poniedziałek, 28 maja 2018

07 się nie zgłasza. Jak bardzo nieudolna była Milicja Obywatelska?

07 się nie zgłasza. Jak bardzo nieudolna była Milicja Obywatelska?

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/02/02/07-sie-nie-zglasza-jak-bardzo-nieudolna-byla-milicja-obywatelska/#2

"Ach, któż to, ach któż to tak o mnie dba? Milicja, milicja! – śpiewał Jacek Zwoźniak. Milicjanci, często bardziej zainteresowani poszukiwaniem „elementów kapitalistyczno-spekulanckich” niż pospolitych przestępców, już w PRL-u byli obiektem żartów. I właściwie trudno się dziwić.

W Sylwestra 1971 roku włamano się na posterunek milicji we Frampolu na Lubelszczyźnie. Z pancernej szafy zniknęło kilka sztuk broni. Milicja rozpoczęła poszukiwania na wielką skalę. Przesłuchiwano dziesiątki osób, przede wszystkim działaczy opozycyjnych. Podejrzewano, że kradzież jest wstępem do podjęcia akcji zbrojnej przeciw ustrojowi socjalistycznemu. Jednak mimo trwającej ponad czterdzieści dni akcji, ani sprawcy, ani broni nie udało się znaleźć.
Wszystkie błędy milicjantów

Zagadka pozostałaby pewnie nierozwiązana do dzisiaj, gdyby nie to, że „zbrodniarz” – Michał Łabęda, zwykły chłopak z Frampola – sam przyznał się do winy. Został aresztowany za kradzież cukierków, ale w trakcie przesłuchania oświadczył, że to on zabrał broń z posterunku. Ujawnił też miejsce jej ukrycia. Jeden z pistoletów miał zresztą przy sobie, ukryty w nogawce, czego nie zauważyli przeszukujący go przy aresztowaniu milicjanci…

Okazało się, że milicja w trakcie działań poszukiwawczych popełniła cały szereg błędów. Stóg siana, w którym broń była początkowo ukryta, przeszukiwano kilka razy – tylko nie dość dokładnie. Gdy Łabęda postanowił przenieść łup gdzie indziej, po prostu… załadował „tetetki” i „pepesze” do worka i przeciągnął je na sankach, mijając po drodze kilka patrolów milicyjnych. Później, kiedy w związku ze śledztwem rozesłano za nim list gończy (chcąc zweryfikować jego zeznania obciążające jednego z milicjantów), uciekł bez problemu. Ukrywał się w różnych miejscach, a napotykani okazjonalnie funkcjonariusze nawet nie próbowali go legitymować.

Sprawę oczywiście utajniono. Nieudolność milicjantów była jednak tak rażąca, że udostępnianej tylko funkcjonariuszom MO i SB broszury „Kradzież broni z Posterunku MO we Frampolu” autorstwa Henryka Nowickiego i Jana Tajera używano do wewnętrznych szkoleń. Ale czy problem nieskutecznych stróżów prawa nie był przypadkiem systemowy?
Milicja do łapania wrogów ludu

Na niekorzyść funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej działał niewątpliwie fakt, że byli nagminnie wykorzystywani do celów innych, niż walka z pospolitą przestępczością. Było to spowodowane podporządkowaniem milicji aparatowi bezpieczeństwa. Oficjalnie w 1954 roku zadekretowano separację tych dwóch pionów służb porządkowych. W praktyce jednak, jak przekonuje Piotr Majer, badający strukturę i rolę MO, ścisłe związki – choć od 1956 roku już nie pod egidą ministerstwa bezpieczeństwa publicznego, a spraw wewnętrznych – utrzymały się do końca PRL. Jak pisze Majer, „siłą rzeczy czyniło to politycznymi podejmowane interwencje, prowadzone śledztwa czy inne, nawet najbardziej typowe i potrzebne działania podejmowane na rzecz zapewnienia ładu i spokoju”.

I tak, włączano milicję na przykład w realizację planu trzyletniego. Stróże prawa pomagali egzekwować obowiązkowe dostawy zboża, mięsa i ziemniaków od chłopów. Prowadziło to często do rażących nadużyć, których korygowanie kierowało energię służb porządkowych w złą stronę. Sporo czasu zajęło na przykład, jak referuje były funkcjonariusz warszawskiej Komendy Głównej, Marian Lipka, rozwikłanie sprawy ciężarnej kobiety, przebywającej w areszcie pod zarzutem postrzelenia milicjanta i nieumyślnego zabójstwa własnego męża.

Śledztwo przeprowadzone po wpłynięciu jej skargi do kancelarii prezydenta Bolesława Bieruta wykazało, że wszystkiemu winien był… sam ranny mundurowy. Kiedy próbował skłonić męża kobiety do wywiązania się z obowiązkowych dostaw, doszło do szarpaniny. W jej trakcie jego pistolet przypadkowo wystrzelił, zabijając niewinnego chłopa. By uniknąć konsekwencji, funkcjonariusz następnie postrzelił się sam, a o spowodowanie wypadku oskarżył w raporcie żonę ofiary.

Powiązania z aparatem bezpieczeństwa przesądzały także o milicyjnych priorytetach. Na pierwszym planie w dziedzinie gospodarczej była na przykład walka z przestępcami pochodzącymi ze środowisk kapitalistyczno-spekulanckich lub kułacko-spekulanckich… W „Wytycznych Pracy MO na rok 1954 w walce z przestępczością w gospodarce narodowej” oceniono postępy w tej sferze jako niewystarczające, bo tylko 15% ujawnionych przestępstw powiązano z kapitalistami, a 11,5 % – z bogatymi chłopami. „Za mało ujawniliśmy przestępców w środowiskach kapitalistyczno-spekulanckich, którzy przynoszą największe szkody gospodarce narodowej” – wyrokowali twórcy dokumentu.
Jeśli mordować, to tylko spekulantów

Z tego, że milicja i SB były zajęte poszukiwaniem „wrogów ludu”, korzystali często przestępcy, nawet cięższego kalibru. Tak było w przypadku Władysława Mazurkiewicza, seryjnego mordercy z okresu stalinizmu. Ten pozornie uroczy i staroświecki dżentelmen wyszukiwał majętne osoby, kusił je perspektywą korzystnych interesów, a następnie wywoził w ustronne miejsce i zabijał, zabierając pieniądze. Bynajmniej nie zacierał przy tym perfekcyjnie śladów zbrodni, naprawiając na bieżąco liczne „fuszerki”.

„Piękny Władzio”, jak nazywano Mazurkiewicza, nienękany przez policję uprawiał swój proceder całe lata. W trakcie późniejszego procesu sądzono go jedynie za sześć zabójstw i dwa usiłowania, ale podejrzewa się, że liczba jego ofiar mogła sięgnąć aż trzydziestu. Wpadł dopiero w 1955 roku, gdy jedna z jego niedoszłych ofiar zgłosiła się do szpitala z kulą w czaszce, a milicja, namierzywszy Mazurkiewicza, znalazła w jego mieszkaniu zwłoki kolejnych dwóch osób. Jak to się stało, że tak długo udawało mu się uniknąć sprawiedliwości? Cezary Łazarewicz, cytowany przez autorów książki „Zagadki kryminalne PRL”, obwinia stalinowski aparat bezpieczeństwa:

Toczyła się walka polityczna. Komuniści narzucali Polsce swój ustrój, w którym przedwojenna klasa średnia była grupą podejrzaną i poddaną represjom. Kto by się martwił o jakiegoś zaginionego bankiera, arystokratę czy waluciarza? To był zresztą jeden z argumentów obrony, że Mazurkiewicz pomagał władzy ludowej usuwać tych, których ona i tak chciała się pozbyć.
Zamieść pod dywan, co tylko się da…

Zwiększaniu skuteczności operacyjnej milicji nie pomagał również fakt, że niewygodne dla niej sprawy w miarę możliwości tuszowano. Wszak, jak zauważają Kazimierz Kunicki i Tomasz Ławecki w „Zagadkach kryminalnych PRL”, obowiązywała teza, że w społeczeństwie budującym socjalizm przestępczość będzie się zmniejszać. Ponieważ statystyki niestety nie odpowiadały propagandzie – tym gorzej dla statystyk. Tak opisywał sytuację inny znawca peerelowskich spraw kryminalnych, Przemysław Semczuk:

Władze robiły wszystko, by stworzyć wrażenie, że przestępczość jest wyłącznie problemem państw kapitalistycznych, zgniłego Zachodu. O alarmach bombowych na pokładach samolotów LOT-u do Moskwy i Nowego Jorku, groźbie zatrucia cyjankiem potasu ujęć wody w Jeleniej Górze (…) czy seryjnych porwaniach kilkuletnich dzieci nie wspominała ani prasa, ani „Dziennik Telewizyjny”. Wiedzieli o nich nieliczni: milicjanci, esbecy, prokuratorzy, sędziowie.

Nawet największe zbrodnie próbowano w PRL-u przemilczeć. Jeśli było to niemożliwe, jak na przykład w przypadku głośnej sprawy wampira z Zagłębia, minimalizowano je. Dajmy na to „Dziennik Zachodni”, informując o wyniku procesu seryjnego mordercy kobiet, „dla równowagi” opisał także historię odpowiednika naszego „wampira” z Wiednia. Tamtejszy przestępca zabijał swoje ofiary, dusząc je szalikiem.
…albo urządzić proces pokazowy

Sprawą zagłębiowskiego zabójcy, który bezkarnie działał przez ponad 5 lat i zaatakował w tym czasie 20 kobiet, żyła cała Polska. Nie dało się jej łatwo ukryć, urządzono więc proces pokazowy. W styczniu 1972 roku aresztowano Zdzisława Marchwickiego. Wkrótce o współudział w niektórych zbrodniach oskarżono także jego braci. Trwające ponad dwa lata, nagłaśniane przez media śledztwo zostało zwieńczone wyrokiem śmierci dla „wampira” w lipcu 1975 roku.

Ten pozornie spektakularny sukces milicji budzi jednak do dzisiaj poważne wątpliwości. Nie znaleziono żadnych dowodów rzeczowych i opierano się jedynie na poszlakach. Przyznanie się Marchwickiego do winy mogło być wymuszone. Podobnie zresztą, jak i inne zeznania, dotyczące choćby kontaktów seksualnych z krowami, z własną siostrą, a nawet z siostrzeńcem… Część spisanych w więziennym pamiętniku informacji, szczególnie dotyczących współudziału członków jego rodziny w zbrodniach, kwestionował później sam oskarżony. Bez powodzenia.

Przed wyrokiem skazującym nie uchronił Marchwickiego także fakt, że nie był jedynym, który przyznał się do dokonania serii morderstw. Jakiś czas przed jego zatrzymaniem na komendę milicji zgłosił się Piotr Olszowy, twierdzący, że to on jest słynnym zabójcą. Zwolniono go z braku dowodów, nie przeprowadzając wizji lokalnej i nie pobierając nawet jego odcisków palców. Kiedy dziesięć dni później mężczyzna zabił żonę i dzieci, a siebie – wraz z domem i całym dobytkiem – spalił, niszcząc w ten sposób ewentualne dowody – nie zrobiło to na milicji większego wrażenia. Była już przecież na tropie Marchwickiego…

O tym, jak pochopnie milicja przechodziła od poszlak do oskarżeń, przekonał się wcześniej także Antoni Wrona, aresztowany w 1960 roku za zbrodnie wojenne dokonane przez żandarma o tym samym nazwisku w mazurskiej wsi Obryte. Mimo, że w czasie śledztwa i rozprawy pojawiało się dużo wskazówek, że aresztowany to w gruncie rzeczy zupełnie inna osoba, sąd szybko zmierzał do wyroku. Mimo, że zapis nazwiska był inny (okryty złą sławą żandarm miał w nazwisku podwójne „n”), a opinie grafologów w najlepszym razie nierozstrzygające, Wrona został skazany na śmierć. Na szczęście wyroku nie wykonano. Uchylił go Sąd Najwyższy, ogłaszając to, co dla komentującego sprawę Stanisława Podemskiego było jasne od początku: Żandarm Wronna i oskarżony Wrona to dwie różne osoby.
Nie tylko 07

Milicjantom można wytykać rażące zaniedbania i nieudolność. Trzeba jednak pamiętać, że ich sytuacja także nie była łatwa. W wielu przypadkach nie mieli – co podkreśla szczególnie wcześniej wspomniany Marian Lipka – odpowiedniego przeszkolenia i skazani byli na własną inwencję. Polska Ludowa sama pozbawiła się też wielu tysięcy wartościowych funkcjonariuszy, przeprowadzając czystki w służbach mundurowych.

Rozpoczęły się one od wydanego w czerwcu 1949 roku rozkazu ministra Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza. Zgodnie z nim, zwalniano funkcjonariuszy „niepewnych politycznie”. Mogło to oznaczać złe pochodzenie społeczne, ale także nieodpowiednią przeszłość, jak na przykład przynależność do „wrogich organizacji” albo zatrudnienie w organach władzy sanacyjnej – przede wszystkim Policji Państwowej. Sprzątanie aparatu policyjnego objęło tysiące osób, w tym wielu doświadczonych i dobrze wykształconych oficerów służby śledczej.

Nowych funkcjonariuszy, którzy chcieli się kształcić, przeważnie zniechęcano. Lipka zapisał się na kursy przygotowawcze do studiów wyższych i namawiał innych do tego samego. Ty, student, nie rozrabiaj, a weź się za robotę, bo źle skończysz – usłyszał od jednego ze swoich przełożonych, z zawodu rzeźnika, który sam skończone miał jedynie pięć klas. Zbytni pęd do nauki odradzał mu nawet Komendant Główny MO, Franciszek Jóźwiak… I jak tu w takiej sytuacji zostać Borewiczem?
Bibliografia:

    Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki, Zagadki kryminalne PRL, Bellona 2017.
    Marian Lipka, Zwierzenia niezwykłego policjanta, „Warsgraf” 1999.
    Piotr Majer, Milicja Obywatelka w systemie organów władzy PRL. Zarys problematyki i źródła, Wydawnictwo Adam Marszałek 2003.
    Stanisław Podemski, Pitawal PRL-u, Iskry 2006.
    Barbara Seidler, Ludzie i paragrafy, Wydawnictwo Literackie 1988.
    Przemysław Semczuk, Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL, Znak 2013."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz