piątek, 27 marca 2026

„Czwarta zdrada Zachodu?”

 „Czwarta zdrada Zachodu?”
https://myslpolska.info/2026/03/27/czwarta-zdrada-zachodu/
"Myśl polityczna jest obciążona idealistycznym przekonaniem, że państwu polskiemu, w kolejnych jego edycjach historycznych i ustrojowych, należą się szczególne względy ze strony innych jednostek geopolitycznych, zwłaszcza mocarstw.

Na skutek niewoli rozbiorowej  ukształtowała się bowiem powszechnie hołubiona wśród poszlacheckich elit mitologia o ofiarności i poświęceniu dla innych (w myśl lelewelowskiego hasła „za naszą i waszą wolność”), która akcentuje  maksymalistyczne oczekiwania na wdzięczność i lojalność ze strony obcych. Jednostkowy i heroiczny udział Polaków w wojnach narodowo-wyzwoleńczych Stanów Zjednoczonych, epopei napoleońskiej czy Wiośnie Ludów, nie mówiąc o masowym i równie bohaterskim udziale na frontach wojen światowych w XX wieku, stanowi doskonałą pożywkę dla roszczeń, a nawet żądań, aby Polskę traktować w sposób szczególny.
Tymczasem zgodnie z tradycją realistyczną mocarstwa kierują się przede wszystkim swoimi interesami, nie zważając na sentymenty i altruizmy. Polityką mocarstw rządzi  dopasowywanie celów do realnych okoliczności (Realpolitik), nawet gdy dzieje się to kosztem słabszych partnerów czy sojuszników. Zobowiązania wobec nich mają zawsze charakter (tym)czasowy i podlegają dramatycznym rewizjom właśnie ze względu na zmieniającą się rzeczywistość.

Ta sytuacja rodzi jednak wśród słabszych uczestników stosunków międzynarodowych naturalne rozczarowania i poczucie krzywdy. Mają one związek z popularyzowaną przez Witolda Modzelewskiego polityczno-historyczną metaforą, używaną w polskim dyskursie narodowym od ponad stu lat – „zdrady Zachodu wobec Polski” („Polska-Rosja. Czy czeka nas ‘czwarta zdrada Zachodu’?”, Warszawa 2025). Podkreślam tu metaforyczny charakter tego zjawiska, gdyż „zdrada” nie jest kategorią wyjaśniającą w stosunkach międzynarodowych. To raczej przenośnia ze sfery społecznych relacji między ludźmi, operująca na gruncie moralności i emocji.

Zdrada w znaczeniu słownikowym, to świadome złamanie przysięgi, to odstępstwo od przyjętych w danej grupie odniesienia norm, wartości czy idei. W świecie polityki znany jest koncept zdrady stanu (także zdrady głównej), odnoszącej się do czynu godzącego w podstawy egzystencjalne państwa. Chodzi o przestępstwo (zbrodnię) wobec żywotnych interesów państwa, jego niepodległości, całości terytorialnej bądź konstytucyjnego ustroju politycznego. W różnych systemach prawnych za zdradę  stanu przewiduje się najwyższe kary. W Polsce te kwestie reguluje Kodeks karny w art. 127, przewidujący kary od 10 lat pozbawienia wolności do dożywocia. Innym pojęciem jest zdrada dyplomatyczna (odpowiednio art. 129).

Historyczne konotacje „zdrady”…

mają przede wszystkim wymiar wewnętrzny, sięgający konfederacji targowickiej – spisku magnackiego z 1792 roku. Odtąd nazwa „Targowica” stała się synonimem zdrady narodowej, grożącej realną zagładą państwa.  Paradoksem jest to, że każdy z dzisiejszych obozów politycznych na scenie politycznej gra przeciw drugiemu argumentem „zdrady”, co  w istocie oznacza podejrzenie kolaboracji z protektorami zewnętrznymi i liczenie na ich wsparcie w razie potrzeby.

Obie strony duopolu Koalicja Obywatelska-Prawo i Sprawiedliwość odbierają jako normalność  poparcie zewnętrzne dla swoich kandydatów na najwyższe stanowiska w państwie. Nie wywołuje to specjalnych protestów ani oburzenia. Dowodzi raczej słabości i podatności polskich elit politycznych, braku ich wewnątrzsterowności oraz niewiary w samodzielną moc sprawczą. Źródła tego tkwią w PRL, kiedy siły  opozycyjne wychodziły z przekonania, że antykomunistyczny i antysowiecki Zachód może je skutecznie wspierać w konfrontacji z ówczesną władzą. W zmienionych uwarunkowaniach geopolitycznych szukanie wsparcia u tych samych protektorów zewnętrznych doprowadziło do samowasalizacji. Warto zauważyć, że nigdy dotąd nie było tyle zarzutów w przestrzeni publicznej o wiernopoddańcze afiliacje amerykańskie, niemieckie, rosyjskie czy izraelskie głównych sił politycznych i ich notabli.
W stosunkach międzynarodowych zdrada odnosi się do wrogiej polityki, polegającej najczęściej na jawnym bądź skrytym odwróceniu zobowiązań sojuszniczych. Pojawiający się przy tym dysonans poznawczy oznacza, że każda ze stron inaczej postrzega sprzeczność między  deklaracjami i normami a stanem faktycznym. Kierowanie się wyłącznie własnym interesem przekreśla wagę zobowiązań prawnych i politycznych, przyjętych w określonych uwarunkowaniach sytuacyjnych. Zdradzający zwykle nie mają sobie nic do zarzucenia, a zdradzonym pozostaje rozczarowanie i poczucie krzywdy.

Historyk Andrzej Nowak upowszechnił w książce z 2015 roku „pierwszą zdradę Zachodu”, odnoszącą się do polityki Wielkiej Brytanii i części zachodnich elit podczas wojny polsko-bolszewickiej, które były gotowe przehandlować losy Polski („Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement”, Kraków 2015). Drugą zdradę wiąże się z wrześniem 1939 roku i następstwami regulacji Wielkiej Trójki z Teheranu, Jałty i Poczdamu. Zwłaszcza konferencję jałtańską przywołuje się jako przykład skrajnie przedmiotowego potraktowania Polski, „oddanej do sowieckiej strefy wpływów”. Zapomina się przy tym, że wszystkie warunki pokojów znanych z historii, które legły u podstaw nowych porządków geopolitycznych, były dyktowane przez zwycięzców. Trzecia zdrada Zachodu to przejęcie Polski po 1989 roku pod kuratelę neokolonialną. Polska stała się znowu pionkiem w układzie sił, rynkiem zbytu, strefą taniej pracy, a nie pełnoprawnym partnerem.

Czwarta zdrada Zachodu dzieje się na naszych oczach. Znów wietrzeją gwarancje bezpieczeństwa, deklaracje są składane na wyrost, a wiarygodność zobowiązań podszyta jest narastającą nieufnością. Używanie metafory „zdrady” nie ułatwia niestety zrozumienia zmieniających się motywacji działań mocarstwowych. W dobie otwartych kryzysów i gorących konfliktów o implikacjach globalnych, oskarżanie Zachodu o kolejną zdradę staje się wygodnym sposobem przerzucania odpowiedzialności za brak własnej dalekowzrocznej polityki.
Polska podobnie jak inne państwa europejskie, stanęła w obliczu „podwójnego szoku”, wywołanego z jednej strony przez odcięcie się USA od wojny na Ukrainie, a z drugiej przez faktyczne wypowiedzenie amerykańskich zobowiązań w ramach sojuszu północnoatlantyckiego. Jego podstawą jest kolektywna solidarność, gwarantowana w razie napaści na któregokolwiek z członków koalicji. Nikt nie przypuszczał, że może zaistnieć taka sytuacja, iż lider sojuszu wystąpi przeciw pozostałym i zmieni kwalifikację Rosji z wroga na partnera w grze mocarstwowej. W świetle dezynwoltury Donalda Trumpa NATO jest na granicy utrzymania swojej skuteczności. To sprawia, że obsesja na tle zdrady sojuszniczej na rzecz Rosji powraca ze zdwojoną siłą.

Źródła zdrady Zachodu…

tkwią w rozmaitych sferach – egoizmów narodowych, cynicznych interesów, ale także naturalnych przewag w rywalizacji o status potęgi. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej były w historii raczej przedmiotem niż podmiotem imperialistycznych gier. Polskę już w XVII wieku nazwano „Bożym igrzyskiem” (Krzysztof Opaliński), gdy ówczesne mocarstwa zdobyły dominację w środku Europy. Rzeczpospolita nigdy nie zaistniała jako ważny i samodzielny uczestnik systemu powestfalskiego, dlatego w zachodnich podręcznikach znajdujemy śladowe informacje o tej części świata na przestrzeni dziejów.

Ciągle żywe są więc kompleksy rodaków wynikające z peryferyjnego położenia w systemie zachodnim. Wpływają one na poczucie odrębności, a nawet obcości, nie mówiąc o niższości. Brakuje bowiem wspólnej tożsamości zachodniej. Zachód jest postrzegany przez pryzmat mitów i fantazmatów, życzeniowości i chciejstwa. W zbiorowej wyobraźni istnieje jako monolityczny zbiór, w którym wspólne cechy cywilizacyjne przeważają nad regionalnym odrębnościami. Tymczasem inaczej rozumie się pojęcie Zachodu w wymiarze geopolitycznym  i instytucjonalnym, inaczej natomiast w wymiarze kulturowym czy religijnym. W pojęciu Zachodu mieści się i Japonia, i Turcja, choć przecież  należą one do innych cywilizacji i tylko pozornie dzielą wartości ze Starą Europą.
W podejściu Polski do Zachodu dominuje pierwiastek instytucjonalny – przynależność sojusznicza i integracyjna do NATO i Unii Europejskiej. W dyskursie politycznym pobrzmiewa jednak dychotomia „my i oni”, co świadczy o słabym umocowaniu w kulturze wspólnotowej. Obserwację tę potwierdza także odbiór Polski na Zachodzie. W wielu miejscach i sytuacjach można odczuć, że nie wszędzie uznają Polaków za równoprawnych członków wspólnoty. Może właśnie z tego powodu, aby się uwiarygodnić, uciekamy z premedytacją od swojej oryginalnej tożsamości słowiańskiej i środkowoeuropejskiej.

Mimo prób pogodzenia jedności i odmienności, trudno nie zauważyć, że wymiana gospodarcza, współpraca polityczna, podróże, turystyka i migracje nie wytworzyły spontanicznie dotąd wspólnej dla wszystkich wizji świata. Ciągle dają o sobie znać dziedziczone i przekazywane z pokolenia na pokolenie urazy i pretensje, podsycane przez nacjonalistyczne doktryny i ruchy polityczne. Zwłaszcza stosunki polsko-niemieckie pełne są takich asocjacji.

Rozczarowania wynikają z poczucia ogromnej asymetrii bogactwa i dystansów cywilizacyjnych oraz różnic w strategiach bezpieczeństwa. Polska, niestety, nigdy nie wpisała się ze swoim potencjałem i zasobami w praktykowanie europejskiego (czyli zachodniego) systemu równoważenia sił (‘balance of power’). Zwłaszcza brytyjska i francuska tradycja dostarczają wiele przykładów, jak rozgrywano mniejsze i słabsze państwa, aby samemu wynieść jak najwięcej korzyści. Protekcjonalne i przedmiotowe traktowanie państw słabszych jest do dziś na porządku dziennym.

Fetysz „bezpieczeństwa”

Państwa „średniej rangi”, takie jak Polska, podejmują wiele wysiłku, aby udowodnić, że ich potencjał może mieć znaczenie w bilansie sił sojuszniczych. Temu służy mobilizacja zbrojeniowa, która jednak nie jest w stanie zapewnić państwu pełnego bezpieczeństwa w bardzo niebezpiecznym czy zagrożonym środowisku międzynarodowym. O wszystkim decyduje bowiem stosunek sił, którego ze względów obiektywnych nie można zmienić. Determinizm geopolityczny jest tu nieubłagany. Z tego powodu fałszywa jest teza, że gigantyczne zbrojenia automatycznie uczynią Polskę bezpieczną.

Tym bardziej, że syndrom zdrady Zachodu pozostaje trwałym obciążeniem polskiej psychiki narodowej. Wynika on z twardych uwarunkowań strukturalnych hierarchicznie zorganizowanego systemu międzynarodowego. Polska nie jest samodzielnym (wewnątrzsterownym) graczem (tak jak na przykład neosmańska Turcja), gdyż swoje bezpieczeństwo opiera na strategii ‘bandwagon’, czyli przyłączania się do jednego silnego protektora (tj. USA). Temu schronieniu się pod „parasolem” największego mocarstwa podporządkowane są wszystkie interesy zewnętrzne oraz podziały wewnątrzpolityczne w państwie. Zachód jest jednak rozdarty  między opcją hegemoniczną (atlantycką), związaną z potęgą Ameryki, i opcją europejską (kontynentalną), szukającą oparcia w Unii Europejskiej, a w istocie  w trójkącie Francja-Niemcy-Wielka Brytania. To rozdwojenie jest przyczyną napięć i dylematów, zwłaszcza podczas kryzysów, których jesteśmy świadkami.

Wyjściem z pułapek zastawianych na Polskę jest zbudowanie autonomicznej doktryny bezpieczeństwa, która pozwoli na nowo zdefiniować  priorytety sąsiedzkie oraz zrewidować szkodliwe antynomie, zwłaszcza bezmyślny antagonizm w stosunkach z Rosją i Białorusią. Szczególnie szkodliwym jest to, że Polska stała się zakładnikiem misyjności ideologicznej Zachodu przeciw Rosji, nawet gdy USA zmieniają w tej sprawie stanowisko.  Jej neoprometeizm, neojagiellonizm, czy irracjonalna rusofobia są dużym obciążeniem w poszukiwaniu jakiegoś modus vivendi  w stosunkach Zachodu z Rosją.
Warunkiem uniknięcia kolejnych rozczarowań jest rezygnacja rządzących z ról międzynarodowych, przypisywanych Polsce przez Zachód. To niezwykle trudne zadanie i niebezpieczna operacja psychologiczna, grożąca „utratą twarzy”. Nie bez powodu liderzy największych ugrupowań politycznych  z obawą spoglądają na partie „antysystemowe” (obie konfederacje), gdyż tylko one będą zdolne do rewizji dotychczasowej strategii i polityki.

Chodzi o to, aby odrzucić role harcownika, prowokatora i podżegacza wojennego, lokowania się w pozycji „rygla” Zachodu wobec Rosji, „klina” między Rosją a Niemcami oraz gorliwego obrońcy „wschodniej flanki” NATO i „państwa frontowego” jako ekspozycji zbrojnej Zachodu. Z tym wiąże się odejście od myślenia „wąskotunelowego”, opartego na militaryzacji i stosowaniu szkodliwej strategii rywalizacyjnej. Bezpieczeństwo państwa zależy przecież także od skutecznej dyplomacji, współpracy i współdziałania oraz akomodacji, a jak trzeba, to i uników. Widać zresztą przydatność tej palety środków w stosunkach między państwami BRICS czy Globalnego Południa.

Łączyć a nie dzielić

Patrząc z perspektywy konstruktywistycznej Polska mogłaby wykorzystać wiele nowych pomysłów na siebie, stając się rzeczywistym „centrum” Europy. Potrzebny jest powrót do inicjatyw w dziedzinie łączenia a nie dzielenia, zamykania konfliktów a nie jątrzenia. Tu wystarczyłaby jedna decyzja o zamknięciu ośrodka zaopatrzenia dla ukraińskiego frontu.

Aby uniknąć kolejnych rozczarowań, trzeba pozbyć się fałszywej świadomości, że  Polska jest najważniejszym protektorem Ukrainy z nadania Zachodu. Nie ma dowodów na to, że „koalicja chętnych” przewiduje dla Polski jakieś szczególne preferencje czy korzyści w powojennej odbudowie Ukrainy. Jest pewne, że wszystkie inwestycje infrastrukturalne będą oparte na kredytach, zatem polskie firmy będą zależne od pomocy rządowej. To oznacza kolejne zadłużenie Polski na rzecz Ukrainy, co spotyka się ze sprzeciwem społecznym, gdyż kredyty te należą do niespłacalnych. Polskie władze muszą wiedzieć już dziś, że  największe korzyści na Ukrainie osiągną ci, którzy opanowali zasoby tego państwa, od ziemi rolnej po surowce oraz kontrolują ośrodki przemysłowe. Niemałą, a może najważniejszą rolę w tej sferze interesów mają do odegrania Niemcy, które bynajmniej nie skrywają swoich apetytów.

Mimo różnych przeciwności i niejako w obronie przed kolejną zdradą Zachodu polskie rządy będą usilnie trzymać się kwestii ukraińskiej, choćby miała ona przynieść więcej szkód niż pożytku. Rządzący Polską boją się bowiem pozostania ze swoimi problemami bez wsparcia państw zachodnich, zwłaszcza gdy władzę w perspektywie kolejnych wyborów może zdominować antyeuropejska prawica. Z tego powodu kontynuacja wojny na Ukrainie leży w interesie dzisiejszych władz, gdyż mogą straszyć społeczeństwo ciągłym zagrożeniem ze strony Rosji, a na Zachodzie utrzymywać przekonanie o swojej niezawodności i niezastępowalności.

Widmo UkroPolu

Obecnie przycichły wprawdzie głosy o sojuszu polsko-ukraińskim, ale to nie oznacza, że w kręgach rządowych nie projektuje się różnych formatów zbliżenia po tak czy inaczej zakończonej wojnie. Dla wielu powojenna rekonstrukcja miałaby być impulsem do trwałego związania obu państw siecią wspólnych interesów transportowych, logistycznych i gospodarczych.

Oswajanie z banderyzmem jako ideologią państwową, branie na swoje barki coraz większych zobowiązań finansowych czy rezygnacja strony polskiej z rozliczenia się Ukraińców z tragiczną historią, to oznaki coraz silniejszego identyfikowania się polskich rządów z interesami kijowskiego establishmentu. To działanie asekuracyjne przed osamotnieniem, na wypadek, gdyby także Europa po Stanach Zjednoczonych porzuciła Ukrainę. Już dzisiaj wiele wskazuje na to, że Rosja osiągnie swój główny cel, tj. uniemożliwienie Ukrainie przystąpienia do sojuszu północnoatlantyckiego. Zachowa swoje zdobycze terytorialne i będzie wywierać wpływ na system polityczny, jaki powstanie na Ukrainie po konflikcie.
Wbrew umocnieniu Rosji w globalnym układzie sił, Polska nie zrezygnuje  ze swojego „mesjanizmu” i „parcia na Wschód”. Chodzi przede wszystkim o wykorzystanie nacjonalistycznej Ukrainy na rzecz konsolidacji działań antyrosyjskich w przestrzeni bałtycko-czarnomorskiej. W tym sprzężeniu nie ma miejsca na jakąkolwiek racjonalność, czyli poszukiwanie zbieżnych interesów z Federacją Rosyjską. Nie ma też mowy na tym etapie działań wojennych na jakąkolwiek normalizację stosunków wzajemnych, nie mówiąc o pojednaniu."

3 komentarze:

  1. „Chodzi przede wszystkim o wykorzystanie nacjonalistycznej Ukrainy na rzecz konsolidacji działań antyrosyjskich w przestrzeni bałtycko-czarnomorskiej.”
    To jest jakiś zupełny „zajob”, ta rusofobia bez oglądania się na nic; przede wszystkim na koszta, jakie ona za sobą niesie. „Niech nawet Ukraińcy zagarną Polskę, byle tylko chociaż troszeczkę zaszkodzić Rosji”.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bankructwo polityki POPIS. Totalne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobnież Liban zniszczył w ciągu zaledwie kilku tygodni prawie 100 izraelskich czołgów. Kolejny dowód na to, że wydatki na tego typu ciężką broń w XXI w. już nie mają sensu. Zapewne lekkie i szybkie transportery opancerzone — tak, może jakieś czołgi lekkie, z uwagi na niższą cenę, ale na pewno nie jakieś kosztowne Abramsy, czy cokolwiek takiego. Ładować dzisiaj pieniądze podatnika to z grubsza tak, jak w latach II wojny światowej wykosztować się na jakieś „pociągi pancerne”. Istniała wtedy jeszcze taka broń, ale to już była jej faza schyłkowa. Tak samo jest obecnie z czołgami, przede wszystkim z tymi ciężkimi. A jak świadczą o tym wydarzenia z cieśniny Ormuz: chyba i era „niepokonanych lotniskowców” dobiegła końca.
    https://x.com/tomek525/status/2037461188057952757

    OdpowiedzUsuń