowi ze stajni gen. Kukuły robią rozpoznanie i lekko zmieniają taktykę. Swojska, przaśna retoryka o "złej zagranicy" przy obecnej władzy się nie sprawdzi. "Pielgrzymkowi oficerowie", którzy nie "lubili Niemca", dziś stają się otwarci i proeuropejscy. Zmieniają maski i mają się świetnie. Już wiedzą, że żadnej weryfikacji kadrowej po rządach PiS w armii nie będzie. Mało tego, dostają wolną rękę. Swoich kolegów, tak samo jak oni bez doświadczenia, wykształcenia, znajomości języka angielskiego, lecz z przeszłością w WOT, obsadzają na kluczowych stanowiskach w armii. Ludzie, którzy klęczeli przed Błaszczakiem, teraz stoją przy nowej ekipie i dowodzą armią.

W wojsku i departamentach MON-u nadal są ludzie oddani i lojalni wobec ministra Błaszczaka, ale też nadal pracujący dla niego. Nie mam wątpliwości, że Błaszczak czy Macierewicz mają nadal bardzo dobry kontakt z oficerami, których awansowali. Najlepszym tego dowodem jest gen. Krzysztof Radomski, który dostał miejsce na liście PiS-u w wyborach samorządowych. Z tymi ludźmi nie da się jednak stworzyć sprawnej armii. Im szybciej kierownictwo MON-u sobie to uświadomi, tym szybciej pójdziemy do przodu.

Emerytowany generał: Żadnych zmian w MON-ie za Kosiniaka-Kamysza nie było. Jest PiS-bis. Proszę zobaczyć, jak gen. Adam Duda, szef Inspektoratu Uzbrojenia za Macierewicza nie chciał kupować tego, czego sobie minister życzył, to go minister wyrzucił. Potem, jak gen. Bogdan Dziewulski nie chciał kupować tego, czego sobie Błaszczak życzył, to Błaszczak też go wyrzucił. Do Agencji Uzbrojenia PiS wstawił więc swoich BMW – biernych, miernych, ale wiernych – którzy podpisywali wszystko, jak leci. A nowa władza nadal ich trzyma, choć wiadomo, że z umowami międzynarodowymi jeszcze będą bardzo duże kłopoty.W wojsku przez ostatnie osiem lat zniszczono hierarchię i dyscyplinę. Podstawy funkcjonowania armii.

Edyta Żemła: Szef BBN-u Jacek Siewiera stwierdził, że państwa wschodniej flanki NATO mają "trzyletni horyzont czasowy na przygotowanie się do konfrontacji" z Rosją. Czy nasza armia jest przygotowana na taki scenariusz?

Oficer ze sztabu: Gdyby Rosjanie uderzyli, to nie oszukujmy się, będziemy mieli duże straty. Ostatni raz gotowość bojowa naszych jednostek była sprawdzana, gdy wybuchła wojna w Ukrainie, i gen. Andrzejczak podniósł niektóre związki taktyczne. Zresztą podniesienie gotowości nie odbyło się nawet wówczas alarmem, lecz stopniowo. Gen. Kukuła na ten temat w ogóle nie ma zielonego pojęcia. Dlatego u nas ten system w razie wojny nie zadziała, bo my nie wiemy, jak on wygląda. Będzie tak jak na Ukrainie. Wielka improwizacja. Ukraina za swój brak przygotowania zapłaciła krwią. My natomiast nie wyciągnęliśmy z tej wojny żadnych wniosków. Żadnych. Nasi oficerowie, którzy byli na Ukrainie, po wybuchu wojny wysyłali do Polski tajne meldunki. Pisali, jak ta wojna tam przebiega, na co musimy się szykować, jakie wnioski wyciągać. Nikt tych meldunków nie czytał. Wpłynęły i leżą na półkach. Dlaczego? Ponieważ nikt nie bierze odpowiedzialności za system i nikt tej odpowiedzialności nadal nie chce wziąć. Bo to nie jest widoczne, to nie jest medialne, to nie jest fajna sprawa, która przykuje uwagę polityków.

Oficer z ważnej instytucji wojskowej: Wojny zaczynają żołnierze zawodowi, kończą rezerwiści. To bardzo wyraźnie widać na przykładzie Ukrainy. Jak u nas wygląda system szkolenia rezerw? No właśnie. I tu jest pies pogrzebany. Gen. Andrzejczak, trochę za namową gen. Kukuły, wówczas dowódcy WOT-u, zaproponował większe związanie byłych żołnierzy i osób z przeszkoleniem wojskowym za pomocą pieniędzy, trochę na modłę WOT-u. Tak powstała tak zwana rezerwa aktywna. W zamian za wynagrodzenie ludzie deklarują, że będą przez określony czas stawiać się do jednostek wojskowych na ćwiczenia. Później ten pomysł wykorzystał Jarosław Kaczyński i wpisał go do ustawy o obronie Ojczyzny.Mamy więc rezerwę aktywną. Tylko że nadal nie jest to system szkolenia rezerw, lecz jak zwykle u nas statystyka. Żeby stworzyć system, muszą być ośrodki szkolenia rezerwistów, rezerwiści muszą mieć przydział do konkretnej jednostki. A my nadal tego nie budujemy. Mamy komunistyczny system, czyli masowy. Załóżmy, że mamy pół miliona rezerwistów, ale nie wiemy jakich. Musimy wiedzieć, jakie są potrzeby na uzupełnienie strat, na zbudowanie jednostek rezerwowych, które w drugiej kolejności pójdą na front. Jednak żeby to wiedzieć, musimy zbudować jednostki rezerwowe, a my takich nie mamy. Dziś do jednostek operacyjnych ściąga się rezerwistów, szkoli się ich tam na masę i zapełniamy słupki w Excelu. Co z tego? Ile to jest modułów bojowych, jakich specjalności? Tego nie wiemy. My sobie nawet tych pytań nie zadajemy.

Oficer wojsk lądowych: Pyta pani, co się stanie, jakby Ruscy do nasz weszli? Co mam odpowiedzieć? Giniemy pięknie w okopach, bo amunicja nie dojedzie, bo nie ma skąd dojechać, a sami jej przecież nie produkujemy. To jest duży problem, choć widzę też światło w tunelu. Nasze dwie dywizje na wschodzie jako tako są gotowe do walki. To one mają pierwsze przyjąć na siebie przeciwnika. Dlatego amunicję na określony czas powinny mieć ze sobą. Nie może ona być dopiero dowożona, bo przeciwnik nie da nam na to czasu. Na szczęście składy są już budowane przy jednostkach. Czego nie było wcześniej.

Żeby jednak te wschodnie formacje dały sobie radę, powinny prowadzić działania na kierunku praktycznie codziennie. Tak powinny być trenowane. Dowódcy czołgów muszą wiedzieć, gdzie mają zaparkować wóz i dlaczego on właśnie tam ma stać. Tak jak było za komuny. Alarm i wszyscy wychodzą. Niestety zapomnieliśmy już, jak to się robi. Bo widzi pani, dziś mamy taki problem, że tkwimy mentalnie w uwarunkowaniach pokojowych. Na wypadek wojny jako kraj przyfrontowy nie jesteśmy przygotowani do działań. Każda dywizja powinna mieć swój obszar, pozycje i stanowiska, a składy amunicji powinny być przy wojsku.Wojskowi to z grubsza wiedzą, ale nie da się rozwinąć skrzydeł, bo mamy cholernie dużo ograniczeń prawnych czasu P, czyli pokoju. Żeby zrobić wyjście wojska alarmem na bojowo, to musi być ogłoszony przynajmniej kryzys. Muszą zapaść decyzje polityczne. Wojsko jest tylko wykonawcą.

Nie ćwiczyliśmy tak, jak należy, częściowo z winy polityków, ale nie ćwiczymy także w rejonach odpowiedzialności, co już jest winą samych wojskowych. Wszyscy się nauczyli pokazów dla VIP-ów, pikników, a nie mamy ćwiczeń. Żeby coś się zmieniło, trzeba skończyć z pokazami i urealnić szkolenia. Ale żeby je urealnić, to trzeba je przeprowadzać, a my nadal robimy strzelanie do wody albo przejazdy na poligonie przez zakrzaczenia. Pic na wodę, fotomontaż"

Przyszla eutanazja bezdzietnych emerytów.

 Przyszla eutanazja bezdzietnych emerytów.
 Świadczenia emerytalne biorą się ze składek wpłacanych na bieżąco przez pokolenie osób pracujących.
Nadmierne obciążenie demograficzne spowoduje niewydolność systemu zabezpieczenia społecznego i drastyczne  obniżenie wysokości przyszłych emerytur.
Nikt nie wnosi składek na pasożytnicze "emerytury" bezdzietnych emerytów.

"Jeszcze Polska nie zginęła, Kiedy my żyjemy”. Zacznijmy wreszcie traktować te mądre słowa naszego Hymnu z najwyższą powagą
Opublikowane wczoraj z okazji światowego dnia ludności dane pokazują, że w 2023 r. Polska miała NAJWIĘKSZY spadek ludności w całej Unii - ubyło 132.800"

Na koniec XXI wieku osób w wieku aktywnym zawodowo będzie zaledwie  3.7-12.8 milionów.
Ciągły spadek liczby ludności w wieku produkcyjnym spowoduje  długotrwałą stagnacje a potem ciężki kryzys gospodarczy  o nieznanym dotąd nasileniu.

Czy wszyscy mają przymierać głodem na emeryturze. Nie. Konieczna jest eutanazja bezdzietnych emerytów bo przecież nikt nie wnosi składek na ich pasożytnicze "emerytury". Część bogatych staruszków może się utrzymać sprzedając przez 20 lat swój majątek i utrzymując się z tego.

niedziela, 11 sierpnia 2024

Ostrzezenie przed wojna

 Ostrzezenie przed wojna

 Czy kiedyś doczekamy się spełnienia obietnicy wyrytej na murze przy gmachu ONZ w Nowym Jorku - "Przekują swoje miecze na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Żaden naród nie podniesie miecza przeciwko drugiemu narodowi i nie będą się już uczyć sztuki wojennej" (Izajasza 2:4).

 "Kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli” - Michaił Sałtykow-Szczedrin (1826-1889).

"Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Korupcji, Nepotyzmu i Okradania Narodu"
Jak coś ma w nazwie słowo "Narodowe" to wiadomo, że pod oszukańczym płaszczykiem patriotyzmu należało do politycznej mafii.
Prezesi i rodziny mają brać miliony na partyjnych synekurkach w państwowych spółkach.

   W 2012 roku w nielegalnym nagraniu  szefa MSW (!) minister Sienkiewicz mówiąc o totalnym braku skuteczności służb odpowiedzialnych za ściganie przestępstw gospodarczych stwierdził: "Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje."
Sienkiewicz:  "Nie udało się dojść do faktycznych zleceniodawców afery podsłuchowej", TVN24.pl, 2 X 2018.

Polska to państwo stworzone do robienia przeróżnych brudnych interesów i okradania Polaków z każdej złotówki.
Nie ma drugiego takiego państewka w Europie żeby można  kupić na targowisku miejskim w całej Polsce spirytus i papierosy bez polskich znaków akcyzy. To jest mega złodziejstwo w okradaniu budżetu państwa. Wszystkie postkomunistyczne rządy od 1989 roku oko na to przymykają ponieważ czerpią z tego zyski.
Utylizacja zwiezionych do Polski z Zachodu niebezpiecznych śmieci mogłaby kosztować ponad 120 mld dolarów !!! Więc się je pali.

W badaniach opinii publicznej zaufanie do sędziów wyraża 25% badanych czyli tylko ci co nie mieli do czynienia z polskim sądem.

Wszystko za co bierze się państwo polskie kończy się katastrofalnym złodziejstwem.
Powołane w 2018 roku "Polskie Domy Drewniane SA" nie zapewniły dużej ilości mieszkań. Za circa 120 mln do końca  2022 r. wybudowały i oddały do użytku zaledwie 31 drewnianych  lokali mieszkalnych i 2 lokale usługowe, z których do czerwca 2022 r. skomercjalizowano tylko 6 lokali mieszkalnych poprzez najem tradycyjny lub najem z dojściem do własności.
Kupiona od Hyunday instalacja dla  PKN Orlen miała kosztować 8 mld zł. Już wiadomo że będzie ponad 25 mld złotych. Rozbudowana jest zdolność petrochemii z jednoczesną sprzedażą Saudom za grosik Lotosu w sytuacji gdy Europa odchodzi od paliw płynnych i petrochemia ma nadwyżki produkcyjne. Dyzma - Obajtek dał jakiemuś Chińczykowi 400 mln dolarów na zakup ropy. Nie ma ropy ani pieniędzy.

 Za rządów PO-PISu spółki skarbu państwa były potrzebne wyłącznie do zapewnienia miejsc "pracy" dla tłustych kotów, ich żon, dzieci, kochanek, kuzynów, szwagrów, wujków, stryjków i partyjnych kolesi.
Wój w zarządzie. Ciężko powiedzieć rodzinie że się ją zwalnia. Kogo zwolnić? Żone, kochankę, brata, syna... ?  To są właśnie dylematy państwowych "spółek rodzinnych". Ale bez obawy PKP Intercity, TLK i inne pochodne PKP z przerostami zatrudnienia z kapelusza znalazły nagle 2 tysiące miejsc "pracy" w swoich spółkach ale tylko nur für kolejarz PKP Cargo!

Dzień w dzień światowe media piszą o potężnej korupcji w handlu bronią:
https://www.declassifieduk.org/anglo-italian-arms-firm-leonardo-embroiled-in-indonesia-corruption-scandal/
Ponieważ Polska jest bajecznie skorumpowana to korupcja w zakupie broni musi być bajeczna.

Fundamentem siły militarnej i politycznej jest własna gospodarka. Nie cudza gospodarka na naszym terenie ! Napinanie cudzych muskułów jest komiczne.
 
Polscy głupcy dali się w 1939 roku wciągnąć w anglosaską prowokacje -  pułapkę. Złamali wszystkie kardynalne zasady prowadzenia wojny:
1.Żelazna zasada prowadzenia wojny mówi że wojnę wygrywa przede wszystkim ten, kto nie bierze w niej udziału.
2.Złota zasada wojny mówi że jeśli nie udało się ominąć wojny, to nigdy nie wolno jej toczyć na swoim terytorium, a najlepiej jeszcze prowadzić ją siłami swojego sojusznika.
3.Diamentowa zasada wojny mówi jeśli nie da się ominąć wojny, należy wejść do niej jako ostatni bo  wojnę wygrywa ten, kto wchodzi do niej ostatni.

 Ekipa prezydenta Reagana wszczętym intensywnym technologicznie wyścigiem zbrojeń "zazbroiła ZSRR na śmierć". Sowieci wpędzeni w kryzys gospodarczy uznali się za pokonanych w Zimniej Wojnie. Reagan nie miał najmniejszego zamiaru wszczynać wojny z sowietami ale CIA szkodziła im na całym świecie i finansowała wojnę w Afganistanie.  
Rosjanie nie są tępi i uczą się na błędach. Teraz Putin robi to samo. Straszy wojną Europę. Liczy na to nasza gospodarka tego nie wytrzyma. Putin NATO nie zaatakuje !
Korea płn się zbroi i jest tam straszna bieda !

Od 400 lat wojny przynoszą Polsce śmierć i katastrofalne zniszczenia.
Nadchodząca wojna może być ostatnia.

czwartek, 8 sierpnia 2024

Dni rezerwowego dolara sa juz policzone

 Dni rezerwowego dolara sa juz policzone
 Niemcy i Japonia w długim okresie czasu miały ogromne nadwyżki w handlu ze światem. Eksportowali towary wysokoprzetworzone o wysokiej jakości.
Portal https://pl.tradingeconomics.com/japan/balance-of-trade daje mam wszelkie potrzebne dane.  Japonia od 1974 roku miała duże nadwyżki w swojej wojnie gospodarczej ze światem. Ale wygląda na to że te czasy już minęły. Jest trwała stagnacja, kryzys demograficzny i coraz dłuższe okresy deficytów handlowych zamiast nadwyżek.

Ogromne, wprost absurdalne, nadwyżki handlowe ze światem mają Chiny. Eksportowane towary są coraz wyższej jakości. Przykładowo Polski eksport do Chin to ułamek naszego importu z Chin.
Ale od dłuższego czasu Chiny stawiają na własną konsumpcje i obecnie rząd wdraża 20 punktowy program znacznego powiększenia konsumpcji. Za wieloletnie wyrzeczenia i dobrą prace należy się dobrobyt. Chiny nie chcą już finansować konsumpcji Zachodu.  

Ogromne nadwyżki handlowe mają eksporterzy ropy naftowej i gazu ziemnego.
Drugą stroną tych nadwyżek i nadmiernych oszczędności są:
-skromna konsumpcja krajowa znacznie poniżej uzasadnionych potrzeb i możliwości
-słaba edukacja i niskie emerytury
-ograniczenia importu
-słabe inwestycje i  infrastruktura  
-słaba dostępność kredytów.
 Zamiast sensownie inwestować lokalnie kupowane są zagraniczne "aktywa" denominowane w dolarze. Arabskie satrapie cechuje najgorsze w świecie rozwarstwienie dochodowe. Są miliarderzy i morze biedy.  


Norweski  Rządowy Globalny Fundusz Emerytalny Norfund/Oljefondet, nazywany popularnie norweskim funduszem naftowym ze względu na główne źródło zasilania, ma aktywa o wartości do 1500 mld dolarów. Jednocześnie rząd i bank centralny sztucznie osłabiają koronę, która przecież przy potężnej nadwyżce eksportowej silnie by się wzmocniła.

 Dolar bez oparcia w złocie po umowach z Arabią Saudyjską zyskał oparcie w ropie naftowej. Umowa gwarantująca dworowi Saudów ( były też inne dwory chętne do władzy i grabieży  ) ochronę USA była dla Arabii ogromnie kosztowna bowiem za nadwyżki handlowe Arabia musiała  kupować papiery skarbowe USA i strasznie drogą broń.

Waluta światowych rezerw bardzo uprasza handel międzynarodowy ale USA drukując dolara rozwadniają jest wartość. Nie mają wyboru bowiem roczny deficyt handlowy  USA, wynoszący ponad 850 miliardów dolarów jest astronomiczny i coraz gorszy. Nic dziwnego skoro przemysł USA wytwarza poniżej 9% PKB !

Chiny i Rosja nie używają dolara w swoim handlu a kraje grupy BRICS chcą stopniowo porzucić dolara w rozliczeniach.
Po konfiskacie dolarowych rezerw Rosji część krajów słusznie obawia się o swoje rezerwy i skrycie, powoli porzuca zmilitaryzowanego dolara.

USA i Europa prowadzą politykę protekcjonistyczną. Nałożyły ogromne cła na chińskie samochody elektryczne i inne wyroby.

W 2023 roku na całym świecie wprowadzono prawie 3000 ograniczeń handlowych czyli  pięć razy więcej niż w 2015 roku. Wolny Handel ma się źle a bez niego dolar światowych rezerw nie ma żadnego sensu.  

Wszystko to ogranicza niezbilansowanie handlu i potrzebę na rezerwowego dolara.

Ile warte są obligacje rządu i akcje firm USA to dopiero zobaczymy.
https://independenttrader.pl/czerwony-poniedzialek-skad-spadki-na-gieldach/
"Czerwony poniedziałek. Skąd spadki na giełdach?
Ostatnie kilka dni z pewnością nie zostanie pozytywnie zapamiętane przez globalnych inwestorów. Na przestrzeni ubiegłych trzech tygodni, z giełd „wyparowało” ok. 6,4 bln USD. Tylko wczoraj japoński indeks Nikkei zanotował swój najgorszy dzień w historii, spadając o 12,4%. Z kolei wartość spółek Magnificent 7 zmniejszyła się o ponad 1,3 bln USD w ciągu trzech dni, a rynek kryptowalut stopniał o 500 mld USD w ciągu 24 godzin. Jak duża była panika? Wystarczy wspomnieć, że popularny indeks zmienności VIX zanotował 2-gi największy wzrost od 1990 roku, a w nagłówkach artykułów mogliśmy przeczytać o powtórce z czarnego poniedziałku z 1987 roku, kiedy to amerykański Dow Jones (DJI) osunął się o 22%, ciągnąc za sobą inne indeksy giełdowe."

 Przy takich załamaniach na rynkach finansowych pieniążki "leszczy" ( rządy inwestujących swoje nadwyżki w USA ) przepływają do stada wampirów Goldmanów.  Kraje produktowe które "zainwestowały" swoje wieloletnie nadwyżki handlowe zostają z ręka w nocniku czyli z niczym.

 Konflikty w świecie wzmacniały pozycje dolara i stąd chętnie je prowokowano. Ale do trzech razy sztuka !

wtorek, 6 sierpnia 2024

Od entuzjazmu do potepienia (3)

 Od entuzjazmu do potepienia (3)
https://www.salon24.pl/u/chris1991/1392611,od-entuzjazmu-do-potepienia-3
"W ostatnich tygodniach powstania sytuacja ludności cywilnej stolicy stała się tragiczna.

     Ludzie prowadzili handel, oferując papierosy i co tylko mogli za jakiekolwiek pożywienie. „Pieniądze były warte tyle co śmiecie. Handel na Kruczej miedzy Hożą a Wilczą szybko narastał... Już trzeciego dnia to był bazarek. Czwartego bazar” – pisał Białoszewski.

     „Zjadano wróble i gołębie, nie gardzono kotami i psami. Panował rodzaj dyzenterii, która nie była śmiertelna, ale trapiła niemal wszystkich. – zanotował Hrabyk -  Zamiast chleba jedliśmy placki... zamiast papierosów paliłem cienko krojone, zeschłe szpilki sosnowe”. Jedzenia było zbyt mało, by normalnie funkcjonować. „Praktycznie przez co najmniej drugą połowę września dosłownie głodowaliśmy. Pieniądz nie przedstawiał najmniejszej wartości. Istniała możliwość wymiany żywności w zamian za garderobę, buty itp. Ale myśmy oboje takich możliwości nie mieli... Myśmy oboje z Ewą byli całkowitymi rozbitkami, bez środków do życia, niemal bez ubrania, daleko od własnego domu i bez żadnej nadziei, aby do niego powrócić”.

     Rada Główna Opiekuńcza była zmuszona poinformować władze cywilne powstania, że znaczna liczba jej kuchni została zamknięta z powodu braku produktów żywnościowych.

     Jeszcze dotkliwszy był niedostatek wody. Niemcy odcięli wodociągi i zrozpaczeni ludzie ustawiali się w długich kolejkach do studni. Wszędzie widać było wynikającą z tego desperację.

     Wiele osób szukało pociechy w religii, a msze odprawiano w piwnicach i na podwórkach. Zakonnice i księża często wykazywali się wielką odwagą, pomagając rannym pod ostrzałem czy przeprowadzając ludzi w bezpieczne miejsca.

     Wielki optymizm z sierpnia zastąpiło powszechne przygnębienie: „Byliśmy przybici, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że teraz nasza kolej. Nie było sztucznej brawury. Wszyscy bali się „krów” i nalotów. Czuliśmy, że po prostu nie możemy przeżyć” – wspominał Janusz Hamerliński.

       We wrześniu noce stały się zimne. W piwnicach nie można było palić, bo ich mieszkańcy umarliby od dymu. Niektórzy próbowali palić ogniska na podwórkach, ale było to niebezpieczne ze względu na ostrzał artyleryjski.

      Pospiesznie kopano groby w parkach, na placach publicznych czy obok chodników, ale często po bombardowaniach zwłoki ponownie były wyrzucane na powierzchnię i stawały się pokarmem dla szczurów i much.

       W ostatnich tygodniach powstania wiele ciał leżało niepogrzebanych. W całym mieście potwornie śmierdziało.

     Ludzie zaczęli szukać winnych. Alianci i Stalin otwierali listę, ale także AK znalazła się w ogniu krytyki. Gazety, do niedawna tak wyczekiwane, były teraz lekceważone, jako nieprzynoszące prawdziwych informacji. Meldunek napisany dla jednego z wydziałów Biura Informacji i Propagandy cytował mężczyznę, który stwierdził: „Czytamy w gazecie, że mamy Politechnikę, podczas gdy wiemy, że już ją straciliśmy... nie jesteśmy dziećmi, które można karmić bajeczkami”.

     Wzrastała także niechęć do pracy dla RGO. „Atmosfera wśród cywilów z każdym dniem się pogarsza – czytamy w jednym z raportów. – Często musimy popychać ludzi do udziału w pracach ulicznych, a nawet po wybudowaniu studni są problemy z wodą. Racje żywnościowe są bardzo niskie i rośnie liczba osób mdlejących z braku jedzenia”.

     I dodawano: „Szerzy się głód. Są ludzie, którzy z tego powodu dostają szoku nerwowego... Mąka dochodzi do 1200 zł za 1 kilogram. Za złoto lub walutę obcą wyzyskiwacze dają kilka kilo ziarna”.

     Inny oficjalny meldunek BIP stwierdzał: „Istnieją całe grupy mężczyzn, młodych, zdrowych, którzy całymi dniami dosłownie nic nie robią, a natomiast chodzą pijani od rana do nocy. Różni spod ciemnej gwiazdy „komendanci domów”, „komendanci OPL”  itd. chodzą bezczynni i nie biorą udziału np. w budowaniu barykad, podczas gdy zmuszają do tego często ludzi starych i chorych. Notoryczne pijaństwo pociąga za sobą oczywiście przeróżne burdy, krzyki, awantury niedające spać innym mieszkańcom... i wyczyny natury erotycznej. Krytyka powstania wygłaszana jest bez żenady”.

     Z wielu stron dały się słyszeć głosy i narzekania na pijaństwo żołnierzy AK. Dochodziło do przykrych ekscesów. Pijaństwo uprawiały przede wszystkim formacje tyłowe. Słyszało się także o faktach dzikiej rekwizycji  - „wczoraj w godzinach południowych (około godziny 13.00) na odcinku Żurawiej... dwóch żołnierzy AK obchodziło większość mieszkań, żądając wydania pewnych ilości pszennej mąki i kaszy manny, przede wszystkim zaś wołali o wino”.

     Wyczerpanie osiągnęło taki poziom, że nawet służba sanitarna, która dotychczas działała świetnie, osłabła. Ludzie stali się zobojętniali na wszystko, nawet na krzyk tych, którzy zostali zasypani w piwnicach zniszczonych domów. Cała ich siła się wyczerpała i nie było już nikogo do sprzątania gruzów.

       W tej sytuacji, pomimo obaw przed odwetem Niemców,  znaczna część ludności cywilnej Warszawy, z ulgą powitała decyzję o kapitulacji powstania. Skończył się koszmar, choć dla wielu perspektywa zesłania do obozu lub na roboty do Rzeszy była przerażająca.

     Po zakończeniu walk mieszkańcy stolicy musieli opuścić swoje miasto. „Szliśmy przez umarłe miasto. – wspominał Józef Gradowski – Każdego wyjścia pilnowali niemieccy żołnierze z karabinami maszynowymi. Pozwolono nam odpocząć przy kościele św. Stanisława na Woli. Z tyłu był ogródek wikarego i ci, co potrafili naprawdę szybko biegać, mogli tam pójść i zdobyć jedzenie. Obserwowali nas starzy niemieccy żołnierze, którzy zachowywali się całkiem przyzwoicie”.

       Na Dworcu Zachodnim czekały pociągi do Pruszkowa. „Oczekujemy ze dwie godziny na pociąg. W końcu ładujemy się do towarowego, otwartego wozu i jedziemy. Mijamy Wolę i Ochotę, też częściowo wypalone”. Bydlęce wagony wykorzystane do transportu warszawiaków były tak zatłoczone, że ludzie nie mogli się poruszać ani zmienić pozycji: z trudem oddychali.  Maria Starzyńska wspominała, iż obok niej stała matka,  której na rękach zmarł mały synek. Matka trzymała go w ramionach. Kiedy pociąg zatrzymał się, miała nadzieję, że będzie mogła go pochować, ale nie pozwolono jej wysiąść. Musiała trzymać zwłoki dziecka na rękach przez całą drogę.

         Obóz przejściowy w Pruszkowie był rozległy, a na jego pustym dziedzińcu krzyżowały się tory kolejowe prowadzące do olbrzymich warsztatów i hal. „To olbrzymi kompleks budynków, hal, torów i placów, - wspominał Jan Rosner - otoczony wysokimi murami. Odczuwam dreszcz więźnia, przekraczając tę bramę. Od razu czuję, że ta przygoda nie skończy się idyllicznie, jak nam to przedstawiano w PCK i RGO, ale że to prawdziwy obóz”.

     W obozie Niemcy dokonywali selekcji Warszawiaków. Wszyscy byli rejestrowani, a potem gestapowcy dzielili ich na kategorie: młody/stary – mężczyzna/kobieta – zdrowy/chory i w zależności od tego decydowało: na roboty do Rzeszy, do obozu lub do zwolnienia.

     Każda hala obozu była przeznaczona dla innej kategorii mieszkańców: hala nr 1 – do zwolnienia, hala nr 2 – chorzy, hala nr 4 – do wywózki na roboty, hala nr 5 gromadziła obywateli innych państw, którzy posiadali dokumenty poświadczające narodowość ukraińską, litewską czy białoruską, oraz volksdeutschów i reichsdeutschów odsyłanych specjalnymi pociągami do Rzeszy. W hali nr 6 zebrano ludzi przeznaczonych na roboty w Niemczech – pozostawali pod czujną strażą i innym polskim więźniom nie pozwalano się do nich zbliżać. W hali nr 8 zgromadzono rannych powstańców, a chociaż część z nich była w bardzo ciężkim stanie, polskim lekarzom i pielęgniarkom wolno było jedynie zmieniać im opatrunki.

       „Obóz wyglądał strasznie – wspominał jeden ze świadków. – Ludzie byli w okropnym stanie, wielu z nich było rannych, wyczerpanych i chorych, w szoku po niedawnych przeżyciach. Zostali umieszczeni w ośmiu wielkich halach, chociaż tylko siedem było wykorzystywanych. Widać było otwarte ścieki, co było niebezpieczne, dużo brudu i bałaganu. Ludzie leżeli na betonowej podłodze, jeśli nie mieli kawałka drewna lub jakiegoś bagażu”.

      W sumie z Pruszkowa wywieziono do obozów koncentracyjnych 55 000 osób, z czego 13 000 do Auschwitz. Ostatni transport odszedł tam 17 września 1944 roku. Wielu warszawiaków zginęło albo w samych obozach, albo w późniejszych marszach śmierci.

       Ponad 150 000 warszawiaków zostało załadowanych do pociągów i wywiezionych na roboty do Niemiec, by pracować na rzecz znienawidzonego wroga. Polacy byli kierowani do pracy w fabrykach amunicji, samolotów, w gospodarstwach rolnych, na budowach, na kolei, do kopania rowów przeciwczołgowych, do czyszczenia miast z gruzów, w fabrykach tekstylnych i kopalniach. Nie pozwalano im schodzić do schronów i wiele osób zginęło lub zostało rannych podczas nalotów bombowych.

        Największa grupa warszawiaków zwolnionych z Pruszkowa osiedliła się w innych częściach Polski. Większość z nich była bez pieniędzy, bez zimowych ubrań czy butów i nie miała dokąd iść. RGO pomagała w najbardziej rozpaczliwych przypadkach, ale sama dysponowała niewielkimi możliwościami, więc wiele osób musiało zdać się na szczodrość innych.

        Ogółem ponad 350 000 pozbawionych środków do życia warszawiaków musiało spędzić nadchodzącą zimę gdzieś na prowincji lub w rozmaitych miastach, korzystając z minimalnej pomocy i nie mając perspektyw na poprawę losu.


Wybrana literatura:

A. Richie – Warszawa 1944. Tragiczne powstanie
Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim
Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945, t. IV
Białoszewski M. - Pamiętnik z Powstania Warszawskiego
Bartoszewski W. - 1859 dni Warszawy
Bartoszewski W. - Warszawski pierścień śmierci 1939–1944. Terror hitlerowski w okupowanej stolicy
Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po powstaniu 1944"

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Partie Jednorazowego Uzytku

 Partie Jednorazowego Uzytku
https://dziennikzarazy.pl/6-07-partie-jednorazowego-uzytku/
"Krótka historia partii jednorazowego użytku
Mój ulubiony redaktor Stanisław Michalkiewicz często powtarza definicję tego, co uważa za istotę demokracji – zasadę mówiącą o tym kto zwycięża w wyborach. Powtarza wtedy sentencję, bodaj czy nie samego Stalina, że nie jest nawet ważne kto liczy głosy, ale najważniejsze jest stworzenie na wybory takiej alternatywy, że bez względu na ich wynik – i tak będą one wygrane. Zainspirowało mnie to do prześledzenia tego wątku poprzez podążenie za politycznymi meandrami jakich dokonywała III RP w wyborach, jeśli chodzi właśnie o taką definicję istoty nie tyle samego aktu elekcji, ale całości sceny politycznej, jej mechaniki realnej oraz czynnika napędzającego.

Algorytmy

Szybko natknąłem się na powtarzający się od początku nowego tysiąclecia algorytm polegający na pojawianiu się przed wyborami nowych inicjatyw politycznych, które jak meteory przemykają sezonowo na politycznym nieboskłonie, wzbudzając zainteresowanie, nawet można rzec, że nadzieje, po czym kończą na tym samym – po publicznym odczuciu świeżości szybko się opatrują, lądując czy to w którejś z zasp plemiennych, czy też malowniczo eksplodując, po czym jej świecące fragmenty są rozparcelowywane wśród istniejących podmiotów politycznych. Ważny jest naczelny element – jak w definicji Michalkiewicza-Stalina – wszystko po początkowych nadziejach ląduje w starym dwubiegunowym układzie, z dużym nachyleniem na stronę liberalno-lewicową.

Wymienię dla porządku kilka powtarzalnych cech, co prowadzi mnie (a może i nas?) do wnioskowania o istnieniu stałego procederu. Taka partia jednorazowego użytku (tu: PJU) zawsze objawia się w postaci charyzmatycznego, nowego polityka, przeważnie spoza aktualnego układu władzy. Zawsze taka partia dostaje od razu nie wiadomo skąd dobre wyniki sondaży. Potem, powiedzmy, że zauważają to media i dopuszczają nowego do siebie. Napisałem „powiedzmy”, gdyż tak się media tłumaczą z tej nagłej bezinteresownej miłości, choć jest odwrotnie. Nowi z PJU zyskują dobre wyniki właśnie dlatego, że – na mocy jakichś niepojętych obrotów ciał medialnych – dostają się do mediów, gdzie prezentują swoje nowatorskie poglądy. No, bo jak inaczej suweren miałby się dowiedzieć o ich atrakcyjności, by ich nagrodzić w sondażach?

Pojawienie się takich bytów zawsze każe zadać pytanie o ich finansowanie w najtrudniejszym, czyli przedwyborczym momencie. No, bo powiedzmy, że jakiś cudak przedarł się do mediów i te go rozpropagowały na tyle, by zaistniał w sondażach. Należy dodać do tego, że w obecnej XXI-wiecznej polityce można się wybić i bez bycia zapraszanym do mediów, bo można się przebić do świadomości wyborcy poprzez media społecznościowe. Ale one też kosztują. Skąd więc kasa na takiego politycznego nuworysza? To jest mili Państwo – tajemnica lasu. Jak ktoś nie wie, to niech zastosuje metodę „follow the money” i będzie wiedział. Ja tu jestem za krótki, ale skoro takie cuda finansowe się zdarzają i nie są ujawniane, to wnioskuję, że jest coś na rzeczy.

Potem, w czasie wyborów, takowi też mają trudno. System polityczny i wyborczy w Polsce mumifikuje istniejący układ. Sam kodeks wyborczy usiany jest minami spuszczonymi na morze polskiej polityki, przeciwko każdemu nowemu. Główną bombą przeciwpolityczną jest system finansowania partii i kampanii wyborczych. „Starzy” mają dotacje od państwa, czyli od każdego obywatela, czy się im taki PiS z PO podobają, czy nie. Nowy musi sobie sam nazbierać na kampanię – nie dość, że musi (jeszcze zazwyczaj bez aparatu „w terenie”) dozbierać podpisy na swych listach, to jeszcze musi wyciągać rękę po „co łaska”. Ale – jak widać z historii PJU – dają radę.

Powtarzalność trajektorii tego meteoru po ewentualnym przedarciu się do parlamentu wskazuje na modus polegający na kilku wariantach, ale zawsze kończy się tym samym: meteor, czyli lecący po firmamencie świetlisty znak nadziei przechodzi w meteoryt, czyli ciało stałe już na ziemi. To znaczy – jako się rzekło – ląduje (częściej – rozbija się)  i jest zjedzony przez większego jako przystawka, albo zostaje rozrzucony po istniejących podmiotach. Mamy taki system, że każdy nowy, jak się już przedrze, zostaje skonsumowany. Wielu uważa, że na tym właśnie polega owa „odpowiednia alternatywa”, że mnoży się sztucznie byty, by wyszło po staremu. Stąd ta chwilowość onych podmiotów, które po wykonaniu swego zadania, wtapiają się w istniejącą scenę, tak by – jak stwierdza definicja – wybory były i tak wygrane.

Kiedy się wygrywa wybory?

No właśnie – co to znaczy: wygrane wybory? Wygrane to przede wszystkim takie, które nie naruszają obecnego układu pookrągłostołowego. Przypomnę, że wtedy wysokie strony umówiły się co do siebie, zaś opozycja wewnętrznie ze sobą, że sami – znaczy się bez udziału suwerena w „niekonfrontacyjnych wyborach” 4 czerwca 1989 roku – podzielą się na prawicę i lewicę. Tak się rodziła III RP i wielu się to spodobało. Najjaśniejsza poczęła się w politycznym in vitro, poza organizmem matki-suwerena. Odziedziczyła więc zaplanowaną pulę genów uwłaszczającej się nomenklatury i nowej klasy – opozycji, która udrapowała się w szaty walki politycznej, symulowanej na użytek naiwnej gawiedzi. Główną zasadą tak wyrosłej zygoty jest z oczywistych przyczyn przetrwanie.

Ten pookrągłostołowy płód rozwija się już lat ponad 30, ma różne formy i postaci, ale ta genetyczna zasada tkwi u jego podstawy. Jest zatopiona w konstrukcji konstytucji, ordynacji wyborczej, systemie finansowania partii, nawet w strukturze „ładu” medialnego. W związku z tym „wybory są wygrane” wtedy jak ten układ trwa. To jest podstawa – nawet ważniejsza niż to, KTO wygra wybory. Jak nie będzie nowego, albo będzie to symulant nowości do późniejszego wciągnięcia, to podstawa układu pozostanie nienaruszona. Tak było do niedawna, gdyż w końcu, bez względu na wynik wyborów, obowiązywała zasada „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”. To było ważne, by ten układ dwóch gamet był nienaruszony.

Układ ten zdaje się zburzył teraz Tusk, gdyż sposób w jakim dojeżdża obecnie PiS wskazuje na unieważnienie tej drugiej zasady. Jest to więc jak czasem bywa z bliźniakami w łonie (oj, te rozrodcze metafory same się pchają…), kiedy to jeden bliźniak zaczyna przeważać nad drugim, dominuje nad nim, aż do całkowitego unicestwienia. Po prostu robi się za ciasno dla dwóch. I Tusk wypowiedział ten układ, co może prowadzić do pełnego unicestwienia PiS-u, ale też na pewno do wprowadzenia penalizacji, jako głównego motywu uprawiania polityki i pozostawania w niej, gdyż każdy następca Tuska z innej opcji politycznej może skorzystać przeciw niemu z całego zasobu gwałconego prawa, prawa „takiego, jak my je rozumiemy”.

Ale wróćmy do PJU. Wiemy więc na czym polegają „wygrane wybory”. Teraz – po co się prokuruje takie partie? No, bo ja, patrz wyżej, raczej nie wierzę w spontaniczność takich tworów. Pies ich tam trącał kto ich tam powstawiał i sfinansował projekta w zarodku, ale – jak pisał Herbert – dowodem na istnienie potwora są jego ofiary. A ofiarą jest społeczeństwo które od 35 lat tkwi w tym samym garnku, w którym za zmianę bierze się w sumie jedynie dosypywanie jakichś przypraw, które szybciutko rozpuszczają się w buzującym bulionie wojny polsko-polskiej. Tego spektaklu na pokaz, w którym może mniej politykom, a więcej samym akolitom, wydaje się, że to wszystko naprawdę. Kiedy układ postmagdalenkowy się społecznie degeneruje lub nawet nudzi i suweren niebezpiecznie zaczyna się rozglądać za jakąś ożywczą alternatywą, widząc wciąż te same gęby, to układ podsuwa mu ułudę nowości. Tak jest lepiej niżby sam sobie taki suweren miał zorganizować coś naprawdę nowego. Bez kontroli takie cudo naruszałoby subtelną równowagę dwóch plemion. W Polsce mając ze 30 posłów można być niepomijalnym koalicjantem, jedziemy więc na żyletkę i tak, jak robiła Ochrana za cara – lepiej samemu sobie zorganizować „przeciwnika”, niż dać się zaskoczyć. W dodatku do takiego podstawionego zaraz zlecą się ci, co to naprawdę myślą, że to wreszcie zmieni oblicze tej ziemi.

Porzućcie nadzieje…

I tu jest najciekawszy moment. Carska ochrana sama sobie organizowała konspirację, by wyłapać wzmożonych. Tu zaś chodzi o co innego – chodzi o to, żeby ci, co myślą, że to naprawdę, w wyniku pozoracji tych działań dali się nabrać i by zostali zawiedzeni co do swych nadziei. Na zawsze. Kolejna więc próba przemiany tego świata ma runąć na oczach publiki i wszyscy mają się rozejść do domu, bo „tutaj jest jak jest”. Czyli – wracamy do źródła – efektem tych działań jest powrót do istniejącego układu, skoro każda „nowość” jest w sumie zaprzepaszczana w formach odstęczających kolejne pokolenia od wejścia w sferę publiczną. I o to chodzi – naród ma się upolityczniać jedynie raz na cztery lata (i to wyłącznie w nieracjonalnych, bo emocjonalnych i dwubiegunowych oparach), polityką zajmą się zaś politycy, ci, którzy znają ten mechanizm i mają na tyle niskie morale, by sumienie nie przeszkadzało im w tym procederze. Mamy więc elitę cwaniaków i sfrustrowany naród – układ zamknięty i obliczony na samoodtwarzanie się. Każdy dostaje co chce, tylko Polski szkoda.

Wziąłem więc pod lupę te PJU i poszukałem ich śladów w naszej najnowszej historii. Modus jest jeden wspólny – te projekty były wystawiane nie tylko dla pozorów nowości, ale i w obszarach, gdzie, namierzona w wyniku badań opinii, pojawiała się jakaś grupa społeczna, która miała potencjał na spontaniczność, zagrażała równowadze systemu, miała przed sobą autonomiczną przyszłość. Miała też czasami walor wewnętrzny – poprzez nowy podmiot „podkradało się” konkurentom nowy potencjał. Rozszerzało się grupy celowe wyborców pozorami nowości, by i tak skończyć w znanej koalicji.  To jest tak jak z producentami muzycznymi – jedni szukają talentów na Youtube, w salkach parafialnych czy dancingach, drudzy – po szczegółowych badaniach sami „konstruują” muzyczny produkt marketingowy, który trafia w gusta wybranej grupy odbiorców. Nie chcę tu spekulować kto tam kogo wypatrzył, a kogo sam skonstruował spośród liderów PJU, ale za każdym razem „produkt” był dobrze uplasowany w nowych niszach. W końcu, nawet w zglajszachtowanym społeczną biernością naszym społeczeństwie, zachodzą jakieś procesy, rodzą się jakieś wspólnoty interesów (coraz częściej niestety emocjonalnych), trzeba je więc detektować i inkorporować do istniejącego systemu, bo inaczej się wyemancypują i będzie problem.

Przejdźmy więc sobie spacerkiem w poszukiwaniu PJU, by sprawdzić czy te ogólne zasady są aplikowalne. Wyjątkowo w tym tekście dałem tu ogólne wnioski przed szczegółowym przedstawieniem przykładów, ale tak chyba będzie lepiej. Inaczej nie widzielibyśmy wspólnoty losu każdej z PJU. Teraz, po tych próbach definicji algorytmu, mam nadzieję, że będzie łatwiej zobaczyć nie tylko wspólnotę modusu, ale i rolę, jaką w polskim systemie politycznym pełnią te twory. Są – na razie – dość skuteczne, można więc spodziewać się kontynuacji tego „modelu politycznego”, co pozwoli nam w sposób bardziej świadomy oceniać wszelkie rewelacje, które mogą zajść w politycznej przyszłości.

PJU w epoce przedPOPiS-owej

Tak, można tę ewolucję podzielić na dwa etapy. Przed POPiS-owy i POPiS-owy. Ten pierwszy wyraźnie prowadził do tego drugiego, ale nie jak to bywa w demokracji, bo się sublimował w naturalny na świecie dwójpodział, ale dlatego, że to było jasne, że z takimi genami ten rak tak wyewoluuje. Pierwsze wybory, te z 1991 roku, nasze pierwsze wolne, ale pod tym względem, co znamienne, ostatnie w byłych demoludach, to był wysyp. Pomogła przyjęta ordynacja proporcjonalna i to w najgorszym wydaniu, bo „skaczących mandatów”, do tego bez progu, w dodatku z listą krajową, a więc zapadką, która dawała partiom szanse obsadzenia mandatów „swoimi”, bez względu na osobowe wybory suwerena. W rezultacie mieliśmy 16 ogólnopolskich komitetów, które jeszcze mogły blokować sobie listy, czyli łączyć się w parki i trójkąty, ale nie na zasadzie obecnych koalicji, tylko po prostu dodając sobie nawzajem głosy. W rezultacie 29 podmiotów politycznych wzięło mandaty i demokracji polskiej zaglądnął w oczy chaos polegający na ciężkiej pracy złożenia z tego bałaganu – większości. Ale wtedy to było jasne – wszyscy przeciw komunie i poszło w miarę dobrze.

Ale ostrze antykomunistyczne zostało stępione przez… samą Solidarność. Ta była świeżo po „wojnie na górze”, kiedy Lechu rozwalił układ, który prowadził do glakszachtującej jedności w obozie postsolidarnościowym i okazało się, że aby być politykiem byłej opozycji w rządzie, to nie wystarczy już tylko trzymać się pod parasolem Solidarności – trzeba się samemu postarać, wybrać jakąś tożsamość polityczną, a przede wszystkim samemu zebrać szabelki. I solidaruchy zagłosowały za ordynacją proporcjonalną, gdyż tylko taka dawała (bez progu) szanse ich kanapowym wykwitom politycznym.

To jasne – taka była ich kalkulacja. Ale jednocześnie to wykalkulowane tchórzostwo, oparte na politycznej niemocy kanapowców… uratowało skórę komunistom. Ci w ordynacji większościowej i jednomandatowej przepadliby tak jak w wyborach 4 czerwca przepadli w wyborach większościowych do Senatu. Wyobraźmy sobie 460 okręgów jednomandatowych i wybór suwerena: komuch czy nasz. Po komunistach nie zostałby nawet ślad. A ci wrócili już na następną kadencję, kiedy zlali skórę rozproszonym solidaruchom, oskarżając, że parasol Solidarności wcale nie chroni społeczeństwa przed trudami początków transformacji. A w rzeczywistości stanowi Polski najbardziej byli winni sami postkomuniści, zaś naród wybrał brudasów, a nie tych, którzy zaczęli po nich sprzątać.

Partii pozaukładowych było w pierwszej kadencji od groma i trochę, co posłużyło tylko do postulowania przy następnych ordynacjach wstawienia progu, by się jakiś kłopotliwy plankton nie pałętał. Żadna z „nowych” partii się tu nie przebiła na przyszłość. Potem przyszły malownicze rządy lewicy, wprowadzono w wyborach w 1993 roku progi i D’Hondta, czyli utrzymano ordynację proporcjonalną. Mieliśmy 17 list ogólnopolskich, zaś mandaty wzięło już tylko 8 podmiotów.

W wyborach 1997 roku pojawia się odgięcie pały po postkomunistach i AWS bierze władzę, w trudnej koalicji z Unią Demokratyczną i liberałami Tuska. W roku 2001 mamy już tylko 6 komitetów, pała się znowu odgina na postkomunistów, mamy rząd Millera i układ domknięty prezydenturą Kwaśniewskiego. Znika lista ogólnopolska i już do dziś się nie pojawia. Utrudnione jest zbieranie kasy na wybory, z czego korzysta układ istniejący, zwłaszcza uwłaszczeni komuniści. Co ciekawe pojawiają się nowi po prawej stronie: Samoobrona bierze 53 mandaty, zaś Liga Polskich rodzin – 38. 2005 rok to koniec mrzonek o współpracy podmiotów postsolidarnościowych. Kaczyński dobiera sobie za koalicjantów Samoobronę i LPR Giertycha. Siedem podmiotów bierze mandaty. W przyspieszonych wyborach w 2007 roku wygrywa Tusk i dobiera sobie do rządzenia obrotowy PSL. Przemianowani postkomuniści wracają i biorą 53 mandaty. PSL miał ich 31, ale (wtedy) Tuskowi było głupio przed elektoratem iść razem z poskomunistami. Co ważne – od tego czasu rodzi się już oficjalnie podział wrogości pomiędzy PiS i PO, ale to ten „konflikt” staje się od tego czasu osią polityki polskiej, na tyle mocną, że marginalizuje wszelkie inne podmioty.

Epoka POPiS-owa

Tyle wspomnienia, nie po to by się łęzka pokręciła dla pamiętnych, ale by zobaczyć jak to szło do celu. W reelekcyjnych wyborach dla Tuska w 2011 roku pojawiają się już zalążki PJU. Wyalienowani z PiS-u centrowcy zakładają PJJ, które nie bierze mandatów, za to, hodowany przez Tuska w swych szeregach Palikot, jako platformerska oferta dla liberyńskich lewaków, zakłada własną partię i zdobywa 40 mandatów. Ten ruch wyraźnie osłabia zorganizowaną lewicę i jest pierwszym przykładem wyhodowania sobie sztucznej alternatywy. Palikot nie wchodzi do rządu, tu jest miejsce dla PSL, które daje konserwatywne rysy peowcom. Lewe skrzydło osłania Palikot, który skandalizuje i demaskuje zachowawczość lewicy postkomunistycznej, wprowadzając już wtedy do obiegu wszystkie obecnie już oczywiste postępowe hasła, które dla postkomunistów były zbyt daleko idące.

Wyborczy rok 2015 to już kilka zmian na raz. Po pierwsze – pojawia się centrowy Kukiz, którego powstanie uważam za efekt spontanicznych ruchów niezgody na POPiS. Szansa zmarnowana, gdyż impet tego ruchu, zapoczątkowany ponad 20% głosów na Kukiza w wyborach prezydenckich został zaprzepaszczony. Paradoksalnie – pomogła tu klęska Lewicy, która nie dostała się do Sejmu, czego efektem było uzyskanie samodzielnej większości przez PiS. Gdyby nie to, to Kaczyński musiałby dobierać, pewnie od Kukiza, i może żylibyśmy dziś w innej Polsce. Co ciekawe – pojawia się „centrowa”, taka była wtedy moda, partia nowoczesna.pl pana Ryszarda Peru, która miała ściągnąć do siebie elektorat bardziej liberalny. Ta partia, jak i projekt Palikota, szybko po „zrobieniu swego” musiała odejść, zaś spady po tym meteorycie przeszły na PO, co każe podejrzewać, że rozpad ten nie odbył się bez inspiracji beneficjentów. W wyborach 2019 roku, dających już mniej samodzielną władzę PiS-owi pojawia się zjednoczenie lewicy, czyli układ starzy postkomuniści-obyczajowcy od Biedronia, czyli partia „Wiosna” i „Razem” Zandberga, o ewidentnie komunistycznej proweniencji. Czyli coś na wzór Konfederacji, która podobnym triumwiratem a rebour rozszerzyła swój elektorat.

Ciekawi sama „Wiosna”, czyli ewidentnie PJU w tym okresie. Oparta na Biedroniu, zaskakująco szybująca w sondażach, kiedy ledwie powstała i zbierała zaangażowanych lewaków. Jako PJU nie mogła być zbyt blisko głównego nurtu, bo przecież trzeba się czymś różnić w oczach mamionego elektoratu. Mieliśmy spektakl prezydenta Słupska, czyli Biedroń nie zagrzewał miejsca w magistracie – pełno go było, kiedy za pieniądze miejskie jeździł po kraju i naganiał do swej sieci. Ta partia, mimo, że „rozpuściła” się w zjednoczonej Lewicy, to spełniła swoją rolę. Dała atrakcyjną propozycję dla Lewicy na tyle, by wziąć te swoje 49 mandatów, które nie wystarczyły Tuskowi do zmontowania koalicji, ale wszystko było gotowe na wybory 2023.

Hołownia jako klasyka PJU

No i przyszedł rok 2023 i klasyka. Grubo przed powstaje najpierw samotny Hołownia, potem przekształcający się w partię Polska 2050. Przyszły marszałek szaleje w social mediach, robi nie do końca legalne zbiórki, sam kasę zbiera, buduje struktury. Ładnie się różni od PO, ale tak jak trzeba: widz widzi różnicę, ale nie aż tak dużą, by nie być pewnym, że jak zagłosuje na Hołownie, to i tak zobaczy poniżony i odcięty od władzy – PiS.

Stosunek do Hołowni ze strony PO był, jak to się mówi, niestały. Na początku dostał kamery, głównie w swym rodzimym TVN, z Wyborczą już nie było tak słodko. Potem, tuż przed wyborami, zaczął się najazd na niego, jako psującego ideę jednej listy. W wyniku otrzeźwienia w związku z wreszcie poprawnym odczytaniem wyników przedwyborczych preferencji w ostatnich dwóch tygodniach przed wyborami opluwany Hołownia staje się nagle pożądanym partnerem, zwłaszcza po zawiązaniu koalicji z PSL i ogłoszeniu Trzeciej Drogi.

Tu jest cała istota tego przechwycenia elektoratu. Wielu ludziom, co wynikało z badań, było głupio głosować na PO, bo byli pewni, że będzie to (i mieli rację) powtórka z rozrywki, czyli wróci „stara” PO. I to dla nich była ta propozycja. PiS takiej nie miał, bo liczył, że po raz trzeci Bóg im ześle cud samodzielnego rządzenia i nawet w ostatni weekend przed wyborami zaatakował Konfederację, swego jedynego potencjalnego koalicjanta. Ruch był genialnie „głupi” i wzmógł trend zniechęcenia do Konfederacji, zaś odpływający od niej elektorat zagłosował na… Trzecią Drogę i PiS tym genialnym ruchem dołożył głosów swym przeciwnikom. Tak, że ci co się obciachowali w głosowaniu na PO zagłosowali na 3D i sami przyczynili się do powrotu PO.

Nasza modelowa PJU, czyli 3D, zwłaszcza w wydaniu Polski 2050, bo PSL, to już nie, nie ma struktur, nie ma ludzi do rządzenia, jeżeli już to jakieś spady od PO, które teraz żałują, że się dały zmamić w sumie jednosezonowym projektem. Plan był taki, że Hołownia lansuje się na prezydenta poprzez show na stanowisku marszałka Sejmu. Ale Tusk go wypuścił i poczekał. Marszałek zużył się w codzienności sejmowych potyczek, bo ile można słuchać tych wysilonych bon motów? W politykę nie umie, został wypuszczony parę razy na przyszły proces przed Trybunałem Stanu, zaś w politykę rządową jest ogrywany jak dziecko przez cwanego Tuska, który nie tylko prowadzi swoją politykę wygaszania Polski, ale umiejętnie grilluje swoich koalicjantów, by w razie W nie wyszło na niego. Czego klasycznym przykładem jest kryzys na granicy z Białorusią, za który co najmniej w połowie odpowiada i Tuska szef spraw wewnętrznych i minister sprawiedliwości, zaś bęcki dostaje tylko Kosiniak-Kamysz.

Projektowi Hołowni nie wróżę życia przekraczającego obecną kadencję. Resztki się rozbierze po innych podmiotach. Sam Hołownia, pozbawiony swej partii, jak Petru, odczeka w karnej ławce swoje, skruszeje, zmądrzeje i może się go da na listy kiedyś do PO. Będzie to więc ścieżka jaką przeszła Nowoczesna. Jednosezonowej dmuchanej gwiazdy, która okaże się meteorytem zarytym w błoto starego układu.

PJU wiecznie żywa?

Z analizy „postępu” demokracji w Polsce, kombinowaniu przy ordynacji wyborczej oraz systemie finansowania partii wynika, że system polityczny zmierzał i zmierza do ostrej dwójpolówki. To ona sprawia, że głosujemy zawsze za mniejszym złem, że wszystko wciąga jak czarna dziura ta pozoracja plemiennego konfliktu, który w rzeczywistości jest antyrozwojowy dla naszego kraju. Można wskazać kilka krajów, takich jak Wielka Brytania czy USA, gdzie mamy do czynienia z systemem praktycznie dwupartyjnym. Ale tam jest ordynacja większościowa, a więc to wódz partii zabiega o popularnego lokalsa, nie zaś – jak u nas – aparatczycy zabiegają o biorące miejsce na liście, wyznaczone łaską wodza partii. Mamy system dwupartyjny z ordynacją proporcjonalną, a więc rower na kwadratowych kołach – dziwowisko, które jedynie udaje wybór. Dlatego, by zatrzeć te wrażenie stagnacji, system od czasu do czasu puszcza balony wypełnione gazem emocji, odświeżające atrapy, po to, by dwójpolówka się utrzymała.  
Jak widać system PJU działa coraz bardziej perfekcyjnie. Sublimuje się. Ale służy jednemu – pozoracji, nowości, reformowania się znudzonego układu. Pojawiają się nowe twarze, nowe idee, a potem, jak w filmie „Psy”: „władze się zmieniają, a pan senator zawsze w komisji”. Czyli wybory się przetaczają jak czołgi przez naszą krainę, wzmożenie następuje coraz szersze, pozory walki na śmierć i życie królują w debacie. Ludzie nie dość, że się w dyspucie okładają, to okładają się już nie argumentami tylko hasłami, skandowanymi do znudzenia. A w sumie wiele wydaje się zmieniać, by wszystko zostało po staremu.

Ten system staje się coraz bardziej uniwersalny. Mimo, że ludności światowej żyje się coraz gorzej, zwłaszcza zachodniej, to nie wyciąga ona z tego żadnych wyborczych wniosków. Aby tak było, to świadomość sterowana musi przeważać nad realnym bytem. Czyli jest odwrotnie niż u Marksa, u którego byt kształtował świadomość. Aby skrzywiona percepcja wirtualnego świata rządziła percepcją rzeczywistości potrzebne są dwie rzeczy: przesunięcie rozumowych refleksji w dziedzinę emocji oraz z drugiej strony jasny wróg, którego anihilacja prowadzi do szczęścia wiecznego. I mamy to – rozhisteryzowane tłumy, które żyją żądzą zemsty na politycznych przeciwnikach, choćby i za cenę osłabienia swego (?) kraju; karmiących się nie coraz droższym chlebem, ale obsesją wykrywania pisiorów poutykanych w organizmie państwa. No i mamy jasno zdefiniowanego wroga. I ten prymitywny cep jest wszędzie. Jest jedynym elementem trzymającym wojującą liberalną demokrację, a właściwie elity, przy władzy.

W USA ten straszny Trump, we Francji Le Pen, w Niemczech AfD, na Węgrzech – Orban, na Słowacji Fico, u nas PiS. Ale widać, że tam się jeszcze nie nauczyli rozwadniania zakleszczonych elektoratów obietnicą „trzeciej drogi”, która powoduje, że wybory będą zawsze wygrane. I taki to może być nasz – jedyny – wkład w politykę światową."

sobota, 3 sierpnia 2024

Czego powinna uczyć nas 80 rocznica

 Czego powinna uczyć nas 80 rocznica
http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5654
" Dzisiaj przypada 80 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Jak zwykle o godzinie 17.00 rozlegną się syreny, zatrzyma się ruch, a politycy wezmą udział w rocznicowych uroczystościach, w których będą fetowali coraz mniej już licznych, żyjących jeszcze, jego uczestników. To oczywiście dobrze, ponieważ - jak już wielokrotnie pisałem i mówiłem – żołnierze Powstania zasługują na najwyższy szacunek, bo, przynajmniej w pierwszych tygodniach, próbowali wykonać zadanie niewykonalne. Że niewykonalne - to było wiadome od samego początku, chociaż nie dla wszystkich – ale dla ówczesnych polityków, którzy, uczestnicząc w rządzie Rzeczypospolitej, podjęli się wziąć odpowiedzialność za losy państwa i narodu, było to wiadome z całą pewnością. A jednak właśnie oni uchylili się przed podjęciem decyzji, tylko scedowali ją na działaczy politycznych i dowódców AK w Kraju, którzy prawdopodobnie takiej wiedzy o niewykonalności tego zadania nie mieli. Rezultatem była klęska Powstania, masakra żołnierzy, jak i zagłada miasta oraz gehenna jego mieszkańców.

Jeśli tedy słuszne jest twierdzenie, że historia jest nauczycielką życia, to 80 rocznica wybuchu Powstania powinna być okazją do wyciągnięcia wniosków. Kto powinien je wyciągnąć? Przede wszystkim właśnie politycy, którzy powinni pamiętać, że ich zadaniem jest odwracanie niebezpieczeństw od narodu i państwa, a nie ściąganie ich na nie. Tymczasem stało się odwrotnie. Politycy sanacyjni w 1939 roku dali się nabrać na angielską prowokację, której celem było skierowanie uderzenia III Rzeszy na Polskę, by w ten sposób opóźnić niemiecki atak na Zachód Europy. Nawet nie dlatego, by nie mogli tej pułapki uniknąć – bo mogli – ale dlatego, że stali się niewolnikami własnej propagandy, że w razie czego Nasi Sojusznicy nas obronią. Jak wiadomo, nie tylko nas, ale w niektórych przypadkach nie potrafili obronić nawet samych siebie – a gdy Niemcy uderzyli na Sowiety, wykorzystali tę okazję, by Polską zapłacić Stalinowi za jego udział w pokonaniu Hitlera. Do tego zmierzały ustalenia konferencji w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 roku, a kropka nad „i” została postawiona na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku. Polska na 45 lat została oddana Stalinowi, że wszystkimi tego konsekwencjami. Również Powstanie Warszawskie, które miało „wstrząsnąć sumieniem świata” wcale nim nie wstrząsnęło, a tylko tę transakcję ułatwiło.

Okazuje się jednak, że historia – chociaż niby powinna – to jednak nie zawsze potrafi być nauczycielką. Przekonujemy się o tym, na szczęście tym razem nie na skórze własnej, ale na skórze Ukrainy, która – podobnie jak Polska w roku 1939 – też pozwoliła wciągnąć się w maszynkę do mięsa, by Stany Zjednoczone mogły tańszym kosztem „osłabić Rosję” przed podejściem do ostatecznego rozwiazania kwestii chińskiej. Tańszym – bo wprawdzie na wojnę z Rosją na Ukrainie, którą prowadzą do ostatniego Ukraińca, wydają średnio 56 mln dolarów dziennie - to jednak jest to koszt pięciokrotnie mniejszy od kosztów „operacji pokojowej” i „misji stabilizacyjnej”, jaką USA bezpośrednio prowadziły w Iraku i Afganistanie, które wyniosły ok. 300 mln dolarów dziennie – a poza tym żołnierze amerykańscy ani w tej wojnie nie giną, ani nie zostają inwalidami – co stanowi dodatkową korzyść.

Obecnie Ukraina, podobnie jak Polska w roku 1944, przestaje już być „natchnieniem narodów”- tylko staje się dla wielkich mocarstw problemem do rozwiązania, a wszelkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie zamrożenie konfliktu – co jednak oznacza utratę przez Ukrainę około 20 procent terytorium państwowego na rzecz Rosji. Nie jest to wprawdzie klęska na miarę klęski wrześniowej w 1939 roku, ani klęski Powstania Warszawskiego, ale jednak porażka, ze wszystkimi skutkami klęski wojennej. Dlatego pojawiające się w kołach politycznych nie tylko polskich, ale przede wszystkim – zagranicznych – pomysły, by wmanewrować w tę wojnę Polskę, w dodatku w sposób, który nie rodziłby żadnych zobowiązań, ani dla Stanów Zjednoczonych, ani dla NATO, są bardzo niebezpieczne. W związku z tym politycy powinni zrobić wszystko, aby temu zapobiec – i to jest właśnie lekcja, którą powinniśmy odrobić z okazji 80 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego."